1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Matka i córka – dajesz tyle, ile dostałaś. Jak naprawić trudne relacje między nimi?

Matka i córka – dajesz tyle, ile dostałaś. Jak naprawić trudne relacje między nimi?

Tożsamość córki jest często zaplątana w wizerunek matki. (Fot. iStock)
Tożsamość córki jest często zaplątana w wizerunek matki. (Fot. iStock)
- Od matki uczymy się miłości, tego, jak być kobietą, jak funkcjonować w świecie, jak wypełniać rolę żony i później matki – wszystkiego. Możemy się źle czuć z tym, co ona nam przekazuje, bo nie zawsze własna matka ucieleśnia ideał życia. Matka nie jest jedynym wzorem. Przecież mimo pokrewieństwa to zupełnie inna osoba – mówi psycholożka dr Ewa Woydyłło-Osiatyńska. 

- Od matki uczymy się miłości, tego, jak być kobietą, jak funkcjonować w świecie, jak wypełniać rolę żony i później matki – wszystkiego. Możemy się źle czuć z tym, co ona nam przekazuje, bo nie zawsze własna matka ucieleśnia ideał życia. Matka nie jest jedynym wzorem. Przecież mimo pokrewieństwa to zupełnie inna osoba – mówi psycholożka dr Ewa Woydyłło-Osiatyńska, wyjaśniając, gdzie mogą leżeć przyczyny trudnej relacji matki z dorosłą córką.

Obserwując współczesny świat można odnieść wrażenie, że relacja matka – córka generuje same problemy.
Bo tak właśnie jest. Oczywiście, nie można uogólniać, ale zdecydowanie więcej jest problemów emocjonalnych i relacyjnych między dziećmi a matkami niż między dziećmi a ojcami. Ojciec zawsze albo prawie zawsze zachowuje większy dystans wobec dzieci, ciężar jego zaangażowania jest przeniesiony na świat zewnętrzny. Natomiast matki, z wyjątkiem tych, które weszły w role biznesowe, są skupione przede wszystkim na rodzinie i dzieciach. Z tego powodu są z nimi w bliższych relacjach i siłą rzeczy częściej występują na tej linii nabrzmiałe i nierozwiązane konflikty. Przy czym ze względu na specyficzny rodzaj  relacji miedzy synem a matką, nawet matką nadopiekuńczą, konflikty między nimi nigdy nie osiągają takich rozmiarów jak w przypadku nadopiekuńczych matek i córek. Co ciekawe, ujawniają się zwykle wtedy, gdy syn zakłada rodzinę. I wtedy nie tyle on ma problemy z matką, co jego żona źle to zaczyna znosić.

Ta sama płeć w relacji jest w takim razie plusem czy minusem?
Ze względu na płeć w relacji matka – córka występuje utożsamienie. Dla normalnego rozwoju osobowości musi jednocześnie dojść do czegoś, co jest określane jako separacja czy indywiduacja. W potocznym rozumieniu córka najpierw „zlewa się” z matką, a potem ustawia do niej w kontrze, żeby ustalić, kim sama jest. Ponieważ to niezwykle silny związek, tożsamość córki jest zaplątana w wizerunek matki. Ze względu na utożsamienie płci często dochodzi też do podświadomej rywalizacji. Córka rywalizuje z matką, a matka z córką, i nie ma to charakteru sportowego: nie chodzi o to, która wygra, tylko o to, która psychologicznie zdominuje rywalkę.

Córkę i matkę wprawdzie łączy płeć, ale dzieli różnica pokoleń, co powoduje, że światopogląd i doświadczenia matki są zabarwione przeszłością, a córki – teraźniejszością. Chociażby to może powodować między nimi konflikty. Że podam taki banalny przykład: nasze babcie prały ręcznie, nasze matki – we Frani, a my już w automatycznym Boschu. Zasada prania co prawda się nie zmieniła, ale sposób – już tak. Najbardziej nabrzmiałe problemy nie rodzą się jednak w sferze posługiwania się sprzętami, lecz w sferze uczuć.

Co jest tego źródłem?
Najczęściej niedojrzałość matki. Bo że córka jest niedojrzała – to oczywiste i normalne. Dzieci zawsze będą młodsze od swoich matek. To, co czyni nas ludźmi dojrzałymi, zdolnymi do podejmowania przemyślanych decyzji, do kształtowania swojego zdania w oparciu o doświadczenie, to umiejętność nabywana przez całe życie. Z książek, które czytamy, z filmów, jakie oglądamy, i z tego, co mówią nam inni. Dojrzałość jest sumą praktycznych umiejętności życiowych. Samo życie nie wystarczy jednak, żeby osiągnąć tak rozumianą dojrzałość. Niekiedy człowiek wręcz blokuje się na drodze do dojrzałości wskutek traum, krzywd, uzależnień, niewłaściwych wzorów. Można mieć według metryki 48 lat, a dojrzałość na poziomie nastolatka. Dotyczy to oczywiście także niektórych matek...

Czy dlatego bywają nadopiekuńcze?
Po pierwsze, mogą tak pojmować rolę matki – kurczowo trzymając swoje dziecko pod kontrolą, niezależnie od jego wieku. A po drugie, są nadopiekuńcze, ponieważ nie mają innego życia osobistego i uczuciowego poza realizowaniem swego macierzyństwa. Takie matki, nawet jeśli żyją w małżeństwie, nie śpią ze swymi mężami, nie planują wspólnych wieczorów czy wakacji. Mąż jest meblem, wygodnym fotelem, na którym się czasem przycupnie, który wypełnia jakiś kąt w pokoju, ale to nie jest żadna relacja. Co więcej, małżonkowie mogą tak żyć latami, bogobojnie i wiernie.

A przecież człowiek jest istotą uczuciową, potrzebuje bliskości jak powietrza. Kochać kogoś, być dla kogoś – to nasza największa potrzeba. Więc jak związek z partnerem nie zaspokaja tej potrzeby, to całe swoje życie emocjonalne kobieta lokuje w dzieciach. A ponieważ synowie rzadziej dają się zawładnąć, pada na córki, a te są w rękach matek jak plastelina. Na dodatek są przez nie wpędzane w poczucie winy – oczywiście to wszystko dzieje się podświadomie. Żadna matka przecież nie obmyśla: „Zrobię ci numer, dostanę apopleksji”. Ona dostaje apopleksji na samą myśl o tym, że córka chce spędzić święta w górach, a nie w domu. Takie uzależnienie przypomina alkoholizm, narkomanię, kompulsywny hazard. Osoba uzależniona nie może się sama z tego wydostać, a gdy jej ktoś mówi: „Mamo, nie rób tak”, to się oburza: „Jak możesz tak do mnie mówić?!”. Tak samo reaguje alkoholik. Tylko że w tym wypadku mamy do czynienia z uzależnieniem od drugiej osoby. Od swojej bezradności życiowej, od tyranizującej więzi, która staje się pułapką dla obydwu stron.

Jak postępować z „uzależnioną” matką?
Dokładnie tak jak z alkoholikiem. Córka musi przestać kierować się lękiem, współuzależnieniem, poczuciem winy, tylko przejąć kontrolę nad własnym życiem. Uzyskawszy wsparcie od męża, przyjaciółki czy koleżanki z pracy, którzy powiedzą: „Nie możesz swojego życia podporządkowywać matce kosztem własnych potrzeb. Ona jest dorosła, poradzi sobie. Możesz jej pomóc, ale powinnaś być konsekwentna”. Jeśli za przykład podamy kwestię świąt, córka może zakomunikować mamie, że przyjedzie do niej dzień przed Wigilią, pobędą razem, ale na święta wyjeżdża. Czyli: asertywność, stanowczość i nieponoszenie konsekwencji cudzych słabości czy uzależnień. Choć przykład ze świętami może być dwuznaczny. Ktoś powie: „Ale cóż pani doktor wygaduje?! Przecież święta to Tradycja, Katolicyzm, Rodzina…”. Odpowiadam: „Ależ tak, pod warunkiem że z tego wynika coś dobrego”. Jeżeli przy okazji świąt mama zawsze wypomina, a tata zawsze się upija – to jest wykorzystanie, skądinąd pięknego symbolu i tradycji, do podtrzymania patologii. I to nie jest dobre. Wtedy człowiek nie ma innego sposobu, jak się uniezależnić, czyli odseparować, oddalić, zacząć funkcjonować zgodnie ze swoim systemem wartości, a nie podtrzymywać tradycję rodzinnych niesnasek.

Można w dorosłym życiu ułożyć sobie na nowo relacje z matką? Czy trudne relacje matki z dorosłą córką mogą uleć poprawie?
Oczywiście. Relacje to jest coś, na co mamy wpływ, czemu możemy nadawać nowe tory, sterować tym jak podczas nawigacji.

A jeśli matka odmawia współpracy?
Czasami pytają mnie ludzie, co robić z matką, która nie chce się zmienić mimo próśb i tłumaczenia. Odpowiadam: „Wyobraź sobie, że mama ma alzheimera. I że cokolwiek byś nie mówiła, to ona jest za szklaną szybą”. Oczywiście, ona przeważnie nie ma żadnego alzheimera, ale jej mózg już zastygł. Bo co to znaczy: przekonać kogoś, by czegoś nie robił? To znaczy poprosić, by się czegoś nauczył. Bo oduczyć się, to też się nauczyć. Niestety, niektórzy ludzie są już do tego niezdolni.

Ja mam psa i zawsze po nim sprzątam, ale czasem spotykam ludzi, którzy po swoich psach nie sprzątają. Wtedy daję woreczek i mówię: „Może pan skorzystać z mojego, mam zapasowy”. „Ja nie sprzątam po psie!” – słyszę często w odpowiedzi. Ale ktoś inny mówi za to: „Dziękuję, skorzystam”, po czym zaczynamy się umawiać na wspólne spacery z psami. Tak samo jest z matkami. Jeśli matka mówi: „Jak ty możesz czegoś ode mnie wymagać?”, to znaczy, że ona nie rozumie swojej córki i nie chce zrozumieć. Często z wiekiem przychodzi przekonanie, z gruntu fałszywe, że wie się już wszystko i zawsze ma się monopol na rację. Tymczasem inni ludzie mają swoje racje i one bywają odmienne od naszych.

Ale taka uparta matka święcie wierzy, że chodzi jej tylko o dobro córki. Powtarza: „Nikt inny nie będzie cię kochał tak jak ja. Robię dla ciebie wszystko”.
Więc skoro jesteś w stanie zrobić dla mnie wszystko, to przestań mnie kontrolować jak małe dziecko. I co mama na to? Z drugiej strony, relacja z matką jest wyjątkowa i żadna inna jej nie zastąpi.

Nawet, gdy czujemy nienawiść do matki, trzeba ją przede wszystkim kochać i szanować?
Kochać w ogóle warto, bo to wspaniałe uczucie. Chociaż w dziesięciorgu przykazań nie widnieje: „Kochaj ojca swego i matkę swoją”, tylko „czcij”, czyli szanuj. Nie ubliżaj im, nie ograbiaj, nie krzywdź. Co nie znaczy: bywaj u nich co niedziela. Możesz ich nie widywać, ale ich szanuj. Trudno kochać kogoś, kto zatruwa nam życie, ciągle poucza i krytykuje, jest wścibski, przemądrzały, wszystko wie najlepiej. Miłość w dziecku rodzic buduje, pokazując, jak się kocha – czule, ciepło, mądrze i dojrzale.

A co znaczy: mądrze kochać?
To znaczy nie uwłaczać godności dziecka, nie pozbawić go poczucia bezpieczeństwa, czyli: nie straszyć, nie bić, nie wyśmiewać i nie grozić: „bo mamusia nie będzie cię kochać”, „jak nie wrócisz do 22.00, to ja będę chora” albo: „przez ciebie mam okropne życie”. Gdy dzieci coś takiego słyszą, przestają wierzyć w miłość rodziców i stopniowo tracą poczucie własnej wartości.

Matka uczy też dziecko miłości, pokazując, jak kocha tatusia, swoich rodziców, siostrę, brata… Dzieci się uczą nie tego, co im mówimy, tylko tego, co robimy. To główna zasada wychowania.

Czego jeszcze uczymy się od matek oprócz miłości?
Jak być kobietą, jak funkcjonować w świecie, jak wypełniać rolę żony i później matki – wszystkiego. Oczywiście, możemy się źle czuć z tym, co ona nam przekazuje, bo nie zawsze własna matka ucieleśnia ideał życia. Matka nie jest jedynym wzorem. Przecież mimo pokrewieństwa to zupełnie inna osoba. Może mieć całkiem odmienne cechy, zainteresowania, potrzeby i cele. Jeżeli matka z temperamentem zacznie przejawiać niecierpliwość w stosunku do flegmatycznej czy marzycielskiej córki, to prawie na pewno zachwieje poczuciem wartości dziecka. Wtedy powinni wkroczyć inni dorośli, na przykład babcia, która będzie podkreślać mocne strony dziecka i okazywać uznanie dla tego, co ono umie, lubi i jak sobie radzi. Mama oczywiście doda: „ale bucików jeszcze nie umie zawiązać”, a babcia: „ale Ania zna tyle wierszyków i pięknie bawi się z dziećmi”. I Ania w ten sposób dowie się, że mama wolałaby, żeby ona była trochę inna, natomiast babcia akceptuje ją taką, jaka jest. Dziecko czerpie wiedzę o sobie nie tylko od mamy, dlatego powinno być otoczone różnymi ludźmi. To nie jest żadna nowa koncepcja, tylko pradawna idea wychowania plemiennego.

Mówimy dziś o problemach na osi matka – córka, matka – syn. Kiedyś w ogóle nie było takiego tematu. Po pierwsze, kobiety rodziły dużo dzieci. Same się nimi nie zajmowały – miały do pomocy krewnych, starsze dzieci, swoich rodziców. Dzieciństwo zresztą szybko się kończyło: dzieci zaczynały wcześnie pomagać w pracy dorosłym i szybko odchodziły z domu rodzinnego. Nawet arystokracja posyłała dzieci bardzo wcześnie w dorosłe życie.  Więc to, że dzisiaj rodzice poświęcają tyle czasu i uwagi swoim dzieciom, to wynalazek współczesności.

Dzisiaj też rodziców o wiele rzeczy się obwinia, a zwłaszcza matki.
Bo nie ma kogo innego winić. Inną nowością jest „wychowywanie” przez grupę rówieśniczą. Kiedyś czegoś takiego w ogóle nie było, nie było szkoły, dzieciństwo było krótkie i przebiegało wyłącznie w obrębie rodziny. To my urządziliśmy sobie świat, w którym dziecko siedzi na tronie. I albo ten tron jest na chwiejnych nóżkach, bo rodzice zapominają, że mają dziecko, albo jest piedestałem nie wiadomo jakiego wcielenia boskości i rodzice wtedy zwyczajnie bzikują.

Brytyjski psychiatra Donald Woods Winnicott jest autorem określenia: „wystarczająco dobry rodzic”. Nie idealny, nie najlepszy, ale wystarczająco dobry. Czyli taki, który czasem popełnia błędy, ale ma też prawo zadośćuczynić i przeprosić – jednak to wymaga dojrzałości. A jeżeli mam kompleksy wobec własnego dziecka i chcę udawać ideał, to tworzę fikcję. I krzywdzę własne dziecko, które też będzie chciało dążyć do jakiegoś nierealnego superwzorca. Rodzice, którzy sami mają poczucie wartości, na ogół wychowują dobrze. Rodzice, którzy wstydzą się w sobie jakichś rzeczy, nie chcą z czymś się pogodzić, zazwyczaj w swoich dzieciach coś „majstrują”. I to majstrowanie na ogół źle rokuje.

Akceptacja siebie przekłada się na akceptację dziecka? Czy to sposób, który np. naprawi trudne relacje matki z dorosłą córką?
Dziecko nie potrzebuje wielkiego mieszkania, dużego samochodu, lekcji angielskiego czy tenisa. Potrzebuje poczucia bezpieczeństwa, akceptacji, miłości i dobrych, prawdomównych wzorów.

Ostatnio odprowadzałam mojego malutkiego wnuczka do córki, a on w krzyk: „Babciu, ja chcę do was”. Ja na to: „Anker, nie możesz teraz do mnie iść, bo ja zaraz wychodzę”. Wtedy moja córka dyskretnie szepnęła: „Mamo, przecież tak naprawdę nigdzie nie wychodzisz”. Oczywiście, że ona ma rację! Po co wymyślać jakieś nieprawdziwe powody, prędzej czy później dziecko nauczy się tego samego… Ono ma przyjąć do wiadomości, że już nie mam czasu, bo to prawda. Poza tym musi sobie z chwilową frustracją poradzić. Gdy się tego nauczy w wieku dwóch lat, to przygotuje się na większe frustracje w wieku 20 czy 50 lat. W tej sprawie ja się czegoś nauczyłam od mojej córki, a nie ona ode mnie.

Prawdomówność w relacjach jest bardzo ważna, bo dziś lekko naciągnę prawdę, ale gdy za kilka lat powiem do dziecka: „nie jedź autostopem”, to ono mnie nie posłucha, bo nie będzie miało do mnie zaufania. I potem rodzice się dziwią, dlaczego. Ano dlatego, że tyle razy skłamali.

Własny rozwój to podstawa dla dobrej relacji matki i córki?
Tak, z tym że trzeba zadbać, by własny rozwój nie pozbawił wrażliwości na cudze potrzeby. Jeżeli matka jest samotna, cierpiąca, chora, to jej się co najmniej tyle należy od córki, ile ona okazywała jej troski, gdy córka tego potrzebowała. Czyli uwaga, sprowadzenie lekarza, może wynajęcie opiekunki czy umieszczenie w szpitalu czy sanatorium. Te „świadczenia” wynikają z powinności, nawet odpowiednio uregulowanych w naszym prawie. Miłość to trochę inna sprawa.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Jak rozmawiać z dzieckiem o jego chorobie – pytamy psycholożkę kliniczną Martę Rusek

Młodsze dzieci stosunkowo szybko włączają szpitalną rzeczywistość w swoje życie. Chcą się bawić w to, co ich otacza, więc wcielają się w lekarzy, powtarzają to, co oni mówią. W ten sposób choć na chwilę mogą wyjść z roli pacjenta. (Fot. iStock)
Młodsze dzieci stosunkowo szybko włączają szpitalną rzeczywistość w swoje życie. Chcą się bawić w to, co ich otacza, więc wcielają się w lekarzy, powtarzają to, co oni mówią. W ten sposób choć na chwilę mogą wyjść z roli pacjenta. (Fot. iStock)
Choć mali pacjenci przechodzą choroby nowotworowe inaczej niż dorośli i częściej od nich zdrowieją, to dla rodziców, którzy poznają diagnozę jako pierwsi, jest ona szokiem. Jak rozmawiać o tym z dzieckiem? Ile mu powiedzieć? Gdzie szukać wsparcia, żeby mieć siłę na opiekę? Wyjaśnia Marta Rusek, psycholożka kliniczna współpracująca z Fundacją Onkologiczną Alivia.

Co roku w Polsce aż 1300 rodziców małych i nastoletnich pacjentów słyszy diagnozę „nowotwór”. A kto mówi o chorobie dziecku? Czy to zawsze rola rodzica?
To zależy od wieku pacjenta. Jeśli rozmawiamy o dziecku do wieku wczesnoszkolnego, to lekarz informuje na początku tylko rodziców. Nastolatek najczęściej zapraszany jest do gabinetu razem z dorosłymi. Rozmowa odbywa się w ich obecności, czasem z udziałem psychologa.

Czy są jakieś zasady prowadzenia takich rozmów?
Oczywiście. W onkologii dziecięcej obowiązuje kilka żelaznych zasad. Po pierwsze, pacjenta prowadzi tylko jeden lekarz, do którego pacjent z czasem bardzo się przywiązuje, i wzajemnie. Nie narażamy dziecka na zmiany lekarza. I to ten lekarz przekazuje informacje o diagnozie. Po drugie, zawsze zakładamy, że chorobę wyleczymy i z takim nastawieniem wszyscy na oddziale onkologicznym pracujemy. Po trzecie, nie wyprzedzamy psychologicznych potrzeb pacjenta.

Co to znaczy?
Kiedy towarzyszyłam lekarzom w rozmowach z pacjentami, staraliśmy się, by informowanie o diagnozie, o rokowaniach czy sposobie leczenia nie było pełnym napięcia monologiem. Raczej nastawialiśmy się na dialog, w którym stosowaliśmy metodę dopytywania.

Na czym polega dopytywanie?
Na tym, żeby nie wyprzedzać pacjenta w rozmowie. Razem z lekarzem staraliśmy się, żeby dziecku nie powiedzieć za dużo. Ono i tak najczęściej domyśla się, co się dzieje; dzieci dużo wiedzą, chociaż bywa, że nikt im oficjalnie nic nie mówi. Często jednak trzeba ten obraz skorygować. Kiedy tuż po rozpoczęciu leczenia pytaliśmy: „Czy chcesz wiedzieć, dlaczego jesteś w szpitalu?”, dzieci początkowo odpowiadały: „Nie chcę nic wiedzieć”. To jest normalne, ale potem się zmienia. Gdy dziecko oswaja się ze szpitalem, z lekarzami, z personelem, z psychologiem, po jakimś czasie samo wraca do tego pytania i chce wiedzieć, na co choruje, jak się je leczy, co oznaczają medyczne słowa. Samo pokazuje, że jest już gotowe na rozmowę.

Dla każdego rodzica zdiagnozowanie choroby nowotworowej u dziecka to szok. Jak rodzice powinni wesprzeć siebie w tej sytuacji?
Po takiej informacji dotychczasowe życie w jednej chwili przestaje istnieć. Rodzic czuje ból, wściekłość, samotność. Ma poczucie, że nikt, kto nie doświadczył choroby dziecka, nie jest w stanie go zrozumieć. Bywa, że na tym etapie ludzie odsuwają się od znajomych i przyjaciół, bo relacje z nimi są w tym momencie zbyt bolesne. Najczęściej zbliżają się do grupy rodziców szpitalnych. Wsparcie ze strony dorosłych, którzy przechodzą to samo, to dobry początek.

Jak prosić tych innych dorosłych o wsparcie?
Najlepsza jest aktywna postawa polegająca na informowaniu, co jest mi teraz potrzebne. Najczęściej wcale nie chodzi o wielkie sprawy, ale o ugotowanie obiadu, przywiezienie czegoś z domu, pomoc w zakupach albo porozmawianie, pobycie. Chodzi jednak o to, żeby tymi wspierającymi osobami byli dorośli, przy których można się na przykład rozpłakać. Przy dziecku rodzic nie powinien płakać, chociaż czasem trudno powstrzymać łzy. Lepiej wyjaśnić, że płacze, ponieważ np. tęskni za domem. Wtedy te łzy stają się dla dziecka zrozumiałe, a jednocześnie pokazujemy mu, że w taki sposób można poradzić sobie z trudnymi uczuciami.

A nie powinien tu wkroczyć psycholog albo fundacja wspierająca rodziców dzieci chorych?
Nie, nikt nie powinien „wkraczać”, tylko raczej być w pobliżu i w gotowości udzielenia do pomocy i wsparcia. Tak się dzieje ze szpitalnym psychologiem lub psychologiem pracującym w fundacji – jest dostępny w razie potrzeby.

I na czym polega jego pomoc?
Najważniejsze jest uświadamianie, że chorowanie to proces, warto to nieustannie powtarzać. To, że w chwili diagnozy rodzic czuje wściekłość, rozżalenie, samotność, bezradność, zaprzecza lub za wszelką cenę szuka winnego, jest normalne. Trzeba wiedzieć, że ma się prawo do odczuwania czasem bardzo silnych emocji. To dla rodziców niezwykle ważne. Dowiadują się, że nie popadli w szaleństwo, ich emocje są naturalne i miną. Człowiek umie się przystosować do nowej sytuacji, do chorowania i leczenia także.

Czy bardziej choroby boją się dzieci, czy ich rodzice?
Nie demonizujmy tego, jak dzieci odbierają chorobę. Już to powiedziałam, ale powtórzę: choroba to jest proces. Inaczej reaguje się na początku, inaczej po miesiącu chorowania, gdy już się wie, że da się z tym żyć. Szczególnie młodsze dzieci stosunkowo szybko włączają szpitalną rzeczywistość w swoje życie. Podczas hospitalizacji często bawią się właśnie w szpital, w pacjentów i personel medyczny. Bo dzieci chcą się bawić w to, co ich otacza. Wcielają się w lekarzy i mogą w ten sposób choć na chwilę wyjść z roli pacjenta. Zawsze mnie zadziwiało, jak dużo dzieci wiedzą, jakimi są świetnymi obserwatorami, a nawet ekspertami. Używają żargonu medycznego, zachowują procedury, na przykład wkładając rękawiczki przed zrobieniem zastrzyku lalce. Powtarzają to, co mówi im lekarz, i to jego tonem, znają nazwy leków, dawkowanie, wiedzą, jakie wyniki są w normie, a jakie nie, i bawią się w to. Gdy dziecko inicjuje zabawę w szpital, wiem, że mogę je dopytać, co by chciało wiedzieć.

A jak jest ze starszymi? Nastolatek nie pokaże w zabawie, że jest gotowy do poważnej rozmowy.
Przede wszystkim, by móc rozmawiać z nastolatkiem, trzeba wypracować sobie jego zaufanie. Nie chcemy żadnej „poważnej rozmowy”. Nie sadzamy nastolatka, nie robimy mądrych min. Przede wszystkim temat choroby, która opanowała ciało, bywa często trudny i zawstydzający. Działamy delikatnie, wręcz niezauważalnie odpowiadamy na pytania, do których pacjent dorósł. Ponadto nastolatki mają dostęp do Internetu, zazwyczaj same dowiadują się bardzo wiele o swojej chorobie. Nie potrzebują informacji, a zwykłej rozmowy. Wyjaśnienia różnych wątpliwości, wysłuchania tego, co ich niepokoi.

Czego boją się najbardziej?
Dzieci boją się bólu, jak my wszyscy. Jednak współczesna medycyna na szczęście nie skazuje pacjenta na cierpienie. Wytyczne są jednoznaczne: lekarz ma oszczędzać pacjentowi bólu i ograniczać dyskomfort w każdy dostępny sposób, i lekarze się tego trzymają. Mamy skuteczne środki przeciwbólowe. W onkologii dziecięcej ból traktuje się serio i jest on leczony. Dzieci boją się też zmian, jakie niesie ze sobą choroba onkologiczna – utraty włosów, zniekształcenia po operacji, protez. Boją się tego, co jest nieznane.

A co zrobić, gdy w moim otoczeniu ktoś ma dziecko chorujące na nowotwór?
Być przy tej rodzinie. Nie bać się cierpienia i choroby. A jeśli nie wiemy, jak wspierać – warto po prostu dopytać rodziców: „Jak mogę pomóc?”, „Ugotować coś, posprzątać, zawieźć?”. Rodzic jest tak pochłonięty leczeniem chorego dziecka, że często nie ma czasu zająć się drugim, zdrowym dzieckiem czy domowymi zwierzętami. Warto proponować, że się odbierze ze szkoły zdrowe rodzeństwo, weźmie je na weekend, przenocuje, pomoże w opiece nad psem.

Zdrowe rodzeństwo w obliczu takiej sytuacji schodzi zupełnie na drugi plan…
Niestety, to prawda. Leczenie zajmuje rodzicom tyle czasu i energii, że często nie mają już rezerw na poświęcanie czasu zdrowym dzieciom, tymczasem one potrzebują uwagi, miłości i normalności. Straciły kontakt nie tylko z rodzicami, ale też z rodzeństwem, bo dzieciom zdrowym nie wolno wchodzić do szpitala. Warto zadbać o to, żeby rodzeństwo miało kontakt, żeby do siebie na przykład dzwoniło. Mamy na szczęście do dyspozycji całą technologię.

Czy należy dokładnie wyjaśniać, co dzieję się z chorą siostrą czy bratem?
To znów zależy od wieku i od tego, ile rodzeństwo chce wiedzieć, ale generalnie warto przygotować je na ewentualne zmiany w wyglądzie pacjenta, bo przecież leczenie choroby nowotworowej odbija się na fizyczności. I oczywiście nie chodzi nam tu o przekazanie suchych informacji, tylko o rozmowę, co dzieje się z chorym. Chodzi o to, żeby zdrowe dziecko nie było zaskoczone brakiem włosów czy otyłością wywołaną zastosowaniem sterydów. Albo amputacją, bo przecież i to się zdarza w leczeniu chorób nowotworowych.

To bardzo trudne zadania dla rodzica.
Tak, i tutaj też potrzebne jest wsparcie. Dlatego warto być w stałym kontakcie z psychologiem, który przygotuje rodzica na taką rozmowę, powie, jak ją delikatnie przeprowadzić, a nawet przećwiczy.

Zatem może jednak psycholog powinien takie rozmowy przeprowadzać z rodzeństwem?
Moim zdaniem to jednak rola rodzica, z którym dziecko jest związane i czuje się bezpieczne. Taka próba wprowadzenia obcej, nieznanej osoby, żeby przeprowadziła rozmowę, może być jeszcze bardziej stresująca dla dziecka. Lepiej jest, gdy psycholog przygotowuje rodzica, ale to rodzic rozmawia ze swoim dzieckiem. Taka kolej rzeczy jest naturalna.

Myślę, że bardzo łatwo jest obciążyć zdrowe dziecko chorobą rodzeństwa.
Dlatego tak ważne jest, żeby rodzic szukał wsparcia tylko u innych dorosłych. Nie należy przy zdrowym dziecku płakać, dzielić się swoimi emocjami, szczególnie lękiem, bo dziecko zawsze chce chronić rodziców. A nawet prawie dorosłe, nastoletnie zdrowe dziecko nie może być pocieszycielem dorosłych.

Ale czasem nie ma nikogo innego…
Rodzice często mają takie wrażenie, ale przecież zawsze są wokół nas inni dorośli: lekarz, pielęgniarka, psycholog, znajomi czy chociażby rodzice innych chorych dzieci. Bywa jednak, że rodzicom jest trudno prosić o pomoc, albo nie widzą, że otoczenie jest gotowe ich wesprzeć. Warto by bliscy, przyjaciele takiej rodziny przyjęli aktywną postawę i tak jak już wcześniej wspomniałam – pytali. Czasem ta pomoc może polegać na tym, że choć na chwilę zastąpi się takiego rodzica w szpitalu i będzie on mógł chociażby wyjść na spacer czy do fryzjera.

Chyba nie miałabym odwagi zapytać rodzica, który ma tak chore dziecko, czy chce iść do fryzjera. Nie umiem sobie wyobrazić, że sama miałabym na to ochotę. Myślę też, że społeczeństwo narzuca obraz cierpiącego udręczonego.
Ten fryzjer to może bardziej metafora i pytanie, czy rodzic w trakcie chorowania dziecka ma prawo zająć się też swoimi potrzebami. Widziałam, jak rodzice dawali z siebie wszystko. A przecież leczenie trwa miesiącami, czasem nawet latami. Do opieki potrzeba mnóstwo sił. Niewyspany, udręczony, samotny, przeciążony rodzic nie będzie dobrym wsparciem. Dlatego tak ważne jest, by inni dorośli pomagali rodzicom w odzyskiwaniu, choć na chwilę, poczucia równowagi, pomagali w regeneracji. A co do fryzjera – pamiętam, jak jedna z fundacji zorganizowała wizytę właśnie fryzjera na oddziale – ileż było śmiechu i radości, gdy rodzice mogli wreszcie zająć się sobą.

Zbieram się z pytaniem na temat opieki paliatywnej. Jak rozmawiać z dziećmi o śmierci, o tym, że nie wyzdrowieją?
Pamiętajmy, że onkologia dziecięca ma inną dynamikę. Dzieci zdrowieją znacznie częściej niż dorośli. Bardzo skutecznie leczymy choroby nowotworowe u dzieci. Ale bywa niestety, że choroba okazuje się silniejsza niż medycyna. I tu obowiązują te same zasady: nic na siłę. Nigdy nie atakujmy pacjenta tym tematem.

Mam poczucie, że rozmawianie o śmierci to nie są mądre monologi, bo to nie czas na nasze, dorosłe przemyślenia czy przekonania np. religijne. To czas na to, by usłyszeć, co myśli o tym dziecko, z jakimi pytaniami się mierzy. Pamiętam pacjenta, który zapytał: „czy w niebie jest McDonald?”, bo usłyszał, że w niebie jest wszystko, co najlepsze, a po śmierci idzie się do nieba. Ale najczęściej to są bardzo nieśmiałe i ulotne momenty, gdy pacjent zastanawia się, jak to jest z tą śmiercią. Chociaż bywały także sytuacje, gdy pacjent, najczęściej nastolatek, zadawał pytanie: „czy ja umrę?”. I tu nie ma jednej dobrej odpowiedzi, ale dla mnie takie pytanie pacjenta jest zawsze punktem wyjścia do rozmowy, co stoi za takim pytaniem, jakie myśli, jakie fantazje, jakie uczucia. Często w rozmawianiu o śmierci nie tyle chodzi o konkretną odpowiedź, ale o stworzenie bezpiecznej atmosfery, by dziecko mogło podzielić się z drugim dorosłym swoimi niepokojami, lękami, refleksjami. Chociaż czasem młody człowiek chce po prostu wiedzieć, jakie są jego rokowania, bo myśli o tym, by móc się z kimś pożegnać, może pogodzić, a może coś komuś ważnego powiedzieć. Tylko w rozmowie z pacjentem możemy poznać, jaki motyw stoi za jego pytaniem.

A czy dzieci boją się śmierci?
Boją się i martwią. Czasem zastanawiają się, co się stanie z ich rzeczami, jak rodzice to zniosą, co będzie po śmierci. Pamiętam dziewczynkę, która w zabawie opowiadała mi, jak sobie wyobraża, co będzie po śmierci. Wyzdrowiała i ma się dobrze, ale widać, że myśl o śmierci może się pojawić.

Nie wiem, który rodzic by to udźwignął…
Dlatego w szpitalu pracują psychologowie. Dzieci potrzebują bezpiecznej przestrzeni – z dorosłym, który nie zabroni poruszania tego tematu, nie wystraszy się ani nie rozpłacze na dźwięk słów „boję się, że umrę”. Chcę podkreślić, że nowotwory są uleczalne i że wbrew aktualnie bardzo złym opiniom na temat służby zdrowia, dziecięcy onkolodzy to w większości kompetentni, empatyczni ludzie, którzy wiążą się bardzo mocno ze swoimi pacjentami i walczą o nich tak samo jak rodzice.

Fundacja Alivia jest Organizacją Pożytku Publicznego, która pomaga chorym na raka m.in. w finansowaniu nierefundowanych terapii i konsultacji. Więcej na temat przekazania 1% podatku na rzecz fundacji na www.alivia.org.pl.

Marta Rusek, specjalistka psychologii klinicznej, psychoterapeutka, psychoonkolożka. Przez wiele lat pracowała jako psycholog na oddziale onkologii dziecięcej. Współzałożycielka Warszawskiego Centrum Psychoonkologii, www.psychoterapia-mokotow.pl.

  1. Styl Życia

Olga Bończyk o dzieciństwie pełnym miłości i traumy

„Bycie dzieckiem osób niesłyszących jest wyzwaniem. Dojrzewasz zdecydowanie szybciej, bo siłą rzeczy wprowadzana jesteś w sprawy dorosłych dużo wcześniej niż rówieśnicy”, mówi aktorka i wokalistka Olga Bończyk. I dodaje, że jako dziecko wielokrotnie występowała w bardzo trudnej roli łącznika między światem a niesłyszącymi rodzicami.

Mam dziesięć lat. Wracam ze szkoły do domu, dostałam kiepską ocenę, skarżę się mamie, że miałam zły dzień. Mama siada na kanapie, zawsze w tej samej pozycji, opiera się wygodnie i mówi: „Chodź, połóż się na mnie”. Siadam na niej okrakiem, nazywałam to „na żabkę”, wtulam się w nią bardzo mocno całym ciałem. Mama gładzi mnie po plecach, po głowie i spokojnym, kojącym głosem mówi: „Nic się nie martw, następnym razem będzie lepiej. Pamiętaj, na pewno dasz sobie radę”. To jest wspomnienie totalnego poczucia bezpieczeństwa. Ta scena powtarzała się wielokrotnie.

Wychowywałam się w rodzinie niesłyszącej, tata urodził się bez słuchu, mama straciła go, gdy miała kilkanaście lat, w wyniku wypadku. Oboje z bratem chodziliśmy do szkoły muzycznej, mama nie była więc w stanie pomagać nam w lekcjach, mam wrażenie, że te chwile w silnym uścisku były jej sposobem na okazanie oddania, wsparcia i wiary w moje siły, możliwości, w mój potencjał. Ten uścisk był dla mnie symbolem pewności, że niezależnie od wszystkiego ona zawsze będzie mnie kochać, że dla niej nie muszę zostać wirtuozem fortepianu, świetnym muzykiem, nie muszę zapracować sobie na jej uczucie. Nigdy nie cisnęła, wręcz podkreślała, że jeżeli tylko będziemy chcieli z bratem zrezygnować z nauki w dającej wycisk szkole muzycznej, ona nie ma nic przeciwko, w każdej chwili przeniesie nas do zwykłej rejonówki i absolutnie nie będzie rozczarowana.

Mama była boją, do której zawsze mogłam podpłynąć i się przytrzymać. Jej podejście, czułość, ciepło i bezwarunkowość jej miłości dały mi siłę na całe życie.

Mama wdrukowała mi też pewne zasady, ale muszę przyznać, że życie je zweryfikowało. Była idealistką, pamiętam, jak mi powtarzała: „Najważniejsze, żebyś żyła tak, by nikt przez ciebie nie płakał”. Zapomniała tylko dodać, że trzeba tę mądrość ostrożnie stosować, bo jak się przesadzi, to najpewniej samemu zapłacze się nieraz…

Rodzice Olgi Bończyk: Irena i Stefan Bockowie (1964). (Fot. archiwum prywatne)Rodzice Olgi Bończyk: Irena i Stefan Bockowie (1964). (Fot. archiwum prywatne)


Zazdrość i hormony

Mama zmarła, kiedy miałam 18 lat, nie zdążyłyśmy zaprzyjaźnić się ze sobą jak dwie dorosłe kobiety. Ale jestem prawie pewna, że gdyby żyła dłużej, zostałybyśmy bliskimi przyjaciółkami. Była niesamowicie otwarta, mimo swoich ograniczeń związanych z niesłyszeniem przyciągała moich znajomych jak magnes. Moje koleżanki i koledzy do niej lgnęli. Pamiętam wiele momentów, kiedy byłam wręcz zazdrosna. Z jednej strony o nią, a z drugiej – o moich znajomych. Tym bardziej że nie miałam ich wielu, szkoła i fortepian pochłaniały cały mój czas, na podwórko nie było miejsca. A kiedy już zdarzyło się, że ktoś do mnie przychodził, od drzwi wędrował prosto do kuchni, do mojej mamy… żeby choć przez chwilę z nią pobyć. Czasem byłam wściekła.

Wściekała mnie też nadopiekuńczość mamy. A ta wynikała przede wszystkim z jej ograniczeń, z niesłyszenia. Do szkoły miałam daleko, podróżowałam przez kawał miasta, mama zawsze się o mnie bardzo bała. Pamiętam, jak powtarzała: „Gdyby coś ci się stało, będę ostatnią osobą, która się o tym dowie”. Byłam więc pod kloszem, w reżimie wracania do domu o określonej porze. Aż w końcu zaczęłam się buntować; i te ostatnie lata życia mamy to był czas mojego rewolucyjnego myślenia i działania. Mama chorowała na raka, słabła, a jednocześnie nie mogła pogodzić się z brakiem kontroli nade mną. Ścierałyśmy się wtedy, czasem mocno, bo mimo ogromnej miłości do niej moje buzujące hormony nie chciały odpuścić. Kiedy mama zmarła, klosz się uchylił, „dorwałam się” do wolności, przez jakiś czas podejmowałam mocno kontrowersyjne, czasem niezbyt mądre decyzje, jakby bunt wciąż trwał, choć mamy już nie było…

Cisza i dźwięk

Moje dzieciństwo to była nieustająca „przepychanka” ciszy i dźwięków. Kiedy wracaliśmy z bratem do domu, rozkręcaliśmy wszystkie gałki: od telewizora, radia, wszystkich możliwych urządzeń. Brat ćwiczył grę na skrzypcach, ja siadałam do pianina, dom wtedy ożywał. A kiedy tylko kładliśmy się spać, mama wszystkie gałki skręcała do zera. Na wszelki wypadek, by przypadkiem, kiedy rano wyjdziemy do szkoły, a ona coś niechcący poruszy, nie zaczęło grać zbyt głośno, bo wtedy przeszkadzałoby sąsiadom. To były takie dwa rytuały – my wszystko rozkręcaliśmy, a mama zakręcała. W naszym domu cisza walczyła z dźwiękiem.

W domu osób niesłyszących zamiast dzwonka przy drzwiach zainstalowane jest światło, podłączone kablami w każdym pomieszczeniu tak, by mieszkańcy wiedzieli, że ktoś próbuje dostać się do mieszkania. U nas też tak było. Choć gdzieś podskórnie bardzo chcieliśmy z bratem, by nasz dom był zwyczajny, on taki nie był. Tak jak zwyczajne nie było nasze dzieciństwo. Mieliśmy swoje obowiązki, jak choćby ten, że codziennie wieczorem, kiedy w telewizorze były wiadomości, jedno z nas oglądało je z rodzicami, by im przekazywać treść. Mieliśmy takie dyżury, czy to lubiliśmy, czy nie, tak po prostu było. Pamiętam, że tłumaczyliśmy rodzicom czasem też filmy i wielką radością były dla nas dni, kiedy telewizja emitowała film radziecki, bo on zawsze był z napisami! Wtedy mówiłam sobie w myślach: „Hura, mam wolne!”.

Bycie dzieckiem osób niesłyszących jest wyzwaniem, ciężarem, nie da się tego ukryć. Dojrzewasz zdecydowanie szybciej, bo siłą rzeczy wprowadzana jesteś w świat dorosłych dużo wcześniej niż rówieśnicy. Kiedy rodzice musieli załatwić jakieś sprawy urzędowe, też zawsze potrzebowali jednego z nas w roli „tłumacza”. Pamiętam, jak strasznie trudne były dla mnie wizyty u lekarzy z chorującą na raka mamą. Nie dość, że musiałam bez żadnego filtra, który zwykle rodzice starają się nakładać na tego rodzaju informacje przekazywane dzieciom, usłyszeć diagnozę i rokowania, to musiałam jeszcze przekazać je mamie. To ja powiedziałam mojej mamie, że w każdej chwili może umrzeć. To z pewnością są zadania wykraczające poza to, co dzieciak może emocjonalnie udźwignąć.

Bycie słyszącym dzieckiem niesłyszącego rodzica czy rodziców to zjawisko, którym w pewnym momencie zajęli się psychologowie. Określili takie dzieci – dziećmi z syndromem CODA (z ang. child of deaf adult/s). Więc tak, jestem dzieckiem CODA. I bez wątpienia jest to rodzaj silnego naznaczenia. Muszę użyć mocnego słowa – w takie dzieciństwo wpisany jest pewien rodzaj traumy, niestety. Bo nie jest normalne, że dziecko występuje w roli dorosłego, jest opiekunem swoich rodziców. I żeby nie wiem, ile miłości, ciepła, czułości było w takim domu, a w moim było ich naprawdę bardzo dużo, nie ma szans, by uniknąć wspomnianej traumy.

Trzyletnia Olga ze starszym o cztery lata bratem Mirosławem (1972). (Fot. archiwum prywatne)Trzyletnia Olga ze starszym o cztery lata bratem Mirosławem (1972). (Fot. archiwum prywatne)

Ta najgorsza

Czas mojego dorastania naznaczony był także poczuciem bycia kimś gorszym od całej reszty. Jak masz „dziwny”, nienormalny, niepełnosprawny dom, to dla większości ty też jesteś nienormalna. I tak byłam traktowana przez dzieci. Bardzo z tego powodu cierpiałam. Moja codzienność pełna była też manifestów, ciągle wstawiałam się za rodzicami, broniłam ich jak lwica. Słyszałam, że jak mam głuchych rodziców, to znaczy, że mam też głupich rodziców. A przecież moi rodzice nie byli głupi, więc miałam w sobie ciągły przymus, by przekonywać świat o ich wartości.

Czułam się gorsza, bo tak traktowali mnie rówieśnicy, zawsze na szarym końcu, w ogonie, jako ta „wybrakowana”. Nigdy nie zapomnę sytuacji, kiedy doszłam do ściany, nie potrafiłam opanować emocji. Ból i wściekłość wzięły górę. To było w drugiej klasie szkoły podstawowej. Mama była wtedy pierwszy raz ze swoim rakiem w szpitalu, miała amputowaną pierś. Przeżywałam to bardzo. Jedna z koleżanek, zresztą córka lekarki, która leczyła moją mamę, czyli ta dziewczyna sporo o mamie i jej chorobie wiedziała, powiedziała na forum klasy, że moi rodzice są głusi, więc nie można się z nimi porozumieć. Użyła jeszcze kilku stereotypów zasłyszanych od dorosłych. A we mnie coś wtedy pękło. Namówiłam dwie koleżanki, żeby podczas długiej przerwy związać tę dziewczynkę skakanką w piwnicy i ją tam zostawić. Zrobiłyśmy to, a ja powtarzałam jej wciąż: „To za moich rodziców”. Oczywiście, nie było to dobre zachowanie, ale pamiętam, że czułam się tak zdesperowana i zrozpaczona, że uznałam, iż tylko przemocą mogę okazać, jak to oczernianie mojej mamy i mojego taty strasznie mi się nie podoba, strasznie mnie boli.

Wystąpiłam na apelu, dostałam burę od wychowawczyni, naganę, ale to wszystko nie była żadna cena, miałam przez moment poczucie, że dzięki mnie sprawiedliwości stało się zadość.

Wrocław i zapach krochmalu

Wychowałam się w moim ukochanym Wrocławiu, najpiękniejszym mieście świata. Kiedy było ciepło, uwielbiałam uczyć się nie w domu, ale w ogrodzie botanicznym. Przesiadywałam tam godzinami. Prawie zawsze sama. Bo byłam typem samotnika. Nie tylko z wyboru. Kiedy moje koleżanki chodziły na dyskoteki, ja… ćwiczyłam na fortepianie albo byłam opiekunem i tłumaczem. Kiedy rówieśnicy szaleli na podwórku, ja… ćwiczyłam na fortepianie albo byłam opiekunem i tłumaczem itd. Nawet moja pierwsza miłość wydarzyła się dopiero, gdy miałam 17 lat. Byłam dość nieśmiała, wycofana. Niewiele mam wspomnień związanych z tak zwanym wolnym czasem, z tym, co „po szkole”. Pamiętam, że kiedy pierwszy raz pojechałam na kolonie, moje koleżanki wiedziały już „wszystko” o miłości, o relacjach z chłopakami, ja byłam zupełnie zielona, znowu na końcu, w ogonie. Moje dzieciństwo, dorastanie były więc inne. Ale nigdy nie powiem, że nieszczęśliwe.

W naszym domu się nie przelewało, mama chorowała, więc tylko tata pracował i on nas utrzymywał. Jednak zawsze ja i brat byliśmy pierwsi na liście wszystkich potrzeb. Dla nas zawsze było wszystko, co tylko być mogło. Mama wybierała dla nas najlepsze kąski, sobie zostawiała, jak to mówił mój brat, „ochłapy”.

Prawie nic sobie nie kupowała, może raz w roku jakąś bluzkę czy sukienkę, ale zawsze była w niej klasa. Mogła mieć na sobie coś, co miało 20 lat, ale nosiła się w tym jak dama. Widziałam w niej królową. Siadała jak dama, miała gesty damy, w najlepszym tego słowa znaczeniu. Do dziś mam pewność, że nie jest ważne, co ma się na sobie, ale jak to się nosi. Metki nie mają dla mnie żadnego znaczenia. Taką lekcję kobiecości wyniosłam z domu. Mama nauczyła mnie także, że kobiecość to powściągliwość, ona zawsze czekała chwilę, nim coś powiedziała. Unosiła oczy, lekko przekrzywiała głowę, jakby zbierała myśli, dopiero potem mówiła. Nigdy nie paplała. Jestem taka sama.

Dom zawsze pachniał czystością, krochmalem, wszystko lśniło, wszystko miało swoje miejsce. Mama świetnie też gotowała, uwielbiałam jej rosół, pierogi ruskie czy mistrzowską zupę koperkową. Pamiętam, że kiedy wpadałam, jak to nastolatka, na pomysł, że będę się odchudzać, mama przygotowywała specjalnie swoje genialne ruskie pierogi i mówiła: „Tak mi szkoda, córeczko, że jesteś na diecie i nie możesz zjeść”. Miała wtedy sto procent pewności, że wcześniej czy później wpadnę do kuchni i rzucę się na ten przysmak! Zwykle nie trwało to dłużej niż 20 minut. Ruskie to bez wątpienia smak dzieciństwa!

Olga Bończyk, aktorka i wokalistka. Szerokiej publiczności znana z seriali: „Na dobre i na złe”, „Leśniczówka” i „Barwy szczęścia”. Gra na scenach wielu teatrów, ostatnio w spektaklach: „Za rok o tej samej porze”, „Atrakcyjna wdowa” czy „Kwartet”. Nagrała pięć solowych albumów. Najnowszy, „Ślady miłości”, miał premierę w marcu tego roku.

  1. Psychologia

Dzieci na skraju załamania nerwowego, czyli rzecz o dziecięcej psychiatrii

Dziecko powinno być zaopiekowane na wszystkich poziomach. Tak by szkoła, psychologowie, rodzice, dziadkowie wiedzieli, co się z nim dzieje, jak pomóc, jak się zachować. Chodzi o zbudowanie sieci wsparcia. (Fot. iStock)
Dziecko powinno być zaopiekowane na wszystkich poziomach. Tak by szkoła, psychologowie, rodzice, dziadkowie wiedzieli, co się z nim dzieje, jak pomóc, jak się zachować. Chodzi o zbudowanie sieci wsparcia. (Fot. iStock)
Psychiatria dziecięca to w Polsce temat wzbudzający ogromne emocje, bo potrzebujących pomocy jest coraz więcej, a nie wiadomo, gdzie szukać wsparcia. Specjaliści apelują jednak, by zamiast straszyć statystykami, odczarować psychiatrię i usprawnić współpracę między domem i szkołą.

Jesienią przetoczyła się u nas burza o finansowanie psychiatrii dziecięcej. Potrzeby są ogromne, a oddziały psychiatryczne tak przepełnione, że trafiają tam tylko najcięższe przypadki, z udokumentowanymi próbami samobójczymi. Samobójstwa są drugą co do częstotliwości przyczyną zgonów wśród nastolatków w Polsce, a co dziesiąty nastolatek (czyli ok. 650 tys. młodych ludzi) wykazuje zaburzenia psychiczne wymagające pomocy profesjonalistów. Rośnie liczba całościowych zaburzeń rozwojowych, zaburzeń nastroju i osobowości, samookaleczeń, stanów lękowych, zaburzeń odżywiania. A pandemia spotęgowała jeszcze wzrost uzależnień behawioralnych, takich jak nałogowe korzystanie z komputerów czy smartfonów i wcale nie ograniczyła agresji rówieśniczej, bo konflikty przeniosły się do sieci.

Ze strony specjalistów, psychiatrów dziecięcych coraz częściej słychać jednak apel, żeby nie skupiać się tylko na tym, co złe. Psychiatria, szczególnie dziecięca, to delikatna materia. Jeśli wciąż, ze wszystkich stron, słychać głosy, jak jest tragicznie, beznadziejnie, nic się nie dzieje, to może zadziałać jak samospełniająca się przepowiednia. I sygnał dla potrzebujących, że i tak nie warto szukać pomocy, bo jej nie ma. Może czas zwrócić uwagę, że w mrocznym tunelu zwanym dziecięcą psychiatrią pojawia się zielone światło. A właściwie na razie światełko... Ale jest.

Pieniądze to nie wszystko

– W problemie z psychiatrią dziecięcą chodzi przede wszystkim o przebudowę systemu – podkreśla psychiatra Agnieszka Dąbrowska z warszawskiego ośrodka „Relacje”. – Dopóki mamy do czynienia z dziećmi, które przyszły do nas za późno, mając na koncie na przykład próby samookaleczenia się, oznacza to, że system nie działa, jak powinien. Gdybyśmy spotkali się wcześniej, terapia wyglądałaby zupełnie inaczej; byłaby skuteczniejsza i krótsza. I na tym trzeba się skupić.

Doktor hab. n. med. Maciej Pilecki, kierownik Kliniki Psychiatrii Dzieci i Młodzieży Katedry Psychiatrii UJ CM w Krakowie, idzie jeszcze dalej: – Założeniem wdrażanej reformy w psychiatrii nie jest tylko reakcja na kryzys. Ale przede wszystkim profilaktyka. Można wręcz mówić o wyszukiwaniu dzieci z problemami, wychodzeniu im naprzeciw, żeby zadziałać na czas.

Wyobraźmy sobie dziewczynkę z obniżonym, wciąż pogarszającym się nastrojem. Z myślami samobójczymi. Która w dodatku obsesyjnie chce schudnąć. Żeby pomoc była efektywna, trzeba przede wszystkim jak najwcześniej znaleźć genezę problemu. – Dzieci chodzą często na psychoterapię, gdzie rozmowa skupia się na objawach. Tymczasem musimy się dowiedzieć, co jest źródłem takich zachowań – podkreśla Agnieszka Dąbrowska. – Znaleźć odpowiedź na pytanie, czego w życiu tej dziewczynki jest za dużo, jakich emocji, obciążeń, że nie wytrzymuje. Lub czego za mało, że zabrakło jej narzędzi do poradzenia sobie z własnymi emocjami. Czy źródło problemów tkwi w domu, szkole, w kontaktach towarzyskich? Co się wydarzyło, co przeoczyliśmy?

Odczarować psychiatrię

Od początku ósmej klasy Ania ze wszystkich stron słyszała, że musi się uczyć, żeby jak najlepiej zdać egzamin ósmoklasisty, bo od niego zależy jej przyszłość. Czuła, że nie daje rady i że jest ze swoją niemocą sama. Rodzice pochłonięci problemami młodszego brata, u którego zdiagnozowano cukrzycę, nie dostrzegli zmiany w zachowaniu córki. Ania zamykała się w pokoju, patrzyła w sufit, słuchała muzyki. Przestała się uczyć. Wychowawczyni coraz częściej sygnalizowała niepokojące zachowania nastolatki: płacz podczas lekcji, wybuchy złości. Rodzice jakby wybudzili się z letargu. Zgłosili się do Fundacji Dajemy Dzieciom Siłę. Po kilku spotkaniach z dziewczyną terapeutka zasugerowała, że konieczne jest włączenie psychiatry, bo ma wrażenie, że wciąż nie może się dokopać do prawdziwego problemu. Ania jest zamknięta, wycofana, nie chce rozmawiać. Mówi, że nie widzi sensu terapii. Psychiatrze wystarczyło jedno spotkanie, żeby zdiagnozować depresję. Przepisała leki i Ania poczuła się lepiej.

Tyle że dla wielu osób wizyta u psychiatry to wciąż duży problem. – Wielu rodziców, szczególnie starszych pokoleniowo, myśli „psychiatria” i widzi „Lot nad kukułczym gniazdem”, drzwi bez klamek, kraty w oknach, szaleństwo, kaftany bezpieczeństwa – mówi Agnieszka Dąbrowska.

Magdalena Parol, zastępca Dyrektora Środowiskowego Centrum Zdrowia Psychicznego dla dzieci i młodzieży EZRA UKSW w Piasecznie, podkreśla, że wizyta u psychiatry to często ostateczność, bo oznacza, że dziecko jest inne, dziwne. – Dochodzi do tego strach przed ostracyzmem społecznym i tym, co powiedzą znajomi, dlatego tak ważne jest, abyśmy działali wcześniej, reagowali na objawy, zmiany w zachowaniu, momenty krytyczne – wyjaśnia.

Kiedy rodzice Tomka powiedzieli jego babciom, że psychiatra skierował chłopca na dzienny oddział psychiatryczny, obie zaniemówiły z przerażenia i oburzenia. Nie były w stanie zrozumieć, że w ten sposób można mu pomóc. Że ich ukochany 13-letni wnuczek nie jest rozbrykanym, żywym chłopcem, podobnym do rówieśników, a zdiagnozowano u niego zaburzenia obsesyjno-kompulsyjne i ma za sobą liczne samookaleczenia. „Niszczycie mu życie. Już na zawsze zostanie wariatem” – próbowały przekonać rodziców chłopca, ale ci nie odpuścili. Tomek od października jest na oddziale dziennym, rano ma lekcje, później terapie, zbiorowe i indywidualne. Co jakiś czas prowadzący terapeuta spotyka się z rodzicami.

– W kryzysach psychicznych efekty nie przychodzą zaraz. To żmudny, powolny proces. Nie od razu jest się czym pochwalić – podkreśla Oliwia Pogodzińska, psycholog z Fundacji Dajemy Dzieciom Siłę. Rodzice Tomka zdają sobie z tego sprawę, ale widzą poprawę w zachowaniu i samopoczuciu syna.

Zaopiekuj się mną

Ania i Tomek mieli sporo szczęścia. Ani przyglądała się wychowawczyni, która zgłosiła problem rodzicom, a oni skontaktowali się z psychoterapeutką. Ta z kolei uznała, że musi wkroczyć psychiatra, a potem zadziałały leki. Również rodzice Tomka zaufali psychiatrze, który wystawił skierowanie na oddział dzienny.

Współpraca osób skupionych wokół dziecka jest jednym z filarów, na których ma się opierać wprowadzana reforma w psychiatrii dziecięcej. Zakłada ona zmianę modelu pomocy udzielanej osobom doświadczającym kryzysu psychicznego. Ale współpraca to nie wszystko. Aby terapia była szybka i skuteczna, niezbędna jest interwencja w najbliższym środowisku dziecka, rówieśniczym, szkolnym i rodzinnym. Magdalena Parol tłumaczy, że chodzi o zbudowanie sieci wsparcia. Dziecko powinno być zaopiekowane na wszystkich poziomach. Tak, by szkoła, nauczyciele, psychologowie, rodzice, dziadkowie wiedzieli, co się z nim dzieje, jak pomóc, jak się zachować.

Stąd pomysł na wprowadzenie trójstopniowego podziału ośrodków udzielających pomocy dzieciom i młodzieży. Podstawą mają być Ośrodki Środowiskowej Opieki Psychologicznej i Psychoterapeutycznej. To taka pozytywistyczna praca u podstaw. Jeśli zadziała, może się okazać, że nie trzeba wdrażać (lub rzadziej niż do tej pory) drugiego stopnia, czyli kierować dziecko do psychiatry czy na dzienny oddział psychiatryczny. I uda się uniknąć ostateczności, pobytu na zamkniętym oddziale psychiatrycznym. Psychiatrzy podkreślają, że ponad połowa pacjentów nie potrzebowałaby hospitalizacji, gdyby uzyskała pomoc wcześniej, np. w poradni psychologicznej. Docelowo w każdym powiecie ma powstać co najmniej jedno Środowiskowe Centrum Zdrowia Psychicznego. Czyli ok. 300 w całej Polsce. Pomoc ma przyjść w czasie do 72 godzin od zgłoszenia. Spotkanie może odbyć się także w domu, w naturalnym środowisku dziecka. Rodziny mogą liczyć na wsparcie psychologa, diagnosty, psychoterapeuty. Tworzony jest indywidualny plan zdrowienia. Doświadczony psycholog lub psychoterapeuta zdecyduje, czy młody człowiek w ogóle potrzebuje specjalistycznej psychiatrycznej konsultacji.

Stanąć na wysokości zadania

– Duży nacisk kładziemy na rolę terapeuty środowiskowego, który zbiera wywiad, staje się opiekunem i wsparciem dla procesu zdrowienia. Przyjdzie do domu na pierwszą wizytę, zadzwoni, porozmawia z osobami, które mogłyby wspierać dziecko, zapyta, jak funkcjonuje pacjent i inni członkowie rodziny. Ma też być łącznikiem między dzieckiem, rodziną a szkołą – wyjaśnia Magdalena Parol.

Na razie, jak wynika z badań przeprowadzonych wśród nauczycieli przez Fundację „Szkoła z klasą”, współpraca pomiędzy podmiotami, które działają na rzecz dobrostanu psychicznego dzieci – czyli domem i szkołą – praktycznie nie istnieje. Zdarza się, że uczeń czy uczennica chodzą na terapię, leczą się u psychiatry, a nie wie o tym ani wychowawca, ani psycholog czy pedagog szkolny. Trzy czwarte nauczycieli uważa, że główną przyczyną problemów dzieci jest brak wsparcia ze strony rodziców. Wielu z nich nie interesuje się tym, co się dzieje w szkole. Nie wiedzą, z kim córka czy syn się koleguje, z kim jest w konflikcie. Reagują dopiero, gdy sytuacja jest dramatyczna, na przykład dochodzi do próby samobójczej.

Rodzice odbijają piłeczkę i opowiadają o nauczycielach, którzy kończą lekcję i niczym więcej się nie interesują. Dostaje się też szkolnym psychologom i pedagogom. W większości szkół pracuje pedagog, jednak często jest zatrudniony poniżej pełnego etatu. Psycholog jest w jedynie 6 na 10 placówek. Praca pedagogów i psychologów ogranicza się do gaszenia wybuchających co i rusz pożarów. A wizyta u nich staje się dla dzieci karą. Nie każdy też potrafi indywidualnie podejść do ucznia, więc uczniowie odbiegający od normy nie mają łatwego życia.

Powodzenie reformy zależy od otwartości i gotowości każdej ze stron. Na szczeblu domowym czujni powinni być rodzice. Szczególnie na wszelkie zmiany w zachowaniu dziecka, gdyż – jak przypomina Oliwia Pogodzińska – depresja nie zaczyna się z dnia na dzień. Psycholożka podkreśla, że składa się na to długotrwałe osamotnienie, brak wsparcia, umiejętności radzenia sobie z problemem. Wielu dorosłych kwestionuje depresję u dzieci, wątpi, że mogą one mieć prawdziwe problemy.

Reforma zakłada współpracę ośrodków ze szkołami i przedszkolami. Tak jak np. w poradni psychologicznej dla dzieci EZRA UKSW w podwarszawskim Piasecznie. – Mamy porozumienie ze szkołami i przedszkolami z powiatu piaseczyńskiego. Te instytucje mają zgłaszać do nas dzieci z problemami, gdy zauważą np. fobie, lęki, obniżony nastrój, pierwsze sygnały kryzysu psychicznego. Ten poziom wsparcia jest kluczowy – wyjaśnia Magdalena Parol. Przewidziano szkolenia dla psychologów i pedagogów, spotkania z rodzicami. I mają być to spotkania merytoryczne, nie pogadanki. Przekazujące konkretną wiedzę, mechanizmy, rady, jak rozmawiać z dzieckiem, na co zwracać szczególną uwagę, gdzie się zgłaszać. Rodzice muszą jednak chcieć w tych spotkaniach uczestniczyć, czyli przede wszystkim dostrzec w nich sens. Przemóc wstyd i dopuścić do siebie myśl, że dziecko, a tym samym cała rodzina, ma problem. I nie bać się skontaktować z Ośrodkiem Środowiskowej Opieki Psychologicznej i Psychoterapeutycznej.

Doktor Maciej Pilecki uważa, że im wcześniej zwróci się uwagę na kondycję psychiczną dziecka, tym lepiej. – Już do bilansu siedmiolatka włączyłbym pytanie o jego zdrowie psychiczne. Ale przeprowadziłbym taką rozmowę bez obecności rodzica. Spytałbym dziecko, czy czuje się dobrze samo ze sobą. Czy jest coś ważnego, o czym nie chce mówić przy rodzicach. I dlaczego – dodaje.

– W psychiatrii dzieci i młodzieży mamy do zrobienia jeszcze wiele. Ale możemy to wszystko zrobić – jeśli tylko będziemy działać wspólnie. Bądźmy uważni na dziecko, nie bójmy się prosić o pomoc i pamiętajmy, że tam, gdzie pojawił się problem, tam jest jego rozwiązanie – puentuje Magdalena Parol.

I takie podejście daje nadzieję!

  1. Psychologia

Dzieciom potrzebne są dobre rozmowy z nami

Co robić? Schować „komórkę”, zabronić grania? Żyjemy przecież w świecie technologii cyfrowej. Tego już nie zmienimy. Nie spychajmy więc naszego dziecka na margines cywilizacji i społeczeństwa! Rozsądniej jest wybrać inną drogę – od początku towarzyszyć dziecku w internecie, tak jak towarzyszymy mu na meczach czy szkolnych zabawach. (fot. iStock)
Co robić? Schować „komórkę”, zabronić grania? Żyjemy przecież w świecie technologii cyfrowej. Tego już nie zmienimy. Nie spychajmy więc naszego dziecka na margines cywilizacji i społeczeństwa! Rozsądniej jest wybrać inną drogę – od początku towarzyszyć dziecku w internecie, tak jak towarzyszymy mu na meczach czy szkolnych zabawach. (fot. iStock)
Jesteśmy dziś naszym dzieciom potrzebni może nawet bardziej niż dawniej DO ROZMOWY. Nie ma już podwórek z trzepakami, gdzie mogłyby nawiązywać relacje z rówieśnikami, bawić się, przyjaźnić czy spierać. Dzieciom potrzebne są dobre rozmowy z nami, bo pierwszy raz w historii dzieci (i dorośli) wchodzą w relacje nie tylko z innymi ludźmi, lecz także z urządzeniami. Smartfon to nie jest takie samo urządzenie, jak radio czy telewizor, twierdzi dr Tomasz Srebnicki, psychoterapeuta dzieci i młodzieży, współautor książki „Cyfrowe dzieci”.

Beata Pawłowicz: Rodzice i dzieci często miewali problemy z dogadaniem się. Ale dziś „wychowany analogowo” ojciec, musi znaleźć wspólny język z synem należącym nie tylko do innego pokolenia, ale i do świata elektronicznych, mobilnych komunikatorów. Czy dziś jest trudniej być rodzicem?
Dr Tomasz Srebnicki: Ojciec taki jak ja, a dodam, że mój syn ma 10 lat, napotyka wszystkie stare problemy, jakie zawsze mieli rodzice. Ale też staje przed nowymi wyzwaniami. A te biorą się stąd, że szeroko pojęte media utwierdzające nas w przekonaniu, że są niezbędne, w sposób całkiem niekontrolowany, natarczywy, skomercjalizowany – wkraczają w świat relacji rodzica i dziecka. I to wkraczają nie tylko jako narzędzia komunikacji. Pierwszy raz w historii ludzkości mamy do czynienia z takim zjawiskiem, że człowiek pozostaje w bardzo silnej relacji z narzędziem, którym się posługuje.

Jesteśmy w relacji z telefonami? Tak jakby były żywymi istotami?
Zacznijmy od tego, że mamy do czynienia z narzędziami uniwersalnymi, które swoimi możliwościami pokrywają w zasadzie cały obszar funkcjonowania człowieka. Kontakt z nimi dostarcza więc dziecku niezwykłej rozrywki i to w ilości nieograniczonej i dostosowanej do niego samego, do jego potrzeb. Więcej nawet – potrafią wzbudzać w dziecku kolejne potrzeby. Kontakt z tymi urządzeniami umożliwia pozostawanie w relacji z innymi dziećmi, zdobywanie informacji i doświadczanie przyjemności. To urządzenia ofiarują też dziecku niezwykle silne poczucie bezpieczeństwa i kontroli, gdyż grę można wyłączyć, a z forum można wyjść, kiedy tylko zadzieje się coś, co się dziecku nie spodoba. Co więcej smartfony, komputery itd. bez żadnych konsekwencji pozwalają na wielokrotne powtarzanie tych samych błędów. Gry dają możliwość posiadania nieskończonej ilości „żyć”. No więc relacja ze smartfonami jest szalenie atrakcyjna i dlatego dzieci ją nawiązują.

Chciałbym to powtórzyć – w epoce cyfrowej mamy do czynienia nie tylko z relacjami między rodzicami i dziećmi, ale też między dziećmi i telefonami. Jest więc trochę tak, jakbyśmy byli rodzicami nie tylko dziecka, ale też smartfona, z którym nasze dziecko jest w relacji.

To bardzo błyskotliwe stwierdzenie, że jesteśmy rodzicami nie tylko naszych dzieci, ale też ich smartfonów?!
Dziękuję! A więc powtórzę: nasze dzieci i my sami także jesteśmy w stałej i wiernej relacji z urządzeniami elektronicznymi. Wystarczy popatrzeć na to, jak dbamy o telefony, jak zabiegamy, aby mieć stały dostęp do prądu i ładowarki, a zgodzimy się z tym, że łączy nas z nimi silna relacja.

Nazywasz relacją staranie o to, żeby moje urządzenie działało?
Relacja z telefonem nie odbywa się na poziomie: „kocham swój telefon”, ale na poziomie zaspokajania wielu twoich potrzeb, a między innymi poczucia bezpieczeństwa. Przed chwilą mój syn zadzwonił do mnie i to kilkakrotnie, bo czuł się zaniepokojony: pierwszy raz sam wracał ze szkoły. Odważył się na to, ponieważ miał telefon.

Bo mógł do ciebie zadzwonić?!
Dzięki telefonowi mógł w każdej chwili poczuć się bezpieczny, nawiązując relację ze mną. To prawda, że dzięki telefonowi może być w każdej chwili bliżej taty. Ale tu chodzi o coś więcej! Telefon dałby Maksowi poczucie bezpieczeństwa nawet gdybym nie odebrał. W telefonie ma gry i piosenki, które pomogłyby mu się uspokoić. W telefonie ma też moje zdjęcie i zdjęcie mamy. W telefonie jest GPS, który zaprowadziłby go do domu. A więc telefon oferuje tak wiele, że między tym urządzeniem i dzieckiem powstaje relacja. Maks daje za to telefonowi prąd, swoją uwagę i przywiązanie, bo nosi go ze sobą. Zaprzeczanie temu nie ma sensu, bo to jest fakt. Lepiej przyjąć tezę o bezradności rodzica wobec naporu techniki i zaprzestać nieustającej walki o to, aby tę technikę ograniczać. Lepiej uznać, że to pokolenie i następne będą w relacji z urządzeniami. I że świat związków między ludźmi będzie światem równoległym i równorzędnym. Ani lepszym, ani gorszym.

Mamy uznać, że nasze dziecko żyje w dwóch światach: w świecie relacji na żywo, face to face oraz w świecie relacji ze swoim telefonem, komputerem?
Tak. W budowaniu relacji z dzieckiem lepiej jest uznać pewne okoliczności, choć mogą się nam nie podobać, choć możemy uznawać je za szkodliwe, za niewłaściwe w odniesieniu do naszego doświadczenia życiowego. Możemy uważać, że relacje twarzą w twarz są najważniejsze. Obawiam się jednak, że psiocząc i zwalczając to co nieuniknione tylko pogarszamy naszą komunikację z dzieckiem, bo ono po prostu należy do pokolenia cyfrowego.

Czyli „gadać” z dzieckiem przez esemesy, siedząc razem przy kolacji?
Rozumiem, że jest to pytanie o charakterze prowokacyjnym. Odpowiem: oczywiście, że nie. Ale też dodam, że ja bym zaprosił telefon mojego dziecka na tę kolację. Niech leży – wyłączony. Dziecko nie może po niego sięgać podczas posiłku. Podobnie jak rodzice też nie mogą bawić się wtedy swoimi smartfonami. Ale niech z nami przy stole będą.

Telefon ma z nami jeść?!
Może, bo najważniejsze zadanie stojące dziś przed rodzicami to stwarzanie dziecku warunków do budowania relacji face to face z nimi i z innymi ludźmi. A to będzie bardzo trudne, jeśli będziemy kazali dziecku wybierać, jeśli będziemy negować jego relację z telefonem.

Dlatego w naszej książce wiele miejsca poświecimy temu, jak rozmawiać, jak słuchać, jak budować zdrową relację live (na żywo) z własnym dzieckiem. A dziś jest to niezmiernie ważne, bo jeśli się nam uda, to wówczas nic, co płynie z mediów dziecku nie zagrozi.

Relację live należy, w mojej ocenie, traktować jako równorzędną do relacji dziecka z telefonem, bo też taka postawa ułatwia nam rozmowę z nim na żywo. (...)

Fragment książki „Cyfrowe dzieci” Beaty Pawłowicz i Tomasza Srebnickiego.

Ta książka to zbiór rozmów z ekspertami o tym, w jaki sposób… rozmawiać. Przytaczamy wiele przykładów, jak mówić i słuchać dzieci. Zarówno wtedy kiedy kilkulatek boi się potwora pod łóżkiem, jak i wtedy, kiedy ma 16 lat i potrzebuje pisemnej zgody rodzica, by mieć kolczyk w wargach sromowych. Przykłady mogą okazać się bardzo przydatne, bo dziś wszyscy mamy coraz większy problem z rozmawianiem.

Dzieje się tak zapewne dlatego, że coraz mniej dostrzegamy okazji, aby wymieniać się myślami i wrażeniami z drugim człowiekiem, twarzą w twarz – face to face. Możemy więc nawet nie podejrzewać, co jest najważniejsze w rozmowie, która ma wzmocnić więź z naszym dzieckiem. Możemy nie wiedzieć, jak mówić i słuchać cyfrowego dziecka. A jak odbudować relację z dzieckiem, które zamiast mówić woli klikać?

  1. Psychologia

Czy i kiedy dać dziecku smartfon?

- Dla tych, którzy obawiają się technologii, mam dwa pomysły: z jednej strony rodzinny kontrakt dotyczący używania smartfonów – co, gdzie, jak i kiedy – wszystko spisane i przestrzegane przez członków rodziny, z drugiej – indywidualny kontrakt na telefon dla waszych dzieci - radzi Mikołaj Marcela. (Fot. iStock)
- Dla tych, którzy obawiają się technologii, mam dwa pomysły: z jednej strony rodzinny kontrakt dotyczący używania smartfonów – co, gdzie, jak i kiedy – wszystko spisane i przestrzegane przez członków rodziny, z drugiej – indywidualny kontrakt na telefon dla waszych dzieci - radzi Mikołaj Marcela. (Fot. iStock)
Myślę, że większość z nas piastuje w swojej pamięci podobne wspomnienie: wspomnienie ukochanej maskotki – najczęściej był to miś – która we wczesnym dziecięctwie towarzyszyła nam na co dzień i pomagała zasnąć wieczorem. Ja miałem swojego misia. Mogliśmy z tą zabawką porozmawiać, zwierzyć się jej z problemów, ale najważniejsze było to, że po prostu zawsze była przy nas. Jakkolwiek dziwacznie to zabrzmi w pierwszej chwili, dziś rolę misia dla waszych dzieci może odgrywać – albo już odgrywa – smartfon.

Fragment pochodzi z książki „Jak nie zgubić dziecka w sieci” Zyty Czechowskiej i Mikołaja Marceli, Wydawnictwo MUZA S.A., premiera 2 czerwca.

By zrozumieć, dlaczego tak się dzieje, powinniśmy przywołać teorię „obiektu przejściowego”, która w połowie XX wieku została przedstawiona przez pediatrę i psychoanalityka Donalda Woodsa Winnicotta. Obiekt przejściowy pełni funkcję pomostu pomiędzy dzieckiem a rodzicem, pomagając małemu człowiekowi postrzegać siebie samego jako odrębną jednostkę. Ponieważ, jak zauważa Winnicott, „żadna istota ludzka nie jest w stanie uwolnić się od trudów łączenia rzeczywistości wewnętrznej i zewnętrznej”, nasze mechanizmy radzenia sobie z tym rozdźwiękiem w dużej mierze zależą od naszych doświadczeń z dzieciństwa i relacji z obiektem przejściowym. Jednak o ile dziś całkiem normalne wydaje się, że takim przedmiotem jest pluszowy miś (głównie dlatego, że przez ostatnie kilkadziesiąt lat oswajaliśmy się z tą ideą – pamiętajcie, że pluszaki to wynalazek XX wieku), rodzice są przerażeni, gdy ich dzieci przywiązują się do swoich urządzeń elektronicznych. Bo w tym, że sami nie mogą żyć bez swoich najnowszych modeli iPhone’a – już nie widzą niczego niepokojącego…

Tak, wiem, smartfon to coś więcej niż pluszowy miś – zapewnia łączność z całym światem, daje dostęp do internetu i gier. Ale tu właśnie do akcji wkraczacie wy! Większość specjalistów radzi, by jak najdłużej chronić dzieci przed smartfonami i tabletami. Pozostali słusznie zauważają, że i tak nie dacie rady strzec ich przed nimi zbyt długo, bo prędzej czy później – w szkole lub u znajomych – zostaną wystawione na ich działanie. Równie kłopotliwa jest kwestia, w jakim wieku dziecka wręczyć mu pierwszy smartfon. Wspomniana Shimi Kang radzi, by wprowadzać nowe technologie dopiero wtedy, gdy dziecko: a) jest w stanie regulować własne emocje; b) komunikuje się twarzą w twarz z innymi ludźmi z pewnością siebie i nastawieniem na współpracę; c) potrafi przerwać zabawę na rzecz zaspokojenia swoich potrzeb albo wypełnienia obowiązków (snu, ruchu, jedzenia, nauki).

Jeszcze więcej pytań przed sprezentowaniem dziecku smartfona radzi zadać Diana Graber w Raising Humans in a Digital World:

  • Czy dziecko rozwinęło społeczne i emocjonalne zdolności niezbędne do tego, by mądrze używać technologicznych gadżetów?
  • Czy dziecko wie, w jaki sposób zarządzać swoją reputacją online?
  • Czy dziecko wie, jak się „wyłączyć” z internetu?
  • Czy dziecko wie, jak zawierać i utrzymywać zdrowe relacje?
  • Czy dziecko wie, jak chronić swoją prywatność i osobiste dane?
  • Czy dziecko wie, jak w krytyczny sposób podchodzić do informacji w sieci?

Amerykańska autorka zauważa, że jeśli na któreś z powyższych pytań odpowiedzieliście przecząco, to wasza pociecha nie jest gotowa na posiadanie smartfona z dostępem do sieci. A ja, nieco złośliwie, powiedziałbym, że większość dorosłych osób, które znam i które mają smartfon, na wiele z tych pytań musiałaby odpowiedzieć „nie”. Wszystko to świetnie brzmi w teorii, jednak w praktyce wszyscy – zarówno dorośli, jak i młodzi ludzie – uczymy się tego przez całe życie. Jasne, nie sposób nie zgodzić się z Shimi Kang, że przekazanie dziecku smartfona jest jak wręczenie mu kluczyków do samochodu, i jest to oczywiście prawda.

Pamiętajcie jednak, że nie można wszystkiego sprowadzać do wieku: tak, najwięcej wypadków drogowych powodują najmłodsi kierowcy, ale to nie znaczy, że część młodych ludzi przed 18. rokiem życia nie jest bardziej gotowa na odpowiedzialną jazdę samochodem niż wielu dorosłych, którzy już od lat mają prawo jazdy, ale bynajmniej nie jeżdżą bezpiecznie. Oni przecież też powodują wypadki – najczęściej z własnej winy i przez swoją nieodpowiedzialność. Kilka lat temu rodzice wręczali smartfony swoim dzieciom, gdy te miały przeciętnie 12 lat, a 56% dzieci w wieku od 8 do 12 lat miało już takie urządzenie. Dziś coraz młodsze dzieci korzystają ze smartfonów i tego raczej nie zmienimy. Dlatego jeśli chodzi o to, kiedy dać dziecku telefon, zdajcie się na swoją intuicję – to wy znacie je najlepiej. Zasadnicze i tak będzie wasze podejście…

Dla tych, którzy obawiają się technologii, mam dwa pomysły: z jednej strony rodzinny kontrakt dotyczący używania smartfonów – co, gdzie, jak i kiedy – wszystko spisane i przestrzegane przez członków rodziny, z drugiej – indywidualny kontrakt na telefon dla waszych dzieci (wy go kupujecie i płacicie rachunki, więc oczywiście możecie określić warunki jego użytkowania). A wam wszystkim polecam po prostu być z dziećmi i pomagać im korzystać ze smartfonów poprzez:

  • wspólną naukę obsługi smartfona;
  • zachęcanie dzieciaków do tego, by na początku telefon służył przede wszystkim do komunikacji;
  • rozmowy o grach, aplikacjach i treściach, z którymi obcują wasze dzieci;
  • pomaganie im rozpoznawania wszechobecnych w wirtualu stereotypów i treści reklamowych, pytanie dzieci o ich opinię na ten temat;
  • po pewnym czasie – zezwolenie im na uczenie innych, na przykład młodszego rodzeństwa, dzięki czemu ugruntują wiedzę i swoje zdolności;
  • akceptację ich potknięć i błędów – w końcu dopiero się uczą!

'Jak nie zgubić dziecka w sieci', Zyta Czechowska i Mikołaj Marcela, Wydawnictwo MUZA S.A., premiera 2 czerwca. (Fot. materiały prasowe)"Jak nie zgubić dziecka w sieci", Zyta Czechowska i Mikołaj Marcela, Wydawnictwo MUZA S.A., premiera 2 czerwca. (Fot. materiały prasowe)