Przyjaźń – dobra czy toksyczna? Jak to rozpoznać?

Przyjaźń - dobra czy toksyczna? Jak to rozpoznać?
Przyjaźń to głębsza relacja, w której występuje bliskość emocjonalna, duchowa i bardzo często intelektualna. (fot. iStock)

Rodziny wybrać nie możesz – za to przyjaciół tak! Jak rozpoznać, czy tkwimy w relacji, która zamiast wzmacniać wysysa energię? Z psychoterapeutką Małgorzatą Lipko rozmawia Joanna Olekszyk.

Jest możliwa przyjaźń w czasach Facebooka? Czy to już bardziej lub mniej przelotne znajomości?
To, co obserwujemy na Facebooku, nazwałabym najwyżej specyficznym rodzajem znajomości. To niestety w dużej części relacje powierzchowne, bez wzajemności, pozbawione troski i bliższego kontaktu. Przyjaźń to głębsza relacja, w której występuje bliskość emocjonalna, duchowa i bardzo często intelektualna. Bliskość fizyczna nie jest konieczna – nie musimy się często spotykać, by stworzyć więź i podtrzymać przyjaźń. Znam osoby, które łączy wyjątkowa nić porozumienia, choć dzielą je tysiące kilometrów, lub które widzą się raz na rok czy jeszcze rzadziej. Sama mam przyjaciółki, które mieszkają daleko, ale nie przeszkadza nam to w budowaniu bliskiej relacji.

Liczy się szczera wymiana – myśli, uczuć, informacji na swój temat – w której potrafimy się odsłonić. Dla mnie integralną częścią przyjaźni jest możliwość powiedzenia sobie i o sobie wszystkiego. Na Facebooku często prezentujemy tylko fasadę, wykreowany obraz siebie – „ja idealne”, którym podświadomie mamy nadzieję „oczarować” innych, żeby nas kochali, podziwiali, akceptowali. W relacji z przyjacielem jesteśmy w pełni sobą, świadomie odsłaniamy nasze „ja autentyczne”, czyli to, co jest w nas piękne, ale także to, co mało chlubne, wstydliwe, co jest naszą słabością – ale paradoksalnie to właśnie buduje trwałą więź.

A czym przyjaźń różni się od miłości?
W przyjaźni występuje przepływ miłości, ale nie mylmy jej z zakochaniem. To „wymiana” na głębszym poziomie człowieczeństwa. Zauważmy, że zarówno przyjaźń, jak i miłość podobnie się buduje: potrzeba na to czasu, szczerości, szacunku, wzajemności, zaangażowania, bezinteresowności i akceptacji. W przyjaźni nie ma bliskości seksualnej, która jest ważnym elementem scalającym związek partnerski i dopełniającym więź między ludźmi. Być może dlatego – jak twierdzą niektórzy – trzeba bardziej się starać, żeby przyjaźń przetrwała.

Na pewno przyjaźń, tak jak i miłość, potrzebuje czasu i zaangażowania, by się rozwinąć i osiągnąć głębię, a niepielęgnowana, może się skończyć. Czasem po prostu nie przechodzi próby czasu oraz okoliczności życiowych, typu: nowa praca, pojawienie się dzieci, ślub czy przeprowadzka, i wygasa. Wówczas warto zapisać w sercu to, co dobre, pogodzić się ze stratą i pożegnać – bo kiedy odchodzi jedna przyjaźń, robi się miejsce na kolejną. Bardzo często jest to związane z dynamiką zmian w życiu: kończą się przyjaźnie z okresu dzieciństwa, potem te z okresu liceum i studiów, by pojawiły się relacje ze współpracownikami czy sąsiadami. Każda przyjaźń nas wzbogaca i czegoś uczy. Dowiadujemy się wiele o sobie i o samej istocie przyjaźni, dzięki czemu w przyszłości możemy bardziej dojrzale dobierać sobie bliskich ludzi.

No właśnie, na jakiej zasadzie dobieramy przyjaciół? Podobieństw czy przeciwieństw? A może chcemy, by wypełniali nam jakieś deficyty?
To zależy, czy dobieramy sobie przyjaciół świadomie, czy nieświadomie. Jeśli robimy to w sposób świadomy, to kierujemy się znajomością siebie i własnych potrzeb. Na przykład jeśli lubię dyskutować i wymieniać się myślami, to dobieram sobie osobę na podobnym poziomie intelektualnym i o podobnych zainteresowaniach, albo wręcz odwrotnie – o odmiennych, bo pragnę różnorodności i dzięki temu wciąż się rozwijam. Jeśli potrzebuję kogoś, kto mnie wysłucha i będzie w stosunku do mnie ciepły, takich właśnie cech szukam u potencjalnego przyjaciela. Jeśli chcę obok siebie kogoś, kto będzie mnie motywował do działania – zwracam uwagę na ludzi energicznych, pewnych siebie.

Z moich obserwacji wynika, że wiele relacji, które nazywamy przyjaźniami, tworzy się jednak na zasadzie nieświadomych wyborów. Bardzo często ludzi, którymi się otaczamy, dobieramy na zasadzie deficytów i własnych patologii.

Czyli przyciągają nas ludzie z podobnymi problemami?
Powiedziałabym raczej, że przyciągają nas ludzie zawierający odpowiedź emocjonalną na nasz problem. Jeśli bowiem jest w nas pewien rodzaj nieświadomego deficytu, mający korzenie jeszcze w dzieciństwie, towarzyszy on nam przez całe życie. To z nim wchodzimy w różne relacje w życiu dorosłym: przyjacielskie, partnerskie, relacje ze współpracownikami, z własnymi dziećmi. Przypuśćmy, że naszą niezaspokojoną potrzebą jest poczucie bezpieczeństwa i bliskości. Próbujemy wówczas za wszelką cenę zaspokoić tę potrzebę już jako dorośli ludzie. Oczywiście, nie zdajemy sobie często z tego sprawy, bowiem problem ten jest zepchnięty głęboko do podświadomości. W pogoni za zaspokojeniem swojego deficytu wchodzimy stale w toksyczne relacje – również te przyjacielskie. Stan permanentnego „głodu miłości” powoduje, że próbujemy „wycisnąć emocjonalnie” tę drugą osobę, zawłaszczyć ją sobie, mieć na wyłączność, tylko dla siebie… Nie widzimy w niej przyjaciela – a raczej ważną osobę z dzieciństwa, najczęściej matkę. Po pewnym czasie osoba ta zaczyna się od nas izolować, żeby odzyskać powoli utraconą autonomię i wolność, ponieważ czuje, że nasze oczekiwania są nieadekwatne. A my pozostajemy ponownie z poczuciem odrzucenia i zranienia. Wykonało się…

Przykładem innej toksycznej przyjaźni jest ostatnio dość popularna relacja „gwiazda – klakier”. Czyli ktoś postrzegany jako człowiek sukcesu nawiązuje relację z kimś „gorszym”, kto grzeje się w jego blasku. Często nie ma takiego statusu jak „gwiazda”, takiej siły przebicia – przyjaźni się więc z nią, by czerpać z tego określone korzyści – być zapraszanym na ciekawe wydarzenia, bywać w miejscach, w których inaczej by nie bywał – a przez to być postrzeganym jako ktoś bardziej wartościowy. Z kolei „gwiazda” czuje się podziwiana, ma złudzenie, że jest dla kogoś ważna – a na tym jej zależy. To bardziej układ niż przyjaźń. Nikt oczywiście nie mówi drugiej osobie: „użyję ciebie, żeby wypełnić swój deficyt, zredukować kompleksy, poczuć się lepiej”, ale to się właśnie dzieje. Obie strony sobie coś dają, ale to nie jest wymiana, o której wcześniej mówiłyśmy – raczej transakcja. Zainteresowani tkwią w tym dopóty, dopóki im się to opłaca.

Inny podświadomy schemat to relacja „ofiara–ratownik”. Bardzo trwała, bo obie strony są od siebie uzależnione. Jedna jest wiecznie nieszczęśliwa i potrzebuje kogoś, kto ją będzie wybawiał z opresji, opiekował się, wspierał, robił coś za nią. Druga, zajmując się innymi, ucieka od swoich problemów, od pustki emocjonalnej, a dzięki pomaganiu czuje się ważna i silna. W efekcie, gdy taka „przyjaźń” się kończy, a dzieje się tak zwykle z inicjatywy strony wiecznie potrzebującej, dawca zostaje z poczuciem krzywdy.

Po czym można rozpoznać, czy tkwimy w toksycznej relacji?
Pomaga w tym świadomość siebie. Zachęcam to autorefleksji, czyli do zebrania podstawowej wiedzy na swój temat: Kim jestem? Z jakiej rodziny pochodzę? Jakie mam deficyty i zasoby emocjonalne? W jakie patologiczne relacje wciąga mnie schemat, skrypt wyniesiony z domu? Na przykład jeśli mam świadomość tego, że w dzieciństwie rodzice nie dawali mi wystarczająco uwagi i miłości, to istnieje duże prawdopodobieństwo, że będę próbowała uzyskać to w relacjach z innymi – mogę wówczas bardzo mocno starać się zdobyć uznanie otoczenia (w tym przyjaciół), zaniedbując własne potrzeby, gubiąc siebie samą po drodze, udając kogoś, kim nie jestem.

Bezpośrednim sygnałem, że tkwię w relacji, która mi nie służy, będzie fakt, że po spotkaniu z przyjacielem, podczas którego było miło i przyjemnie, dużo się śmialiśmy i rozmawialiśmy – czuję się źle, zmęczona albo podenerwowana, mam kompulsywny odruch, by zjeść coś słodkiego lub napić się alkoholu. Generalnie czuję się gorzej niż przed spotkaniem, mam wrażenie, że zostałam w coś wmanewrowana, zmanipulowana czy poniżona. Bardzo ważne są tu symptomy płynące z ciała. Czy boli mnie głowa, brzuch, a może mam mdłości, nie mogę oddychać, kłuje mnie w sercu…? Warto zaufać swojemu ciału – ono jest bardzo mądre – i wziąć pod uwagę swoje fizyczne samopoczucie, wynikające z bycia w kontakcie z innym człowiekiem. Takie obserwacje somatyczne mogą nas doprowadzić do ciekawych odkryć na temat relacji z ludźmi.

Przyjaźń - dobra czy toksyczna?
Przyjaźń, tak jak i miłość, potrzebuje czasu i zaangażowania, by się rozwinąć i osiągnąć głębię, a niepielęgnowana, może się skończyć. Czasem po prostu nie przechodzi próby czasu oraz okoliczności życiowych, typu: nowa praca, pojawienie się dzieci, ślub czy przeprowadzka, i wygasa. (fot. iStock)

A jak to jest z tą równowagą w przyjaźni? Wierny przyjaciel powinien być przy mnie zawsze, kiedy go potrzebuję? Czy dawaniem zbyt dużo można zepsuć dobrą relację?
Podstawą relacji przyjacielskiej jest szacunek do siebie i do drugiej osoby. Ale, aby szanować drugą osobę, muszę najpierw umieć uszanować siebie. Pewnie, że są sytuacje ekstremalne, kiedy rzucamy wszystko, co dla nas ważne, i pędzimy pomóc przyjacielowi, ale jeśli odmówimy mu spotkania przy kawie, bo akurat jesteśmy zbyt zmęczeni – to nie zawiedziemy go, a jedynie będziemy szczerzy wobec siebie i niego. Mamy prawo odmawiać prośbom przyjaciół i oni powinni to rozumieć.

W wymianie między przyjaciółmi bardzo ważne jest też, by nie dawać za dużo. Ten, kto tak robi, nieświadomie niszczy relację. Tak naprawdę myśli tylko o sobie, nie widząc w pełni tej drugiej osoby. Zalewa ją swoją szczodrością, pod którą ona powoli zaczyna się dusić, bo nie ma szansy na odwdzięczenie się. Pojawia się nierównowaga i w rezultacie odchodzi nie ta osoba, która ciągle daje, tylko ta, która dostała za dużo i nie może się zrekompensować. Dlatego pozwólmy przyjaciołom odwdzięczać się za mniejszą lub większą pomoc, to nie zawsze musi być ta sama „waluta”, bo na przykład dziś ja zapraszam cię na obiad, bo wiem, że nie masz pieniędzy, a ty za jakiś czas posiedzisz wieczorem z moim dzieckiem. Dając za dużo, możemy odebrać komuś godność i poczucie siły, sprawstwa.

Dużo się mówi o specyfice męskich i kobiecych przyjaźni. Czy rzeczywiście płeć ma tu znaczenie?
Moim zdaniem zagadnienie to należy rozpatrywać w kontekście obyczajowości i kultury, w jakiej żyjemy. To, w jaki sposób kobiety budują swoje przyjaźnie, jest związane z tym, w jakiej sytuacji znajdowały się przez wieki. Mężczyźni stanowili jedyną władzę, i to w wielu dziedzinach życia, a kobiety były po prostu od nich uzależnione. Nie konkurowały ze sobą na szczeblu zawodowym, ale rywalizowały o mężczyzn, stąd ich relacje często psuły zdrady czy romanse. Z drugiej strony fakt solidaryzowania się w trudnej sytuacji sprawiał, że kobiece przyjaźnie były wyjątkowo głębokie i zażyłe. Aktualnie żyjemy w czasach transformacji, która dotyka zarówno męskie, jak i kobiece przyjaźnie. Mężczyźni kiedyś mieli być silni i nieugięci, nie pozwalali sobie na okazywanie słabości w męskim gronie, dziś mają na to większe przyzwolenie – również na posiadanie przyjaciela, któremu pokażą siebie w pełni, zwrócą się o radę czy wyżalą. Sądzę, że płeć jako taka nie ma większego wpływu na to, w jaki sposób tworzymy przyjaźnie, to bardziej kwestia osobowości.

Psychologowie twierdzą, że obecnie nie tworzymy długotrwałych relacji, ale krótkie, fragmentaryczne.
Psychologowie nazywają dzisiejsze czasy narcystycznymi. A narcyzm łączy się właśnie z brakiem umiejętności wejścia w głębszą relację, przy jednoczesnej tęsknocie za bliskością. Tego właśnie przejawem jest m.in. Facebook, o którym mówiłyśmy na początku. Budujemy fasadę, image – po to, by inni nas zaakceptowali, ale jednocześnie boimy się, że kiedy poznają naszą prawdziwą naturę, to nas odrzucą. Zawieramy wiele znajomości, o wiele więcej niż kiedyś, ale choć na początku jest fajnie, to gdy okazuje się, że relacja schodzi na głębszy poziom, uciekamy, tchórzymy, nagle nie mamy czasu się spotkać, zadzwonić. Przy pierwszych problemach zrywamy kontakt. Bo nie ma być problemów, ma być wesoło, pełno fajerwerków. Tak właśnie niektórzy ludzie wyobrażają sobie przyjaźń – jako niekończącą się imprezę. Nie rozmawia się o tym, co trudne, bo „po co sobie psuć humor”, jak mawiają czasem moi pacjenci.

Niektórzy są przekonani, że prawdziwe przyjaźnie zawiera się w młodości, a potem to już tylko zwykłe znajomości.
Owszem, spotkałam się z takim podejściem, ale nie zgadzam się z nim. Na każdym etapie życia możemy nawiązywać trwałe i satysfakcjonujące przyjaźnie. Człowiek się zmienia, zmieniają się jego potrzeby, ale jeśli mamy ich świadomość, mamy też zdolność do tworzenia bliskich relacji. Klucz nie tkwi w wieku, predyspozycjach charakterologicznych czy umiejętności odnoszenia sukcesu, tylko w otwartości na innych. Jeśli umiem zaufać, otworzyć się przed drugą osobą, ale też wyznaczać swoje granice, być asertywną – to będę umiała być w dobrej, zdrowej relacji. Ale to wymaga pracy nad sobą.

Można się przez całe życie rozczarowywać i tłumaczyć sobie, że trafiamy na złych ludzi. Jeśli rzeczywiście kolejna przyjaźń kończy się dla nas źle: ktoś nas oszukuje, uwiesza się na nas czy zawodzi zaufanie, to nie warto rozpamiętywać jego postępowania, choć rzeczywiście świadczy ono o tym, że ten ktoś ma problem. Warto zastanowić się nad sobą. Pomyśleć, co takiego jest we mnie, że przyciągam takie osoby? Jaką informację wysyłam światu? Dlaczego wchodzę w takie relacje? Może – paradoksalnie – chcę być ciągle oszukiwana, zdradzana, nieszczęśliwa? Może do czegoś jest mi to potrzebne? Jak ktoś ma radar patologiczny, to łatwo z tłumu wyłapie kogoś, kto mu zrobi krzywdę.

To, jakich mamy przyjaciół, mówi wiele o nas samych?
W przyjaźni bardzo ważny jest wspólny fundament wartości – nie wyobrażam sobie bez niego trwałej, głębokiej relacji. Przyjrzenie się swoim przyjaciołom to ciekawy sprawdzian tego, jakim wartościom naprawdę hołdujemy, a jakie tylko deklarujemy. Bo na przykład jeżeli twierdzimy, że nieważne są dla nas pieniądze, a istotne są inne wartości, to dlaczego otaczamy się ludźmi, którzy skupiają się właśnie na materialnej stronie życia? Zastanowić powinien też fakt, jak to się dzieje, że ktoś deklarujący swoją uczciwość i prawość, przyjaźni się z osobą, która łamie podstawowe zasady współżycia społecznego. W konsekwencji takich refleksji możemy zmienić przyjaciół, popracować nad relacjami z nimi albo po prostu uzmysłowić sobie, że istotne są dla nas inne wartości, niż przypuszczaliśmy.

Niektórzy koniec przyjaźni postrzegają jako tragedię, potwierdzenie tego, że nie warto ufać innym.
Jest taka piękna książka: „To, co musimy utracić” Judith Viorst, w której autorka pisze o tym, że pewne etapy muszą się skończyć, żeby zaczęły się kolejne. Musimy przestać być dzieckiem, żeby zacząć być dorosłym. Tak samo jest z przyjaźniami. Jeśli ktoś kończy jakąś relację i ma poczucie rozczarowania, wykorzystania, krzywdy, i pojawia się to po raz kolejny – namawiam, by zainteresował się sobą, poszedł do terapeuty i porozmawiał o tym, bo być może chodzi tu o znacznie większy problem. Prawdopodobnie problem deficytu. Jeśli przyjaźń ma nam wypełniać jakieś braki, to nie przetrwa, bo będzie fragmentaryczna i „obciążona”. Często nieświadomie wybieramy na przyjaciół czy partnerów osoby, które nas krzywdzą, bo tak naprawdę nie potrafimy być blisko z drugim człowiekiem.

To gorzka prawda, możemy nie chcieć jej usłyszeć…
Gorzka, ale bez jej odkrycia nie dokonamy żadnej zmiany. Bo choć schemat jest zły, to można go zmienić. Skoro do tej pory przyjaźnie były dla nas tylko bólem, to znak, że nie były one prawdziwe, że dojrzała, satysfakcjonująca relacja jest dopiero przed nami. Jesteśmy wolni, możemy wybierać i zmieniać swój los. Powtórzę raz jeszcze, na każdym etapie życia możemy nawiązać wartościową, szczerą przyjaźń. A kiedy coś odchodzi i kończy się, powinniśmy pozwolić temu odejść, zachować to, co było fajne, w sercu, i iść dalej. Na tym też polega życie. Żegnamy w ciągu życia różne ważne osoby, powinniśmy umieć sobie z tym poradzić. Nie próbować zatrzymywać czasu, bo tracimy wtedy to, co tu i teraz, i to, co jeszcze przed nami.

  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
?>