fbpx

Dając, otrzymujemy – o sztuce empatii, wsparcia i pomagania

Dając, otrzymujemy - o sztuce empatii, wsparcia i pomagania
Dając, otrzymujemy - o sztuce empatii, wsparcia i pomagania

Wspieranie drugiego człowieka to jak towarzyszenie mu w wyczerpującej podróży, pełnej niechcianych myśli, niewygodnych uczuć, chwil zwątpienia, szukania celu i sensu życia.

Olga, 34 lata, prawniczka, singielka, od czterech lat mieszka i pracuje w Mediolanie. Dwa lata temu została napadnięta w biały dzień w centrum Nowego Jorku. Wyciągała akurat portfel z torebki, żeby kupić bilet, gdy nagle poczuła uderzenie w tył głowy. Więcej nie pamięta. Kiedy się ocknęła, dookoła niej stał wianuszek ludzi. Ktoś zapytał, czy wezwać pogotowie. Podziękowała. Podniosła się o własnych siłach, usiadła na ławce i dopiero wtedy zauważyła, że nie ma torebki. Ludzie pośpiesznie się rozeszli. Z wyjątkiem jednego mężczyzny, który podszedł do niej i zapytał: „W czym pomóc?”. Odpowiedziała beznamiętnie: „Nie mam za co wrócić do Mediolanu, straciłam portfel, kartę bankomatową”. Mężczyzna bez namysłu wyciągnął tysiąc dolarów, położył jej na kolanach i zniknął.

– Zamurowało mnie. Jeszcze nie otrząsnęłam się po tym, co mnie spotkało, a tu kolejny szok. Dwa skrajne przeżycia. Ktoś obcy strasznie mnie doświadcza, inny obcy – niesie pomoc. Byłam tak oszołomiona, że nie zdążyłam poprosić tego mężczyzny o kontakt, nawet nie wiem, czy mu podziękowałam. Nigdy więcej go nie spotkałam. Ten jego gest kompletnie zmienił mój stosunek do innych. Wcześniej bałam się ludzi. Owszem, miałam przyjaciół, ale czułam się samotna. Wchodziłam do mieszkania, włączałam telewizor, radio, dzwoniłam do znajomych, byleby tylko złagodzić straszne poczucie pustki. Od momentu, kiedy tamten nieznajomy mężczyzna przyszedł mi z pomocą, jestem przepełniona radością i wdzięcznością do ludzi w ogóle. Jakkolwiek to może dziwnie zabrzmieć, mam poczucie, że nie jestem sama, nawet gdy jestem sama.

W trudnej podróży

Człowiek doznający ciężkich przejść jest kłębowiskiem rozpaczy, poczucia pustki, beznadziei, rozpadu, żalu, strachu, złości, poczucia winy. Życie traci dla niego sens. Nie widzi wyjścia z sytuacji, nie wyobraża sobie przyszłości. Zaniedbuje obowiązki, nadszarpuje zdrowie. Peter A. Levine i Ann Frederick w książce „Obudźcie tygrysa” porównują człowieka w traumie do atakowanego zwierzęcia. Dowodzą, że reakcje ludzkiego organizmu w sytuacjach śmiertelnego zagrożenia są dokładnie takie same jak u zwierząt. Najpierw następuje wysoki stopień pobudzenia (szybsze tętno, natłok myśli), potem tak zwane ściśnięcie całego ciała (kurczenie się naczyń krwionośnych, zawężenie percepcji), które przeradza się w dysocjację (stan podobny do snu, w którym nie odczuwa się bólu ani zagrożenia). Finał to uczucie bezradności, czyli poczucie bycia sparaliżowanym tak głęboko, że nie można krzyczeć, ruszać się ani czuć. W ten sposób biologia chce nas najpierw zmobilizować do obrony, a potem znieczulić na ból. Podobnie jak zwierzęta najbezpieczniej czujemy się wśród swoich i ich pomoc okazuje się najskuteczniejsza.

Psycholog Jarosław Przybylski: – Większość z nas jest wrażliwa na ludzkie cierpienie. Pojawiają się wtedy automatyczne odruchy: ulżyć, pocieszyć. W pierwszej chwili nie zastanawiamy się, jak to zrobić, działamy automatycznie. Gdy jesteśmy świadkami wypadku, wzywamy pogotowie, przykrywamy rannego kocem, rozmawiamy, nie odstępujemy go na krok, co czasem ratuje mu życie.

Zdaniem psychologa trudniej radzimy sobie z udzielaniem pomocy w cierpieniu psychicznym. Na ogół zaprzeczamy temu, co się wydarzyło i co ktoś czuje: „Nic się nie stało, nie ma powodu do rozpaczy, nie płacz, nie denerwuj się”. To błąd, bo ludzie po ciężkich przejściach nie potrzebują łatwego pocieszenia, ale naszej obecności, bliskości, wysłuchania, zrozumienia, troski, życzliwości. Czasami wystarczy powiedzieć: „jestem z tobą”. A czasem nie trzeba mówić nic, tylko wziąć za rękę. I pójść za uczuciami i emocjami cierpiącego. Wysłuchać, pozwolić wyzwierzać się, jeżeli oczywiście ta osoba chce mówić, bo w żadnym razie nie wolno do tego zmuszać. Raczej trzeba życzliwie, spokojnie zapewnić: „Nie musisz teraz o tym mówić. Powiedz tyle, ile chcesz. Pewnie potrzebujesz więcej czasu”. Takie postawienie sprawy daje cierpiącemu poczucie kontroli nad tym, co chce nam powiedzieć. Jest wyrazem szacunku dla jego uczuć, dla jego prawa do odmowy mówienia o sobie.

Każdy człowiek ma inne tempo wychodzenia z psychicznego dołka. Tymczasem my chcielibyśmy ulżyć komuś już teraz, jak najszybciej. Ale to na ogół niemożliwe. Rozpacz, żal, smutek nie ustępują jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Dlatego klepanie kogoś po plecach, mówienie: „wszystko będzie dobrze”, „dasz sobie radę”, nie służy niczemu dobremu, jedynie rozładowuje napięcie, gdy nie wiemy, co powiedzieć. Takie gesty mogą nawet przynieść skutek odwrotny do zamierzonego – ktoś może uznać, że jego problemy są bagatelizowane. Lepiej więc o tym, co się wydarzyło, mówić wprost: „Widzę, że cierpisz. To trudny czas”. I zapewnić, że przez ciężkie chwile przejdziemy razem. Wspieranie drugiego człowieka to jak towarzyszenie w wyczerpującej podróży, pełnej niechcianych myśli, niewygodnych uczuć, chwil zwątpienia, szukania celu i sensu życia.

Daję to, co mam

W sytuacjach kryzysowych poza sferą emocjonalną zachwiane zostaje także normalne funkcjonowanie w rzeczywistości. Na wagę złota jest więc wtedy konkretna pomoc: zrobienie zakupów, ugotowanie obiadu, załatwienie spraw w urzędzie. A co najczęściej robimy? Napominamy: „bądź twardy”, „ogarnij się”, „weź się w garść”, jakby ten ktoś nie chciał wziąć się w garść. Chce, tylko nie wie, jak to zrobić. I po to są rozmowy o tym, co się stało – żeby oswoić problem, uczynić go mniej przerażającym. Bo w tej trudnej chwili liczą się tylko ból, tęsknota, rozpacz, złość i żal. Trzeba więc skupić się na tych uczuciach i emocjach i nie wybiegać w przyszłość. Przyszłość i tak nadejdzie.

Psycholog Jarosław Przybylski: – Prawdziwe wsparcie w trudnych chwilach jest nie lada sztuką. To zdolność okazywania empatii, wczuwania się w sytuację drugiej osoby, ale przede wszystkim to określone kompetencje. I tak jak każdej kompetencji, także niesienia pomocy można się nauczyć. Istota udzielania wsparcia polega na rozpoznaniu, czy ktoś chce i potrzebuje pomocy, a z drugiej strony – na ocenie, czy właśnie taką pomoc jesteśmy w stanie i chcemy mu dać. To niezwykle ważne, bo często wyrywamy się z wyciągniętą ręką, a ktoś nie jest gotowy na jej przyjęcie. Taki gest, zamiast łączyć, dzieli.

Słynny (i kontrowersyjny) niemiecki psychoterapeuta Bert Hellinger w książce „Porządki pomagania” twierdzi, że pomaganiem, podobnie jak każdym działaniem, powinien rządzić określony porządek. Po pierwsze – można dać tylko to, co się samemu posiada, i brać tylko to, czego się potrzebuje. Po drugie – trzeba akceptować ograniczenia w niesieniu wsparcia i interweniować tylko tak daleko, jak jest to niezbędne. Po trzecie – dorosłych potrzebujących trzeba traktować tak jak dorosłych, a nie jak dzieci. Wiele osób działających na rzecz ludzi pokrzywdzonych sądzi bowiem, że muszą pomagać w taki sposób, w jaki rodzice pomagają małym dzieciom. A więc robić wszystko za nich, wyręczać ich, uprzedzać ewentualne zagrożenia. I odwrotnie: potrzebujący oczekują, że będą traktowani jak dzieci. Że wszystko dostaną, bo to im się należy. A co się dzieje, gdy otrzymają wszystko, czego oczekiwali? Otóż stają się mentalnymi dziećmi zdanymi na łaskę i niełaskę swoich opiekunów, „rodziców”. Skutkiem takiego stosunku do życia jest to, że nie umieją sobie potem radzić bez pomocy z zewnątrz.

Otwieram przed tobą serce

Amerykański psycholog Martin Seligman nazwał taką postawę wyuczoną bezradnością, czyli utrwalonym przekonaniem o braku związku przyczynowego między własnym działaniem a jego konsekwencjami. Ludzie szybko uczą się bezradności, która prowadzi do poczucia, że ich osobista kontrola nad własnym życiem i wpływ na swój los są nieefektywne. W związku z tym oczekują pomocy. To oczekiwanie prowadzi do wielu deficytów. Poznawczych, bo człowiek przestaje rozumieć, co się z nim dzieje. Motywacyjnych – bo nic mu się nie chce. Emocjonalnych – bo popada w apatię, boi się nowych wyzwań, jest wrogo nastawiony do innych, nie widzi nadziei. I społecznych – bo wycofuje się z kontaktów z innymi ludźmi.

Psychologowie odkryli, że wyuczona bezradność i stres wynikający z takiej postawy mogą prowadzić do chorób, obniżenia wyników w nauce. Co więcej, bezradnością można się zarazić. Staje się wtedy wyuczonym sposobem na przetrwanie rodzin, a nawet całych środowisk. Tacy ludzie utwierdzają siebie i instytucje państwowe w przekonaniu, że nie są w stanie radzić sobie sami na rynku pracy, a więc potrzebują opieki. Według socjologów zjawisko wyuczonej bezradności zatacza w Polsce coraz większe kręgi. Pogłębia je niewłaściwie udzielana pomoc.

Hellinger twierdzi, że pomagający muszą wyzbyć się odruchów rodzicielskich i zacząć traktować swoich podopiecznych jak dorosłych. Muszą też stawiać im granice. Bo na ogół, gdy ktoś bliski potrzebuje naszej pomocy, skupiamy się tylko na nim i traktujemy go jak kogoś wyalienowanego z szerszego kontekstu. Tymczasem żeby naprawdę komuś pomóc, trzeba zobaczyć go w relacji z partnerem, rodzicami, dziećmi, a nawet z przodkami. Tylko umieściwszy go w powiązaniu z całością systemu, możemy zrozumieć, kto w tym systemie wymaga wsparcia. Bo czasem okazuje się, że potrzebującym nie jest ten, kto się tego domaga. Albo że po pomoc należy się zwrócić do jednego z członków systemu, bo to on ma klucz do rozwiązania problemu.

Zdaniem Hellingera czasami pomoc nie jest możliwa właśnie dlatego, że wykluczono ważnych członków rodziny (bo się ich wstydzimy, nie żyją albo skrywają jakąś rodzinną tajemnicę). Żeby ich na nowo do systemu przywrócić, potrzebna jest fachowa interwencja – sprawdzają się tu tak zwane ustawienia rodzinne. Na czym ma więc polegać nasza rola? Próby przyjacielskiego wsparcia są potrzebne, ale najważniejszym naszym zadaniem jest potraktowanie potrzebującego jak dorosłego, który ma problemy wynikające z problemów jego systemu. Hellinger twierdzi, że tylko takie podejście jest wyzwalające.

Czasem przychodzi nam mediować w konfliktach rodzinnych i wysłuchiwać skarg strony poszkodowanej. Jesteśmy przekonani, że powinniśmy stanąć po jej stronie. Hellinger przestrzega: „Jeśli przyjmiecie punkt widzenia pokrzywdzonego za swój, staniecie raczej w służbie konfliktu niż pojednania. Dlatego pomocy może udzielić tylko ten, kto potrafi w swoim sercu umieścić zarówno podopiecznego, jak i to, na co się on uskarża”. W książce „Porządki pomagania” pisze: „Pomagający jako pierwszy dokonuje w swojej duszy tego, czego musi dokonać podopieczny. Otwiera przed nim serce. Staje się jego częścią. To, co znalazło pojednanie w jego sercu, może się również pojednać w sercu tego, komu pomaga”.

Byłam tu

Każdego dnia na całym świecie widzimy przerażające obrazy bólu i cierpienia. Wydaje nam się, że jesteśmy wobec nich bezradni, bo pomagać może ten, kto ma pieniądze. Z takim poglądem nie zgadza się Jakub Wygnański, socjolog, współzałożyciel Stowarzyszenia na rzecz Forum Inicjatyw Pozarządowych oraz Banku Danych o Organizacjach Pozarządowych Klon/Jawor. Według niego słowo „filantrop” oznacza kogoś, kto ukochał człowieka, a nie kogoś, kto daje pieniądze. To my przypisaliśmy to znaczenie filantropii. Najłatwiej dać szybko pięć złotych na bułkę, byleby tylko ktoś zniknął nam z oczu. Pieniądze są rodzajem substytutu tego, o co tak naprawdę chodzi w filantropii. A chodzi o to, żeby z kimś być naprawdę, mieć dla niego cierpliwość, uwagę, czas. W opozycji do filantropa jest mizantrop, ktoś, kto nienawidzi ludzi. Trzeba pytać siebie, ile w naszej pomocy jest głębokiego szacunku dla drugiego człowieka, a ile chęci pozbycia się problemu.

Każdy z nas może coś zrobić dla innych, tuż obok, za ścianą. Nie ma innej drogi dla ludzkości niż współpraca, wzajemne wspieranie się. W skali globalnej i jednostkowej. Świadczą o tym rezultaty Światowego Dnia Pomocy Humanitarnej ogłoszonego przez WHO (19 sierpnia każdego roku) pod hasłem „I was here” („Byłem tu”, od tytułu piosenki Beyoncé, ambasadorki akcji). Akcja polega na tym, żeby zobowiązać się do zrobienia czegoś dobrego dla innych. Organizatorzy apelują: „Gdziekolwiek jesteś, cokolwiek robisz, powiedz: „Byłem tu. Pomogłem temu konkretnemu człowiekowi w tym konkretnym miejscu”. I zaznacz to miejsce szpilką na mapie (na stronie www.whd-iwashere.org). Tym samym powiedz światu: „Wierzę, że pomaganie innym ma głęboki sens”.

Plon akcji przeszedł najśmielsze oczekiwania organizatorów – ponad miliard szpilek. Ludzie dawali świadectwo swojego zaangażowania – od pracy na rzecz międzynarodowych organizacji humanitarnych, poprzez działanie w lokalnych stowarzyszeniach, po sąsiedzkie gesty wsparcia. Pisali: „Pojechałam uczyć dzieci w Afryce”. „Adoptowałam rodzeństwo sierot z Konga”. „Rozdaję jedzenie bezdomnym”. „Robię starszej pani zakupy”. „Czytam niewidomemu sąsiadowi książki”. Te akty dobroci, wielkie i małe, to namacalne, budujące przykłady naszej ludzkiej solidarności. Okazuje się, że w potrzebie nie ma nic bardziej wzmacniającego od wyciągniętej dłoni drugiego człowieka, jego empatii, współczucia.

Olga po incydencie w Nowym Jorku otworzyła się na innych, jest ich ciekawa, słucha, co mają do powiedzenia. – Nagle zobaczyłam, jak wielu wspaniałych ludzi żyje na świecie, ile dobrego możemy uczynić dla siebie nawzajem. I zaczęłam robić to, na czym się znam, czyli udzielam uchodźcom porad prawnych, założyłam fundację na rzecz wykluczonych. Dopiero teraz naprawdę czuję, że żyję.

Doświadczenie Olgi potwierdzają badania naukowe. Psycholog społeczny Robert Trivers, autor pojęcia pomocy odwzajemnionej, wykazał, że ci, którzy pomagają, zdobywają dobra dające im większe szanse na przetrwanie. Z innych badań wynika, że pracownicy doświadczający pomocy od szefów, chętniej robili coś pożytecznego dla firmy, za co otrzymywali nagrody, a to jeszcze bardziej wzmagało ich zaangażowanie. Wniosek z tych badań jest jeden – wszyscy, którzy angażują się w pomaganie, czerpią z tego korzyści. To zresztą prawda znana od wieków, wyrażona w słynnej modlitwie świętego Franciszka z Asyżu („dając, otrzymujemy”). Pomaganie to taki dziwny rodzaj arytmetyki, z której wynika, że nie ubywa nam z tego, co mamy, mimo że coś oddajemy. A często nawet dużo przybywa.

  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze