Naucz się szanować siebie, aby szanować innych

fot. iStock

Każdy z nas jest celem samym w sobie. Nie można drugiego człowieka traktować jako środka do osiągnięcia celu – pisał filozof Immanuel Kant. Wiemy. Chcemy być szanowani, ale czy szanujemy innych? Dlaczego nawet, gdy mówimy „kocham”, nie zawsze możemy powiedzieć „i szanuję”? Skąd czerpać szacunek dla siebie, a tym samym dla innych – zastanawia się Wojciech Eichelberger, psychoterapeuta.

Matki mówią, że kochają swoje dzieci, a je biją. Kochankowie mówią, że kochają, a zdradzają

Ludzie, którzy twierdzą, że się kochają, ale w ich związku nie ma szacunku, żyją w kompletnej iluzji. Miłość bez szacunku nie istnieje. Chodzi wtedy o jakiś inny rodzaj więzi, pożądanie, uwikłanie, uzależnienie czy fascynację. Zanim więc wejdziemy na wyżyny duchowości i rozważymy szacunek z tej perspektywy, pomówmy o nim na poziomie psychologicznym. A tu musimy, oczywiście, mówić o historii i sytuacji rodzinnej. Najogólniej rzecz ujmując, mało szacunku w świecie bierze się z tego, że rodzice coraz mniej go przekazują swoim dzieciom. I jednocześnie nie potrafią wzbudzać szacunku dla siebie. A na psychologicznym poziomie szacunku dla siebie i dla innych uczymy się w relacjach z najbliższymi ważnymi osobami.

No to klops! Jeśli nie jesteśmy szanowani, nie potrafimy szanować. A myślimy, że jest odwrotnie. Mówimy: „Wiem, czym jest brak szacunku, i dlatego szanuję w dwójnasób!”.

Możemy nawet mieć taką intencję, lecz nie będziemy wiedzieć, jak wyraża się szacunek. Jeśli dorastaliśmy w okolicznościach, które zainstalowały w nas syndrom ofiary, to znaczy, że nie nauczyliśmy się szacunku ani okazywać, ani odczuwać. Możemy mieć respekt albo bojaźń, ale to zupełnie coś innego niż szacunek. Respekt rodzi się bowiem z lęku pomieszanego z gniewem. Dlatego szacunku w powietrzu coraz mniej i nie ma jak nim oddychać, bo dzieci na ogół szanowane nie są. Nie zdążyliśmy się jeszcze tego nauczyć. Szacunek dla dziecka to – w perspektywie dziejów – całkiem świeży koncept. Na zauważalną skalę pojawił się na świecie dopiero po pierwszej wojnie światowej.

Prawo nas na szczęście w nauce szacunku wspiera: Kodeks karny pod paragrafem mówiącym o znieważeniu, konstytucja w art. 30, Karta praw podstawowych Unii Europejskiej też.

To ważne, ale najważniejsze, by na drodze przepełnionego szacunkiem wychowania instalować szacunek w dzieciach. A to się dzieje, kiedy szanujemy granice cielesne dziecka, i to już w najwcześniejszym okresie jego życia. Nie karmimy na siłę, nie wpychamy czopków czy termometru do pupy. Gdy widzimy u dziecka odruch niechęci – nie dotykamy, nie przerzucamy z miejsca na miejsce jak paczkę, nie podnosimy, jeśli dziecko nie ma na to ochoty.

Spójrzmy może na chłopca, którego matka nie przestrzegała zasad szacunku dla syna.

Upokarzany chłopiec – jeśli się przed przemocą nie obroni i nie przerobi tego, czego doświadczył, w psychoterapii – najprawdopodobniej wyrośnie na kogoś odruchowo poddającego się przemocy i manipulacji ze strony tych, których uzna za silniejszych. Może też wykorzystywać każdą okazję, by słabszych od siebie upokorzyć. Bo cierpiący na syndrom ofiary marzy o tym, by stać się katem. To jedyna ścieżka awansu emocjonalnego i społecznego, jaką zna. Aby z tego niefortunnego położenia wyjść, trzeba przypomnieć sobie własny ból upokorzenia, a także dobrze zaadresować i wyrazić swój słuszny gniew. Zastąpić resentyment i potrzebę rewanżu współodczuwaniem, by być w stanie nie czynić innym tego, co nam niemiłe. Wtedy dopiero staje się możliwy dalszy ciąg, czyli nauka traktowania poważnie swoich preferencji i potrzeb. Przychylnej oceny wyników pracy, doceniana talentów i zainteresowań. Poznawanie i szanowanie granic prywatności, swojej przestrzeni i ciała. Czyli nauka szacunku.

Słyszałam niedawno taką wymianę zdań: „Lubisz czereśnie?” – pyta ona. On z irytacją: „Nie zmuszaj mnie, żebym je jadł!”. Ona ze spokojem: „Kochanie, jestem ciekawa, czy je lubisz”.

To przypadek skrajnego wyczulenia na ograniczanie wolności wyboru. Wzięło się zapewne z tego, że w dzieciństwie i dorastaniu tego mężczyzny to było pytanie pozorne. W istocie stanowiło stwierdzenie i znaczyło: „Masz zjeść czereśnie!”. Gościa z tak przesterowanymi filtrami trzeba namówić na terapię. Tam nauczy się komunikować ze światem. Na pytanie o czereśnie będzie odpowiadał po prostu: „tak” lub „nie”.

Tylko terapia?

Jeśli jego partnerka okaże się na tyle cierpliwa i świadoma, by wytrzymać nieuniknione kryzysy w relacji z nim, to będą żyli długo i szczęśliwie. Ale to ciężka droga. Epidemia singielstwa i rozwodów bierze się także stąd, że młodzi ludzie nie mają siły ani determinacji, aby się w związkach docierać. Wolą na osobności konserwować swoje nerwice.

O szacunek dla kobiet nadal trudno, ale się o tym pisze. Znacznie mniej o szacunku dla mężczyzn. A może im być o niego trudno z powodu „tradycji”. „Polska żona” – tak mówi się w Izraelu o krytycznych, ośmieszających mężczyzn kobietach.

Warto pamiętać, że mężczyźni są bardziej wrażliwi niż kobiety na komunikowanie im szacunku i uznania. Natomiast kobiety potrzebują słuchać o tym, że są kochane. Niedocenianie i ośmieszanie mężczyzny jest często katastrofalnym dla związku błędem popełnianym przez kobiety. Tak czy owak tracą partnera. Albo w sensie dosłownym, bo odchodzi, albo w psychologicznym i symbolicznym, bo się wycofuje z relacji ze swoją nadkrytyczną partnerką i znika w kapciach, za gazetą czy przed telewizorem albo rusza w świat mężczyzn, meczów, piwa itp. W obu wypadkach prawdopodobne jest poszukiwanie przez takiego mężczyznę innych kobiet, które potrafią zaoferować choć trochę uznania i szacunku.

Pytanie, czy ten mężczyzna na ten szacunek zasługuje.

Na ogół im mniej zasługuje, tym bardziej go potrzebuje. Jednak poważnie mówiąc, w tej sprawie mężczyźni potrzebują ze strony swoich partnerek nieco więcej wrażliwości i współczucia. Zważmy, że żyją obecnie w obyczajowym i cywilizacyjnym szpagacie. Z jednej strony – zgodnie z nadal obowiązującymi zasadami patriarchatu – świeżo urodzony chłopiec ma szacunek w urodzinowym pakiecie. Nie tak dawno tylko on mógł posiadać, dziedziczyć, głosować, kształcić się i rządzić. Lecz z drugiej strony – w tym samym pakiecie dostaje teraz poczucie winy za stan świata i dziejowe krzywdy kobiet, za swoją wrodzoną waleczność, a także kłopoty z kontrolą seksualności lub, co gorzej, z seksualną niewydolnością. W rezultacie mężczyźni sami siebie nie szanują. Jedynym wyjściem dla tych, którzy marzą o szczęśliwej miłości, jest odzyskiwanie szacunku dla siebie. Bo jeśli ktoś ma szacunek dla siebie, to nigdy nie obrazi ani nie poniży drugiego człowieka.

Czym jest ten szacunek dla siebie?

Kiedy pewien uczeń zapytał o to Mistrza, usłyszał: „Nawet gdy jesteś sam w ciemnym pokoju, zachowuj się tak, jakbyś był w obecności czcigodnego gościa”. Proste, bo czcigodnym gościem jesteś ty sam. Ale jakże rzadko to robimy! Jak trudno jest nam traktować z szacunkiem własne ciało. Jak trudno nam przychodzi szacunek dla siebie wyrażać ładem i estetyką przestrzeni, w której mieszkamy. Czy posiłkami, które jemy, albo językiem, którego używamy. Warto przy tym pamiętać, że okoliczności nawet najmniej przychylne do nabywania takiego szacunku można przekroczyć na drodze psychoterapii lub wiary i duchowego wglądu w swoją prawdziwą naturę. Bo też filozoficzno-mistyczna definicja szacunku, która przychodzi mi na myśl, jest następująca: „To, czym w istocie jesteśmy, jest tożsame z szacunkiem, miłością i współodczuwaniem wobec wszystkich istot”.

To piękna definicja szacunku jako elementu naszego bycia sobą. Ale chyba mało popularna.

Dlatego szacunek najbardziej należy się tym, którzy o niego walczyli i go propagowali. Prorokom, mistrzom i nauczycielom wszystkich tradycji i przywódcom walczącym z dyskryminacją, jak: Mahatma Gandhi, Martin Luther King, Nelson Mandela i inni. Także tym, którzy poszerzają nasze horyzonty poznania, czyli fizykom kwantowym, badaczom mózgu, pisarzom, poetom. Szacunek – postulowany od wieków – w czasach eksplozji różnorodności, mieszania się kultur oraz masowej migracji nabiera rangi najistotniejszego moralnego wyzwania, przed jakim stoi ludzkość.

Dlaczego jest taki ważny?

Zależy od niego pokój, a tym samym przetrwanie cywilizacji. Niestety, teraz dopiero widać, jak bardzo trudny jest to postulat i w jakiej iluzji szlachetności i cnoty żyliśmy. Okazało się, że szacunku nie da się zadekretować, że poprawność polityczna na nic się zdaje, jeśli nie nosimy jej w sercu. Chętnie zapominamy o tym, że życie w zgodzie z przykazaniami i wskazówkami oświeconych przybliża nas do poznania naszej prawdziwej, godnej szacunku istoty i wolności. Wolimy fałszywą wolność ekspresji naszych kompleksów i resentymentów – chciwości, nienawiści i ignorancji – co świadczy o klęsce Kościołów wszystkich wyznań w ich misji krzewienia wiary w boskie pochodzenie człowieka.

Chrześcijanie twierdzą, że należy się nam szacunek, gdyż jesteśmy dziećmi Boga.

Nasz przyrodzony szacunek do siebie i do wszystkich istot możemy sobie uświadomić na dwa sposoby: albo poprzez szczery i głęboki akt wiary, zainspirowany zrozumieniem przekazu proroka danej religii. Albo poprzez osobisty wgląd w naturę rzeczywistości, czyli w faktyczną jedność wszystkich istot. Wtedy przestajemy czuć się przemijającą falą i odkrywamy, że ta fala jest oceanem, a ocean falą. W świetle tej prawdy wiemy, że gdy odmawiamy szacunku tym, którzy myślą i wierzą inaczej, inaczej wyglądają – nawet tym, którzy nas krzywdzą – obrażamy samych siebie.

Od czego więc zacząć naukę szacunku w związku, w rodzinie?

Zacznijmy od psychologicznej definicji. Szacunek to odruchowa troska o wolność drugiego człowieka, o swobodę wyrażania jego naturalnych, prawdziwych potrzeb, uczuć, poglądów i wartości. To uznawanie granic jego przestrzeni życiowej, dóbr osobistych, sfery prywatnej oraz suwerenności ciała. Przypomnę prosty rytuał, od którego warto zacząć naukę szacunku w relacji. Co wieczór wkładajmy sobie nawzajem pod poduszki karteczkę z trzema zdaniami skierowanymi do partnera/partnerki. Pierwsze ma się zaczynać od słów: „Przepraszam Cię za…”. I tu zawsze wpisujemy coś konkretnego, co się wydarzyło tego dnia. Drugie ma zaczynać się od: „Dziękuję Ci za…”. I znów wpisujemy tutaj to, czym tego dnia nasza partnerka/partner wzbudził/wzbudziła w nas choćby cień wdzięczności. Trzecie zdanie zaczynamy od: „Proszę Cię o…”. I tu dajemy feedback dotyczący tego, co tego dnia było dla nas trudne w zachowaniu partnera/partnerki. Pamiętajmy, że nie wolno czytać karteczki partnera, zanim nie napiszemy własnej, by nie odnosić się do tego, co napisała druga osoba, ale pisać swoje – w ciemno. To ćwiczenie można również stosować z dziećmi powyżej lat 12.

 

WOJCIECH EICHELBERGER

psycholog, psychoterapeuta i trener, autor wielu książek, współtwórca
i dyrektor warszawskiego Instytutu Psychoimmunologii (www.ipsi.pl).

 

Artykuł pochodzi z archiwum magazynu ZWIERCIADŁO

ZOBACZ AKTUALNE WYDANIE »