Młodość jest w głowie. Co sprawia, że chce nam się żyć?

Musimy żyć naszym własnym życiem, a nie życiem innych. Ludzie, którym się to udaje, stają się osobami bez wieku, które im więcej mają lat, tym bardziej młodnieją. (Fot. iStock)
Musimy żyć naszym własnym życiem, a nie życiem innych. Ludzie, którym się to udaje, stają się osobami bez wieku, które im więcej mają lat, tym bardziej młodnieją. (Fot. iStock)

Wiek to coś więcej niż numer PESEL w dowodzie osobistym. Można być starym w środku jeszcze przed ukończeniem szkoły średniej albo mieć radość i energię dziecka mimo kolejnego krzyżyka na karku. Bo młodość jest w głowie! Do jej zachowania potrzebujemy jednak kilku niezbędnych elementów.

 

Miałam w życiu przywilej być blisko doświadczonych ludzi, którzy pokazali mi, co to znaczy być wiecznie młodym. Oto trzy filary niezbędne do osiągnięcia tej sztuki i trzy postaci, które były moimi nauczycielami:

Filar 1. Dbanie o relacje

Kiedy urodziła się moja mama, babcia Elżbieta, zwana Lusią, miała 43 lata – jak na tamte czasy (lata 50.) wiek zupełnie szalony, by decydować się na dziecko. Kiedy przyszłam na świat ja, kończyła siedemdziesiątkę. Razem przeszłyśmy przez moje dzieciństwo i lata nastoletnie; towarzyszyła mi w rozterkach w wyborze studiów i przy pierwszych dorosłych miłościach. Odeszła w pięknym wieku 94 lat, gdy byłam już mężatką. Żegnając się z nami, powtarzała: – Miałam dobre życie. Naprawdę dobre życie…

Babcia przeżyła dwie wojny światowe. Pierwszego męża straciła w Katyniu, drugiego – dziadka Stasia – jeszcze przed moim urodzeniem. Przeszła dzielnie przez historyczne i osobiste zawieruchy. Była doświadczona jak mało kto, ale nigdy nie miałam wrażenia, aby czuła się życiem zmęczona. Pozostała młoda do końca: pełna energii, ciekawości świata, przede wszystkim jednak – ciepła i serdeczności. Od niej wiem, że jedną ze składowych młodości jest dbanie o relacje, bo to ich jakość przekłada się bezpośrednio na stopień naszego zadowolenia z codzienności. A babcia znajomości pielęgnowała jak mało kto.

Jednym z ważniejszych wspomnień z mojego dzieciństwa jest powtarzający się obrazek babci zasiadającej na wersalce do długiej sesji rozmów telefonicznych. Wykręcała po kolei numery: bratowej, przyjaciółek, dalekich krewnych w innym mieście. Dzwoniła… a potem słuchała. Robiła to regularnie – nie po to, by poplotkować, ale by okazać zainteresowanie ważnymi dla niej osobami. Podobnie było z korespondencją – zawsze pamiętała, aby wysłać kartkę z życzeniami na urodziny i święta, by napisać kilka zdań do dawno niewidzianej znajomej albo sąsiada leżącego w szpitalu. Rozumiała, że dbając o wyższą temperaturę w związkach z innymi, sama otacza się ciepłem i dobrą energią. W wieku lat 80 czy 90 była nadal młoda, bo wiedziała, że radość życia jest zaraźliwa – i trzeba jej sobie dostarczać przez kontakty z ludźmi, którzy podobnie ją celebrują. Znała też inny sekret: sama nie patrzyła na swoją metrykę, na to, co wypada, a co nie – po prostu dobrze się bawiła, ciesząc obecnością życzliwych osób. Przez lata słuchała ze mną rockowych piosenek autorstwa rozmaitych muzycznych idoli, zawsze malowała paznokcie na jaskrawe kolory i mimo coraz bardziej zaawansowanego wieku uwielbiała daleko podróżować, najlepiej z całą rodziną, dużą grupą, w towarzystwie, z którym mogła wymieniać obserwacje i uwagi, dyskutować, czasem polemizować. Współobecność, wymiana myśli i doświadczeń z innymi dawały jej to, co nazwała potem „dobrym życiem”.

Apetyt na życie bierze się z ciekawości. Kim jeszcze mogę się stać, czego mogę spróbować, do czego dążyć? – oto pytania, które warto zadawać sobie bez względu na datę urodzenia. (Fot. iStock)

Filar 2. Realizacja celów

Aby pozostać młodym, trzeba także mieć cel i poczucie bycia potrzebnym. Młodość kojarzy nam się z wigorem, siłą, mocą sprawczą – jednym słowem, z aktywnością. Aktywni jesteśmy zaś najbardziej wtedy, gdy czujemy, że nasze działania pozwalają na osiąganie celów, które sami sobie wyznaczamy; że prowadzą nas do czegoś ważnego.

W latach 60. ubiegłego wieku wybitny amerykański psycholog Martin Seligman przeprowadził słynny eksperyment, podczas którego psy zamknięto w klatce rażącej je prądem. Po kilku próbach zwierzęta zaprzestawały wysiłków wydostania się z pułapki i, zrezygnowane, kładły się bez ruchu na podłodze, pogrążone w apatii. Po przeniesieniu do innej klatki, z której uciec mogły łatwo i bez specjalnego wysiłku, nie podejmowały próby. Stan ten, występujący także u ludzi, Seligman określił pojęciem „wyuczonej bezradności”. Do dziś oznacza utrwalenie przekonań o braku związku przyczynowego między własnym działaniem a jego konsekwencjami. Bo aby działać, potrzebujemy poczucia, że nasza praca doprowadza do czegoś ważnego. I podobnie aby podchodzić do życia z młodzieńczą pasją i energią, musimy widzieć, że nasze decyzje, idee i czyny prowadzą do realnych zmian, dają efekt, przynoszą rezultaty. Potwierdza to pani Wanda – rocznik 1932, aktywistka, społeczniczka, od dziesięcioleci zaangażowana w rozwój dzielnicy, w której mieszkam. Porusza się z trudem, bo szybkie chodzenie uniemożliwiają jej chore kolana, jednak codziennie punktualnie i z uśmiechem pojawia się w biurze spółdzielni mieszkaniowej, którą zarządza. Ustawy i nowelizacje ma w małym palcu; zna marzenia i bolączki sąsiadów i wie, jakim dobrym słowem najlepiej obłaskawić nieprzychylne urzędniczki. Z zapałem rozprawia z ogrodnikami o roślinach do zasadzenia na klombie przy naszej kamienicy, analizuje raporty finansowe i zestawienia księgowe. Bez przerwy się dokształca – prenumeruje branżową prasę, śledzi spółdzielcze wiadomości w telewizji i w Internecie. Wielu młodych mieszkańców naszego bloku nie potrafi dotrzymać jej kroku – brakuje im nie tylko czasu i cierpliwości do pracy na rzecz małej lokalnej społeczności, ale przede wszystkim samozaparcia wynikającego z przekonania o istotności takich działań. – Ja wiem, że moja praca ma głęboki sens – podkreśla pani Wanda, gdy raz po raz komplementuję jej zaangażowanie i niesłabnącą werwę. – Wiem, że warto jest przeżyć swoje miejsce zamieszkania świadomie, doświadczyć go. Docenić wolność wyboru, która nie zawsze i nie wszystkim bywała dana; przypomnieć sobie, że miejsce też może być materiałem, z którego będziemy tworzyć i lepić.

Ma rację – kiedy czujemy się twórcami, znużenie mijającym czasem staje się mniej dotkliwe, prawie niezauważalne.

By być młodą trzeba zmieniać zwyczaje, modyfikować opinie, rozglądać się wokół. (Fot. iStock)

Filar 3. Pielęgnowana ciekawość

Aby pozostać twórczym, aktywnym i zadowolonym z życia, potrzebna jest z kolei wola nauki i głód nowych doświadczeń. Potwierdza to psychologia narracyjna, jeden z najważniejszych obecnie nurtów teoretycznych nauki o człowieku, według której umysł operuje historiami. Do zachowania zadowolenia z życia kluczowa jest narracja, jaką opowiadamy sobie o sobie samych, ma bowiem moc samospełniającej się przepowiedni. Jeśli dostarczymy umysłowi historii, w których jesteśmy bohaterami ekscytujących zdarzeń; obrazów, w których bierzemy czynny udział w tym, co świat ma do zaoferowania najpiękniejszego, pobudzimy apetyt na życie i nowe doznania. Bez względu na to, które urodziny celebrować będziemy za chwilę. Nauczył mnie tego Gino, którego poznałam, gdy zbliżał się do osiemdziesiątki. Był dziadkiem mojego włoskiego znajomego – stał się przyjacielem, który pomógł mi w najtrudniejszych życiowych chwilach: podczas rozstania z wieloletnim partnerem i zmagań z głęboką depresją. Kiedy przebywałam na stypendium naukowym w Rzymie, słyszeliśmy się telefonicznie prawie codziennie, wymieniliśmy setki listów, kilkakrotnie spotkaliśmy się osobiście. Ja, dwudziestokilkuletnia doktorantka, czułam się zmęczona życiem, ludźmi i własnymi emocjami; on, emerytowany profesor, lubił słuchać i dzielić się życiowym doświadczeniem. Przede wszystkim jednak zarażał entuzjazmem, z którym witał każdy kolejny dzień. Dawno zakończył już pracę na uniwersytecie w Wenecji, gdzie przez lata wykładał; pisał jednak książki, biegał z wystawy na wystawę, z kina do teatru, podróżował po Europie, pomagał młodym uzdolnionym ludziom w trudnej sytuacji finansowej.

Kiedy, porzucona przez najbliższą osobę, a jednocześnie niezadowolona z pracy zawodowej, pogrążałam się w rozpaczy, namówił mnie na prowadzenie zeszytu marzeń. Przysłał mi pocztą piękny, kolorowy notes, w którym codziennie miałam zapisywać rzeczy – czasem przyziemne i proste, czasem niesłychane i szalone – warte spróbowania, zrealizowania, doświadczenia. Kolejne strony zapełniały się nazwami egzotycznych potraw do skosztowania, adresami w dalekich krajach, które miałam ochotę odwiedzić, tytułami książek do przeczytania i pytaniami, które chciałam zadać mądrzejszym ode mnie. Gino dzwonił do mnie każdego ranka, sprawdzając, czy dodałam kolejny punkt w notesie i czy udało mi się zrealizować któryś z poprzednich. Dzień po dniu uczył mnie, że apetyt na życie bierze się z ciekawości. Kim jeszcze mogę się stać, czego mogę spróbować, do czego dążyć? – oto pytania, które warto zadawać sobie bez względu na datę urodzenia. Zeszyt prowadzę do dzisiaj; od sześciu lat, niestety, bez troskliwego zaangażowania Gina. Od czasu, gdy zapisałam pierwszą stronę, minęło 13 lat, a ja wiem, że z upływem czasu mam szansę czuć się coraz młodsza i szczęśliwsza. Gino pokazał mi jak. Dzięki niemu zrozumiałam, że aby być młodą trzeba zmieniać zwyczaje, modyfikować opinie, rozglądać się wokół. Zrobić czasem coś, co nas przeraża – czy będzie to spróbowanie smażonych skorpionów podczas wyprawy do Azji, skok ze spadochronem, czy prozaiczne wyjście z domu, gdy chcemy schować się pod poduszką. Trzeba pielęgnować ciekawość. To ona, choć niewymieniana w słownikach, jest najważniejszym synonimem młodości.