Jak poradzić sobie z rozstaniem?

Rozstanie musi być ostateczne. W uchylonej furtce łatwo przytrzasnąć palce. Trzeba zaakceptować, że coś się straciło. Bo rozstanie to zawsze strata. (fot. iStock)

Rozstanie nie zawsze jest piekłem. Nie musi nim być. To kwestia naszego wyboru. Mamy wpływ na to, jak się zachowamy wobec partnera i, co za tym idzie, wobec siebie samych. I to my decydujemy, czy damy sobie szansę na dobre życie „po rozstaniu” – mówi Jolanta Renduda, psycholożka kliniczna, psychoterapeutka.

Rozstanie to jedno z najbardziej traumatycznych doświadczeń, jest uznawane za drugie najtrudniejsze, zaraz po śmierci partnera…
Zdarzyło mi się wręcz usłyszeć od pacjentów, że chyba woleliby przeżyć śmierć partnera, bo tak ciężko im mierzyć się z tym wszystkim, co towarzyszy rozstaniu. Ważny jest sposób, w jaki się rozstajemy. Zaryzykowałabym nawet stwierdzenie, że nie sam fakt rozstania jest najbardziej traumatyczny, największą traumą bywa właśnie sposób, w jaki ludzie mówią „do widzenia”, to jego marna jakość potrafi przeciągnąć ból na lata. Niepotrzebnie.

Co głównie wpływa na jakość rozstania?
Po pierwsze, jego powód. To oczywiste, inaczej rozstajemy się, kiedy oboje zdecydowaliśmy, że już nie chcemy być razem, a inaczej, kiedy w związku były zdrada, przemoc czy alkohol. Po drugie, istotna jest długość związku. Nie należy generalizować, ale im więcej czasu spędziliśmy wspólnie, tym więcej łączy nas rozmaitych nitek, i nie chodzi tylko o uczucia. Jeżeli mamy wspólne dzieci, mieszkanie, kredyty, to ta sieć powiązań jest naprawdę rozległa. Nie ma tu, oczywiście, żadnej miarki, ale z pewnością trudniej pogodzić się z sytuacją, kiedy mąż odchodzi po kilkunastu latach, niż kiedy rozstajemy się po kilku miesiącach. Tym bardziej że długość relacji zwykle łączy się także z inną zmienną – indywidualnym odczuwaniem ilości szans, które mamy jeszcze przed sobą w życiu po rozstaniu.

Chodzi o to, co mnie potencjalnie czeka…
Tak. Kobieta, która przez 30 lat siedziała w domu i dbała o jego ciepło, nie widzi dla siebie tak wielu możliwości w życiu „po”, co dwudziestoparolatka, która pracuje zawodowo i poza związkiem miała jakiś inny świat. Nie bez znaczenia podczas rozstania są też nasze cechy, nasz temperament, wzorce wyniesione z domu – one w jakimś stopniu determinują sposób radzenia sobie z trudnymi doświadczeniami. Aż w końcu istotna jest kultura osobista! To dla wielu brzmi śmiesznie, nie pasuje do powagi sytuacji, ale kultura osobista, a raczej jej brak, ma w momencie zakończenia związku ogromne znaczenie. Chodzi o to, czy mamy w sobie poczucie odpowiedzialności za drugiego człowieka, czy nie negujemy wyborów, których dokonaliśmy w przeszłości, czy mamy w sobie żądzę zemsty.

Ludzie, którzy mają za sobą bolesne rozstanie, opowiadają, że z partnera czy partnerki „wychodziły” rzeczy, których zupełnie się po nich nie spodziewali. Tak jakby ktoś, z kim żyli, kamuflował się przez lata…
Rzeczywiście, często słyszę to od moich pacjentów: „Zobaczyłam/łem prawdziwe oblicze”; „Ukrywał/a się”; „Kompletnie go/jej nie znałam/łem” itd. Ale mówię wtedy, że to nie jest kwestia kamuflażu. Tyle o sobie wiemy, na ile nas sprawdzono. To święta prawda. Rozstanie jest tak ekstremalną sytuacją, że wyzwala w nas emocje, których na co dzień po prostu nie używamy, więc często nawet nie wiemy, że jesteśmy zdolni do ich odczuwania. Dlatego wspominam o kulturze osobistej, bo to ona powinna choć w pewnym stopniu trzymać nas w ryzach w tym trudnym momencie. Kultura czy coś, co czasem nazywamy „klasą”, jest, proszę mi wierzyć, zbawienna podczas rozstania.

Bo potencjalnie rozstanie jest momentem, w którym stać nas na wszystko w tym negatywnym sensie?
Tak, ale chcę zaznaczyć, że potencjalnie stać nas na wszystko także w tym pozytywnym sensie. Akt rozstania nie zawsze jest piekłem. Może nim być, ale nie musi. W jakimś sensie to kwestia naszego wyboru: naprawdę mamy wpływ na to, jak się zachowamy wobec partnera i, co za tym idzie, wobec siebie samych. Jeżeli targają nami emocje, można poszukać wsparcia u psychologa. Bardzo trudno samemu w momentach smutku czy złości podejmować racjonalne decyzje. Jeżeli musimy uporządkować kwestie majątku czy opieki nad dziećmi, może nam pomóc mediator. Do sądu można iść już z gotowym porozumieniem, na które mamy realny wpływ. Niezbędna jest tu jednak wola obu stron!

I ta „klasa” rozstających się partnerów…
Tak. Najgorsze, co możemy zrobić, to pójść na noże. Nie chcę nawoływać do wspaniałomyślności wobec partnera, który nierzadko bardzo nas zranił, chodzi o to, że duża złość, agresja, prędzej czy później, rykoszetem trafią w nas samych. Szarpanina o każdy mebel, szukanie świadków, którzy gotowi będą nawet koloryzować swoje obserwacje dotyczące naszego związku, a przede wszystkim walka o dzieci – to najgorsze, co możemy zrobić. A taki pociąg bardzo szybko się rozpędza, pociąg nienawiści wstawiony na szybkie tory pojedzie… i bardzo trudno będzie go wyhamować. Ludzie w amoku rozstania zatracają się, przestają myśleć logicznie, zapominają nawet o samopoczuciu i dobru własnego dziecka. To jest jak lawina. Zatruwamy siebie.

O stanie zakochania mówi się często, że to stan niemalże narkotyczny, jesteśmy niepoczytalni. Czy to, co towarzyszy rozstaniu, także jest takim „innym” stanem?
Rozstanie jest przede wszystkim zmianą. A człowiek z reguły boi się zmian, w każdym aspekcie życia. Tu, pod powierzchnią rozpaczy, agresji czy złości, kryje się potężna dawka lęku. A natężony strach z pewnością znacząco wpływa na nasze postrzeganie rzeczywistości, więc w tym sensie rozstaniu towarzyszy rzeczywiście specyficzny stan. Zdarza się przecież, że ludzie podczas rozpadu relacji zapadają na depresję, nie mogą spać, tracą apetyt.

Powiedziała pani, że mamy wybór, co zatem znaczy rozstać się „sensownie”, rozstać się „dobrze”?
Przede wszystkim zgodzić się na wszystkie konsekwencje rozstania. Są naturalnym następstwem każdego ważnego procesu. Trzeba się w miarę sprawiedliwie podzielić odpowiedzialnością za wspólnie podjęte decyzje. To zgoda na to, że i my, i były partner mamy od dzisiaj oddzielne życia i nie mamy prawa ich negować ani kwestionować. To trudne po latach wspólnych zależności. Dodatkowo ważne, aby nie dolewać oliwy do ognia, to znaczy umieć powstrzymać się w tych chwilach, kiedy „odpływamy”, kiedy niesie nas strach. Konstruktywne może się okazać przepracowanie trudnych emocji z profesjonalistą czy oddanym przyjacielem. Kolejna ważna rzecz to przyjąć, że coś straciliśmy, zaakceptować to. Bo rozstanie to zawsze strata. Co do aspektów praktycznych, musimy też pogodzić się z tym, że rozwiązania, które wynegocjujemy z partnerem, będą w tej sytuacji optymalne, ale nigdy nie będą idealne dla żadnej ze stron. To mityczne spotkanie się w połowie drogi podczas rozstania jest jeszcze trudniejsze niż w każdej innej sytuacji. Rozstanie zawsze wiąże się z ponoszeniem kosztów.

Czy dzisiejsze rozstania są jakieś inne od rozstań naszych rodziców?
Dostrzegam pewien paradoks. Rozstajemy się dziś na potęgę, ale też coraz gorzej radzimy sobie z rozpadem związków. Rozstanie staje się najszybszym sposobem na wyjście z kryzysu w związku, często nie towarzyszą temu żadne próby ratowania relacji. Tylko że w takim scenariuszu zamiast ulgi jest ogrom cierpienia. Z jednej strony wyrzuty sumienia i często potrzeba zrzucenia całej winy na partnera, z drugiej – lęk i złość. Współczesny człowiek ma dużą trudność z pogodzeniem się z porażką. A nieudana relacja to zawsze porażka. Żyjemy w świecie, w którym wszystko jest na pokaz. I wszystko ma świecić: Instagram, Facebook, one pełne są sukcesów, rekordów, są glamour. A porażka nie jest glamour.

Wstydzimy się rozstania?
Wstydzimy się, że nam nie wyszło. Mam pacjentów, którzy miesiącami próbują ukrywać, że zakończył się ich związek. Znam osoby, które przez lata ukrywały w pracy, że się rozwiodły. A takie ukrywanie się, trzymanie fasonu przed światem, podtrzymywanie wizerunku zwycięzcy, kiedy w środku rozrywa nas ból, dodatkowo nas eksploatują, wyciągają z nas siłę i… skazują na izolację. Z psychologicznego punktu widzenia szalenie ważne jest, by podczas rozstania się nie chować. Samotność bardzo podwyższa poziom odczuwania skutków rozstania. Zawsze powtarzam moim pacjentom, że to, co powinni zrobić dla siebie, to wręcz wykorzystać w tym czasie swoich przyjaciół. Jeżeli to nie wystarcza, iść do profesjonalisty. Bo o emocjach trzeba mówić. Nie należy rozmawiać o nich z ekspartnerem, ale z bliskimi. Jeśli mamy przyjaciela, który jest gotowy codziennie wysłuchiwać tego, co nas boli, korzystajmy z tego. Rozmowa obniża poziom lęku, pomaga wiele rzeczy uporządkować, „odbarcza” nas.

Ale pewnie można też przesadzić…
Jasne, żałoba ma swój czas trwania. Trzeba przejść przez jej wszystkie etapy, żeby dopłynąć do akceptacji nowego stanu rzeczy. Oczywiście, u każdego człowieka ten stan żałoby jest inny, ale nie wolno doprowadzić do sytuacji, kiedy naszą już bliznę po rozstaniu zaczniemy rozdrapywać.

W jaki sposób najczęściej rozdrapujemy te nasze rany?
Zdarza się, że kiedy otrzemy pierwsze łzy, zaczynamy planować zemstę. A zemsta to nic innego jak sposób, by w jakimś sensie „zostać” w tej relacji, wrócić do życia, które się przecież zakończyło. Inny sposób to pomysł, że możemy od razu zacząć przyjaźnić się z ekspartnerem, który nas zostawił. Przestrzegam przed tym moich pacjentów. By naprawdę dojść do siebie, konieczna jest fizyczna separacja. Dlatego też zawsze zachęcam do mediacji, ustalenia na papierze konkretów dotyczących np. opieki nad wspólnymi dziećmi. Nie należy zostawiać żadnych furtek, w takiej niedomkniętej furtce łatwo przytrzasnąć sobie palce… Poza tym uchylone drzwi nie pozwalają nam budować nowego świata, a tu trzeba zbudować wszystko od początku. Krzywdę możemy też sobie zrobić, rzucając się szybko w czyjeś ramiona. Fajnie jest dać się wyciszyć emocjom i zastanowić nad tym, co wrzuciliśmy do koszyka poprzedniego związku i co spowodowało, że on się rozpadł. Prawdopodobieństwo, że się nie udał wyłącznie z winy partnera, jest naprawdę niewielkie. Zawsze, w jakiejś mierze, winne są obie strony. I dobrze coś wziąć z tej lekcji, żeby za parę lat nie znaleźć się dokładnie w tym samym miejscu z tych samych powodów… Etap żałoby jest bardzo ważny dla nas samych, ważny dla naszej przyszłości. Poza tym stosując metodę „klin klinem”, możemy kogoś bardzo skrzywdzić, użyć go. A, niestety, ta metoda jest dość popularnym sposobem radzenia sobie z bólem. Długi czas prowadziło się z kimś wspólny dom, a tu nagle trzeba przyzwyczaić się do tego, że śpi się samemu w łóżku, w pojedynkę pije się herbatę. To są nowe sytuacje, które nie muszą dawać przyjemności. Tęsknimy za starym. Nawet jeśli nie było dobre. Ten „klin klinem” często też w naszej głowie jest sposobem wyrównania rachunków: albo z płcią przeciwną w ogóle, albo – w domyśle – z byłym partnerem. To wszystko nie są dobre fundamenty pod budowę nowego życia czy ewentualnego nowego związku.

Kobieta, która po 20 latach małżeństwa zostaje singielką z konieczności, mówi, że wcale nie chce teraz budować związku, ona chce poszaleć…
Z mojego doświadczenia wynika, że to raczej nie kończy się dobrze. Szaleństwo w tym przypadku to nic innego jak próba zagłuszenia siebie. Pewnie, to nie jest miłe spotkać się z takimi emocjami, jak: smutek, złość czy żal, ale to spotkanie jest naprawdę potrzebne. Po to, by coś zamknąć i mieć szansę, kiedy tego zechcemy, otworzenia się na nowe, z przepracowanym, „czystym” środkiem. To nam daje szansę na dobre życie „po”. Bo dobre życie po rozstaniu jest naprawdę możliwe. Każdy smutek kiedyś się kończy, zawsze w końcu przestaje boleć.

Jolanta Renduda, psycholożka, psychoterapeutka. Prowadzi terapię indywidualną i grupową. Członkini zarządu Fundacji „Od Nowa – Centrum Wsparcia w Sytuacji Rozstania” (rozstanie.org.pl).

Rozstanie musi być ostateczne. W uchylonej furtce łatwo przytrzasnąć palce. Trzeba zaakceptować, że coś się straciło. Bo rozstanie to zawsze strata.