Katarzyna Miller o tym, dlaczego zdrada nie musi oznaczać końca związku

Według Katarzyny Miller "jeśli nigdy nie zdradzisz siebie, nigdy nie będziesz zdradzona". (Fot. iStock)

Kup kochance męża kwiaty” – ten apel Katarzyny Miller sprzed kilku lat spotkał się z bardzo różnym przyjęciem. Od zachwytu do oburzenia. Bo wiele z nas wciąż złości pomysł, by w kochance zobaczyć człowieka, a co dopiero… siebie. Czy w kwestii zdrady możemy liczyć na kobiecą solidarność?

Zacznę od tego, że wierzę w kobiecą solidarność…
…ja też!

…ale uważam, że nie potrafimy się nią wykazać, jeśli chodzi o zdradę. Dlaczego?
Moim zdaniem dotyczy to tylko sytuacji, gdy zdrady dopuszcza się przyjaciółka czy bliska koleżanka. Wtedy nie jest to solidarne. Bo jeśli zakochała się w moim facecie, to powinna o tym powiedzieć wcześniej, zasygnalizować, że coś się dzieje, że on ją tak pociąga, że tego nie potrafi zwalczyć, choć się starała, że jest jej z tym źle i że w związku z tym musimy wspólnie coś z tym zrobić, na przykład przestać się na jakiś czas spotykać. Albo powiedzieć sobie, że skoro jesteśmy dla siebie ważne, to tamtą rzecz, która się rodzi, zawieszamy.
To jest oczywiście strasznie trudne, bo nie każda kobieta dobrze przyjmie taką informację. Niektóre już w tym momencie uznałyby, że zostały zdradzone. Bo niektóre kobiety są zawsze zdradzone.

To znaczy?
One mają tak niski poziom własnej wartości, że cokolwiek ktoś zrobi czy jakkolwiek się zachowa w stosunku do nich, to są przekonane, że stało się najgorsze. W gruncie rzeczy dostają to, na co czekają. Z takimi kobietami trudno wspomnianą sytuację rozwiązać w sposób dorosły. Podobna rzecz się dzieje, kiedy mąż im mówi: „Słuchaj, ta zdrada była czymś kompletnie nieważnym”, i to jest prawda. Mężczyźni rozróżniają bowiem seks i miłość, czyli używanie dam i ich poważanie, albo jeszcze inaczej: kobiety do seksu i kobiety do życia. Więc jeśli mężczyzna mówi swojej żonie, że to było nieważne, to naprawdę ma to na myśli: on nie chciał się z tamtą żenić, bo on żonę już wybrał – ją; tamto się po prostu stało, zdarzyło. Z głupoty, chęci dowartościowania się. Niektóre kobiety to rozumieją, mimo że jest im z tego powodu przykro, źle i niedobrze. One widzą, że ich chłop zachował się jak bachor, który poszedł na cukierki, choć to oczywiście żadne cukierki nie były. Bo są mężczyźni, dla których skok w bok jest podbijaniem sobie bębenka – wtedy czują się bardziej wartościowi i sprawni – i takich mężczyzn też się miewa za partnerów. Dlatego najważniejsze, co chciałam powiedzieć kobietom moją książką „Kup kochance męża kwiaty”, to: „On nie robi tego przeciwko tobie, on to robi dla siebie”.

Tytuł jest inny, bo tamten wywołał wiele kontrowersji. Kup kochance męża kwiaty – dlaczego dla wielu kobiet twój apel jest nie do przyjęcia?
„No bo jak ty możesz zrozumieć i zaakceptować fakt, że inna kobieta, nieposiadająca partnera, decyduje się na związek z człowiekiem zajętym, bo ja bym nigdy” – słyszałam takie zdanie od wielu kobiet, które w to pewnie wierzyły. Co ja na to? Po pierwsze, moja droga, nigdy nie mów „nigdy”, bo sama nie wiesz, co byś zrobiła, po drugie, to, że ty byś tego nie zrobiła, nie wystarczy. Moim zdaniem największym przejawem braku solidarności jest to, że wtedy kobieta myśli o sobie „porządna”, a o innych – „dziwka”. Taki podział na lepsze i gorsze. Niby w czym jest lepsza? Bo nie ma seksualnych potrzeb? Bo jest zajęta tylko dziećmi? Bo była pierwsza? No, była, była i może nadal będzie.
Znam wiele przypadków, w których romans okazał się rozwiązaniem patowej sytuacji, bo między partnerami od dłuższego czasu było fatalnie, tylko on nie umiał o tym powiedzieć, a ona udawała sama przed sobą, że nic się nie dzieje. I kiedy jakaś kobieta rzuciła mu się w ramiona, to żona nagle przetarła oczy, bo się okazało, że on jednak dla niej jest wartościowy, że chce o niego walczyć. Wiele małżeństw po zdradach pozbierało się do kupy i zaczęło o wiele lepiej ze sobą żyć. Piszą mejle albo przychodzą do mnie na spotkania autorskie i mówią, że dostała kochanka te kwiaty, dostała. Serio!

Co tak naprawdę chciałaś powiedzieć zdradzonym kobietom?
Na pewno w kwestii poruszonej przez nas kobiecej solidarności chciałam im pokazać: „ona to ty, a ty to ona”. Nawet jeśli jesteś żoną. Choć oczywiście są takie kobiety, które nigdy w życiu nie spojrzą na innego faceta, które nigdy w życiu nie skomentują nawet w myślach czyjegoś zgrabnego tyłka, które sobie nie wyobrażają nawet, żeby z kimś innym mogły pójść do łóżka…

Naprawdę?
Tak, naprawdę. One to robią albo ze strachu, albo z niewiary w siebie, albo z tak głębokiego poczucia lojalności, że to po prostu nie wchodzi w grę. Nie wiem, czy to sztywne, mocne czy wspaniałe zasady – ja tego nie oceniam. Ja tylko mam specjalny stosunek do zdrady. Otóż, nie uważam, żeby była jakimkolwiek dobrem, ale z drugiej strony traktuję ją jako coś tak absolutnie normalnego, że wiem, że po prostu nie może jej nie być. Nie dlatego, że jest cenna i oczekiwana, ale że po prostu nam się przydarza.

Może jest czymś w rodzaju choroby, która zawsze z czegoś wynika i zawsze coś nam chce powiedzieć?
Do choroby też mam specjalny stosunek. Według mnie choroba nie jest czymś, co przychodzi z zewnątrz, ale czymś, co wynika z nas samych i chce nam na coś zwrócić uwagę. Porównanie zdrady do choroby ma więc jakiś większy sens. I wierzę, że można nauczyć się tak żyć, żeby przestać chorować. Tyle sobie dać, by choroba czy zdrada nie były sposobem na leczenie swoich ran.
Ale zdarza się też coś, co jest o wiele poważniejszą sprawą niż skok w bok, a mianowicie odejście partnera do kobiety, która mu się wydaje właściwsza, z którą woli być. I to jest znacznie trudniejsze dla tej, którą to dotknęło, lecz jest też w pewnym sensie konsekwencją tego, że chcieliśmy mieć rozwody, prawda?Chcieliśmy mieć prawo do tego, żeby nie być do końca życia skazanym na bycie z kimś, kto nas męczy, krzywdzi, z kim się kompletnie rozminęliśmy.

Poza tym chcieliśmy związków zawieranych nie z rozsądku, a z miłości.
Nie zdając sobie sprawy z tego, że związki, które bazują tylko na miłości, są szalenie kruche. Bo miłość jest krucha. Krucha, ponieważ opieramy ją głównie na pożądaniu, jakimś młodzieńczym oczarowaniu, nieprzytomnym zafascynowaniu drugą osobą i przekonaniu, że jak jej nie będzie przez kilka dni, to umrzemy. To bardzo przyjemny stan, zwłaszcza jeśli jest wzajemny i jest świetną podbudową związku, ale trzeba też zadbać o inne komponenty. Miłość przez lata była przyczyną romansów, ale nie ślubów. I chyba nadal tak to wygląda. Ludzie rozwodzą się, bo przeszła im miłość. A gdzie zobowiązanie, odpowiedzialność? Dlatego lepiej się nie żenić, jeśli nie jesteśmy pewni, że wytrzymamy ze sobą do końca życia. Z drugiej strony Adam Hanuszkiewicz, który miał cztery żony, mówił, że każdą z nich kochał i z każdą z nich chciał być do końca życia.

W książce piszesz, że czasem zdarza się, że coś, co nazywamy zdradą, jest po prostu początkiem wielkiego uczucia, na które czekaliśmy całe życie.
I wtedy już nie tyle chodzi o zdradę, co o wierność swojej prawdzie. To nie jest większość przypadków zdrad, tylko znikomy procent. Ale to się zdarza. I wtedy uważam, że trzeba być wiernym miłości. Jeśli spotyka się taki rodzaj wartości, jakiej nie spotyka się często, to nie wolno tego przegapić. Natomiast to, co najbardziej mnie porusza, to fakt, że kobiety lubią o zdradę obwiniać inne kobiety.

Śmieszne jest już samo sformułowanie „zabrać komuś męża”, „odbić komuś faceta”.
Stąd w „Nie bój się zdrady” zamieściłam taką scenkę, w której nagle podczas rodzinnego obiadu wpada do „porządnego” domu Dziwka ze swoja bojówką i znad talerza z rosołem zabiera rodzinie męża. Przecież nikt nikomu męża nie zabierze, jeśli on nie chce być zabrany. Przecież zwykle zaczyna się od tego, że to on chciał sobie cielesnymi uciechami poprawić samopoczucie.

I to facet tak naprawdę zdradza, nie jego kochanka.
Przecież on może powiedzieć: „Słuchaj, jesteś cudowną kobietą, ale kocham moja żonę, żałuję, że nie spotkaliśmy się, kiedy byłem wolny”. To piękny komplement, uznanie dla jej kobiecości, ale też jasne postawienie granicy: „nie ze mną te numery”. A jeśli mężczyzna daje się wciągnąć, to znaczy, że chce dać się wciągnąć. Często to mężczyźni prowokują, nie bez przyczyny powstają te cudne piosenki o tym, że „żona go nie rozumie i wcale ze sobą nie śpią”. A w trakcie romansu okazuje się, że jego zona jest w ciąży z trzecim dzieckiem. Z drugiej strony, z kim romansować, skoro fajni faceci już pobrani?

Racja! A wierny mężczyzna dla wielu z nas jest niesamowicie pociągający.
Oczywiście, bo wtedy jest niedostępny i ma się większa chrapkę, by go złamać, tyle że to by oznaczało, że wcale taki wierny nie jest (śmiech). Zajęty facet to wyjątkowo pociągający towar dla kobiet, które uwielbiają marzyc i śnic o tym niezdobytym panu, a nie do końca wiedza, co robić z tym, którego już mają „na stanie”.

I często tracą zainteresowanie swoimi zdobyczami.
To zależy od tego, czy panienka jest z tych, które są zainteresowane tylko tym, co zdobywają, czy z tych, co lubią to, co zdobyły. Jeśli człowiek siebie lubi, to lubi też to, co zdobył. To tak jak z butami. Jeśli są wygodne, fajne, podoba mi się ich kolor – to w nich chodzę i dbam o to, żeby się nie zniszczyły i starczyły mi jak najdłużej. Jeśli nie lubię tego, co wybrałam, i tego, kim jestem, to nic mi się nie będzie podobało, co kupiłam lub zdobyłam. Jest jeszcze jeden aspekt, że niektóre kobiety mają większą potrzebę wchodzenia w trójkąty z powodów rodzinnych. Słynny kompleks Elektry, gdy choć tatuś był mamusi, a nie mój, to jednak właściwie bardziej mój niż mamusi. Umiejętność życia w trójkącie jest wtedy powtarzalna, czyli lubisz mieć chłopa, który jest trochę jej, a trochę twój.

Co jest największym szokiem dla kobiety, która została zdradzona?
Jej się wydawało, że skoro się pobrali, to cudnie już będzie na zawsze. Nie widzi, że ludzie wokół się rozwodzą, że się od siebie coraz bardziej oddalają, nie chce wiedzieć, że to jest raczej norma – wtedy zdrada jest dla niej końcem świata. Dla innych kobiet szokiem może być to, że facet, którego już zaczęły uważać za piąte koło u wozu, może się jeszcze komuś spodobać, i ta konkluzja, że on jednak jest fajny. Tylko wiele kobiet tego do siebie nie dopuszcza i zamiast zrozumieć, dać mu drugą szansę, postanawiają go ukarać, rozwieść się i zabronić mu spotkań z dziećmi, co jest ohydną, niegodną zemstą, zatruwającą wszystkich, z dziećmi na czele.

Są kobiety, które rozstają się z dumy lub dla zasady, mimo że jeszcze kochają.
Oczywiście. Z powodu bólu, z którym nie umieją sobie poradzić, wybierają długotrwałe cierpienie. Myślę, że wtedy cierpi też wielu mężczyzn, bo romans mógł dla nich być rzeczywiście nieważny, a w konsekwencji stracili największą miłość i w gruncie rzeczy ostoję życia. Oczywiście mogli o tym pomyśleć wcześniej. Ale mężczyźni zwykle niewiele myślą.

Jedna myśl z twojej książki zapadła mi w pamięć: „Jeśli nigdy siebie nie zdradzisz, to nigdy nie będziesz zdradzona”.
To bardzo mądra myśl (śmiech). Bo wyzuci z poczucia bezpieczeństwa jesteśmy tylko wtedy, kiedy opieramy je na kimś innym, a nie na sobie.

 

Katarzyna Millerpsycholożka, psychoterapeutka, pisarka, filozofka, poetka. Autorka wielu książek i poradników psychologicznych, m.in. „Instrukcja obsługi faceta”, „Daj się pokochać dziewczyno”, „Nie bój się życia”, „Instrukcja obsługi toksycznych ludzi”, „Kup kochance męża kwiaty” i „Chcę być kochana tak jak chcę” (Wydawnictwo Zwierciadło). Książki Katarzyny Miller do nabycia w naszym sklepie internetowym