Jak wyjść ze swojej strefy komfortu? Wyjaśnia psycholog Jacek Walkiewicz

Nie musisz ratować świata, ale możesz uratować siebie. Sprawić, by twoje życie wyglądało tak, jak zawsze pragnęłaś. (Fot. iStock)

Nie musisz ratować świata, ale możesz uratować siebie. Sprawić, by twoje życie wyglądało tak, jak zawsze pragnęłaś. Bo najważniejsze (ważniejsze nawet niż zdrowie) jest poczucie sensu. Jeśli zamiast niego króluje u ciebie bezsens, pora to zmienić!

Wszyscy mamy jakieś marzenia, jedne bardziej szalone, inne zwykłe, można by rzec, przyziemne. Ale łączy je jedno – to, że już na samą myśl o nich oczy nam się śmieją. I choćby inni się pukali w głowę, my wiemy swoje. Tego pragnie nasza dusza i nic na to nie poradzimy. Marzenia jednak mają to do siebie, że kiedy pozostają tylko w sferze wyobrażeń, zamiast uśmiechu potrafią wywołać na twarzy grymas bólu, złości czy frustracji. I to właśnie ten grymas widzimy czasem w lustrze. Cóż, łatwo marzy się kilkulatkowi, trudniej zaryzykować wszystko, gdy ma się, dajmy na to, 30 lat. Prawda, trudniej, ale może mimo to warto? Bo jeśli czujemy się nieszczęśliwi, smutni, przygnębieni; jeśli prześladuje nas jedna myśl: „a co by było, gdyby…”; jeśli serce się rwie, choć rozum ostrzega – nie bagatelizujmy tego. Jakaś część w nas domaga się wysłuchania.

Oczywiście, nikt nam nie powie dokładnie, co mamy robić, aby nasze życie stało się piękniejsze, pełniejsze, szczęśliwsze, bo to wiemy tylko my sami. Czasem potrzebujemy tylko inspiracji, przykładu kogoś, komu się udało. Myśli, która w nas zarezonuje, wytyczy nowy kierunek, pomoże dostrzec coś, czego do tej pory nie widzieliśmy. Mentora, który da kopa do działania.

Pełna moc możliwości

„Jestem z pokolenia, dla którego szczytem marzeń było pojechać do Niemiec, zarobić trochę marek, kupić rozbitego golfa, przywieźć go do Polski i czuć się lepszym człowiekiem” – tak zaczyna się jeden z najsłynniejszych wykładów motywacyjnych, „Pełna MOC możliwości”. Rok po opublikowaniu w serwisie YouTube.pl ma już ponad milion odsłon, a jego autor, Jacek Walkiewicz, jest obecnie jednym z najpopularniejszych mówców motywacyjnych w Polsce. Kiedy pierwszy raz usłyszałam zarówno o nim, jak i o jego wykładzie, spytałam: „Ale właściwie o czym on mówi?”. „Trudno powiedzieć, w sumie o wszystkim” – odpowiedziała koleżanka. – „Po prostu musisz to zobaczyć”.

Zobaczyłam i potwierdzam. W sumie nie ma znaczenia, o czym, ale JAK Jacek Walkiewicz mówi…! Zadaje trafne pytania i udziela na nie jeszcze trafniejszych odpowiedzi. I konstruuje zdania, które nie dają spokoju, które wwiercają się w głowę i skłaniają do myślenia. Jak na przykład takie, zapożyczone od prof. Władysława Bartoszewskiego: „W życiu są rzeczy, które warto, i są rzeczy, które się opłaca, ale nie zawsze to, co warto, się opłaca, i nie zawsze to, co się opłaca, warto”. Albo to: „Marzenia są czymś uroczystym, są czymś odświętnym. Natomiast dochodzimy do nich przez taką normalną prozę życia, przez codzienność”. Oba cytaty odwołują się do historii o kamperze, młodzieńczym marzeniu Walkiewicza. Odkąd jeździł za granicę na kempingi, marzył o tym, żeby zamiast małego namiotu mieć porządną przyczepę, jak niemieccy turyści. O kamperze śnił 20 lat, aż w końcu, już jako 40-latek postanowił go kupić. Znalazł nawet odpowiedni na Allegro, pojechał do właściciela, obejrzał i wpłacił trzy tysiące zaliczki, po czym wrócił do domu i… popadł w przygnębienie. Ogarnęły go smutek i poczucie, że nie wie, co dalej. Aż w końcu, po paru dniach, jego żona spytała: „Kupujesz tego kampera czy nie?”. Odpowiedział, że nie wie. Że 20 lat marzył o kamperze i teraz nie wie, czy naprawdę go chce. Na to żona: „Jacek, zawsze mi mówiłeś, że marzenia są po to, żeby je realizować. Więc zrób to, bo inaczej nigdy nie będziesz wiedział, jak to jest mieć kampera”.

Walkiewicz, mówiąc o sobie, mówi tak naprawdę o nas wszystkich. Jego wykład, ale też książki, są tak naprawdę o odwadze do spełniania marzeń, a czasem o odwadze do ich porzucenia. Jednym zdaniem – o odwadze, by stać się bohaterem swojego życia.

Jest słoneczne poniedziałkowe popołudnie, a ja siedzę naprzeciwko niego w jego niewielkiej, ale bardzo klimatycznej księgarni przy ul. Chmielnej. Miękki fotel, gwar dziecięcych głosów dobiegający z oddali, zapach smakowitych dań dochodzący z włoskiej restauracji nieopodal. Przyszłam na wywiad o istocie marzeń, ale nie wiem, że czeka mnie tak naprawdę godzinny wykład motywacyjny. Bo Jacek Walkiewicz, jak sam twierdzi, od zawsze miał skłonność do przegadywania innych. I wiecie co? Rzeczywiście jest w tym najlepszy. Zresztą, co będę wam opowiadać, posłuchajcie.

Historia o kamperze tak naprawdę jest o tym…

…że mamy wyrzuty sumienia, gdy kupujemy sobie coś „drogiego”, gdy przeznaczamy dużą sumę pieniędzy tylko na siebie. To chyba nasza narodowa cecha. Gdy słyszę, jak młoda matka mówi, że ma wyrzuty sumienia, bo kupiła sobie drogi płaszcz, to ja się pytam, w czym jest problem? Skoro płaszcz jej się podobał i skoro zarabia tyle, że było ją na niego stać… No właśnie, problem polega na tym, że ona czuje, że nie ma prawa spełniać swoich zachcianek, że trzeba było przeznaczyć te pieniądze na dziecko, jedzenie, cokolwiek, byle nie na siebie. Ja podchodzę do kwestii zakupów następująco: skoro podoba mi się jakaś koszula, ale waham się, czy nie jest za droga, to mówię sobie, że jeśli jej nie kupię, to sprzedawca jej nie sprzeda, a jak sklep przestanie przynosić zysk, to go zamkną i wiele osób straci pracę. Moja konsumpcja ma więc szerszy wymiar niż tylko osobisty. Zarabiamy pieniądze, to je wydawajmy. Świat daje ogromne możliwości, ale cóż z tego, skoro my mamy w głowach ograniczenia i blokady, które nie pozwalają nam w pełni z nich korzystać.

Ostatnio zrobiłem taki wpis na blogu, że większość z nas powinno mieć na imię „Uważaj”. Uważaj Krystyna czy Uważaj Paweł. Przecież od dziecka to słyszymy: „Uważaj, nie biegaj z patykiem, bo wbijesz go sobie w oko”, słowo daję, nigdy w życiu nie widziałem dziecka z patykiem w oku. Przez to wieczne „uważaj” sądzimy, że nie ma sensu czegoś zaczynać, bo i tak się nie uda, wolimy nie ryzykować, bo to niebezpieczne. Lepiej zostać w strefie komfortu. A bycie bohaterem swojego życia to akt odwagi. To wewnętrzne zintegrowanie, takie poczucie, że jest się we właściwym czasie, we właściwym miejscu i właściwą osobą. To dążenie do największej spójności między swoim „myślę”, „mówię”, „robię” i „czuję”. Co nie znaczy, że stajemy się niewolnikami swoich postanowień czy przekonań. Jeśli postanawiam, że od dziś nie jem mięsa, a za rok najdzie mnie ogromna ochota na kurczaka, to go zjem. Ludzie oczywiście będą się dziwić: „Ale ty przecież nie jesz mięsa”. Nie jem, ale dzisiaj zjem. Dlaczego? Bo chcę.

W życiu najbardziej fascynuje mnie to…

…że jest tajemnicze. I że te tajemnice odkrywa przed nami stopniowo. Zwykle zapominamy, że to my ustawiamy się na określonej ścieżce, podejmując z pozoru niewiele znaczące decyzje. Ja na przykład miałem być lekarzem, wybrałem klasę biologiczno-chemiczną, miałem zdawać na medycynę. Niestety, niespecjalnie lubiłem i rozumiałem fizykę, a ona była obowiązkowa. Pozostało mi wybrać studia, na które zdaje się tylko biologię i chemię. Zdecydowałem się na weterynarię. Studiowałem tak dwa lata, z głębokim przekonaniem, że boję się zwierząt i że to, co robię, jest kompletnie bez sensu. Ale bez jakiegokolwiek wglądu w to, co mógłbym robić. Czyli dokładnie wiedziałem, czego nie chcę, ale nie miałem jeszcze zielonego pojęcia, co chcę. Z drugiej strony, zawsze miałem głębokie przekonanie, że najpierw trzeba coś zamknąć, żeby coś nowego otworzyć. Ludzie zwykle boją się tego zawieszenia, wolą żyć „na zakładkę”, czyli jeszcze trzymają się jednej rzeczy, ale już chwytają za drugą. Ja wiele razy w życiu zaryzykowałem, dzięki czemu, jak sądzę, mój stopień otwartości i motywacji jest o wiele wyższy, niż gdybym ciągnął coś na dwa etaty.

Przeniosłem się na psychologię, która wtedy, w okresie stanu wojennego, była uważana za „naukę o wariatach”. Tymczasem w czasach mięsa na kartki weterynarz to był ktoś. Psychologia otworzyła mnie na coś, co mnie zafascynowało, czyli na temat perswazji, wpływu na ludzi. Dlatego też po studiach, mimo że rozpocząłem pracę w poradni, przerwałem ją i poszedłem do działu reklamy w „Gazecie Wyborczej”. A tam, dzięki jednemu z moich mistrzów, przekonałem się, że mówiąc do ludzi, w trzy godziny można im przekazać więcej, niż słyszeli przez ostatnie pięć lat. Ale tylko wtedy, kiedy dzielisz się swoim doświadczeniem, na zasadzie: „opowiem wam o swoim życiu i zostanę waszym bohaterem”. Bo naszymi bohaterami stają się ludzie, którym możemy zajrzeć do ich życia, i dzięki temu porównać je ze swoim.

Odszedłem z gazety, założyłem własną firmę szkoleniową, ale czułem, że to też nie do końca to, co chciałbym robić. Tak naprawdę nigdy nie byłem trenerem warsztatowcem, zawsze miałem tendencję, by przegadywać innych, a nie słuchać. A na dwudniowych warsztatach raczej się ćwiczy, a nie mówi do uczestników. Oni z kolei zawsze pytali się o ćwiczenia, wymyślałem więc jakieś, ale one nie wciągały ludzi tak jak to, co do nich mówiłem. Proporcje zaczynały się więc przesuwać i doszło do tak absurdalnej sytuacji, że robiłem dwudniowe warsztaty, na których nie było żadnego ćwiczenia. Może pani sobie wyobrazić, jak trudno w tamtych czasach było coś takiego sprzedać.

Postanowiłem, że rzucam warsztaty i skupiam się tylko na wykładach. Poczułem, że nie mogę siedzieć na sali, słuchać tego, co mówią uczestnicy, i mieć poczucie, że to wbrew mnie i że w pewien sposób wszystkich oszukuję. Że nie jestem bohaterem swojego życia, jestem antybohaterem. I znów było to ogromne ryzyko, niewiele firm było zainteresowanych takimi wykładami, a warsztaty były na topie. Nikt nie wierzył, że można utrzymać uwagę słuchaczy przez bite dwie godziny. Wszyscy pytali: „Ale o czym pan mówi?”. – Dobre pytanie – odpowiadałem – trzeba by o to spytać tych, co mnie słuchają. Moim zdaniem mówię o życiu.

Cała prawda o marzeniach…

…jest taka, że one się zmieniają, ewoluują. Kiedy jesteśmy młodzi, nasze marzenia są głównie materialne. Chcemy mieć. Potem, tak po trzydziestce, bardziej zaczyna nas interesować nie tylko to, co mamy, ale również to, co robimy. Zaczynamy doceniać drogę do celu bardziej niż sam cel. Jeszcze później myślimy już nie o tym, co robimy, ale kim się dzięki temu stajemy.

A ponieważ marzenia się zmieniają i my też, warto co jakiś czas robić update swoich przekonań, talentów i celów, bo nawet te ostatnie mogą się z czasem dewaluować. Ja sam byłem ogromnie zdziwiony, gdy jakiś czas temu zmieniłem jedno ze swoich fundamentalnych przekonań, że w życiu najważniejsze jest zdrowie. Ale przekonał mnie przykład osób doświadczonych przez los, chorych, niepełnosprawnych fizycznie, którzy jednak spełniają się w życiu. I odkryłem, że od zdrowia ważniejsze jest poczucie sensu. Nawet jeśli inni będą pukali się w głowę. W życiu po prostu należy robić swoje. Co nie znaczy, że trzeba się konsekwentnie trzymać ścieżki, jaką obraliśmy lata temu. Niekiedy najciekawsze rzeczy przydarzają się z boku drogi, poza ustalonym szlakiem. Dlatego czasem warto zmienić plany, wsiąść do innego pociągu, na imprezie podejść do grupki nieznajomych, zrobić coś wbrew utartej logice.

I warto realizować dziecięce marzenia, nawet jeśli nie są już w nas tak silne jak kiedyś, chociażby po to, żeby je odhaczyć. Powiedzieć wnukom: „Dziadek zawsze marzył o podróży do Afryki i w końcu tam pojechał”. Wtedy stają się one naszą prawdą, doświadczeniem, historią. Dowodem na nasze sprawstwo. Inaczej potrafią dręczyć do końca życia. Ja większość swoich dziecięcych marzeń zrealizowałem między 37. a 40. rokiem życia. Ale z marzeniami trzeba też uważać, bo mogą stać się bieganiem od punktu do punktu: tu skaczę, tu pływam, tu jadę do Nowej Zelandii, ale tak naprawdę nie spełniam się, tylko miotam. Wszystko jest dobre, od czego nie jesteśmy uzależnieni. Kiedy stajemy się ich niewolnikami, pojawiają się choroby. I może dobrze, bo dla wielu osób większym kopem do zmian jest nie inspiracja, a desperacja. O wiele trudniej jest zaryzykować, gdy wszystko jest dobrze. A już najtrudniej jest zaryzykować pieniądze. Ciągle balansujemy między poczuciem bezpieczeństwa a wolnością. A jak ktoś mądry powiedział, możesz wybrać albo bezpieczeństwo, albo wolność, ale jak wybierzesz bezpieczeństwo, stracisz jedno i drugie. Dlatego według mnie lepiej wybrać wolność. A marzenia są właśnie tam, gdzie jest wolność.

Zamień słowa blokujące zmianę na wspierające

Zmień swoje słownictwo, a zmienisz swoje życie – przekonuje Jacek Walkiewicz. Dlatego jeśli masz poczucie, że nic ci się nie udaje, że nie jesteś w miejscu, w którym zawsze chciałaś być, zacznij od tej prostej, ale potężnej w skutkach zmiany.

  • Zamiast „ROZCZAROWAŁAM SIĘ”, mów: „DOŚWIADCZYŁAM”
  • Zamiast „JUTRO” – „TERAZ”
  • Zamiast „CHCIAŁABYM” – „POTRZEBUJĘ”
  • Zamiast „POŚWIĘCĘ SIĘ” – „WYBIERAM”
  • Zamiast „MOŻE” – „POSTANAWIAM”
  • Zamiast „POWINNAM” – „DECYDUJĘ”
  • Zamiast „UDAŁO MI SIĘ” – „ZROBIŁAM”
  • Zamiast „TRZEBA” – „MOGĘ”
  • Zamiast „PROBLEM” – „ZADANIE”
  • Zamiast „NIE POTRAFIĘ” – „NAUCZĘ SIĘ”
  • Zamiast „NIE WIEM” – „SZUKAM”