1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Przejrzyj się w kartach: tarot pomoże w wewnętrznym rozwoju

Przejrzyj się w kartach: tarot pomoże w wewnętrznym rozwoju

123rf.com
123rf.com
Tarot można wykorzystywać na wiele sposobów. Nie tylko do wróżenia. Także do pracy wewnętrznej, rozwoju. Tarotowy Portret Psychologiczny odsłania prawdy, które skrywasz przed innymi, może nawet przed samą sobą.

Karty tarota są bardzo stare – badacze doszukują się ich źródeł w starożytnym Egipcie. Ale Tarotowy Portret Psychologiczny ma zaledwie kilkanaście lat. I powstał w Polsce. Nie jest klasyczną wróżbą, to coś więcej. Ujawnia twój potencjał, twoje mocne i słabsze strony. Wskazuje kierunek. Dlaczego działasz w ten, a nie w inny sposób? Kim jesteś we własnych oczach, a jak cię widzą inni? Co jest dla ciebie naprawdę ważne? Dokąd zmierzasz?

Narzędzie poznania

Tarocistka Alicja Banach-Mikołajczyk twierdzi, że portret tarotowy zmienił jej życie. – Sprawdziłam jego moc na sobie. Uwierzyłam w to, że moją drogą jest tarot, a nie stomatologia, choć pracowałam z powodzeniem w tym zawodzie od wielu lat. Dla mnie Tarotowy Portret Psychologiczny to niezwykle cenne narzędzie – przynosi wiele podpowiedzi, może przyspieszyć podjęcie pewnych decyzji. Wskazuje na tematy, które są w naszym życiu najistotniejsze i które często powracają, nawet jeśli staramy się je odpychać. Trzeba się będzie świadomie z nimi zmierzyć.

Autorką metody jest tarocistka Alla Alicja Chrzanowska. Dostrzegła w kartach tarota pewien kod, pozwalający uzyskać bogatą charakterystykę człowieka. Wystarczy wiedzieć, kiedy się urodził, dokonać pewnych wyliczeń, a pod otrzymane liczby podstawić odpowiednie karty. Portret tarotowy niewiele ma wspólnego z wróżbą, więcej z horoskopem czy portretem numerologicznym. Skuteczność systemu potwierdzają uczniowie Alicji Chrzanowskiej, w kraju i za granicą. Wśród nich jest Alicja Banach-Mikołajczyk, która nie ukrywa, że treści, jakie przynosi portret, mogą prowadzić do niełatwej konfrontacji: – Jest to analiza wpływów, jakim ulegaliśmy w dzieciństwie, ale przede wszystkim narzędzie dające możliwość wglądu w nasze wnętrze, poznania samego siebie. Ta metoda inspiruje do refleksji, do pracy nad sobą. Tym bardziej, że tak często nie wierzymy intuicji! Zdarza się, że ktoś męczy się na jakimś prestiżowym stanowisku i dopiero kiedy odważy się zmienić zajęcie, odnajduje szczęście, robiąc na przykład meble z drewna.

Kapłanka i Diabeł

Do sporządzenia portretu tarotowego potrzebna jest data urodzenia. Jest punktem wyjścia do mniej lub bardziej skomplikowanych obliczeń, dzięki którym dowiemy się na przykład, że na 13. pozycji (mówiącej o tym, jak postrzegamy samych siebie) mamy kartę Kapłanki, a na 14. (jak postrzegają nas inni) – Diabła. Wszystkich pozycji jest ponad 30, zwykle podczas konsultacji analizuje się kilkanaście. Najważniejsze karty tworzą tzw. doniczkę. Trzy pierwsze, w górnym rzędzie, pokazują, jakich tematów przewodnich możemy się spodziewać w poszczególnych fazach życia – w młodości, wieku średnim i dojrzałym. Poniżej są dwie karty wskazujące na to, co tkwi w naszej podświadomości (czyli co może okazać się dla nas najtrudniejszą lekcją) i w świadomości (co uznajemy za istotę życia). Jeszcze niżej, jedna pod drugą, leżą kolejne dwie karty, ujawniające talenty i dary. A przecież są też te mówiące o życiowej misji, o tym, co daje poczucie harmonii, co – nawet jeśli na początku budzi opór – może stać się pasją...

Portret tarotowy bywa pomocny przy badaniu potencjału małych dzieci. Żeby przyjrzeć się, jakie są ich potrzeby, nie wybierać za nich drogi życiowej, nie wywierać presji... Można też wykonać portret dnia (ocenić, jakie daty sprzyjają podejmowaniu określonych działań) i portret partnerski. – Pomaga on przeanalizować relację danej osoby z matką, ojcem, narzeczonym, przyjaciółką, szefem – tłumaczy Alicja Banach-Mikołajczyk. – Badamy, w jakich okolicznościach spotykają się ludzie, z jakiego powodu, jak zakończy się relacja. Określamy, jakie niesie wyzwania, co może się okazać problemem. Załóżmy, że na tej pozycji występuje karta Sprawiedliwość – prawdopodobnie dane osoby będą się nawzajem oceniać. Albo Koło Fortuny – kwestią sporną mogą się okazać pieniądze. Jeśli pojawi się karta Siła, należy być bardzo ostrożnym. Ja omijałabym taką relację z daleka... Niedawno robiłam portret parze szykującej się do ślubu – na życzenie mamy pana młodego. Ponieważ jest bliską mi osobą, nie bałam się powiedzieć: „Słuchaj, kochana, tylko ty się do nich nie wtrącaj, bo możesz się stać największym problemem ich małżeństwa”. Karty wyraźnie pokazały tę tendencję...

Ukryte znaczenia

Oczywiście, niezwykle istotna pozostaje kwestia interpretacji. Przecież każda z kart niesie tyle znaczeń... Alicja Banach-Mikołajczyk ma kilkanaście różnych talii tarota. Najbardziej lubi tę o nazwie „Tarot snów” – olśniewające kolory, staranne wykonanie... Zapewnia, że praca z kartami może dać dużo przyjemności – niezwykle sugestywne obrazy cieszą oczy, pobudzają wyobraźnię. W każdej talii ten sam archetyp przedstawiony jest za pomocą innego wizerunku, wywołuje inne skojarzenia. – Pierwszą rzeczą, jakiej nauczył mnie tarot, była pokora – przyznaje. – Nie twierdzę, że potrafię precyzyjnie odczytać przesłanie. Zwłaszcza że trafiam na portrety składające się z tych samych kart na poszczególnych pozycjach, a wiadomo, że nie ma na świecie dwóch jednakowych osób.

– Opracowując portret, staram się uwzględnić wszystkie aspekty kart, zinterpretować ich połączenia – one bardzo dużo wyjaśniają. Ale nie mnie przesądzać, które z przesłań będzie w danym momencie dla konkretnej osoby najważniejsze. Nawet wybitny tarocista może nie odczytać wszystkich znaczeń. Ważne jest, żeby pamiętać, że tarot nie służy do straszenia ludzi. Nie należy go używać do podniesienia swojego prestiżu, do dopieszczania ego. Ideałem byłoby, gdyby tarocista uporał się najpierw ze swoimi traumami, w przeciwnym razie będzie patrzeć na klienta przez pryzmat własnych problemów, projektować na niego swoje sprawy. Próbować spełnić oczekiwania.

A oczekiwania – nie ma się co oszukiwać – są na porządku dziennym. Ludzie chcieliby wiedzieć: co mam w tej konkretnej sytuacji zrobić, jakie rozwiązanie będzie najlepsze... – Jest to przerzucanie na kogoś odpowiedzialności – mówi Alicja Banach-Mikołajczyk. – Nikt poza nami nie może kierować naszym losem! Portret tarotowy nie jest tajemniczą metodą determinującą życie, odbierającą wolną wolę. On wyciąga z podświadomości to, co trudne, do czego często sami przed sobą nie chcemy się przyznać. Rozpoznanie tych mechanizmów może być pierwszym krokiem do zmiany – o ile zechcemy zmierzyć się z tym, co niewygodne. Od kiedy karty ujawniły mój problem, zaczęłam dostrzegać swój udział w tym, co mi się przytrafia. Spokojniej podchodzę do życia. Portret pomógł mi też zmienić relacje z synami – przestałam się obwiniać, walczyć z tym, co nieuniknione. Nasze kontakty nabrały luzu, spontaniczności.

I co teraz?

Odkąd Alicja Banach-Mikołajczyk zaczęła zgłębiać Tarotowy Portret Psychologiczny, z rzadka stosuje „normalne” rozkłady: – Dla mnie to nie jest doraźny środek, to przyczynek do myślenia o życiu danego człowieka w szerszej perspektywie. Daje bardzo dużo możliwości, określa wiele spraw, można go czytać na różnych poziomach. Przyjrzeć się kwestiom materialnym, rodzinnym. Zbadać, czy są zrównoważone energie męskie i żeńskie. Określić predyspozycje do partnerstwa.

– Wśród słynnych tarocistów mało jest wiedźm z brodawką na garbatym nosie, za to dużo ludzi wszechstronnie wykształconych – dodaje. Sama ceni rzeczowe podejście. Nie wchodzi w dywagacje, woli szukać w kartach praktycznych wskazówek: – Zdarzyło mi się spytać na przykład o najkorzystniejszy czas na sprzedaż mieszkania. Uzyskałam cenne dane – miało to dla mnie konkretny, ziemski wymiar.

Przyznaje, że czasem ludzie nie potrafią skorzystać z konsultacji – słyszą to, co chcą usłyszeć, ciężko się do nich przebić. – Pamiętam kobietę, która zadała pytanie, czy mąż ją zdradza. Karty pokazały wyraźnie, że taka sytuacja nie ma miejsca, ale ona i tak wyszła z przekonaniem, że wie lepiej. Prawdopodobnie jej mąż wychodził często z domu, żeby uciec od posądzeń, zarzutów, nieufności. Być może siedział w parku, czytając gazetę... Musiał wycofać się, żeby odreagować, wytrwać. Czasem tarot mówi: „tak, zdradza”. I co teraz, co z tym zrobię? Jeśli jestem współuzależniona, bezwolna, to czy mi ta wiedza pomoże, czy tylko mnie unieszczęśliwi?

Ani dobre, ani złe

Nie ma powodu, żeby bać się tarota, co więcej: dobrze jest samemu z nim pracować. Najlepiej z talią, która nam się podoba, inspiruje, przyciąga uwagę. Alicja Banach-Mikołajczyk poleca początkującym tarocistom tę najpopularniejszą – Ridera-Waite’a – z przejrzystą, łatwo czytelną symboliką. Niektóre obrazy mogą budzić niepokój... Dlatego warto pamiętać, że karty są po to, by zwrócić uwagę na pewne sprawy, zachowania, być może ukierunkować działania. Na pewno nie po to, żeby przepowiadać dramatyczne zdarzenia. – Dość wspomnieć kartę Śmierć, która nie oznacza przecież śmierci fizycznej, tylko ważną życiową zmianę, transformację świadomości na inny poziom. To od nas zależy, jaką postawę przyjmiemy wobec tej zmiany, czy skorzystamy z szansy. Diabeł to również energia, witalność, cielesność, przygoda... Wieża – owszem, rozpad starych struktur, ale też miejsce na nowe. Oczyszczenie, przestrzeń...

Tarot pokazuje dualizm, jaki panuje w świecie. Czasem przesłania mogą się wydawać trudne do przyjęcia – wszystko zależy od tego, co uznałaś za swoje szczęście. – Nic nie jest dobre ani złe, to myśl czyni je takim. W tym, w czym jedna osoba zobaczy dobro, inna odnajdzie zło, to, co dziś wydaje ci się dramatem, jutro może się okazać darem losu. Problem nie jest problemem tylko dlatego, że się pojawił, lecz ponieważ nie wiemy, co z nim zrobić. Albo dlatego, że jesteśmy bierni i tylko siedzimy i użalamy się nad sobą. Trudność, która motywuje do działania, to naprawdę fantastyczny bodziec! – zapewnia Alicja Banach-Mikołajczyk.

Kiedy sama chce sobie coś wyjaśnić, sięga zwykle po jedną kartę z talii. I dostaje bardzo trafne odpowiedzi. – Pamiętam, jak przed wyjazdem na warsztaty biłam się z myślami, czy rzeczywiście powinnam tam jechać, czy wolno mi zostawić obowiązki. Czy to dobry pomysł, co tam dostanę, czy warto? Wyciągnęłam Siłę. Pojechałam i rzeczywiście wróciłam niezwykle silna, gotowa do mierzenia się z tym, co zostawiłam. Te znaczenia najlepiej jest studiować samemu, krok po kroku. W końcu to ja najlepiej znam własne życie, wiem, co dla mnie najważniejsze. To pomaga mi odnaleźć w kartach głęboko ukryty sens – mówi.

Nie znaczy to, że patrzy na życie przez pryzmat tarota: – Jest mi potrzebny, żeby sobie niektóre sprawy poukładać, a nie mówić mi, jak żyć. Tak samo Tarotowy Portret Psychologiczny. Odsłania pewne rzeczy, pomaga się im przyjrzeć, przekierować uwagę na siebie. A nie kontrolować innych. Nie pytaj: „czy mój mąż się zmieni?”, tylko: „jak ja mam się zmienić, żeby być szczęśliwą w relacji?”. Nie da się zmienić nikogo za pomocą tarota. On jest do tego, żeby pobudzić myślenie intuicyjne, a nie, żeby się oszałamiać.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Zadbaj o swoje życie wewnętrzne - inspiracje na listopad

Listopadowe wieczory warto przeznaczyć na praktykowanie duńskiej filozofii hygge, która oznacza przytulność, uczucie ciepła, harmonii, a także cieszenia się drobnymi przyjemnościami. (Fot. iStock)
Listopadowe wieczory warto przeznaczyć na praktykowanie duńskiej filozofii hygge, która oznacza przytulność, uczucie ciepła, harmonii, a także cieszenia się drobnymi przyjemnościami. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 4 Zdjęcia
Listopadowe dni spędzamy raczej stacjonarnie (i w pobliżu źródła ciepła). Warto wykorzystać ten czas na zrobienie porządków oraz gruntownych remontów we wnętrzu dosłownym i metaforycznym.

Ćwiczenie 1. Rozmyślania w fotelu

Jesienna aura może wprawiać nas czasami w melancholijny, a nawet depresyjny nastrój. Szarość na zewnątrz konfrontuje z niewyrażonymi emocjami i „uwierającymi” stanami: smutkiem, żalem, rozczarowaniem i poczuciem, że utraciliśmy coś bezpowrotnie. Może również aktywować w nas lęk przez zmianami i starzeniem się. To, co możesz zrobić, kiedy dopadnie cię jesienna melancholia, to uświadomić sobie i nazwać to, co dokładnie teraz czujesz. Następnie zadaj sobie kolejno pytania: Co jest prawdziwą przyczyną mojego smutku (żalu, rozczarowania, lęku etc.)? Czego obecnie potrzebuję? Jak mogę o siebie teraz zadbać? Jeśli w tej chwili w życiu doświadczasz niespodziewanej zmiany, spróbuj spojrzeć na tę sytuację z szerszej perspektywy. Jak powiedział Dalajlama: „Kiedy coś tracisz, pamiętaj, aby nie stracić tej lekcji”. Zadaj sobie pytanie: Jaka ważna lekcja pojawiła się dzięki tej zmianie? Jak mogę to wykorzystać pozytywnie? A teraz pomyśl o tym, że kiedy tracisz jedno, robi się przestrzeń na coś nowego. Weź kilka głębokich oddechów i spróbuj poczuć ciekawość związaną z tym, co nowego może się teraz wydarzyć w twoim życiu.

Ćwiczenie 2. Uwolnij się od nadmiaru

Rozejrzyj się dookoła. Czy naprawdę potrzebujesz wszystkiego, co cię otacza? Takie pytanie proponuje zadać sobie propagatorka minimalizmu, japońska pisarka Hideko Yamashita. Jej autorska metoda Dan-Sha-Ri (opisana w ksiażce pod takim tytułem) to sztuka ustanawiania porządku w otoczeniu poprzez eliminację wszystkiego, co nie jest niezbędne. Może być szczególnie inspirująca, jeśli należysz do plemienia zbieraczy, którzy latami chomikują przedmioty i mają problem z rozstaniem się z nimi. Trzy filary Dan-Sha-Ri oznaczają kolejno: odmowę (mówienie „nie” kolejnym nowym, a bezużytecznym rzeczom, które chcą stać się częścią naszego życia); wyrzucanie (pozbywanie się przedmiotów, które przepełniają naszą przestrzeń) i odcięcie się (rezygnację z przywiązania do rzeczy).

Aby zrobić przestrzeń na coś nowego w życiu, niezbędna jest umiejętność pożegnania się z tym, co nie jest użyteczne. Robiąc gruntowne porządki w domu, wykreujesz stan wewnętrznej równowagi w sercu i umyśle. Warto spróbować i podelektować się stanem określanym jako Ri – uczuciem wolności i lekkości, poczuciem wewnętrznej harmonii. Uzyskasz go tylko dzięki regularnemu powtarzaniu Dan i Sha.

Ćwiczenie 3. Sięgnij po marzenia!

Mary Reynolds, projektantka ogrodów, bohaterka filmu „Dzika jak natura”, marzy o udziale w prestiżowym konkursie. Zapisuje na kartce: „Dziękuję za przyznanie mi głównej nagrody w konkursie”, a potem wykonuje pierwsze kroki na drodze do realizacji tego marzenia. Nie załamuje się, kiedy pojawiają się niespodziewane komplikacje. Jest zmotywowana, ponieważ realizuje swoje pragnienie z dzieciństwa. Zainspiruj się jej historią. Pomyśl, o czym marzyłeś w dzieciństwie? Jakie pomysły odłożyłeś „na później”? Wybierz jedno marzenie i zastosuj metodę małych kroków. Codziennie pielęgnuj w sobie to marzenie, myśl o nim pozytywnie rano i tuż przed zaśnięciem. Wejdź w uczucia i emocje, jakie się wtedy w tobie budzą. Trwaj w tym procesie „karmienia” marzenia, aż poczujesz gotowość do kolejnego kroku – działania. Jesień i zima to znakomity czas na sadzenie ziarenek marzeń, pielęgnowanie ich i troszczenie się o nie.

Ćwiczenie 4. Zadbaj o swój hygge time

Listopadowe wieczory są też idealne na praktykowanie bardzo modnej duńskiej filozofii hygge. Hygge oznacza przytulność, uczucie ciepła, harmonii, a także bezpieczeństwa i cieszenia się drobnymi przyjemnościami. To wszystko, co wprawia nas w dobry nastrój i stan relaksu. Istotą hygge jest uczucie więzi, jaką odczuwasz, przebywając z bliskimi, z naturą, ale również sam ze sobą. Oto przykłady sytuacji, które pomogą ci wejść w stan wewnętrznego ukojenia: Owinięty kocem siedzisz na fotelu z pyszną herbatą w ulubionym kubku lub filiżance. Słuchasz muzyki, czytasz ciekawą książkę, kontemplujesz chwilę obecną, jest ci ciepło, błogo, po prostu dobrze.
  • Spotykasz się w przytulnym miejscu z grupą przyjaciół. Panuje atmosfera luzu, radości, wzajemnego szacunku i troski.
  • Jesz kolację z ukochaną osobą. Za oknem szaro, a ty delektujesz się uczuciem więzi z kimś bliskim oraz pysznym jedzeniem.
  • Spacerujesz po lesie, jesteś w kontakcie z przyrodą, cieszysz się ciszą i tym, że możesz oddychać świeżym powietrzem i naładować wewnętrzne baterie.

Ćwiczenie 5. Moc muzyki

Jesienią zwykle mamy obniżony nastrój związany z niedoborem słońca. Jednym ze sposobów na poprawę samopoczucia jest terapeutyczna moc muzyki. Ścieżka dźwiękowa powinna być radosna i słoneczna. Zaprzyjaźnij się z flamenco, brazylijską sambą, muzyką z Afryki czy Karaibów. Jeśli rano brakuje ci energii, nagraj kilka ulubionych utworów na telefon i słuchaj ich po przebudzeniu oraz w trakcie drogi do pracy. A wieczorem, aby nastroić się do snu, nastaw spokojną bossa novę, muzykę instrumentalną albo relaksacyjną, która wywołuje w mózgu fale alfa, związane z odprężeniem i kreatywnością.

Ćwiczenie 6. Kreatywny zeszyt

Jak jeszcze bardziej uruchomić kreatywność? Na przykład prowadząc twórcze notatki. Wybierz zeszyt z okładką, która najbardziej ci się spodoba. Umów się ze sobą, że codziennie napiszesz cokolwiek, choćby jedno zdanie, które odzwierciedla to, jak się czujesz, czego potrzebujesz, co masz w planach czy co właśnie przyszło ci do głowy. Możesz również malować lub rysować, a nawet wklejać obrazki wycięte z pism. Zapisuj wszystkie, nawet z pozoru bezsensowne myśli i pomysły. Kreatywny zeszyt zachęca do ekspresji, wyrażania tego, co w danej chwili krąży w twoim umyśle i sercu. Już samo przeglądanie takich zapisków bywa inspirujące.

Ćwieczenie 7. Rozgrzewający napój

Deszcz i zimno to nie najlepsza aura dla układu immunologicznego. Aby wzmocnić odporność, polecam oczyszczający i rozgrzewający napój na bazie naturalnych składników. Weź 1/2 łyżeczki kurkumy, 1/2 łyżeczki imbiru, szczyptę czarnego pieprzu lub pieprzu cayenne oraz 1/2 łyżeczki cynamonu. Wsyp wszystkie składniki do kubka i zalej je wrzątkiem. Po minucie dodaj sok z 1/2 cytryny. Wymieszaj wszystko. Możesz dodać odrobinę ksylitolu, syropu z agawy lub miodu. Pij taki napój co rano na czczo oraz między posiłkami. Dobry humor i zdrowie gwarantowane!

  1. Psychologia

Dlaczego przeklinamy? A raczej – dlaczego czasem nie da się inaczej?

Badania wykazały, że przekleństwa wywołują silne emocje. To one podnoszą tętno, co z kolei zmniejsza odczuwanie bólu. (Fot. iStock)
Badania wykazały, że przekleństwa wywołują silne emocje. To one podnoszą tętno, co z kolei zmniejsza odczuwanie bólu. (Fot. iStock)
Dlaczego przeklinamy? Nie umiemy inaczej? Emma Byrne, autorka książki „Bluzgaj zdrowo. O pożytkach z przeklinania”, szuka odpowiedzi w nauce i sięga po argumenty zarówno medyczne, jak i psychologiczne czy lingwistyczne.  

Uwielbiam przeklinać. Zwykle zdarza mi się rzucić jakimś mocnym słowem, kiedy jestem podekscytowana lub czymś zaskoczona. No i oczywiście, kiedy prowadzę, co jest chyba cechą wspólną dla większości kierowców – mówi Emma Byrne i przyznaje, że na przekleństwach zbudowała swoją karierę naukową. W książce stawia tezę – popartą przykładami z wielu dziedzin naukowych – że nie stalibyśmy się najliczniejszym gatunkiem naczelnych, gdybyśmy wcześniej nie wynaleźli przekleństw. Używanie „słów uznanych za wulgarne z dziedzin uznanych za tabu” osłabia bowiem ból, wzmacnia więzy, rozwija kreatywność i efektywność, ale także pomaga znaleźć ujście dla naszego napięcia.

Po pierwsze, emocje

Neurobiologia oraz badania nad uszkodzonymi półkulami mózgu udowadniają, że przeklinanie jest nierozerwalnie związane z emocjami – naszymi i osoby, z którą rozmawiamy. Przekleństwa są zakorzenione w obu półkulach mózgu, a także w ciele migdałowatym – najbardziej pierwotnej części mózgu, która odpowiada za silne emocje. Wraz z rozwojem ewolucji stały się potężnym skrótem, który pozwala na błyskawiczne ich przekazywanie.

Byrne przypomina znany w jej środowisku Projekt Washoe. Małżeństwo naukowców z Uniwersytetu Nevada zaadoptowało w latach 70. kilkoro małych szympansów, które wychowywali jak dzieci. Nauczyli je jeść, pić z kubka, korzystać z toalety, a także posługiwać się językiem migowym. Bardzo szybko – w chwilach wzburzenia oraz złości – zwierzęta zaczęły używać znaków związanych np. z toaletą, wydalaniem i brudem, jako obraźliwych w stosunku do siebie lub naukowców. To pokazuje, jak ważne w komunikacji i wyrażaniu emocji jest przeklinanie, niezależnie od gatunku biologicznego. – Oczywiście trzeba pamiętać, że to nie jest język jak każdy inny, wywołuje raczej silne reakcje – zwykłe słowa rzadko mają taką siłę. Jeśli więc zależy nam na wyciszeniu sytuacji, napięcia, zwłaszcza podczas kłótni, sprzeczki czy nieporozumienia, to przekleństwa nie są najlepszym wyborem – ostrzega Byrne. Jeśli jednak chcemy poinformować innych o swoim wzburzeniu i ostrzec, że zaraz wybuchniemy – mogą nawet zapobiegać przemocy. – Bez nich bylibyśmy ograniczeni do gryzienia, skakania sobie do oczu i obrzucania się gównem, jak to robią nasi naczelni krewniacy – pisze.

Budowanie więzi

Przeklinanie bardzo pomaga, jeśli chcemy się z kimś podzielić emocjami, jakie w nas narastają. I to nie tylko tymi tzw. negatywnymi. – W społeczeństwach, gdzie zniechęca się mężczyzn do okazywania smutku czy współczucia, przeklinanie może stać się wartościowym zamiennikiem – zauważa Byrne.

Nic dziwnego też, też w zmaskulinizowanym środowisku pracy, gdzie aprobatę raczej wyraża się słowami „O, k...” lub „ja, p...”, niż „ale fajnie”, przeklinająca kobieta, która potrafi niewybrednie żartować, szybciej zyska sobie szacunek i pozycję niż gdy będzie zwracać uwagę, że nieelegancko jest przeklinać. Sama Byrne pracuje w męskim zespole naukowym, zajmującym się sztuczną inteligencją. – Gdy próbowałam zgrać się z zespołem, okazało się, że mój bogaty słownik przekleństw oraz znajomość futbolu są wystarczające, by przyjąć mnie do grupy – opowiada.

Niwelowanie bólu

Skoro bluzgi dają ujście wewnętrznemu napięciu, może mogą też przynosić ulgę w bólu fizycznym? Próbował to sprawdzić doktor Richard Stephens, autor książki „Czarna owca. Ukryte zalety okropnego zachowania”. W ramach eksperymentu skłonił 67 studentów, by zanurzyli rękę w lodowatej wodzie i wytrzymali tak długo, jak mogą. W trakcie katuszy mogli używać jednego wybranego przez siebie przekleństwa oraz jednego słowa neutralnego. Okazało się, że ci, którzy tylko przeklinali, wytrzymywali o połowę dłużej niż studenci, którzy używali słów neutralnych. Przekleństwa podnosiły ich tętno i obniżały poziom odczuwalnego bólu. Dokładniejsze badania wykazały, że kolejność jest następująca: przekleństwa wywołują silne emocje, to one podnoszą tętno, co z kolei zmniejsza odczuwanie bólu.

Obniżenie frustracji

Jeśli przeklinanie pomaga podczas krótkotrwałego bólu, to jaki jest jego wpływ, gdy ktoś cierpi na przewlekłą chorobę albo długo dochodzi do siebie po bolesnej operacji? Byrne sprawdziła, że przeklinanie pomaga chorym mierzyć się z cierpieniem i związanymi z nim trudnymi emocjami, jak gniew, zniechęcenie oraz przygnębienie. Pisząca te słowa, która spędziła sześć tygodni z unieruchomioną w ortezie nogą, jest żywym na to przykładem. Niestety, Byrne zauważyła przy okazji smutną zależność. Przeklinanie przez cierpiących mężczyzn spotyka się ze społecznym przyzwoleniem, ale już bluzgające kobiety nie są równie mile słuchane. Gorzej, „rzucające mięsem” w chorobie kobiety częściej traciły przyjaciół i wsparcie znajomych z powodu używania wulgaryzmów. – To jest niepokojący przykład podwójnego standardu – ostrzega Byrne. I dodaje: – Jeśli obie płcie mają rozmawiać jak równy z równym, musimy dysponować takimi samymi narzędziami ekspresji. Pozwólmy facetom płakać, dajmy kobietom bluzgać: wszyscy potrzebujemy tych środków wyrazu.

Nauka języka

Wulgaryzmy trudno nam znieść także w ustach nastolatków i dzieci. – Przekleństwa są częścią naszego języka, nie możemy udawać, że jest inaczej. Naszym zadaniem jako rodziców nie jest zakazywać przeklinania, tylko pomóc w radzeniu sobie z emocjami, jakie temu towarzyszą – tłumaczy autorka. Dlatego nie należy karać za wulgarne słowa, tylko uczyć wyrażania emocji w sposób nieraniący innych. Jak przekonuje Byrne, zamiast wstydzić się, że przeklinamy, zacznijmy to robić swobodniej i adekwatnie do sytuacji.

  1. Psychologia

Jak pozbyć się poczucia winy, wstydu i niepewności - czyli uczuć, które zatruwają życie?

"Taki, jaki jestem, jestem w porządku" - to najtrudniejsza afirmacja na świecie. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 4 Zdjęcia
Poczucie winy, wstyd, żal, lęk, smutek, niepewność... Każde z nich coś nam mówi, ale czy każde buduje? O stanach, które - jeśli trwają zbyt długo - czynią nas nieszczęśliwymi i niewidzialnymi, oraz o tym, jak się z nich wyciągnąć - mówi psychoterapeutka Katarzyna Miller. 

Wszystkie uczucia są potrzebne, choć najtrudniejsze do przyjęcia są te wynikające ze złego losu człowieka. Naturalną cechą uczuć jest to, że one przychodzą i odchodzą, czyli przemijają. Niektórych jednak tak nie lubimy, że próbujemy je tłumić, spychać ze świadomości. Nie mogą wtedy naturalnie przez nas przepłynąć, tylko kumulują się w ciele i, bez naszej świadomej wiedzy, rządzą nami. Utrwala się pewien stan i potrafi on  utrzymywać się tygodniami, miesiącami, a nawet latami. Na przykład brak wiary w siebie, nienawiść do siebie czy ciągły lęk. Wszystkie te stany są dla człowieka ciężkie, bolesne, czasem zabójcze. Należy do nich także poczucie winy. Są różne szkoły na temat interpretacji tego stanu, ja uważam, że jest ono sztucznie tworzone, niepotrzebne i szkodliwe. Zupełnie czym innym jest odpowiedzialność, która uczy nas być dorosłymi. Robisz coś, to znaczy, że to twój czyn, jesteś za niego odpowiedzialny – tak trzeba uczyć dzieci. Natomiast nigdy nie należy wpędzać ich – i siebie – w poczucie winy. Oczywiście tak samo nie należy ich straszyć, nieustająco zawstydzać, niesprawiedliwie oceniać i pozostawiać samym sobie.

Jesteś zły – mam nad tobą przewagę

Poczucie winy jest silnym orężem w rękach tych, którzy czują się niepewni, a chcą sprawować władzę. Na przykład Kościół rzymskokatolicki, który uzurpuje sobie jedynowładztwo duchowe nad człowiekiem, od wieków wpędza ludzi w poczucie, że stale są nie w porządku i że powinni czuć się winni właściwie za wszystko: za myśli, za uczynki, za intencje, za wyobrażenia, a już szczególnie te dotyczące seksu, niezależności czy wolnomyślicielstwa. Dlaczego? Bo chce ludźmi rządzić, robiąc z nich stado baranów. Co jest dla niektórych coraz bardziej jasne, a dla niektórych nie, i jeszcze długo nie będzie, bo oni chcą być w tym stadzie baranów, gdzie mówi im się, w jakim kierunku mają iść i że jeśli wszyscy pójdą razem, to znaczy, że to jest słuszne. To jedna z niezłych zmyłek, że kiedy robi się coś powszechnie, to jest to w porządku. I że to właściwie usprawiedliwia każdą bzdurę i głupotę, bo skoro inni tak robią, to jest to OK.

W poczucie winy wbija nas od małego nie tylko Kościół i posłuszne mu media, ale też ci rodzice, którzy sami takiego tresowania zaznali. Tacy rodzice nie umieją sami siebie szanować, nie wierzą, że mogą być autorytetem dla swoich dzieci, a przecież są – już z samego faktu, że są rodzicami. A że są słabi i niepewni, przekształcają swoje niezadowolenie w uwagi, oceny i nakazy, które wpędzają dzieci w poczucie winy. Łatwiej jest im wtedy nimi zarządzać – w głównej mierze po to, by trzymać je pod butem. Żeby nie szukały własnych dróg, żeby nie miały innych autorytetów, żeby niczego się same nie dorobiły – w tym swojego światopoglądu – żeby nie przeszkadzały, żeby nie przynosiły do domu idei, które rodzicom nie odpowiadają, i w ogóle żeby było z nimi jak najmniej kłopotów. (Mam nadzieję, że jest jasne, iż ten smutny obraz nie opisuje wszystkich rodziców, niestety, jednak na tyle dużą ich część, że można się pokusić o uogólnienie).

I tak poczucie winy rozłazi się na wszystkie przestrzenie naszego życia, w tym na związki. Strasznie jest słyszeć, jak ona mówi do niego: „Ty świnio, oszukałeś mnie, upokorzyłeś, zdradziłeś”. I on wcale nie musiał jej tego naprawdę zrobić, czasami ona sama to sobie zrobiła lub zrobił jej to ktoś inny, a czasami w ogóle nie zostało to zrobione – ale zasada jest taka, że człowiek niezadowolony z siebie lubi szukać powodu tego niezadowolenia na zewnątrz. Do tego w procesie wpędzania w poczucie winy sama wina nie musi być wcale udowodniona, tylko zarzucona. A osoba, której ją zarzucono, musi mieć w środku taki klik na zasadzie „jeśli się mnie czepiają, to może słusznie” – i wtedy ona to poczucie winy na siebie przyjmuje.

Dziecko, które ani nie zna siebie, ani świata, a do tego jeszcze nie zna i nie rozumie swoich rodziców – bo jak ma ich rozumieć – przyjmuje jak objawienie wszystko, co się na nie zwala. Moja mama na przykład zawsze mi powtarzała, że przez ciężki poród całe życie miała zatwardzenie – to oczywiście miała być moja wina, bo jej było z tym wygodnie. Innej dziewczynie matka powtarzała, że przez nią nigdy nie schudła i zaczęła mieć migreny. I jak dziecko może z takim zarzutem walczyć? Dziecko może się albo na to zamknąć, albo się pod tym ugiąć i bardzo się starać, by przeprosić i wynagrodzić, czyli być idealne we wszystkim, w czym się da: nie być głośno, nie przeszkadzać, nie bałaganić, dobrze się uczyć. Robią się potem z takich dzieci, a zwłaszcza dziewczynek, szare, ciche myszeczki. Bardzo wielu rodzicom zależy, żeby mieć takie dziecko.

Niewidzialna dziewczynka

Pamiętacie Nini, bohaterkę z serii o Muminkach, dziewczynkę, która była niewidzialna i tylko dzięki dzwoneczkowi na szyi było wiadomo, gdzie jest? Ktoś był dla niej kiedyś konsekwentnie zły i okrutny, ona wzięła winę na siebie, bo była bezbronna, i postanowiła, że nie będzie nikomu zawadzać, aż stała się niewidzialna. Ale kiedy ktoś jej powiedział coś miłego, to powoli pojawiała się kokardka na czubku głowy, a potem ewentualnie włoski, przy Mamie Muminka zaczęła się pojawiać już trochę buzia, ale wtedy wpadł Muminek i spytał: „a co to takiego dziwnego?” i dziewczynka znów zniknęła – bo tak była elektryczna na każde nieaprobujące zdanie na jej temat.

Bardzo dużo jest takich dorosłych niewidzialnych dziewczynek. Idzie taka do lekarza i od progu się jąka, że ją coś boli, ale w recepcji od razu zostaje usadzona i musi swoje odstać, a gdy wreszcie doczeka się swojej kolei, to się nie dopyta, nie powie, że jej coś nie pasuje albo że lekarz ją źle zrozumiał. Nie zadba o siebie, bo wszyscy są od niej ważniejsi. Wszelka złość, jaka się u niej pojawia, która ewentualnie mogłaby ją ośmielić, jest kierowana przeciwko niej samej. Może kiedy ta dorosła niewidzialna dziewczynka zacznie ciężko chorować i ktoś jej powie, że to jest psychosomatyczne, a do niej dotrze, co to znaczy – zechce to przyjąć i będzie ciekawa, jak można to zmienić. Większość takich dziewczynek woli jednak faszerować się lekami niż pracować nad zmianą samych siebie, nad dostrzeżeniem swojej złości. Poczucie winy tworzy właśnie takich niewidzialnych, niemych ludzi – po to, by łatwiej było nimi rządzić. A już broń Boże, żeby byli szczęśliwi, bo jak tu rządzić szczęśliwymi ludźmi?

Jeśli ma się w dzieciństwie wypracowany mechanizm przyjmowania na siebie poczucia winy, człowiek zaczyna sam siebie w nie wpędzać, bo to umie i zna. Dlatego powtórzę jeszcze raz: poczucie winy nie jest naturalnym stanem, to stan sztuczny i szkodliwy, to przedłużająca się krzywda. Co innego poczucie skruchy  – pojawia się wtedy, kiedy wiemy, że zrobiliśmy coś, co jest niefajne, również według nas samych. I można przeprosić, naprawić albo zadośćuczynić. Albo strach – kiedy dziecko wie, co zrobiło, i wie, że to nie spodoba się rodzicom, czuje strach, tylko tyle. Dopiero kiedy od nich dowie się za pierwszym, drugim i kolejnym razem, że nie tyle nawet zrobiło źle, co jest złe – wtedy wpada w otchłań poczucia winy.

Normalny, żyjący swobodnie człowiek ma świadomość, że raz na jakiś czas coś mu się wymsknęło spod kontroli, że coś zawalił, popsuł, czegoś nie dopilnował. Nie jest ze wszystkiego zadowolony, ale to jest wliczone w szeroki wachlarz wydarzeń ludzkiego życia – nie możemy przecież nigdy nie popełniać błędów czy nigdy o niczym nie zapominać. Dlatego można mieć poczucie błędu, ale nie winy.

Kiedy dziecko wie, że zrobiło coś nie tak, czuje strach, może mieć poczucie skruchy, ale nie można wpędzać w poczucie winy. (fot. iStock) Kiedy dziecko wie, że zrobiło coś nie tak, czuje strach, może mieć poczucie skruchy, ale nie można wpędzać w poczucie winy. (fot. iStock)

I niczego nie żałujcie

Nie tylko poczucie winy potrafi zatruć życie, także poczucie żalu. Żalu z powodu niezrobionych rzeczy, niewykorzystanych okazji, żalu do siebie o to, jakim się było. Że się o siebie nie walczyło. Że się uwierzyło w słowa: „do niczego się nie nadajesz”. Bardzo przykro zdać sobie z czegoś takiego sprawę. I żeby sobie udowodnić, że jednak się nadajemy, robimy wiele różnych rzeczy – tylko jakoś się one nie przekładają na zadowolenie z siebie, co dostrzegamy często dopiero na terapii.

Nie ma sensu żałować czegoś, co zrobiliśmy lub nie. Zrobiliśmy to dlatego, że w danym momencie po prostu samo nam wyszło, bo: albo było naszym automatyzmem, albo mieliśmy na to ochotę, albo daliśmy się namówić, albo się przestraszyliśmy i nie zrobiliśmy czegoś – czyli wynikało to z określonych okoliczności. No więc skoro takie były okoliczności, co mamy do tego? Mogę teraz powiedzieć, że żałuję, że nie pojechałam na tę wycieczkę, którą mi proponowano; nie puściłam się z chłopcem, który miał na mnie ochotę; nie kupiłam sobie tej rzeczy, która mi się strasznie podobała. A mogę powiedzieć sobie wprost przeciwnie: że świetnie, że nie wydałam pieniędzy na kolejną torebkę, bo były mi potrzebne na coś innego; świetnie, że z tamtym facetem nie poszłam do łóżka, bo potem się okazało, że on obgaduje swoje kochanki; świetnie, że nie pojechałam na tamtą wycieczkę, bo za to poszłam gdzie indziej i tam mnie spotkały różne fajne rzeczy. I gdzie tu miejsce na żal?!

Fajnie też, że pamiętamy pewne rzeczy z przeszłości, bo dzięki temu w przyszłości nie powtórzymy już tego samego. Albo właśnie wreszcie zrobimy to, czego pożałowaliśmy sobie kiedyś. Jeśli coś się już stało, to mamy traktować to jako materiał do wyciągnięcia wniosków i dowiedzenia się czegoś o sobie – bo to bardzo cenne i nas zasila.

Na przykład marzę, by jeździć po świecie, ale za każdym razem, gdy mi ktoś proponuje wycieczkę, to wynajduję różne powody, żeby nie pojechać – za drogo, niebezpiecznie. Lub: bardzo bym chciała kogoś poznać i zakochać się, ale jeśli już poznaję, to znajduję w nim różne wady: krzywe zęby, garnitur niemodny. I z tego można wyciągnąć wniosek – może powinnam się odważyć, przełamać schemat, może ja się czegoś bardziej boję niż pragnę. Nie chcę powiedzieć, że nie ma się czego bać, bo czasem jest: na przykład łajdaków, bandytów, oszustów i wszelkich krzywdzicieli. Lęk i strach są potrzebne, byle nie były naszymi jedynymi doradcami.

Zawsze jest wyjście

Żal to złożony stan emocjonalny, bierze się ze smutku, rozczarowania, zawodu. Nie ma co się go całkowicie pozbywać, bo on pokazuje naszą kondycję – zmaltretowanego człowieka, któremu się nie należało. Dlatego ważne, żebyśmy umieli siebie pożałować, ale też sobie wybaczyć i wyrównać, bo inaczej będziemy wiecznymi cierpiętnikami. Żal mówi, co było dla ciebie ważne, podobnie jak zazdrość. I to coś trzeba sobie dać, zadośćuczynić sobie, wyrównać sobie i samego siebie za to przeprosić.

Podobnie skomplikowane jest poczucie krzywdy, które z kolei ma korzenie w bezsilności i złości. Poczucie winy – jak już mówiłam, rodzi się z lęku, smutku, braku pewności siebie. I nie jest prawdą, że jeśli nie będziesz mieć poczucia winy, to będziesz zarozumiałym, bezczelnym egoistą, bo poczucie winy nas gryzie i niszczy, a nie buduje. Zupełnie czym innym jest odpowiedzialność czy skrucha albo zadośćuczynienie, przeproszenie, postanowienie poprawy, prawda – te rzeczy nas budują. Jeśli chcemy sobie poradzić z czymś, co nam w środku dolega, bo zrobiliśmy coś niefajnego – to są właśnie najlepsze metody. Refleksja na swój temat zawsze powinna być wszechstronna i pogłębiona – ludzie zwykle chcieliby być lepsi niż są, bo się im od dziecka wmawia, że nie są dobrzy.

„Taki, jaki jestem, jestem w porządku” – to jest najtrudniejsza afirmacja na świecie. Bo jak to, jestem w porządku?! Przecież spóźniłem się, zgubiłem portmonetkę, odpowiedziałem komuś niegrzecznie… To wszystko są drobiazgi, za które można przeprosić, wytłumaczyć, uśmiechnąć się. Nauczyliśmy się popadać w dołek, z którego nie ma wyjścia. A zawsze jest wyjście. Musi się bardzo dużo złych rzeczy poskładać, żeby przez jakiś czas tego wyjścia nie było, ale potem znów będzie.

  1. Psychologia

Nowy miesiąc - nowy start. Ćwiczenia, pomysły i inspiracje na wrzesień

Wrzesień nie musi być jedynie odpryskiem po lecie. Może być nowym startem. (Fot. Getty Images)
Wrzesień nie musi być jedynie odpryskiem po lecie. Może być nowym startem. (Fot. Getty Images)
Wrzesień nie musi być jedynie odpryskiem po lecie. Może być nowym startem. Trenerka Dagmara Gmitrzak podsuwa pomysły, ćwiczenia i wizualizacje. 

Ćwiczenie 1. Z perspektywy orła

Zabawne, jak wiele rzeczy, które przed urlopem wydawały się niezwykle istotne, po powrocie traci na znaczeniu. Jeśli potrzebujesz znaleźć konstruktywne rozwiązanie jakiejś sytuacji, to ćwiczenie dodatkowo pomoże spojrzeć ci na nią z dystansu i bez emocjonalnego zaangażowania. Zacznij od wybrania przedmiotu, który może reprezentować daną sprawę. Ustaw naprzeciwko niego krzesło, w dowolnej odległości. Teraz wejdź na krzesło i poczuj się przez chwilę jak orzeł, który obserwuje ziemię, lecąc nad szczytami gór. Zauważ, jakie myśli pojawiają się w Twojej głowie. Co widzisz teraz, a czego nie mogłeś zobaczyć wcześniej?

Ćwiczenie 2. Dobry nastrój jesienią

Wakacyjny luz nie musi się kończyć wraz z rozpakowaniem walizek. Jak sprawić, by dobry humor nie opuszczał Cię jeszcze długo po powrocie? Wywołaj najlepsze i najbardziej pozytywne zdjęcia z wakacji i postaw je w widocznym miejscu, tak aby codziennie przypominały ci przyjemne miejsca i dobrze spędzony czas. Noś kolorowe ubrania, w których przeważają roślinne, kwiatowe motywy. Jeśli zaś czujesz spadek nastroju, skorzystaj z balijskiego sposobu na poprawę samopoczucia. Zmieszaj trzy łyżki nierafinowanego oleju kokosowego w płynnej postaci z sześcioma kroplami olejku różanego. Rozsmaruj je na wewnętrznej części dłoni. Chwilę podelektuj się zapachem i zacznij wmasowywać olejek pośrodku klatki piersiowej. Według ajurwedy to miejsce jest związane z czakrą serca, która symbolizuje miłość do siebie i innych. Wykonując ten delikatny masaż, spróbuj wzbudzić czułość dla siebie. Następnie nałóż olejek na podbrzusze – to siedziba czakry krzyżowej, związanej z ekspresją uczuć i emocji, kreatywnością, zmysłowością i seksualnością. Podczas masowania pomyśl z miłością o swoim ciele. Na zakończenie połóż jedną dłoń na klatce piersiowej, a drugą na podbrzuszu. Oddychaj świadomie przez dwie minuty.

Ćwiczenie 3. Zatrzymać lato w sobie

Badania wykazały, że mózg nie odróżnia tego, co widzimy, od tego, co sobie wyobrażamy. Oznacza to, że reagujemy emocjonalnie zarówno na obrazy prawdziwe, jak i fikcyjne. Korzystając z tej wiedzy, możesz praktykować kreatywną wizualizację i odczuwać jej dobroczynne efekty. To ćwiczenie pomoże ci aktywować pozytywne emocje związane z latem. Usiądź wygodnie, z prostym kręgosłupem. Zrób dwa głębokie wdechy i długie wydechy. Przywołaj w myśli jakieś dobre wspomnienie związane z latem. Moment, kiedy czułeś radość, połączenie ze sobą, z przyrodą. Uaktywnij wszystkie zmysły. Poczuj w ciele te pozytywne emocje. Po dwóch–trzech minutach powróć do tu i teraz.

Ćwiczenie 4. Porządki w relacjach

Letni wypoczynek pomaga złapać dystans do codzienności, w tym do osób. Zanim spotkasz się z dawno niewidzianymi znajomymi, przemyśl, które znajomości służą twojej ścieżce rozwoju, które warto ulepszyć, a które już się wypaliły. Zacznij od zrobienia listy najbliższych przyjaciół oraz bliskich znajomych. Zadawaj pytania w odniesieniu do każdego z nich. Jak się czujesz podczas spotkania z tą osobą? Czy w dzieleniu się swoimi sprawami panuje równowaga? A może to zwykle Ty wysłuchujesz drugiej osoby lub przeciwnie – przejmujesz pałeczkę i zapominasz zapytać o jej życie? Czy czujesz się sobą przy tej osobie? Czy są tematy, których nie wyobrażasz sobie z nią poruszyć? Czy czujesz, że życzy ci wszystkiego najlepszego i jest z Tobą szczera? Czy często krytykuje Twoje zachowanie, sposób ekspresji albo Twój wygląd? Jak odnosi się do twoich sukcesów? Jak reaguje, kiedy jest Ci trudno, masz złe samopoczucie fizyczne lub psychiczne? Czy potrafi Cię wysłuchać i okazać troskę? Czy pokazujesz jej również swój cień – mniej miłą i sympatyczną część siebie?

Ćwiczenie 5. Porządki w domu

Indianie wierzą, że każda pora roku uczy nas, jak żyć. Jesień to nauczycielka cykliczności. Przekazuje wiedzę o tym, że nic w życiu nie jest nam dane na stałe. Jest okres letniej pełni i obfitości, ale po nim następuje czas transformacji. Ten proces symbolizują spadające z drzew liście. Aby połączyć się z energią jesieni i lepiej ją zrozumieć, po porządkach w relacjach skup uwagę na porządkowaniu swojego mieszkania i oddawaniu tego, z czego już nie korzystasz. Nienoszone przez dłuższy czas ubrania upierz i przekaż do pomocy społecznej. Przeczytane książki i magazyny możesz sprezentować znajomym, być może zawarte w nich informacje okażą się dla nich pomocne. Pamiętaj, że jeśli dzielisz się tym, czego masz w nadmiarze, robisz miejsce na pojawianie się czegoś nowego i inspirującego.

Ćwiczenie 6. Nowe umiejętności

Stary nawyk ze szkoły sprawia, że wrzesień to dobry czas na naukę. Zapisz się na weekendowe warsztaty, cykliczne zajęcia albo kurs językowy. Po wakacyjnym wypoczynku mózg garnie się do wiedzy, trenuj go zatem i ucz się nowych rzeczy. To poprawi nie tylko Twoją pamięć i koncentrację, ale też samopoczucie. Jeśli nie masz pomysłu na to, jaką nową umiejętność wprowadzić do swojego życia, postaw na prostą praktykę medytacji. Umów się ze sobą, że codziennie o tej samej porze usiądziesz prosto i przez dwie minuty skupisz się na procesie oddychania. Możesz skierować uwagę do nozdrzy i doświadczać, jak powietrze do nich wpływa, a po chwili wypływa. Ta praktyka pozwoli ci nauczyć się, jak być w pełni w chwili obecnej.

  1. Psychologia

Jak wybaczyć? Rozmowa z Katarzyną Miller

Wybaczenie jest detoksem dla duszy, wielkim porządkiem, ulgą i spokojem, oczyszczeniem. (Fot. iStock)
Wybaczenie jest detoksem dla duszy, wielkim porządkiem, ulgą i spokojem, oczyszczeniem. (Fot. iStock)
Małe i większe przewinienia, stare i nowe grzechy, wyrządzone – świadomie lub nie – krzywdy… To wszystko siedzi w nas i tworzy emocjonalne złogi. Dlatego wybaczenie jest jak generalne porządki - pracochłonne, ale przynoszące ład emocjonalny. Może warto przeprowadzić je właśnie dziś, w Międzynarodowy Dzień Przebaczania? Pomoże w tym psychoterapeutka Katarzyna Miller. 

Małe i większe przewinienia, stare i nowe grzechy, wyrządzone – świadomie lub nie – krzywdy… To wszystko siedzi w nas i tworzy emocjonalne złogi. Dlatego wybaczenie jest jak generalne porządki - pracochłonne, ale przynoszące ład emocjonalny. Pomoże w tym psychoterapeutka Katarzyna Miller.

Trudniej jest wybaczyć sobie czy komuś? A może nie ma jednego bez drugiego? To mądra myśl, że drugiego bez pierwszego nie ma, ale zdecydowanie trudniej jest wybaczyć sobie, bo to jest rzecz głęboka. Ludzie bardzo często nie wiedzą, że sobie czegoś nie wybaczają, w związku z tym też nie wiedzą, dlaczego nie wybaczają innym. Mają wtedy – można by powiedzieć – pewien automatyzm w niewybaczaniu. Trudniej jest wybaczyć sobie także dlatego, że jesteśmy takim puzderkiem na syfy, czyli mamy niestety wiele rzeczy, które nas dręczą i które jawią się nam jako rzeczy nie do wybaczenia albo nie do pogodzenia czy nie do przejścia, które są dla nas tak strasznie ważne, że szok…

Co na przykład? Co o nas myślą inni, czy nas lubią… Niektóre uczucia, które demonizujemy, zwłaszcza lęk, złość i wstyd. Ale też bezsilność, bezradność…złe myślenie o sobie, a więc i złe myślenie o innych i związane z tym uczucia…

Masz na myśli to, że zabraniamy sobie je odczuwać? Raczej to, że dajemy im nad sobą ogromną władzę. Poza tym rozgrzebujemy uczucia, nie pozwalamy im przez siebie przepływać. Weźmy wstyd – ponieważ od małego jesteśmy zawstydzani, to wszystkiego się wstydzimy. Puszczę bąka – zgroza! Nie powiem słowa takiego, jak powinnam – zgroza! Kręcę się w kółko i nie wiem, co zrobić – zgroza! I wiecznie do tego wracamy. „Jak ja się wtedy zachowałam! Nigdy tego nie zapomnę”… Oczywiście mówię o ludziach, którzy są bardzo urazowi, a jest ich dużo. U takich osób nawet drobiazgi urastają do rangi prawdziwych nieszczęść. Wracając do wybaczania, jeśli mam w sobie taki kocioł, który ciągle kipi i czego się nie dotknę, to rozlega się syk – wiesz, taki jak kładziesz na rozgrzaną płytę palec i słychać „psss” – to nigdy nie będzie w moim życiu ulgi ani przyzwolenia. Ani poczucia, że to, co jest, jest, jakie jest. Ja jestem, jaka jestem, ty jesteś, jaka jesteś. Poza tym jeśli coś nas dotknęło i było wyraziste w momencie, w którym się działo, to kiedy minęło, powinniśmy już włożyć to do pamiętnika, a nie ciągle oglądać pod lupą: „gdybym nie poszła, gdybym nie powiedziała, to byłoby inaczej…”. No, tego już się nie dowiemy, może by było, a może nie. A mimo to często nie potrafimy o tym zapomnieć i wybaczyć sobie. Że na przykład szłam kiedyś ulicą z oberwaną halką i tego nie zauważyłam…

Naprawdę? Ty może byś się tym nie przejęła, ale wiele kobiet – jak najbardziej. I gwarantuję ci, że wiele takich, po których byś się tego nie spodziewała. Bo one tego nie okazują. Duszą to w sobie.

Powiedziałaś, że ludzie często nie wiedzą, że sobie czegoś nie wybaczyli. Nie wiedzą, bo to jest bardzo bolesny stan mieć pretensje do siebie, nie cenić siebie, mieć sobie coś za złe, wiedzieć, że nie podoba mi się to, co we mnie jest, co robię czy co myślę – w związku z tym robimy nad tym pokryweczkę, żeby tego nie dotykać za mocno. I jak nagle ktoś robi dokładnie to samo, co ja kiedyś, to do kogo mam pretensje? Oczywiście do niego. Klasyczna projekcja.

Czyli jeśli czegoś komuś nie możemy wybaczyć, to mogłaby być to dla nas wskazówka, że tego samego nie wybaczamy sobie? O tak, to bardzo typowe. Np. wiele starszych osób, które nie pozwoliło sobie na pewne rzeczy, nie zaznało ich, ma pretensje do młodszych o to, że oni właśnie sobie na to pozwalają.. 

Tylko jeśli komuś czegoś nie wybaczamy, stawiamy siebie w roli wiecznej ofiary – ofiary tej osoby… Niekoniecznie. Możemy stawiać się w roli ofiary, ale możemy też w roli sędziego. Wtedy jesteśmy niczym bicz boży albo anioł z mieczem ognistym, no albo inna świetlista osoba. My z Panem Bogiem uważamy, że… (śmiech) 

Jeśli sobie nie wybaczamy, to jesteśmy jednocześnie ofiarą, katem i… sędzią? Dokładnie tak. Takie sobie fundujemy potrójne męczarnie. To smutne i straszne, ale prawdziwe, że sami – z wyuczenia domowego i kulturowego – urządzamy sobie w życiu piekło.

Sądzisz, że trudniej nam sobie wybaczyć, że coś zrobiliśmy, czy że czegoś nie zrobiliśmy? Na to pytanie nie umiem odpowiedzieć, pewnie zależy to od osoby i od uczynku. Ludzie mają różne systemy wartości i różne gradacje przewinień. Dla jednych flirt to nie zdrada, dla innych – już tak. Dla jednych to, że komuś się czegoś zazdrości, to grzech, dla innych – naturalny odruch.

Chyba najgorszą rzeczą jest nie móc sobie wybaczyć tego, jacy jesteśmy. Tylko problem polega na tym, że ludzie nie wiedzą, jacy są. Dali sobie na przykład wmówić, że są podli, niedobrzy… Wstrząsnęła mną historia mojej pacjentki, która była bita przez matkę jako bardzo małe dziecko, a ojciec się za nią nie ujmował. Po latach już w trakcie terapii spytała go: „Dlaczego ty pozwoliłeś mamie na coś takiego?”. „Jak to, przecież ty byłaś okropna – mama mówiła”. Jak może być okropne dwuletnie dziecko? Ono może być jedynie inne niż rodzic sobie wyobrażał. Nie dość ładne jego zdaniem, za dużo płaczące albo zbyt wolno rozwijające się niż by on chciał. Ale okropne?! Jeśli więc nie możemy sobie wybaczyć tego, jacy jesteśmy, to najpewniej uwierzyliśmy w wielką zmyłę na swój temat. Przecież wiele ludzi nie idzie na terapię ze strachu, że teraz się wyda, jacy naprawdę są, a tak to jakoś się ciągnie.

Wybaczenie jest oczyszczeniem? Jest detoksem dla duszy, wielkim porządkiem, ulgą i spokojem, oczyszczeniem - tylko ono może pojawić się dopiero wtedy, kiedy będziemy mogli siebie uwolnić od tej ropy: nienawiści, żalu, pretensji, krzywdy. Kiedy przestaniemy się czuć ofiarą: albo oburzoną, albo zrezygnowaną albo zbuntowaną. Ale aby tak się stało, trzeba się najpierw pozbyć tych uczuć, wyrzucić je na zewnątrz. I to daje na przykład terapia. Dzięki niej, że tak się wyrażę, wyrzygujemy się na tych, co nas skrzywdzili, ale w bezpieczny sposób. Nie robimy tego na tych ludzi, bo by tego ani nie przyjęli, ani nie znieśli, a poza tym często nie byli świadomi, że krzywdzili. Wyrzucamy to z siebie w obecności terapeuty, często też grupy: skarżymy się , zwierzamy, krzyczymy, płaczemy, złorzeczymy, kwilimy… Ale też wyobrażamy sobie, rysujemy, tańczymy, piszemy listy, oglądamy zdjęcia, czytamy książki, oglądamy filmy i sztuki… Uczucia uwalniają się w bardzo różnorodny sposób.

Czyli najpierw trzeba odczuć wszystkie przykre uczucia, wywalić je z siebie… I zrobić to w swoim tempie, w swoim czasie. Niczego nie przyspieszać i nie wybaczać wbrew sobie. Bo wtedy siebie strasznie niszczymy.

To ważne, że wybaczaniem też można siebie nadużyć. I to jeszcze jak! Wybaczeniem – zbyt szybkim i niezgodnym z tym, co mamy w środku – możemy sobą i innymi nieźle manipulować.

Czyli mądre i zdrowe wybaczenie… … odbywa się po procesie oczyszczenia. W dodatku procesie, który co jakiś czas trzeba powtarzać. Z wybaczaniem jest jak ze sprzątaniem. Nie możesz sobie raz wysprzątać i siedzieć na kanapie, spokojna, że już cała robota z głowy, bo po tygodniu znowu zbiera się kurz. Tak jak zbiera się brud między ludźmi. Wiele osób myśli, że jak już oczyściło pole w relacji z kimś, to nie będzie teraz znów wyciągać jakiś nowych spraw, bo po co psuć atmosferę. To wielki błąd, bo znów będą się tworzyć nowe urazy, w dodatku schowane pod wspomnianą przykryweczką. Najciekawsze jest to, że jeśli się zaczniemy oczyszczać, wybaczenie samo przyjdzie. Dlatego naszym celem nie powinno być wybaczenie, tylko wewnętrzna harmonia. Wtedy przestajemy mieć żale i pretensje, bo nie są one już nam do niczego potrzebne. Człowiek się robi spokojny, tolerancyjny, mądry. Nie dziwi się wiecznie: „Jak mnie to mogło spotkać?! Dlaczego?!”. A jak kogoś innego spotka, to będzie w porządku?

Poza tym nie można nikogo przymusić do wybaczenia, wbrew jego woli. Choć czasem tak próbują robić rodzice małych dzieci: „Podaj mu rękę na zgodę, no już”. A próbują, i to bardzo często. A jak dziecko nie chce, to mówią mu: „jesteś złym chłopcem”. Wtedy taki maluch zwykle w obronie swojej godności wykrzykuje: „Nieprawda! Nie jestem zły”. I ma rację. Co więcej, moim zdaniem, jest w ludzkim życiu poziom rzeczy nie do wybaczenia. Nie jestem specjalnie odwetowa (jestem absolutnie przeciw karze śmierci) ale nie wolno zmiękczać ohydy pewnych ludzkich zachowań. Jest różnica pomiędzy tym, że naprawdę wybaczamy a tym, że jesteśmy ulegli. Rozumiesz? Mówię o tym czasem, że boję się dobrych ludzi. Takich, co nie powiedzą, że się na coś nie zgadzają, że coś jest dla nich niedobre, że coś jest według nich złe, bo się nie posuną do takich drastycznych kroków. I potem wszyscy przegrywamy z bandytami, którzy nie mają takich problemów, przeciwnie – im bardziej się ich boisz, tym lepiej. Oczywiście nie chodzi o to, by mieć ludzi za mierzwę i zakładać z góry, że ktoś jest niegodny, ale uczyć się i wyciągać wnioski.

Mieć odwagę powiedzieć na przykład komuś: „nie ufam ci, po tym, co zrobiłeś”. O, to jest już bardzo dużo umieć to powiedzieć. Ja zresztą bardzo poważnie mówię, że ufać to nikomu nie można, nawet sobie do końca. Nie w tym sensie, że mamy być podejrzliwi, tylko że pewne rzeczy są do sprawdzenia, a inne nie – dopóki się nie staną. Nie bądźmy zatem świętojebliwi i nie nakładajmy na siebie obowiązku szybkiego kończenia rzeczy, które wymagają mądrego, długiego procesu dojrzewania. Wymagajmy od siebie mądrego, długiego procesu dojrzewania.

Ale skoro mówisz, że jest kategoria rzeczy, których nie można wybaczyć, to znaczy, że pewnych rzeczy nie można wybaczyć też sobie? Chodziło mi o to, że nie tyle mamy nie wybaczać pewnych rzeczy, co nie godzić się na nie. Podam przykład. Miałam kiedyś pacjenta, byłego alkoholika, który związał się z kobietą, też byłą alkoholiczką i tworzyli bardzo fajną parę. Ona miała dorastającą córkę i po jakimś czasie on próbował ją zgwałcić. Na szczęście matka zareagowała natychmiast, wyrzuciła  go z domu i opowiedziała o wszystkim ich znajomym. Znajomi się oburzyli i odwrócili od niego, a on znów zaczął pić i pił, aż umarł. Zanim to jednak się stało, widziałam się z nim, a ponieważ był dla mnie ważną osobą, powiedziałam mu: „Ja cię rozumiem, ale ja się na to co zrobiłeś nie godzę. Nie że ci tego nie wybaczam czy wybaczam. Po prostu jesteś dla mnie nadal ważną osobą, która zrobiła coś strasznego. Rozumiem, że miałeś swoje wewnętrzne powody, że byłeś jeszcze głupkiem i dupkiem, który powinien dalej się terapeutyzować, ale nie zmienia to faktu, że zepsułeś życie swoje i bliskich”. 

Chcesz w ten sposób powiedzieć… Że można być obok wybaczenia. Można robić rzeczy niewybaczalne, ale nadal być dla kogoś ważnym. Od razu doniosłabym na niego na policję i go wsadziła do więzienia, a potem odwiedzała go z paczkami. Bo on musi ponieść karę, a ja nie muszę go wyrzucać z serca, chyba, że okazałby się bez skruchy i jeszcze urągał i się stawiał.

A można żyć w miarę spokojnie ze świadomością, że pewnych rzeczy sobie nie wybaczam? Myślę, że ludzie bardzo często tak żyją. Czasem sobie przypominają swoje grzechy i robi im się trudniej, ale przez większość czasu o nich nie pamiętają i dają radę. Oczywiście mówimy cały czas o ludziach obdarzonych sumieniem. Człowiek powinien zdawać sobie sprawę ze swojej ułomności, ale nie może być dla siebie katem, bo i dla innych będzie.