1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Czego spodziewać się po psychoterapii? (cz. 2)

Czego spodziewać się po psychoterapii? (cz. 2)

123rf.com
123rf.com
Amerykańscy psychoterapeuci obserwują, że ludzie cały czas jeszcze mają błędne przekonania o psychoterapii. Wyjaśniają najczęstsze mity funkcjonujące na ten temat.

Pierwsza część tekstu - TUTAJ

9. Nie warto porównywać się z innymi ludźmi

Często słyszę klientów, że większość ludzie funkcjonuje na wyższym poziomie w wielu aspektach życia, mówi Joyce Marter. Tymczasem terapia jest po to, żeby przyjrzeć się sobie i zrozumieć, że jesteśmy niepowtarzalni i nieporównywalni. I to jest błogosławieństwo.

10. Podczas terapii zrozumiesz, że twoje myśli wpływają na uczucia i zachowania

Marter cytuje Gandhiego: „Człowiek jest tylko wytworem swoich myśli”. Dlatego tak ważne jest zwracanie uwagi na to, co mówisz do siebie, jak myślisz o świecie i innych ludziach. Dzięki terapii możemy oduczyć się negatywnego myślenia na rzecz pozytywnego oraz praktyki wdzięczności.

11. Akceptacja nie jest ograniczeniem

Psychoterapia uczy, że są chwile, w których musimy zaakceptować, że jest źle, mówi Ryan Howes. Nie oznacza to jednak, że należy poddać się ograniczeniom. Wręcz przeciwnie, dopiero, jak je rozpoznamy i uznamy, możemy je przekroczyć. Zaakceptowania wymaga to, ile mamy lat, w jakiej rodzinie się urodziliśmy, jakie mamy uzależnienia, kłopoty w relacjach czy niemożności finansowe. Musimy zaakceptować przeszłość, żeby wybrać przyszłość, czyli sprawy, na które wreszcie mamy wpływ.

12. Jesteś godny – to możesz poczuć podczas psychoterapii

Hibbert uważa, że wszyscy ludzie na terapii dążą tak naprawdę do jednego – chcą wreszcie poczuć swoją wartość. W głębi duszy każdy z nas jest nieskończenie doskonały. Poczucie tego to klucz do znalezienie sensu i radości życia.

13. Życie wymaga równowagi

Idea równowagi może wydawać się banałem, ale wszelkie kłopoty biorą się właśnie z popadania w skrajności. Ludzie, którzy pracują za dużo, za dużo czasu spędzają w internecie, za dużo jedzą, za dużo uprawiają seksu – cierpią. Podobnie jak ci, którzy odmawiają sobie przyjemniejszych stron życia. Umiejętność dążenia do równowagi jest czymś, co możesz osiągnąć podczas psychoterapii.

14. Liczenie się z czasowymi porażkami

To normalny aspekt bycia człowiekiem, że upadamy, robimy błędy i ponosimy porażki. Tak zdarza się i podczas terapii, zauważa Marter. Jednak warto wiedzieć, że potknięcie się nie oznacza, że znów jesteś w punkcie wyjścia. To tylko okazja, żeby jeszcze lepiej siebie poznawać, rozwijać się i iść do przodu. Życie jest procesem przypływów i odpływów, warto to zaakceptować.

15. Działanie od wewnątrz

Według Joyce Marter celem psychoterapii jest uświadomienie sobie, że szczęścia nie zapewni ci wymarzony stan konta czy odpowiednia ilość zgubionych kilogramów. Kluczowe jest działanie od wewnątrz, czyli praca nad sobą, która zaowocuje darami na zewnątrz. Osiągniesz wszystko, czego pragniesz, gdy poznasz siebie i odkryjesz swoje prawdziwe marzenia.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Życie w lęku nie pozwala nam na pełny rozwój

Lęk sam w sobie nie jest zły. Kłopot pojawia się wtedy, gdy indywidualny system ostrzegania człowieka ulega „przeprogramowaniu” i sprawia, że reakcje stają się nieadekwatne do sytuacji. (Fot. iStock)
Lęk sam w sobie nie jest zły. Kłopot pojawia się wtedy, gdy indywidualny system ostrzegania człowieka ulega „przeprogramowaniu” i sprawia, że reakcje stają się nieadekwatne do sytuacji. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 4 Zdjęcia
Lęk sam w sobie nie jest zły. Spełnia istotną ewolucyjnie funkcję – informuje o zagrożeniach, każe reagować na niebezpieczeństwo. Kłopot pojawia się wtedy, gdy indywidualny system ostrzegania człowieka ulega „przeprogramowaniu” i sprawia, że reakcje stają się nieadekwatne do sytuacji.

Sebastian ma 30 lat. Kilka lat temu zrozumiał, że żyje w niewoli kompleksów i strachu, że za chwilę zniszczy swój związek. Postanowił z tym walczyć – poddał się półrocznej psychoterapii indywidualnej metodą poznawczo-behawioralną. W rozmowie z Zofią Rokitą dzieli się swoim doświadczeniem wychodzenia z lęku. Opowiada o przebiegu i efekcie terapii, którą podjął w tym celu.

Z jakim problemem zgłosiłeś się do terapeuty?
Głównie z różnego rodzaju lękami – przed odtrąceniem, wyśmianiem, upokorzeniem. Czułem, że mam ze sobą jakiś problem, ale nie wiedziałem jaki. Wtedy pomyślałem o psychoterapii. Skoro innym pomaga, może warto spróbować? Miałem 23 lata, byłem studentem geografii.

W jakich sytuacjach najczęściej dopadały cię lęki?
Wśród ludzi: na zajęciach, na spotkaniach towarzyskich. Miałem wrażenie, że jestem mało interesujący, gorszy od innych, nudny, beznadziejny... Że mnie nie akceptują, nie mają ochoty przebywać w moim towarzystwie. Z trudem przychodziło mi wyrażanie opinii, jąkałem się, głos mi drżał, serce wpadało w galop. Często zamykałem się w swoim świecie i zastanawiałem, jak inni mnie odbierają, dlaczego każda próba nawiązania z kimś bliższego kontaktu kończy się odrzuceniem. Pytanie „dlaczego” stało się moją obsesją. W głowie kłębiły się dołujące i gnębiące myśli, a takie jeszcze bardziej napędzały moje lęki. Mówiłem sobie: „Jeśli z ciebie taki palant, to nie dziw się, że inni się do ciebie nie garną”. Gdzieś w głębi nosiłem jednak przekonanie, że wcale nie musi tak być.

Dlaczego właśnie wtedy zdecydowałeś się na terapię?
W moim życiu wydarzyło się coś, co dało mi potężnego kopa, ogromnie zmotywowało, by zwrócić się po pomoc do specjalisty. Poznałem dziewczynę i po raz pierwszy naprawdę się zakochałem. Ewa też mnie pokochała. I zaczęła się udręka! Zamiast się cieszyć, żyłem w ciągłym niepokoju, strachu, że mnie porzuci. Byłem pełen myśli typu: „Jesteś frajerem, to nie może być prawda. Jak taka dziewczyna mogłaby zainteresować się facetem takim jak ty...”. Lęki przed porzuceniem stały się natrętne, czułem, że przejmują nade mną kontrolę, zbierają się nade mną niczym czarne chmury. Ciągle domagałem się od Ewy potwierdzeń, zamęczałem ją pytaniami: „Naprawdę mnie kochasz? Dlaczego mnie wybrałaś?

Czy na pewno między nami jest OK?...”. Cierpliwie odpowiadała, ale ja nie umiałem tego przyjąć. Byłem na wszystko strasznie wyczulony, nieufny, podejrzliwy. Drobne nieporozumienia jawiły się w mojej głowie jako pożegnania. Wybuchałem złością graniczącą z agresją, choć nie miałem żadnych racjonalnych powodów. Cierpiałem. Pomyślałem wtedy: „Jeśli nic z tym nie zrobię, to spieprzę związek, na którym tak mi zależy”. Zdecydowałem się na terapię. To było jak z bólem zęba: kiedy dokucza ci tak, że nie możesz wytrzymać, nie zastanawiasz się, czy pójść do stomatologa, po prostu idziesz. Podobnie jest z bólem psychicznym.

Ewa wiedziała, że zapisałeś się na terapię?
Tak i miałem jej wsparcie. Wracałem z sesji i opowiadałem, jak przebiegała. Mieliśmy wspólny cel: by było nam ze sobą jak najlepiej.

Często spotykałeś się z terapeutką?
Raz w tygodniu. Sesja trwała godzinę. To była osoba niezwykle ciepła, spokojna, czułem, że mnie słucha i rozumie. Bardzo szybko jej zaufałem i otworzyłem się przed nią.

Opowiedz, jak przebiegały sesje.
Na pierwszych spotkaniach koncentrowaliśmy się na moich zachowaniach i bieżących problemach. Terapeutka prosiła, bym opowiadał o istotnych wydarzeniach z ostatniego tygodnia i sytuacjach, podczas których zmagałem się z lękami. Potem wspólnie je analizowaliśmy. Kiedyś od progu gabinetu zacząłem opowiadać o tym, co przydarzyło mi się kilka godzin wcześniej: Szedłem ulicą i zobaczyłem moją dziewczynę w towarzystwie kolegów. Po prostu rozmawiali, ja jednak od razu pomyślałem: „No tak, oni są interesujący, a ja nudny, beznadziejny. Tracę ją”. Poczułem się zdołowany, tak, jakby mnie coś nagle przywaliło, choć w gdzieś w głębi zdawałem sobie sprawę, że nie mam sensownych argumentów, by tak się czuć.

Strach ogranicza nasze postrzeganie, powoduje, że rezygnujemy z wielu cennych rzeczy. (Fot. iStock) Strach ogranicza nasze postrzeganie, powoduje, że rezygnujemy z wielu cennych rzeczy. (Fot. iStock)

Jak terapeuta pomaga w takich przypadkach?
Słuchając, rozmawiając, analizując zdarzenia. Moja terapeutka pytała mnie: „Z jakiego powodu uważasz się za osobę gorszą od innych? Co lubi w tobie Ewa?...”. Wspólnie szukaliśmy argumentów potwierdzających moje negatywne odczucia, ale i takie, które temu zaprzeczały. Prowadziłem też tzw. zapis myśli – to jedno z głównych narzędzi terapii poznawczo-behawioralnej. Pisałem np. „jestem nieciekawy, mało atrakcyjny, głupi...”, a na drugiej kartce: „jestem wysportowany, wczoraj napisałem najlepszą pracę na roku...”. Kiedy później czytałem ten negatywny zapis, wydawało mi się, że to nie o mnie, tylko o kimś innym. Słowa na papierze brzmiały ostro, biły po oczach, jakoś do mnie nie pasowały. To jasno pokazywało, że moja pierwotna, negatywna myśl była zniekształcona. Terapeutka mówiła wtedy: „Widzisz, twierdzenie w twojej głowie jest nieprawdziwe”. Kiedyś poprosiła mnie, bym wyobraził sobie, że patrzę na siebie siedzącego na drugim krześle i powiedział, co widzę i czuję. Pamiętam, że się rozpłakałem, bo zrozumiałem, że mam przed sobą dorosłego, ciepłego, fajnego mężczyznę. Pierwszy raz uświadomiłem sobie, że noszę w głowie zniekształcony obraz siebie i sytuacji, w jakich się znajduję. Odkrywałem błędy w swoim myśleniu.

Dostawałeś jakieś „zadania domowe”? Tak – przemyśleć i przećwiczyć sytuacje oraz przetrawić wnioski. Pracą domową było też prowadzenie „zapisów myśli” po różnych niepokojących mnie zdarzeniach, samodzielne ich analizowanie i powracanie do nich, by utrwalać nowe, bliższe prawdzie mechanizmy myślenia o sobie. Wiele razy, rozkładając na składniki swoje myśli, dochodziłem do wniosku, że moje obawy nie mają sensu. Eksperymentowałem, by sprawdzić, jak jest naprawdę, np. odmawiałem czegoś dziewczynie lub przyjacielowi, a potem przekonywałem się, że mimo to nadal są przy mnie.

 
Co podczas terapii poruszyło cię najbardziej?
Powrót do przeszłości, odkrycie źródeł moich problemów. Na pewnej sesji terapeutka poprosiła mnie, żebym opowiedział o swoim dzieciństwie, latach szkolnych. Pytała, czy takie negatywne myśli pojawiały się dawniej – kiedy, w jakich sytuacjach. Czy pamiętam jakieś szczególne wydarzenia z domu, ze szkoły, ze spotkań towarzyskich, w których paraliżował mnie strach, ogarniał niepokój? Jaki rodzaj lęku był wówczas dominujący? Padło wiele pytań dotyczących przeszłości. Zrozumiałem, że moje lęki zaczęły się rodzić w podstawówce.

Co takiego się tam działo? Rządziła chuliganeria?
To zbyt delikatne określenie. Byłem w bardzo niedobrej szkole, w patologicznym środowisku. Obrzucanie nauczycieli wulgaryzmami, opluwanie ich, picie alkoholu na lekcjach, regularne walki, no i nękanie uczniów, którzy nie chcieli w tej „zabawie” uczestniczyć – to było na porządku dziennym. Znajdowałem się w grupie wyśmiewanych, napiętnowanych, w zespole maminsynków. Atmosfera w szkole była pełna agresji i nienawiści. Podczas terapii okazało się, że tu tkwił jeden z korzeni moich problemów. Doświadczenia wyniesione z podstawówki ukształtowały we mnie przekonania o własnej beznadziejności. Później wyrastały z niego chwasty w postaci różnych lęków.

A inne korzenie?
Drugi wyrósł w relacji z rodzicami. Stale mnie krytykowali, bardzo rzadko chwalili. Zwracali uwagę na moje braki, zaniedbania, a nie zauważali rzeczy dobrych. Miałem być grzecznym, mądrym i dzielnym chłopcem. I takim starałem się być: dobrze się uczyłem, nie żaliłem, ale też z niczego nie zwierzałem. Byłem jedynakiem i często zamykałem się w swoim pokoju sam na sam z kłopotami i rozterkami. Czułem się bardzo samotny, nie miałem z kim porozmawiać.

Dlaczego ten powrót do przeszłości uznajesz za tak istotny?
Bo dotarłem do źródeł tak niskiej samooceny. Zrozumiałem, dlaczego nie byłem zadowolony z nowych relacji i nie potrafiłem się nimi cieszyć – na wszystkie padał cień wcześniejszych doświadczeń, obawy, że zaraz wszystko się zepsuje, że znów zostanę odrzucony, wyśmiany. Żyłem w cieniu własnych lęków. Z negatywnymi zdarzeniami i emocjami jak z zadrami wszedłem w dorosłe życie. Latami nosiłem w sobie poczucie krzywdy, wciąż płakało we mnie ranione dziecko i nie pozwalało zobaczyć, że ludzie, którzy mnie otaczają są inni niż tamci, od których doznałem kiedyś bólu i upokorzeń. Teraz myślę o tym ze spokojem, jestem pogodzony z tym, co się stało. Opowiadając w gabinecie o swoim dzieciństwie, rodzicach, szkole, wydobyłem te negatywne wspomnienia na powierzchnię, z podświadomości do świadomości, i przyjrzałem się im z bliska. Sam bym tego nie zrobił. Terapeutka pokazała mi związek między przeszłością i teraźniejszością. Kiedy mówiłem o sprawach dla mnie trudnych, czułem, że mnie rozumie, że mi współczuje. Dzięki temu mogłem wypłakać ten żal, smutek i złość, wyrzucić to z siebie. Coraz bardziej docierało do mnie, że tamto minęło, że teraz jest już inaczej. Trochę to trwało, ale w końcu mogłem powiedzieć: „zamykam ten rozdział, chcę żyć nowym życiem”. Ewangelia głosi: prawda was wyzwoli – wydaje mi się to bardzo celne w kontekście tej terapii. Dopiero poznanie prawdy, choćby była najgorsza, może uwolnić nas i otworzyć na nowe, inne życie.

Co terapia zmieniła w twoim życiu?
Przede wszystkim inaczej się postrzegam, mam więcej wiary w siebie, pewności, bardziej się cenię. Potrafię być z drugą osobą i nie potrzebuję jej nieustających zapewnień, że między nami dobrze się układa. Potrafię brać od ludzi to, co chcą mi z siebie dać: zainteresowanie, akceptację, przyjaźń. Tego najbardziej mi w życiu brakowało. I bardzo ważne: otrzymałem narzędzia terapeutyczne. Gdy czuję, że lęki powracają, wiem, jak je okiełznać, jak sobie z nimi poradzić. Uruchamiam poznane na terapii nowe wzorce reagowania – analizuję swoje emocje, potrafię dostrzec zniekształcenia myśli. Robię ich zapis. Stosuję też techniki relaksacyjne redukujące napięcia. Mam świadomość własnych potrzeb. Nawet jeśli się przewrócę, to szybko się podniosę, bo wiem, czego się uchwycić i jak wstać.

A jak terapia wpłynęła na związek z Ewą?
Wspaniale. Wreszcie zamiast trwonić energię na rozpracowywanie moich lęków – inwestowaliśmy ją w przyjemniejsze działania. A od kilku miesięcy jesteśmy małżeństwem.

Komentarz Michała Czyżewskiego, psychologa, psychoterapeuty:

Dzieje się tak, jak np. w przypadku Sebastiana – pod wpływem wcześniejszych wydarzeń, które zachwiały poczuciem bezpieczeństwa, lub gdy najbliższe otoczenie formuje pewien sposób postrzegania siebie. Przez lata próbujemy sami radzić sobie z lękami, unikając najczęściej sytuacji, w których się pojawiają. Skutkiem tego mogą być zaburzenia codziennego funkcjonowania, np. wycofanie z życia społecznego. Strach powoduje, że nie wychodzimy z domu (bo inni źle nas ocenią), zawalamy studia (bo boimy się przystąpić do egzaminu ustnego), nie rozwijamy się zawodowo, rezygnujemy z nawiązywania bliskich kontaktów z ludźmi. Dopiero gdy brakuje sił, by dłużej uciekać przed lękiem lub staje on na drodze do osiągnięcia ważnych celów, pojawia się myśl, żeby szukać pomocy u specjalisty.

  1. Psychologia

Psychoterapia – od czego zacząć? Kiedy warto skorzystać z pomocy?

Psychoterapia jest sposobem na zmniejszenie cierpienia. Pomaga nam wyjść z błędnych schematów i rozpoznać, co robimy nie tak. (fot. iStock)
Psychoterapia jest sposobem na zmniejszenie cierpienia. Pomaga nam wyjść z błędnych schematów i rozpoznać, co robimy nie tak. (fot. iStock)
Lęki, frustracja, smutek, brak wiary w siebie, niezadowolenie z życia – takie stany mogą ciągnąć się latami. Coraz gorsze samopoczucie przekłada się na związki i relacje, powoduje, że człowiek męczy się sam ze sobą. Często jednak decyzja o podjęciu terapii jest wciąż odkładana, co może doprowadzić do chorób psychosomatycznych czy depresji. Powody odwlekania są różne. Wiele osób po prostu nie wie jak zacząć i czego spodziewać się po psychoterapii. O tym, jak przebiega proces terapeutyczny i jakie przynosi korzyści rozmawiamy z Katarzyną Szostak – psycholożką i psychoterapeutką z Centrum Psychoterapii Help.

Lęki, frustracja, smutek, brak wiary w siebie, niezadowolenie z życia – takie stany mogą ciągnąć się latami. Coraz gorsze samopoczucie przekłada się na związki i relacje, powoduje, że człowiek męczy się sam ze sobą. Często jednak decyzja o podjęciu psychoterapii jest wciąż odkładana, co może doprowadzić do chorób psychosomatycznych czy depresji. Powody odwlekania są różne. Wiele osób po prostu nie wie jak zacząć i czego spodziewać się po psychoterapii. O tym, jak przebiega proces terapeutyczny i jakie przynosi korzyści rozmawiamy z Katarzyną Szostak – psycholożką i psychoterapeutką z Centrum Psychoterapii Help.

Jakie uczucia, emocje są ewidentnym wskazaniem do psychoterapii? Kiedy powinna zapalić się „czerwona lampka”? Po pomoc psychologiczną warto się zgłosić, gdy odczuwamy jakiś rodzaj subiektywnego cierpienia, gdy emocje, myśli czy zachowania utrudniają nam codzienne funkcjonowanie, obniżają jakość życia, a dotychczasowe metody radzenia sobie z trudnościami nie przynoszą ulgi lub wręcz nasilają problemy.

Niestety, wciąż o wizycie u psychologa czy psychoterapeuty myślimy w kategoriach „nie mam wyjścia, muszę iść”. Przecież do innych specjalistów zapisujemy się z reguły, gdy coś nas niepokoi, jest inne niż dotychczas, jakoś zmienione, a nie, gdy są już ewidentne wskazania.

Z czym ludzie najczęściej zgłaszają się do gabinetu psychoterapeuty? Najczęściej zgłaszają się z trudnościami w relacjach z innymi, w relacji z samym sobą. Miewają trudności w nawiązywaniu, pogłębianiu czy utrzymywaniu bliskich, satysfakcjonujących relacji, czują się nierozumiani, nieakceptowani, niedoceniani, źle traktowani i to prowadzi do jakichś konsekwencji: kłótni, złości, smutku, wycofywania się z relacji.

Miewają trudność z wywieraniem nadmiarowej presji na siebie i/lub innych, z akceptacją jakichś aspektów siebie i/lub innych. Niektórym bardzo trudno pogodzić się ze stratą. Zgłaszają się z brakiem umiejętności konstruktywnego radzenia sobie z emocjami, z napięciem (np. w sytuacji kryzysu). Są i tacy, którzy próbując radzić sobie z cierpieniem, korzystają z niekonstruktywnych metod, takich jak uzależnienia, czy przygodny, ryzykowny seks.

Niektórzy czują się gorsi od innych, niewarci miłości, brakuje im chęci do życia. Miewają też objawy utrudniające codzienne funkcjonowanie: ataki paniki, natrętne myśli, fobie, tiki, trudności ze snem, różnego rodzaju bóle, drętwienia czy dolegliwości układu pokarmowego.

Co tak naprawdę psychoterapia ma nam dać? Czego możemy oczekiwać? Wiele osób ma mylne wyobrażenia na ten temat. Poza możliwością „wygadania się” w bezpiecznych, nieoceniających warunkach, kiedy to przez 50 minut cała uwaga skierowana jest na klienta, co – warto podkreślić – już jest ważnym czynnikiem leczącym, psychoterapia daje możliwość zwiększenia świadomości swojego funkcjonowania (lepszego poznania siebie). Terapia daje również szansę do szukania nowych, przynoszących więcej korzyści metod radzenia sobie, podejmowania bardziej świadomych i wynikających z wyboru decyzji, a co za tym idzie zmniejszenia odczuwanego cierpienia.

Często pacjenci myślą, że psychoterapeuta powie im jak żyć, poda gotowe rozwiązanie, „uleczy”. Czy zdają sobie sprawę, że sami muszą wykonać dużo pracy? Rzeczywiście, część klientów spodziewa się wizyty, która będzie przypominała tę u lekarza - ja powiem co mi jest, a psychoterapeuta powie mi, co mam z tym zrobić, aby było mi lepiej i po kilku spotkaniach trudność zostanie rozwiązana. Nie mają wyobrażenia, że to jest droga, której przejście często zajmuje kilka, kilkanaście miesięcy. I nie ma co się dziwić, nie mają obowiązku wiedzieć, na czym psychoterapia polega. To dość naturalne, że przychodzą w cierpieniu i z oczekiwaniem, że ono zniknie. To jest zadanie dla psychoterapeuty, aby edukować, urealnić oczekiwania, starać się zrozumieć trudności tej osoby i wspólnie z nią ustalić terapeutyczne cele do pracy.

Klienci przychodzą z objawami i nadzieją, że zadzieje się coś, co sprawi, że te objawy znikną. Często dysponujemy różnymi poznawczo-behawioralnym narzędziami, pozwalającymi zmniejszyć trochę ich dotkliwość. Niemniej to tylko wierzchołek góry lodowej i stosunkowo powierzchowna praca. Dlatego w toku rozmów staramy się ustalić mechanizmy trudności oraz ich źródła - jak one się ukształtowały. Mając takie szersze rozumienie możemy danej osobie zaproponować pracę nad przyczyną jej trudności. Jeśli klient będzie nią zainteresowany, wspólnie ruszamy w podróż, jaką jest psychoterapia. Za jej plan i wskazywanie drogi w kierunku celu odpowiedzialny jest terapeuta. Za wykonanie pracy nad zmianą - klient.

Na czym polega ta praca, którą człowiek wykonuje podczas trwania psychoterapii? Jest to zależne od tego, z czym się zgłasza i jakie są przyczyny trudności. Ogólnie rzecz ujmując: na zaopiekowaniu się krzywdami z przeszłości, przepracowaniu śladów minionych doświadczeń.

Bardzo ważnym elementem pracy terapeutycznej jest zwiększenie świadomości natury swoich problemów, a także wysiłek działania wbrew swoim dotychczasowym mechanizmom.

Coraz więcej osób ma teraz dolegliwości psychosomatyczne. Czy dzięki terapii widać poprawę stanu zdrowia? Objawy w ciele, o ile wykluczono podłoże medyczne, mogą być efektem trudności psychologicznych. Somatyzacja to nieświadome generowanie objawów fizycznych. Wyraża cierpienie psychologiczne, które z różnych powodów trudno wyrazić w bardziej jawny sposób. To taki mechanizm obronny, polegający na nieświadomym przekierowaniu wypartych uczuć w objawy fizyczne (forma symbolicznej komunikacji).

Wracając do mojej metafory góry lodowej, jest to objaw widoczny nad powierzchnią wody. Praca psychoterapeutyczna polega na odkryciu, co jest pod jej powierzchnią i przepracowaniu przyczyn, które powodują taki efekt. W wyniku psychoterapii jest możliwe poradzenie sobie z dolegliwościami psychosomatycznymi.

Załóżmy, że osoba podjęła już decyzję o rozpoczęciu psychoterapii. Od czego powinna zacząć? Znaleźć psychoterapeutę, czy może nurt, w którym chce pracować? Myślę, że każdy z tych pomysłów jest dobry. Każdy z nas, w zależności od sposobu swojego funkcjonowania, swoich potrzeb, preferencji, dotychczasowych doświadczeń - wybierze dla siebie inną metodę selekcji. I to jest ok.

Warto na pewno zwrócić uwagę, aby psychoterapeuta, do którego się zapisujemy miał odpowiednie wykształcenie. Psychoterapeuta nie musi być psychologiem, ważne jednak, aby ukończył lub był w trakcie pełnego, 4-letniego szkolenia psychoterapeutycznego w szkole spełniającej standardy PRP lub EAP, akredytowanej przez PTP czy PTTPB. Ważne również, aby psychoterapeuta poddawał swoją pracę stałej superwizji, uczestniczył w kursach, szkoleniach i konferencjach branżowych.

Jakie nurty mamy do wyboru w psychoterapii i co je wyróżnia? Nurt psychoanalityczny wywodzi się z teorii Freuda i polega na odkrywaniu nieświadomych mechanizmów funkcjonowania i przenoszeniu ich do świadomości. Terapeuta pracuje głównie na przeniesieniu, czyli przekierowywanych na niego emocjach związanych z innymi osobami oraz przeciwprzeniesieniu, czyli emocjach, jakie pacjent w nim wywołuje. Jest to psychoterapia długoterminowa, często odbywa się w rytmie dwóch sesji w tygodniu. Psychoterapeuta mówi niewiele, nie jest dyrektywny.

Nurt psychodynamiczny również polega na poznaniu mechanizmów własnych zachowań i ich wpływu na codzienność, szczególny nacisk kładzie się na relację terapeutyczną. Pojawia się tu nieco więcej dialogu z pacjentem, psychoterapeuta pełni rolę korektywnego obiektu.

Psychoterapia Gestalt zakłada, że źródłem trudności są niezaspokojone w dzieciństwie potrzeby. Skupia się na budowaniu świadomości siebie oraz tego, co zaburza klientowi kontakt ze światem, będąc tym samym źródłem jego cierpienia. Jak każde podejście humanistyczne, akcentuje podmiotowość klienta i stawia go na równi z terapeutą.

W nurcie systemowym trudności klienta rozumiane są jako objaw konfliktów i problemów występujących w systemie rodzinnym (w rozumieniu: rodzina pochodzenia, związek, małżeństwo, własna rodzina). Psychoterapeuta strata się zrozumieć sposób funkcjonowania całego systemu i funkcję, jaką pełnią w nim objawy. W psychoterapii uczestniczy jedna osoba, para lub cała rodzina.

Nurt poznawczo-behawioralny (CBT), najbardziej dyrektywny i ustrukturalizowany - korzysta z wystandaryzowanych protokołów, które służą do modyfikacji myślenia i zachowania. Skupia się na teraźniejszości, identyfikacji wzorców, zależności pomiędzy myślami, emocjami i zachowaniami oraz na rozwiązaniu problemu. Nurt ten przechodzi ostatnio sporo zamian, tzw. trzecia fala uzupełnia ten sposób myślenia o doświadczenia z innych nurtów, m.in. humanistycznych. W ten sposób powstała m.in. terapia schematów (TS), terapia akceptacji i zaangażowania (ACT), terapia dialektyczno-behawioralna (DBT) czy terapia skoncentrowana na współczuciu (CFT).

Nurt integracyjny wykorzystuje techniki i metody wszystkich nurtów, dobiera się je do potrzeb klienta.

Czy nie jest tak, że na poszczególne problemy zaleca się konkretny nurt? Jak długo trwa psychoterapia w poszczególnych nurtach? Nie każdy psychoterapeuta pracuje ze wszystkimi trudnościami. Część problemów wymaga od terapeuty dodatkowego przeszkolenia, jak np. terapia uzależnień czy terapia par. Jeśli mamy jakąś hipotezę na temat tego, co nam dolega lub mamy diagnozę od psychiatry, na pewno warto zapytać psychoterapeutę czy pracuje z taką trudnością. Jeżeli jednak nie potrafimy tego samodzielnie określić, to pierwszych kilka spotkań terapeutycznych jest właśnie po to, aby w tym pomóc. To jest czas, w którym zarówno klient ma szansę zobaczyć czy ten psychoterapeuta, jego osobowość i sposób pracy są dla niego ok, czy czuje się przy nim dobrze, jak i psychoterapeuta ma okazję rozeznać się nieco w tym, jak wygląda ta góra lodowa pod powierzchnią wody i czy ma on odpowiednie kompetencje do tego, aby pomagać i prowadzić taką psychoterapię. Jeśli nie, na pewno podpowie, gdzie warto udać się po dalszą pomoc - czy to do innego specjalisty, czy to do innego psychoterapeuty, który będzie umiał skuteczniej pomagać.

Nurty psychoterapeutyczne różnią się między sobą sposobem myślenia, konceptualizowania trudności i wykorzystywanymi technikami pracy. Badania pokazują, że efektywność psychoterapii w mniejszym stopniu zależy od nurtu pracy, a w większym od relacji terapeutycznej.

Czas trwania psychoterapii uzależniony jest od wielu czynników, obecnie chyba wszystkie nurty proponują pracę zarówno krótkoterminową, czyli ok. 12-20 spotkań, jak i długoterminową, czyli ok. roku, dwóch, a nawet trzech lat.

Po czym poznajemy, że trafiliśmy na właściwego psychoterapeutę? Po tym, jak czujemy się w relacji z nim - czy w miarę bezpiecznie, swobodnie i komfortowo, czy mamy poczucie, że możemy powiedzieć o wszystkim, kiedy będziemy na to gotowi. Rozmawiając o ciężkich dla nas doświadczeniach trudno, aby było nam miło i przyjemnie, ale ważne jest, aby czuć się wysłuchanym, rozumianym, akceptowanym, szanowanym. Dobrze mieć poczucie, że psychoterapeuta jest na mnie uważny, skupiony na mnie, stara się mnie rozumieć, jest moim sojusznikiem i działamy we wspólnej sprawie.

A jeśli mamy wątpliwości – to przez jak długi okres dawać tej relacji szansę? Czasem już po jednym spotkaniu, jak po pierwszej randce, wiemy, że nic z tego nie będzie. Wtedy nie warto kontynuować. Taka pierwsza faza psychoterapii - faza konsultacji - z reguły trwa od trzech do pięciu spotkań. Jest to czas na wstępne rozpoznanie trudności klienta i postawienie celów do dalszej pracy terapeutycznej. Czas, w którym omawiamy: nad czym klient chciałby pracować, co jest możliwe do pracy, na co możemy się umówić, a na co nie i czy klient widzi w tym sens. Jeśli tak, podejmuje decyzję o podjęciu psychoterapii.

Co w sytuacji, gdy osoba ma już depresję lub zaburzenia psychiczne i bierze leki psychotropowe? Czy wówczas o psychoterapii decyduje psychiatra? Decyzja o podjęciu psychoterapii zawsze należy do klienta. Nawet jeśli psychiatra, neurolog czy internista sugeruje lub wręcz kieruje na terapię, to klient podejmuje ostateczną decyzję. Spotkania konsultacyjne z psychoterapeutą są czasem wstępnego rozpoznania trudnościach i często pomagają klientowi zobaczyć,czy widzi w takiej pracy jakiś sens dla siebie, czy dostrzega, w czym ona mogłyby mu pomóc.

Najlepsze efekty w leczeniu depresji i wielu innych zaburzeń osiąga się łącząc leczenie farmakologiczne, czyli wizyty u psychiatry, z psychoterapią, czyli regularnymi, cotygodniowymi lub częstszymi spotkaniami z psychoterapeutą.

Czy dla osób będących pod opieką psychiatry polecane są jakieś szczególne rodzaje psychoterapii? Nawet w szpitalach psychiatrycznych pracują psychoterapeuci wszystkich nurtów.

Wiele osób, szczególnie w czasie pandemii, sięga po leki uspokajające i antydepresyjne? Czy ma to wpływ na przebieg psychoterapii? Leki wpływają na funkcjonowanie człowieka, taka jest ich funkcja. Zawsze należy brać je pod opieką lekarza psychiatry i zgodnie z jego zaleceniami. W takim przypadku z reguły ułatwiają przebieg procesu psychoterapeutycznego, choć nie zawsze są niezbędne do tego, aby poradzić sobie z trudnościami. Niejednokrotnie psychoterapia jest wystarczająca. Niejednokrotnie też leki są wręcz niezbędne, aby móc pracować terapeutycznie albo też, w przypadku cięższych zaburzeń czy chorób psychicznych, psychoterapia jest jedynie działaniem wspomagającym leczenie psychiatryczne.

Leki przyjmowane niezgodnie z zaleceniami albo też leki na receptę przyjmowane bez odpowiedniego nadzoru lekarza mogą utrudniać lub wręcz uniemożliwiać proces terapeutyczny. Jeśli przyjmowanie leków ma charakter nałogowy, niezbędna jest pomoc terapeuty uzależnień.

Jak pandemia wpłynęła na jakość psychoterapii? Mam na myśli psychoterapię online. Znam terapeutów, którzy zrezygnowali z tej formy prowadzenia psychoterapii. Zresztą sami pacjenci nie chcieli jej dłużej kontynuować… Spotkania online mają swoje ograniczenia, ale badania pokazują, że psychoterapia online jest równie skuteczna jak ta prowadzona tradycyjnie, w gabinecie. Nic nie zastąpi kontaktu bezpośredniego, niemniej dla wielu klientów to jest jedyna możliwa forma korzystania z pomocy, nie tylko w dobie pandemii. Całe szczęście, że technologia dalej nam takie możliwości.

Warto przy tym zadbać, aby spotkania online możliwie najbardziej przypominały spotkania w gabinecie - odbywały się w formie rozmowy z kamerą i aby obie strony mogły się wzajemnie widzieć i prowadzić rozmowę w komfortowych warunkach – umożliwiających skupienie, zapewniających dyskrecję, swobodę wypowiedzi, bez udziału osób trzecich, za zamkniętymi drzwiami, bez konieczności trzymania telefonu w ręce, przy zminimalizowanej liczbie rozpraszaczy.

Trudno mi sobie wyobrazić psychoterapię w postaci rozmowy telefonicznej bez kamery, wymiany maili czy czatu. Choć są to czasem skuteczne narzędzia do przeprowadzenia interwencji kryzysowej.

Kiedy wiadomo, że psychoterapia dobiega końca? Psychoterapia zakończona sukcesem to taka terapia, w której udało się osiągnąć założone cele - te postawione na początku psychoterapii, jak i te, które pojawiły się w trakcie jej trwania (o ile się pojawiły). Z reguły klient czuje większy spokój, mniej cierpienia, ma mniej ważnych spraw do omówienia, ma poczucie, że umie sobie radzić z nimi samodzielnie. Chwali się swoimi sukcesami, z zadowoleniem opowiada o nowych sposobach reagowania.

Wtedy wspólnie przyglądamy się, jakie mieliśmy cele, co się udało osiągnąć i w jakim stopniu. Zastanawiamy się, czy jest coś jeszcze, czego klient by potrzebował, w czym psychoterapeuta może mu służyć. Jeśli tak - stawiamy sobie cele do dalszej pracy, jeśli nie - kończymy na tym etapie nasze spotkania.

Niektórzy pacjenci mają wątpliwości, czy powinni pójść na psychoterapię do mężczyzny, czy do kobiety. Naprawdę jest jakakolwiek różnica? W jakich sytuacjach płeć rzeczywiście ma znaczenie? Częściej to wynika z indywidualnych preferencji klienta, przy kim czuje się swobodniej, bezpieczniej, lepiej. Zdarzają się przypadki, w których płeć psychoterapeuty może coś klientowi ułatwiać bądź utrudniać. Może tak się zdarzyć, że psychoterapeuta zasugeruje pracę z osobą innej płci, nie jest to jednak częste.

Psychoterapie grupowe to temat na osobną rozmowę. Zapytam więc tylko: w jakich przypadkach są one bardziej wskazane niż psychoterapie indywidualne? Myślę, że mniej to jest związane z konkretną trudnością czy zaburzeniem, a bardziej z indywidualnym sposobem funkcjonowania jednostki i tym, co jej najbardziej posłuży.

Psychoterapia grupowa bywa bardzo pomocna dla osób doświadczających trudności w relacjach międzyludzkich i społecznych, którym trudno jest inicjować czy budować satysfakcjonujące relacje. Daje wiele okazji do eksperymentowania. Niemniej bywa też, że właśnie z tego powodu jest zbyt dużym wyzwaniem.

Psychoterapia grupowa sprawdza się ponadto w terapii uzależnień, zaburzeń osobowości, zaburzeń odżywiania czy depresji.

Katarzyna Szostak: psycholożka i psychoterapeutka z Centrum Psychoterapii HELP. Tytuł magistra psychologii uzyskała na Uniwersytecie im. A. Mickiewicza w Poznaniu, gdzie ukończyła również Podyplomowe Studium Pomocy Psychologicznej w Dziedzinie Seksuologii. Absolwentka Profesjonalnej Szkoły Psychoterapii Instytutu Psychologii Zdrowia. Bierze udział w licznych kursach i szkoleniach, obecnie kształci się w Studium Pomocy Psychologicznej dla Par IPZ oraz robi Kurs Terapii Schematu w Centrum CBT. Swoją pracę poddaje regularnej superwizji.

  1. Psychologia

Czy psychoterapia naprawdę leczy duszę?

W dobie pandemii w każdym z nas obudziła się naturalna potrzeba wyciszenia lęku, odnalezienia się w chaosie, odzyskania poczucia sensu życia. (Fot. iStock)
W dobie pandemii w każdym z nas obudziła się naturalna potrzeba wyciszenia lęku, odnalezienia się w chaosie, odzyskania poczucia sensu życia. (Fot. iStock)
Po gloryfikacji intelektu, a potem wierze, że najważniejsze są ciało i czucie – nastał czas duszy. Kim jestem? Jaki jest sens i cel mojego życia? – pytania, które w pewnym momencie zadaje sobie większość z nas, padają coraz częściej także w gabinetach terapeutycznych. Można by powiedzieć: nareszcie, bo psychoterapia oznacza przecież nic innego jak leczenie duszy.

Choć psychologia to nauka o duszy, wymiar duchowy w terapii od czasów Freuda był niedoceniany. Terapeutom wręcz zabraniano poruszania z pacjentem tematów jego duchowości i moralności, bo nie bardzo było wiadomo, co zrobić z tymi informacjami. Od „tych” spraw był duchowny.

Jednak w dobie pandemii, kiedy świat zatrząsł się w posadach, w każdym z nas obudziła się naturalna potrzeba wyciszenia lęku, odnalezienia się w tym chaosie, odzyskania poczucia sensu życia – okazało się, że dotychczas stosowane metody terapii przestały być skuteczne. Zamknięci w domach, odizolowani od innych, pozbawieni oparcia w zewnętrznym świecie, zaczęliśmy szukać go w czymś uniwersalnym, a wiara w coś, co pozwoli przetrwać ten trudny czas, stała się ważniejsza niż wiedza i czucie.

Kiedy choruje dusza

„Psychoterapia zawsze była leczeniem duszy, ale w przyszłości religia i duchowość będzie w niej obecna w sposób bardziej specyficzny i otwarty. Klinicyści włączą religię i duchowość jako standardowy wymiar diagnozy klinicznej, szczególnie jako źródło potencjalnej siły i wsparcia społecznego” – taka oto prognoza znalazła się w opracowaniu „Systemy psychoterapeutyczne. Analiza transteoretyczna” wydanym przez Instytut Psychologii Zdrowia w 2016 roku. I słowo stało się ciałem...

Choć nie ma jeszcze na ten moment wypracowanych i wystandaryzowanych „procedur terapeutycznych”, to terapeuci nie mogą nie reagować na oczekiwania ludzi, którzy przychodzą do gabinetów z prośbą o… – no właśnie, czy na pewno z prośbą o pomoc, raczej z prośbą o wysłuchanie i zrozumienie ich wewnętrznego świata. Jeszcze do niedawna oczekiwali przede wszystkim wskazówek, jak radzić sobie ze swoimi problemami, chcieli „przepracowywać dzieciństwo”, podnosić poczucie własnej wartości czy radzić sobie z toksycznym szefem. Dziś coraz częściej zdarza się usłyszeć: „Nie zgadzam się z twoją interpretacją, posłuchaj, jak ja to widzę, ja wierzę, że to jest tak i tak”. Po okresie zaufania do wiedzy (kult rozumu), po czasach wyniesienia na piedestał czucia (kult emocji) nastała pora wiary – pomaga to, w co człowiek wierzy, że pomaga. Zaczęło się od wiary w rozmaite metody uchronienia się od zachorowania na koronawirusa. Jedni wierzą w homeopatię, inni w oddychanie metodą Wima Hofa, morsowanie czy dietę zgodną wywodzącą się z Tradycyjnej Medycyny Chińskiej.

Storytelling

Mit o wszechmocnym i wszechwiedzącym terapeucie powoli odchodzi w zapomnienie. Ludzie zgłaszający się na terapię bardziej potrzebują słuchacza, który bez oceniania, etykietowania, za to z ciekawością wysłucha ich historii czy sposobów radzenia sobie z pandemiczną rzeczywistością.

Do łask wraca znane, ale dotychczas niedoceniane podejście narracyjne, w ramach którego pacjent snuje swoją opowieść o sobie i o świecie. A terapeuta zapewnia przestrzeń, w której może zaufać, otworzyć się, a nawet zadać pytanie: co o tym myślisz?

Pandemiczna narracja pacjentów często jest właśnie opowieścią ich duszy; w niewielkim stopniu dotyczy codziennych problemów, a jeśli już, to bardziej opowieści o tym, jak sobie z nimi poradzili. Czasami pacjent opowiada o jakimś wydarzeniu z przeszłości, które zdeterminowało jego życie, i swojej wierze w to, że właśnie teraz, kiedy świat wywrócił się do góry nogami, może zmienić ten scenariusz na całkiem inny, zacząć wszystko od nowa. Tematem opowieści często jest miłość, ale nie zawsze jako relacja, bardziej w wymiarze duchowym, jako wartość sama w sobie – miłość do życia albo miłość jako antidotum na lęk. Bywa, że pacjent potrzebuje rozmowy o wierze w coś lub kogoś większego od niego. Pandemia sprawiła, że cała iluzja wielkości, potęgi człowieka rozprysła się jak mydlana bańka, ustępując poczuciu kruchości. W wielu wypadkach potrzeba terapii otwartej na wymiar nie tylko duchowy, ale także religijny. Bywa, że dla pacjenta ma znaczenie, czy i w co wierzy terapeuta, i ma on prawo o to zapytać, a w zależności od odpowiedzi podjąć decyzję o terapii. W rozmowie z pacjentem na temat jego wiary i doświadczenia religijnego najważniejsze jest podejście niedyrektywne, w którym terapeuta staje się towarzyszem, a nie przewodnikiem na drodze pacjenta w poszukiwaniu jego własnej prawdy o sobie i o świecie. Taka zmiana perspektywy z: terapeuta, który wie, i pacjent, który potrzebuje porady, na: pacjent wie lepiej, a terapeuta jest jedynie jego lustrem – potrzebuje czasu, uważności i zaufania.

Opowieści, które snujemy na temat samych siebie i świata, w których wszystko sobie układamy, porządkujemy, wyjaśniamy i próbujemy zrozumieć, są sposobem na ogarnięcie informacyjnego chaosu. Są ważne i nikt nie ma prawa ich kwestionować, ponieważ są głosem naszej duszy. Tak jak kiedyś w dzieciństwie baśnie czy opowieści science fiction pomagały nam zrozumieć świat, dziś indywidualne narracje pozwalają nam poznać samych siebie i odkryć swoje miejsce we Wszechświecie. Bywa, że czujemy pragnienie, by pokazać światu swoją historię: opowiedzieć i zobaczyć ją oczami naszego rozmówcy, zatańczyć, namalować albo przedstawić językiem metafory. To pozwala nam przyjrzeć się z dystansu najpierw naszej narracji, potem naszemu życiu, a na koniec także światu.

Jednym z ćwiczeń duchowych zalecanych przez starożytnych było spojrzenie na wydarzenia na Ziemi z perspektywy gwiazd. To pozwala nam poczuć albo raczej przypomnieć sobie, uwierzyć, że stanowimy jedynie mały punkt we Wszechświecie, w którym panuje ład i porządek, i wszystko się dzieje tak jak być powinno. Być może to jest właśnie remedium na lęk i rdzeń naszego wewnętrznego poczucia bezpieczeństwa.

Oblicza duchowości

Dla wielu komentatorów pozytywną zmianą w czasach pandemii stało się właśnie odkrywanie duchowości w jej wielorakich postaciach. Ludzie w intuicyjny sposób zaczęli poszukiwać metod radzenia sobie z pandemicznym stresem na przykład poprzez modlitwę czy medytację. Okazało się, że znacząco wzrosło zainteresowanie aplikacjami do medytacji, np. w kwietniu 2020 roku ściągnięto je ponad 10 mln razy. Calm, Headspace czy Meditopia – poprzez ćwiczenia medytacyjne skutecznie pomagały radzić sobie z lękiem i problemami ze snem. Wspólne medytacje online, lekcje jogi, webinary na temat duchowości na portalach społecznościowych, poradniki rozwoju duchowego – nawet ci, którzy do tej pory koncentrowali się przede wszystkim na świecie materialnym, poczuli ciekawość dotyczącą sfery ich ducha. Dotychczasowe problemy dotykające traum z dzieciństwa, toksycznej pracy czy braku satysfakcji w związku odeszły w cień w obliczu pragnienia konfrontacji z prawdą o samym sobie w tu i teraz.

Sposobem kontaktu z duchowością może być również kontakt z naturą, sztuką czy językiem symboli, także poczucie wspólnoty z innymi ludźmi, połączenie duchowe z przodkami czy wartościami rodzinnymi. Zdaniem Wojciecha Bonowicza, poety, publicysty, autora biografii księdza Tischnera, duchowość to wymykanie się utartym ścieżkom, dotykanie sfery niewyrażalnej, czyli tajemnicy, wzruszenie. Duchowość to także obszar, który może łączyć ludzi różnych religii, wierzących i niewierzących.

Ken Wilber, twórca psychologii integralnej, tłumaczy że duchowość wiąże się z każdą ludzką czynnością na jej najwyższym poziomie rozwoju, co oznacza, że człowiek może się realizować i rozwijać duchowo poprzez każdą aktywność, która jest dla niego ważna i w którą angażuje się całym sobą. Duchowość to także (a może przede wszystkim?) kontakt z samym sobą: ze swoją jasną i ciemną stroną, ze swoimi nadziejami, ale także z lękami, z radościami i ze smutkami, ze swoją przeszłością i obawami o przyszłość. To poszukiwanie odpowiedzi na pytania: Kim jestem? Czego nie chcę, a czego chcę? Dokąd zmierzam? Jaki jest sens i cel mojego życia?

Skoro pacjenci pytają dziś terapeutów o to, w co wierzą, może niedługo podobnie będziemy zaczynać rozmowę z nowo poznaną osobą. Zamiast: Czym się zajmujesz? Gdzie mieszkasz? albo: Gdzie byłeś na wakcjach?

Masz prawo

Ostatni rok zmienił oczekiwania pacjentów wobec terapii. Pamiętaj zatem, że:
  • Dylematy duchowe są równie ważne jak problemy codziennego życia i masz prawo poruszać je na sesji.
  • Masz prawo zapytać terapeutę, czy jest wierzący i czy gotów jest wysłuchać twojej duchowej opowieści.
  • Jeśli potrzebujesz terapii bardziej „dla duszy” niż „dla głowy”, masz prawo wybrać terapeutę pracującego w nurcie humanistycznym, psychologii procesu albo takiego, który łączy w swojej pracy wiele metod (terapia eklektyczna).

  1. Psychologia

Brak miłości, nieudane związki - jakie korzyści może dać psychoterapia?

Wiele
Wiele "miłosnych" schematów trudno jest przepracować bez pomocy terapeuty, co pokazują zresztą poniższe historie. Nieraz wystarczy kilka spotkań, żeby "coś" w sobie otworzyć. Często jednak trzeba przygotować się na dłuższą pracę. (fot. iStock)
Dlaczego nikt mnie nie kocha? Dlaczego wciąż spotykam egoistów i maminsynków? Dwa lata temu takie pytania zadawali sobie Monika, Tomek i Ada. Dzisiaj kochają i są kochani. Cud? Szczęśliwy traf? Nie. Praca nad sobą pod okiem terapeuty. To dzięki temu otworzyli się na miłość.

Trzy lata temu Monika, 37-letnia wykładowczyni socjologii o urodzie Moniki Bellucci, wpatrywała się w telefon, czekając na wiadomość. Umówiła się z Markiem, że przyjedzie po nią i pojadą do kina. Nie odbierał telefonu. Po godzinie przysłał wiadomość, że jest u kolegi i da znać, jak wyjdzie. Odezwał się po dwóch dniach, jak gdyby nigdy nic. Była do tego przyzwyczajona. W końcu Marek nie po raz pierwszy wystawił ją do wiatru w ciągu ostatniego roku, czyli od momentu, w którym poznali się na portalu randkowym.

– Zawsze to ja rzucałam faceta, gdy czułam, że to nie jest związek dla mnie – opowiada Monika. – Marka nie udawało mi się zostawić, choć mówił mi wprost, że nic z tego nie będzie. Nawet jak zorientowałam się, że takich adoratorek jak ja ma kilka, też nie potrafiłam wybić go sobie z głowy. Jak ulał pasował do mnie żart z filmu braci Marx: „Ta kobieta zachowuje się jak idiotka i wygląda jak idiotka, ale niech to nikogo nie zmyli: ona jest idiotką!”.

Monika znała rozmaite teorie psychologiczne, miała świadomość, że całe jej życie miłosne przebiega pod znakiem lęku przed bliskością. Ba, wiedziała nawet, że źródło tkwi w relacji z ojcem.

– Od dziecka bałam się go i walczyłam z nim, prowokowałam i nienawidziłam, gdy mnie karał – opowiada. – Ojciec był też kochający i uroczy, więc nic dziwnego, że w dorosłym życiu tworzyłam związki typu „dwoje na huśtawce”. I wybierałam facetów, z którymi mogłam mieć na zmianę przyciąganie i odpychanie. A jak któryś chciał stabilizacji, to nieświadomie prowokowałam go, żeby mieć pretekst do odejścia.

Dlaczego więc Monika, mimo wiedzy na temat swoich miłosnych mechanizmów, nie potrafiła się od nich wyzwolić? Bo zmiana czegoś, co zapisało się w naszym umyśle w pierwszych latach życia i utrwalało przez kolejne kilkanaście lub kilkadziesiąt, wymaga nie lada wysiłku. To tak, jakbyśmy chcieli, by na ścieżce, którą przez 30 lat chodzili ludzie, nagle wyrosły stokrotki. Musimy się napracować, żeby to osiągnąć. Często pierwszym krokiem jest zasięgniecie rady kogoś, kto zna się na trawnikach i hodowli kwiatów.

Czas pozwolić sobie na wszystkie odczucia

Monika trafiła do psychoanalityka poleconego przez koleżankę. – Przez pierwszy rok chodziłam na analizę pięć razy w tygodniu – opowiada. – Czasami jechałam przez całe miasto tylko po to, żeby opowiedzieć sen o wampirach i usłyszeć: „dziękuję” w momencie, gdy mówiłam, że jeden z nich miał twarz ojca z fotografii z młodości. Wychodziłam i przez resztę dnia zastanawiałam się, co to znaczy. Z boku wyglądało to na szaleństwo, ale ja byłam pewna: to musi zadziałać. Niezwykłe, choć może lepiej powiedzieć: niezwykle bolesne, było też to, jak przeżywałam historie, które opowiadałam wcześniej wiele razy i wydawało się, że nie robią już na mnie wrażenia. Na przykład o tym, że ojciec mnie uderzył, gdy nie posłuchałam go i nie zwolniłam rowerem na zakręcie i prawie wpadłam pod autobus. Miałam wtedy sześć lat. Na analizie wróciły do mnie wszystkie uczucia, które tłumiłam przez lata. Ryczałam jak bóbr, choć do tej pory płakałam tylko w samotności. Pozwalałam sobie na odczuwanie bezradności, strachu, przerażenia, nienawiści. Ale też czułości, zrozumienia, otwartości na ludzi, akceptacji siebie i innych, cierpliwości.

Na tym polega siła psychoanalizy: ponownie przeżywając traumy, pod okiem doświadczonego analityka i jako dorośli ludzie, mamy szansę się od nich uwolnić. Oczyścić naszą nieświadomość z tego, co nas unieszczęśliwia. Stworzyć przestrzeń do działań, które dają spełnienie i satysfakcję. U Moniki oznaką zmiany było to, że po pół roku analizy przestał ją obchodzić Marek.

– Wtedy zobaczyłam, że wokół mnie są fajni faceci – opowiada Monika. – Jednym z nich był mój przyjaciel. Nagle zaiskrzyło między nami i od dwóch lat jesteśmy razem. Za trzy miesiące bierzemy ślub. Owszem, to nie bułka z masłem, bo ja wciąż walczę ze swoimi lękami i chęcią prowokowania napięć. Ale to mężczyzna, którego naprawdę kocham. Jestem pewna: nie byłoby to możliwe bez psychoanalizy.

Złamanie schematów i zasad

Ada, 34-letnia montażystka, dwa lata temu miała krótką fryzurkę w stylu lat 20., pracę przy serialu, ambitne plany zawodowe i przekonanie, że najpierw musi wzmocnić swoją pozycję zawodową, a dopiero potem myśleć o związku. Bo tak się działo w jej życiu, że zakochiwała się wtedy, gdy odnosiła sukcesy. Jej mantrą było: „Najpierw stanąć na nogi, potem chodzić na randki”.

Rok później Ada wciąż miała krótkie czarne włosy, choć na fryzjera wydała ostatnie pieniądze. Nie miała już pracy w telewizji ani mieszkania w centrum. W ramach oszczędności wynajęła pokój na obrzeżach miasta. Miała kredyt do spłacenia i coraz większy lęk, że życie ją przerasta. Zazdrościła koleżankom w związkach, że nie muszą same zmagać się z rzeczywistością. Ona mogła liczyć tylko na siebie. W dobrych czasach, gdy było ją stać na taksówki, restauracje i wakacje w Maroku, samotność jej nie doskwierała. Teraz, wracając nocnym autobusem z imprezy, z zazdrością patrzyła na pary trzymające się za ręce.

Do terapeutki trafiła bynajmniej nie z powodu tęsknoty za męskim ramieniem. Wysiadło jej kolano. Nie był to żaden uraz ani choroba. Wiedziała, że to z napięcia, bo za kilka dni miała mieć poważną rozmowę o pracę i strasznie się bała, że się nie uda.

– Pomyślałam: to znak, że jest ze mną źle – tłumaczy Ada. – W desperacji pożyczyłam pieniądze od współlokatorki i poszłam do terapeutki, która bardzo pomogła mojej koleżance. Wiedziałam, czego chcę: wzmocnienia i tego, by życie ruszyło z miejsca.

Dwie sesje po trzy godziny zrobiły swoje. – Czułam się tak, jakbym przestawiła sobie zwrotnice w mózgu – śmieje się Ada. – Tak, by uwagę kierować na to, co pozytywne, wzmacniające i twórcze. Miałam jasność: to, jak się czuję, zależy ode mnie. Mogę sobie pozwolić na przygnębienie, biczowanie się, że jestem beznadziejna i wszyscy inni mają lepiej. A mogę też cieszyć się tym, co jest. Skoro i tak mam długi i nie stać mnie na fryzjera, to po co się dodatkowo tym zadręczać? Czy nie lepiej pójść na spacer i radować się widokiem zieleni? Lepiej. No to szłam na spacer.

Szła tym chętniej, że na przechadzki wyciągał ją Jacek, przystojny i uznany w środowisku reżyser. Kręcił się koło niej od dwóch miesięcy. Wcześniej ani myślała zajmować sobie głowę amorami. Przecież musiała skupiać się na szukaniu pracy. – A teraz pomyślałam: co mi szkodzi spotykać się z ciekawym facetem? – opowiada Ada. – Przecież nie muszę ani iść z nim do łóżka, ani do ołtarza. Trochę było w tym też przekory, bo nie dość, że koleżanki ostrzegały mnie przed nim: „to narcyz, który wyniszcza kobiety”, to jeszcze randkowanie w sytuacji, gdy nie mam pracy i pieniędzy, było wbrew moim zasadom.

Jak się okazało, w miłości dobrze jest wyjść poza schematy. Zwłaszcza te, które usztywniają nasze myślenie (jak: „najpierw muszę znaleźć pracę, a potem chodzić na randki”) i zakładają klapki na oczy. Wizyta u coacha pomogła Adzie popatrzeć na siebie i swoją sytuację świeżym okiem. Dostrzec nowe możliwości i zastosować inne metody działania. – Jestem pewna, że bez tego nie zdecydowałabym się na randki z trudnym facetem, jakim bez wątpienia jest Jacek – mówi Ada. – No i nie byłabym od sześciu miesięcy w fajnym związku. Bo wbrew ostrzeżeniom życzliwych, okazał się delikatnym i wrażliwym facetem. Nie wiem, czy to facet na całe życie, ale bycie z nim daje mi radość i siłę. A tego potrzebuję, zwłaszcza teraz, gdy moja sytuacja zawodowa wciąż jest chwiejna. Choć powoli się poprawia. Nie wiem, czy więcej zleceń to efekt sesji, czy tego, że jestem bardziej pewna siebie i zadowolona z życia. Jest jeszcze jeden plus sytuacji: Jackowi podoba się, że zapuszczam włosy i uwielbia mnie w kucyku. Więc przy okazji oszczędzam na fryzjerze.

Warto zawalczyć o siebie

– Nic nie mogę znaleźć, bo Mikołaj robił wczoraj porządki w kuchni – gdera Tomasz, 30-letni scenarzysta, szukając zielonej herbaty. Z 28-letnim anglistą, którego poznał 10 miesięcy wcześniej, miesiąc temu wynajęli mieszkanie i wciąż je urządzają. Tomasz narzeka, ale jest szczęśliwy. – Czasami trudno mi uwierzyć, że mam swój dom – mówi Tomasz. – A tak naprawdę kogoś, z kim tworzę ten dom. Bo choć to brzmi trochę pompatycznie, to ja traktuję Mikołaja jak najbliższą rodzinę.

Swoistym przygotowaniem do życia w tej rodzinie była dla Tomasza psychoterapia. Poszedł na nią dwa lata temu, bynajmniej nie z powodu miłosnych zawodów czy samotności. Odpowiadały mu przygody i romanse, które szybko się kończyły. Bez darcia szat i ran. – Uważałem, że nie nadaję się do związku i tak naprawdę go nie potrzebuję – mówi. – Nie lubiłem, jak ktoś mi się kręcił po mieszkaniu.

Poszedł do psychoterapeuty analitycznego, poleconego przez przyjaciółkę, bo czuł się zablokowany twórczo. – Rozmawialiśmy o moim pisaniu i apatii, ale „ojciec prowadzący” z uporem maniaka powtarzał: „Panie Tomaszu, panu przydałby się jakiś facet na żonę. Pan by pisał, a on by robił panu herbatę i podawał ciasteczka” – opowiada Tomasz. – Myślałem: „facet, co ty gadasz?!”, ale gdy poznałem Mikołaja, nie miałem oporów, żeby zaprosić go do siebie. Na moje wątpliwości, że to pewnie nie wyjdzie, psychoterapeuta odpowiadał: „Co panu szkodzi, najwyżej go pan rzuci”. To brzmiało cynicznie, ale może dlatego przekonująco dla takiego neurotyka jak ja. Mój psychoterapeuta zachęcał mnie też do tego, żebym powiedział matce, że jestem gejem i że związałem się z Mikołajem. Wcześniej myślałem: „to nie jej sprawa, z kim sypiam”. Ale jak w końcu jej powiedziałem, poczułem się tak, jakby odpadł mi obowiązek udawania kogoś, kim nie jestem. Także udawania przed sobą, że fajnie jest być samemu.

– Dla mnie pójście na psychoterapię oznaczało, że się nie poddaję, że walczę o siebie – dodaje Tomasz. – Teraz nie tylko jestem bardziej pewny swoich możliwości, odblokowany twórczo i szczęśliwie zakochany, ale też mam świadomość, że jak się pracuje nad sobą, to ma się efekty. Czasami takie, których się nie spodziewasz, a które są tym, czego naprawdę pragniesz.

  1. Psychologia

Jaki jest stosunek psychologii do tzw. zjawisk magicznych? Pytamy Wojciecha Eichelbergera

Badania wykazują, że aż połowa Polaków wierzy w cuda, duchy, klątwy czy UFO. Coraz więcej osób przyznaje się też do przeżyć zwanych transcendentnymi. (Ilustracja: iStock)
Badania wykazują, że aż połowa Polaków wierzy w cuda, duchy, klątwy czy UFO. Coraz więcej osób przyznaje się też do przeżyć zwanych transcendentnymi. (Ilustracja: iStock)
Zobacz galerię 4 Zdjęcia
Duchy, cuda, zjawy, wampiry – są jedynie wytworem naszej fantazji czy emanacją tego, co niepoznane? Choć nauka im zaprzecza, to ludzkie doświadczenie mówi, że coś jest na rzeczy. A co ze stanami odmiennej świadomości? Halucynacje czy przejaw naszej głębi? O to wszystko Joanna Olekszyk pyta psychoterapeutę Wojciecha Eichelbergera.

Czytałam badania, które pokazują, że aż połowa Polaków wierzy w cuda, duchy, klątwy czy UFO. Z innych źródeł wiem, że coraz więcej osób przyznaje się też do przeżyć zwanych transcendentnymi – przebudzeń, kontaktów z wyższą jaźnią. Przychodzą z tym do psychoterapeuty? Jaki jest w ogóle stosunek psychologii i psychoterapii do rzeczy, które zwykliśmy nazywać magicznymi czy wymykającymi się racjonalnemu osądowi?
Poruszyłaś tu dwie różne sprawy. Obszar szczególnych ludzkich doświadczeń, które nazywamy doświadczeniami transcendentnymi albo mistycznymi, stawiających pod znakiem zapytania naszą egocentryczną i oddzieloną od świata tożsamość – to zupełnie inna sprawa niż wiara w duchy, cuda czy zabobony. I to bardzo mocno trzeba tu podkreślić. Tym bardziej że doświadczenia transcendentne – w przeciwieństwie do zabobonów, były badane w ramach psychologii akademickiej. A przynajmniej paru naukowców starało się dowiedzieć, o co w nich chodzi.

Pierwszym był Abraham Maslow, który wymyślił znaną piramidę potrzeb, a na jej szczycie umieścił potrzebę samorealizacji, czyli subiektywne doznanie spełnienia i zrozumienia prawdziwej, wspólnej wszystkim i wszystkiemu istoty. Maslow tego nie wymyślił, tylko przyjrzał się bacznie ludziom deklarującym, że przydarzyło im się doświadczenie, które radykalnie odmieniło ich sposób przeżywania siebie, a także relacji z innymi ludźmi i ze światem. U części badanych pojawiło się ono spontanicznie przy okazji jakichś religijnych praktyk, u innych w trakcie zwykłych codziennych działań, a u jeszcze innych podczas nadzwyczajnie trudnych albo nadzwyczajnie radosnych okoliczności. Maslow dociekliwie i skrupulatnie przepytał wiele takich osób i stwierdził, że we wszystkich relacjach powtarzają się te same elementy. To skłoniło go do wniosku, że repertuar możliwych ludzkich przeżyć zawiera w sobie także to, co nazwał doświadczeniem szczytowym (ang. peak experience), innymi słowy: doświadczeniem samorealizacji, które korzystnie, głęboko i na trwałe zmienia nasze postrzeganie siebie i świata. Przepytywani przez Maslowa ludzie deklarowali, że stali się bardziej radośni, empatyczni, otwarci, wolni od dotychczasowych lęków i napięć. Wszystko to potwierdzało, również skrupulatnie przepytane, otoczenie badanych.

Niektórzy takie stany osiągali po zażyciu psychodelików. Takie przypadki też badano.
Wkrótce po badaniach Maslowa nastąpiła era LSD i innych psychodelików, więc wielu badaczy zajęło się zagadnieniem zmian świadomości i percepcji pod wpływem tych środków. Ale nie minęła dekada i badania te, a także próby wdrażania ich do procesów terapeutycznych w psychiatrii, z tajemniczych powodów, zostały zakazane. Jeden ze znanych badaczy fenomenu zmian ludzkiej percepcji pod wpływem LSD uznał to za zjawisko typowe dla naszego obszaru kulturowego: niemal powszechnie akceptujemy substancje obniżające świadomość – czyli sprawiające, że naszym postrzeganiem i zachowaniem zaczynają kierować potrzeby i emocje uznawane powszechnie za niższe, jak agresja, niekontrolowana seksualność, ryzykanctwo i różnorakie fobie – natomiast zakazujemy substancji podwyższających wibrację świadomości, czyli sprawiających, że naszym zachowaniem mogą zacząć kierować potrzeby i uczucia uznawane powszechnie za wyższe, takie jak: empatia, wrażliwość, zachwyt, wdzięczność, wszechogarniająca miłość. Do pierwszej grupy środków badacze zaliczyli alkohol, substancje typu „speed”, takie jak: kokaina, amfetamina, heroina, ecstasy i wszelkiego rodzaju dopalacze. Do drugiej byli skłonni zaliczyć marihuanę, psylocybinę, LSD i DMT. Badania nie zostały zakończone, więc nie jest pewne czy wszystkie wymienione substancje z grupy drugiej mają zbawienny wpływ na ludzką świadomość, ale obserwacja badaczy wydaje się trafna.

I co pokazywały tamte badania?
Że stany odmiennej świadomości czy doświadczanie rzeczy lub zdarzeń „nie z tego świata” to całkiem realne zjawisko i że dość często się zdarza. Dziś jest mnóstwo relacji na ten temat, nie tylko w literaturze religijnej, ale też świeckiej. Temat ten jakiś czas temu ponownie podjął amerykański badacz Mihály Csíkszentmihályi, autor koncepcji „przepływu”, czyli flow. W psychiatrii głównym prekursorem tego nurtu badań jest czeski profesor psychiatrii Stanislav Grof. Ale wszystko to nadal odbywa się na marginesie nauki. A to wielka szkoda, bo druga klasa zjawisk, od których zaczęłaś naszą rozmowę, czyli wiara w duchy, klątwy i zabobony – wiąże się z tym, że nauka nie chce się poważnie zainteresować pierwszym tematem. A drugi z góry dyskwalifikuje i redukuje do problemu wykształcenia ludzi, którzy tak myślą i czują – nazywając to wszystko przejawami „ciemnoty”.

Tyle nauka, a co mówi psychoterapia?
No właśnie. Tu prawie wszystko zależy od szkoły terapeutycznej. Obecnie na rynku psychoterapii dominują szkoły, których metody są oparte na naukowych rozstrzygnięciach, a wyniki dają się zmierzyć. Najważniejsze z nich to racjonalna terapia zachowań (RTZ) i szkoła poznawczo-behawioralna. Ale jak wszystkie inne podejścia terapeutyczne, one też mają swoje ograniczenia wynikające z przyjęcia metodologii zapewniającej twarde dowody. A przecież tajemnica człowieka, jego świadomość i potencjał transcendencji nie mieszczą się w tak zawężonej perspektywie. Na szczęście oprócz tych nurtów istnieją szkoły psychoterapii, które swoje źródła mają w psychologii głębi. Jak sama nazwa wskazuje, sięgają one w głąb ludzkiego umysłu, w obszary nieznanego i niezrozumiałego, którymi ani nauka, ani terapie racjonalne czy poznawczo-behawioralne nie chcą i nie potrafią się zajmować, na zasadzie: „badajmy tylko to, co da się obiektywnie zmierzyć, a to, czego obiektywnie zmierzyć się nie da, uznajmy za nieistniejące”. Z tego powodu cały obszar cienia, czyli tego, co w nas nieświadome, jest poza kręgiem zainteresowania nauki. Ale wkrótce trzeba będzie się tym zająć.

Sprawdźmy więc, jak sobie z tym radzi psychoterapia głębi. Powiedzmy, że przychodzi do gabinetu człowiek…
…który jest przekonany, że prześladują go jakieś duchy, czyli niematerialne istoty niewidoczne dla zmysłów przeciętnego człowieka. Psychologia głębi uznaje tego typu opowieść za przejaw działania obronnego mechanizmu projekcji. Czyli wszelkie niewidzialne straszydła, duchy itp. uznaje się za wyprojektowane przez człowieka – i przedstawione w zaczerpniętej z lokalnej kultury czy narracji formie – elementy jego własnej nieświadomości. Wtedy można zaprosić pacjenta do następującego eksperymentu: „Wyobraź sobie, że jesteś tą postacią, której się boisz. Wejdź w jej skórę i położenie, i pozwól jej mówić twoimi ustami. Powiedz, czego chce, jak się czuje, jakie ma motywy, co myśli, co widzi? Chodzi o to, by pacjent zaczął zdawać sobie sprawę z projekcyjnego charakteru postaci, która go prześladuje, i w końcu ją uwewnętrznił – czyli zintegrował ze swoim świadomym „ja”. W ten sposób każdy wyprojektowany przez nas potwór czy duch z czasem może się stać na przykład zrozumiałym zlepkiem naszych własnych potrzeb i emocji związanych z odrzuceniem przez matkę. Tu się kłania święta zasada psychoterapii, że to, co uświadomione i zintegrowane, przestaje rządzić naszym zachowaniem i naszym życiem. A to, co wyprojektowane na zewnątrz i nieuświadomione, blokuje nasze dojrzewanie i rozwój. Nie da się wtedy dotrzeć do szczytu piramidy Maslowa.

Mówisz o projekcjach dotyczących czegoś, czego się boimy. A jeśli widzimy i czujemy rzeczy, których trochę się boimy, a które pociągają, jak kontakt ze zmarłą osobą?
Nie sposób uczciwie rozstrzygnąć, czy to, że komuś pojawił się duch, że widział go na własne oczy lub silnie odczuwał jego obecność, jest obiektywną prawdą czy projekcją. Na pewno jest subiektywną prawdą tego człowieka. Może warto wreszcie podjąć dzisiaj w rzetelnych badaniach hipotezę duchów. Podejmowano już w tej sprawie nieudolne próby pod koniec XIX wieku w eksluzywnych klubach spirytystycznych.

Idąc tropem, który opisałeś wcześniej, wytłumaczeniem takich doświadczeń mogłyby być niezakończone relacje ze zmarłą osobą. Nadal nosimy ją w sobie nieświadomie, więc ją uzewnętrzniamy w postaci zjawy?
To trafna intuicja. Psychoterapeuta głębi będzie zachęcał pacjenta do badania takiego zdarzenia albo na podstawie hipotezy projekcji, albo niezałatwionego konfliktu, poczucia winy bądź wyrzutów sumienia.

Niektórzy mówią, że ukazujące się zmarłe osoby dają im cenne wskazówki – psycholog głębi mógłby to zinterpretować tak, że jakaś mądra część ich samych w ten sposób do nich przemawia. Ale ponieważ sobie by nie uwierzyli, uwierzą zmarłemu, do którego mieli zaufanie…
Właśnie tak. Czyli przekaz ducha zmarłej osoby może w tym wypadku okazać się naszym własnym wyprojektowanym przeczuciem, a może nawet przejawianiem się nierozpoznanego jeszcze w sobie wewnętrznego mędrca.

Rzeczy, które nie sposób objąć rozumem, są więc produktem naszej świadomości, a raczej nieświadomości. Część z nas się ich boi, a część jakoś oswaja. Są ludzie, którzy codziennie rozmawiają z duchami bądź widzą aurę innych i jest to dla nich coś bardzo powszedniego i cennego.
Znam wielu takich ludzi, a ponieważ nie jestem ograniczony jakimś dogmatem naukowym i nic, co ludzkie, nie jest mi obce, więc staram się również takie zjawiska i relacje o nich poznawać. Wiele z tych osób potrafi przekazać różne wartościowe informacje z tego, co nazywają światem duchów, a który w ich optyce jawi się jako świat równoległy. Niektóre instytucje – choćby policja – korzystają od czasu do czasu z pomocy tych szczególnie wyposażonych ludzi, zwanych jasnowidzami.

A jednak wszystko to jest nadal spychane w zabobon. Na szczęście ma szerokie ujście w popkulturze: w horrorach, fantastyce, ale też w literaturze pięknej i baśniach.
Szczególnie dzieci są wrażliwymi i entuzjastycznymi odbiorcami takich treści. Zapewne dlatego, że ich umysły nie są jeszcze do końca kulturowo zaprogramowane, więc nie zdają sobie sprawy, że czegoś nie należy widzieć lub o czymś nie należy mówić ani o to pytać. Dzieci często widzą duchy, mają prorocze sny albo twierdzą, że pamiętają swoje poprzednie życie. Jakby przeczuwały, że w umyśle i dla umysłu wszystko jest możliwe.

Ostatnio rozmawiałam z pewnym pięciolatkiem o wampirach i jego mama poprosiła mnie: „Dodawaj, że wampiry są tylko w bajkach”. Ale ja tego wcale nie jestem pewna. Oczywiście nie mam na myśli tego, że chodzą po świecie bladolicy mężczyźni, którzy wysysają z nas krew, tylko że wampir to jedna wielka metafora kogoś toksycznego. Mamy określenie „wampiryzm emocjonalny”.
Tak, używa się go w psychoterapii. Dla mnie wampir jest metaforą przerażonego perspektywą śmierci ludzkiego ego, przekazywanym z pokolenia na pokolenie marzeniem wiecznego istnienia w idealnie zakonserwowanej, doczesnej formie. Nawet kosztem życia bez słońca. To ucieleśnienie pragnienia nieśmiertelności, bycia niezniszczalnym w tym jednym ciele, w tej jednej postaci, która nigdy się nie starzeje. Z tej perspektywy żyjemy dziś w wampirycznej kulturze. Nikt się nie chce zestarzeć, nikt nie chce umrzeć, wszyscy chcemy być agresywni i skuteczni, nie wahamy się bogacić oraz karmić krwawicą i wysiłkiem innych. Pewnie dlatego wampiry są teraz tak mocno obecne w popkulturze, bo nasze systemy ekonomiczne i polityczne często, zapewne nieświadomie, czerpią z etosu wampira.

Na poziomie indywidualnym wampir jest symbolicznym przedstawieniem cech psychopatycznych – uwodzący, inteligentny, skuteczny, piękny, ale jednocześnie bezwzględny i niezdolny do miłości. Psychopaci są w tej chwili największymi bohaterami popkultury. W tym sensie wampiry naprawdę istnieją wśród nas i, niestety, mają tak dobre samopoczucie, że nie przychodzi im do głowy przyjść na terapię. Gdyby jednak ktoś taki przyszedł na terapię, usłyszałby ode mnie: „Jesteś wampirem z urojenia. Porozmawiajmy o tym”.

Bardzo mnie cieszy, że psychoterapia jest otwarta na taki rodzaj pracy.
Psychoterapeuta nie powinien się bać niczego, niezależnie od tego, czy ktoś przychodzi do niego z wampirem, duchem, diabłem, czy z Panem Bogiem, bo przecież i tak się może zdarzyć. W życiu człowieka mamy bowiem do czynienia nie tylko z projekcją wypartego cienia, ale również z projekcją wypartego światła.

Do terapeuty przychodzą też ludzie z Panem Bogiem?
Rzadziej do terapeuty, częściej do szpitala psychiatrycznego z diagnozą tzw. urojeń wielkościowych. Ludzie ci uważają, że są Chrystusem, Napoleonem czy jakąś inną wielką postacią. Zamiast dawać leki, warto by z nimi podyskutować. Spytać: „Dlaczego akurat Chrystus?”. Mogłoby się okazać, że mamy tu do czynienia z czymś, co można by nazwać wewnętrzną projekcją wypartego światła, którą można z czasem uwewnętrznić jako pragnienie bycia szlachetną, pomocną innym, światłą postacią albo odkryć, że ta zapożyczona wspaniała tożsamość przykrywa poczucie bezwartościowości, beznadziei i rozpaczy. Można drążyć dalej: „Skoro jest pan Chrystusem, to proszę mi opowiedzieć: Jak się czujesz, Chrystusie? Skąd się tutaj wziąłeś? Co chciałbyś powiedzieć, doradzić komuś takiemu jak ja, jak pomóc cierpiącemu światu?”. A potem, korzystając z notatek, pytałbym o każde zdanie i pogląd. Czy ten, który nosi imię i nazwisko pacjenta, też tak uważa i czy potrafi żyć w zgodzie z tym, co uważa? W końcu by się wyjaśniło, czy mamy do czynienia z wypartym światłem, czy z przykrywką rozpaczy. Choć mogłoby się okazać, że rozwiązaniem byłoby to, co sugerował w opowieści o chorym psychicznie bodajże bracie, mistyk i duchowy nauczyciel Baba Ram Dass. W czasie odwiedzin w szpitalu chory brat pyta: „Dlaczego gdy ty mówisz, że jesteś Chrystusem, to ludzie tego słuchają i jeszcze płacą za wykłady – a gdy ja mówię, że jestem Chrystusem, zamykają mnie w szpitalu?”. Na co Ram Dass: „Bo ty twierdzisz, że tylko ty jesteś Chrystusem, a ja mówię, że wszyscy jesteśmy Chrystusem, tylko nie wszyscy zdajemy sobie z tego sprawę”.

Wojciech Eichelberger
, psycholog, psychoterapeuta i trener, autor wielu książek (w tym „Patchworkowe rodziny” Wyd. Zwierciadło), współtwórca i dyrektor Instytutu Psychoimmunologii.