1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. W trudnych chwilach bądźmy dla siebie wsparciem

W trudnych chwilach bądźmy dla siebie wsparciem

Gdy rozwijamy współczucie staje się jasne, że wszystko, co robimy dla innych, robimy też dla siebie i na odwrót. (Fot. iStock)
Gdy rozwijamy współczucie staje się jasne, że wszystko, co robimy dla innych, robimy też dla siebie i na odwrót. (Fot. iStock)
Każdy z nas ma nieprzebrane pokłady wrażliwości i wielkie serce. Czasami jednak musimy sięgnąć w głąb naszej wrażliwości, by przepełniło nas współczucie - jedno z piękniejszych uczuć, którym możemy kogoś obdarować. 

Współczucie jest czymś najpiękniejszym i najcenniejszym - mówią ci z nas, którzy znają już jego siłę. Jest lekarstwem. Odkrycia neurobiologów i neuropsychologów wskazują na to, że współczujące serce jest najważniejszym składnikiem zdrowia psychicznego: łagodzi stany depresyjne, podnosi poziom energii życiowej, kontaktuje nas z wewnętrznym spokojem i poczuciem własnej wartości. Im częściej współczucie odczuwamy, tym bardziej umacniamy naszą zdolność pokonywania trudności i przekształcania ich w pozytywne działania. Doświadczamy wewnętrznej wolności i radosnego uniesienia, a to sprawia, że możemy się rozluźnić i głęboko odpocząć. Współdziałanie z innymi w przepływie ciepła i współczucia czyni nasze życie szczęśliwym i spełnionym, a także – co ważne – radykalnie je wydłuża. Współczucie jest najistotniejszym czynnikiem w każdym ludzkim działaniu. Wschodnie przysłowie mówi, że skuteczność leczenia zależy od serdeczności i współczucia lekarza. I odwrotnie: każde działanie pozbawione życzliwości i współczucia może stać się niebezpieczne.

Wydaje się jednak, że nie za bardzo współczuciu ufamy. Nie wiemy, czym w istocie jest. Współczucie to nie litość. Kiedy mówimy o współczuciu, mamy na ogół na myśli pomaganie tym, którzy mieli mniej szczęścia od nas - wspieranie ludzi słabiej od nas wykształconych, chorych, mniej utalentowanych. Nie ma tu partnerstwa. Jest wyższość i poczucie bycia lepszym. Nawet jeśli intencje są najlepsze, to oznacza raczej poniżanie kogoś, niż wzmacnianie. Współczucie nie jest relacją biednego cierpiącego i litościwego pocieszyciela. To partnerski kontakt między równymi sobie. Podstawowe znaczenie słowa „współczucie” to „czuć z…”. Uświadomienie sobie, że to, co czuję ja, czujesz również ty. To, co rani ciebie, rani również mnie. Wszyscy pragniemy tego samego: chcemy doświadczać pełni, bezpieczeństwa i szczęścia, lękamy się cierpienia, bólu oraz śmierci i chcielibyśmy się od nich uwolnić.

Współczucie wywodzi się z serca, z życzliwości, akceptacji i szacunku. To pragnienie ulżenia innym – tak jak sobie – w cierpieniu. To niejako wzięcie w nawias oceniającego, osądzającego i krytycznego umysłu i danie pierwszeństwa sercu. Czujemy się szczęśliwi, gdy jesteśmy traktowani ze współczuciem i miłością. Inni także czują się dobrze, gdy okazujemy im ciepło i współczucie. Tak się dzieje, ponieważ współczujące serce to nasz dom, do którego pragniemy powrócić, prawdziwa wartość życia. Bez kontaktu z tą jakością, z głęboką wrażliwością na uczucia innych, odczuwamy istotny brak. Kiedy blokujemy współczucie czujemy się mali, bezbronni i pełni lęku.

Z natury jesteśmy łagodni, współczujący i silni. Najczęściej jednak nie zdajemy sobie z tego sprawy. Nawet budowa naszych ciał, kształtująca współczujące i łagodne usposobienie, jest pokrewna tym gatunkom ssaków, które prowadzą spokojny, pokojowy tryb życia. Nasze ręce ukształtowane są w sposób sprzyjający bardziej obejmowaniu niż uderzaniu: nie mamy szponów, pazurów i zębów do rozszarpywania. Gdyby nasze dłonie były przeznaczone do zadawania ciosów, nie potrzebowalibyśmy tak pięknych palców. Współczucie jest trudne, wymaga odwagi, ponieważ wiąże się z gotowością odczuwania bólu, a nie uciekania od niego. Prawdziwa komunikacja płynąca z serca do serca oznacza otwarcie na innych, ale przede wszystkim otwarcie na siebie: pozwalamy sobie czuć to, co czujemy, niczego nie tłumiąc. Możemy to zrobić jedynie w otwartej, wolnej od wartościowania przestrzeni. Nie będąc uwikłani we własną wersję rzeczywistości, możemy ujrzeć, usłyszeć i odczuć, kim są inni. To, co odrzucamy w świecie zewnętrznym, jest jednocześnie tym, co odrzucamy w sobie. I odwrotnie: w innych nienawidzimy tego, czego nienawidzimy w sobie. Mamy dla innych tyle współczucia, ile go mamy dla siebie. Dobrze jest więc zacząć od odczuwania współczucia dla odrzuconych, „upośledzonych” aspektów siebie – własnych niedoskonałości, o których nie chcemy wiedzieć. W miarę jak wzrasta w nas współczucie dla siebie samych, obejmujemy uwagą, świadomością i współczuciem wszystkich wokół.

Dopuszczając ból, dostrzegamy niechęć i uprzedzenia. Mamy wybór: możemy się wycofać, ale możemy też zrobić coś nieoczekiwanego – spróbować współczuć. Wtedy stopniowo rozpuszczamy kolejne warstwy lęku. Mieszkając w mieście, żyjemy obok tysięcy ludzi, których codziennie ignorujemy. Jesteśmy obojętni i pełni lęku wobec wielu z nich. A gdybyśmy tak patrząc na innych, pamiętali o tym, co nas łączy – wszyscy mamy ciało, umysł i emocje. Rodzimy się w podobny sposób i w podobny umieramy. Pragniemy szczęścia. Boimy się. Wszyscy mamy to samo w głowie. Gdybyśmy pamiętali, że religia, kultura i kolor skóry to drugorzędne różnice. Gdybyśmy wiedzieli, że w innych spotykamy siebie.

Możemy uczyć się pobudzać współczucie. Możemy na przykład postawić się na miejscu drugiej osoby i spojrzeć z jej perspektywy, wejść w jej skórę. Najczęściej inni nie chcą nam zrobić krzywdy, próbują po prostu złagodzić własny ból lub lęk. Jeśli wyrządzają krzywdę, robią tak, ponieważ nie czują się bezpieczni czy szczęśliwi. Boją się. A my wiemy, co to lęk. Na przykład jadąc windą z nieznajomą, możemy pomyśleć: „Ona podobnie jak ja boryka się w życiu ze stresem, ma problemy”. Za sprawą naszych nadziei i lęków, radości i cierpienia jesteśmy ze sobą wzajemnie głęboko powiązani. Możemy podejmować tę praktykę podczas śniadania z najbliższymi, na dworcu autobusowym, w poczekalni do lekarza. Czytając w gazecie o kimś, kto miał wypadek samochodowy, możemy wzbudzić w sobie współczucie dla tej osoby i dla jej rodziny, jak gdyby byli naszymi przyjaciółmi. Możemy wzbudzić w sobie współczucie także wobec kogoś, kto dopuścił się przemocy. To trudne, jednak nie jest niemożliwe. Przestajemy wówczas postrzegać siebie jako oddzielonych od innych - poczucie izolacji zmniejsza się, a my się wzmacniamy.

Nie chodzi o to, byśmy uginali się pod ciężarem cierpienia. Możemy wejść w kontakt z głębokim, szczerym współczuciem, nie tonąc w bólu. Możemy być świadomi, że jest przestrzeń o wiele większa niż ból i „oprzeć się” na niej. Oczywiście, świadomość, że ktoś, o kogo się troszczymy, przeżywa ból, może złamać nasze serce, ale złamane serce jest sercem otwartym. Każde bolesne przeżycie to szansa, aby popłynęły przez nas miłość i współczucie.

Żyjemy na jednej planecie i jesteśmy ze sobą połączeni. Gdy rozwijamy współczucie staje się jasne, że wszystko, co robimy dla innych, robimy też dla siebie i na odwrót. Gdy z głębi serca życzymy wszystkim – wszystkim! – szczęścia, uwalniamy się z więzów obojętności i wyobcowania, stajemy się spokojniejsi, bardziej skoncentrowani i uważni, mocniejsi, oddani sobie nawzajem. Tworzymy przyczyny i warunki dla wspólnego szczęścia. Być może już niedługo nie będziemy potrzebowali żadnych praw, armii, policji czy bomb. Każdy z nas ma nieprzebrane pokłady wrażliwości i wielkie serce. Gdy dotykamy tych wrażliwych miejsc, pozwalamy tym samym, aby przepełniło nas współczucie - bezpieczne schronienie dla nas wszystkich.

 

 

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Wysoka wrażliwość – jak z nią żyć?

Osoby wysoko wrażliwe powinny nauczyć się sobą zaopiekować. (Fot. Getty Images)
Osoby wysoko wrażliwe powinny nauczyć się sobą zaopiekować. (Fot. Getty Images)
Tego nie można się „oduczyć” i dzięki pracy nad sobą stać się osobą nisko wrażliwą. To tak, jakby ktoś chciał zmienić kolor oczu – mówi psychoterapeutka Katarzyna Kucewicz. To, co można zrobić, to się o tę swoją inność zatroszczyć.

Niektóre z nas wciąż słyszą o sobie: „przewrażliwiona”, „histeryczka”. Pani proponuje inne określenie: „kobiety, które czują za bardzo”. Taki tytuł nosi też pani nowa książka.
To, co skłoniło mnie do zajęcia się tym tematem, to historie moich pacjentek, ale także krążące opinie na temat tego, że koncepcja psychologiczna dotycząca wysokiej wrażliwości jest wydumanym problemem. Że powstała po to, żeby usprawiedliwić kobietę, która jest niedojrzała emocjonalnie, nie wie, czego chce, a do tego manipuluje innymi, by osiągnąć swoje cele. Wysoka wrażliwość wciąż mylona jest z przewrażliwieniem, z brakiem umiejętności dostosowania się do otaczającego świata, z niedawaniem sobie w życiu rady. Chcę powiedzieć stanowczo: to bzdura! Nieprawdziwa, niesprawiedliwa, bardzo krzywdząca.

I niestety popularna.
Żyjemy w czasie, kiedy przekazy dotyczące emocji i emocjonalności są sprzeczne. Choć wiele mówi się już o wadze umiejętności odczytywania i wyrażania swoich uczuć, to jednocześnie w cenie jest zachowanie twarzy pokerzysty. A kiedy ktoś właśnie swoje emocje wyraża, odpowiedzią otoczenia jest dystans, patrzenie z przymrużeniem oka, jak na kogoś nie do końca poważnego albo gorszej kategorii. Problemem jest nieznajomość podstaw psychologii. A ponieważ ich nam brakuje, mamy tendencję do tego, by rozmaite trudności emocjonalne wkładać do jednego worka z napisem „przewrażliwienie”. Oczywiście są osoby przewrażliwione, czyli takie, których reakcje są nieadekwatne do sytuacji. Jednak to raczej nie jest cecha osobowości. Przewrażliwienie to wynik sytuacji, okoliczności, w jakich ktoś się znalazł – tego, że aktualnie z jakimś tematem jest nam nie po drodze. Tak jak nie po drodze może być kobiecie, która właśnie się rozwodzi, z tematem wielkiej miłości czy walentynek. Może wtedy reagować przesadnie, ale to sytuacyjne i przejściowe. Natomiast wysoka wrażliwość to po prostu cecha charakteru, specyficzny sposób funkcjonowania ośrodkowego układu nerwowego. Nie można się jej „oduczyć” i dzięki pracy nad sobą stać się osobą nisko wrażliwą. To tak, jakby ktoś chciał zmienić kolor oczu. Można założyć soczewki, jednak to będzie tylko udawanie.

Z wysoką wrażliwością się rodzimy?
Tak, bez względu na to, czy wychowaliśmy się w fajnej, ciepłej rodzinie, czy w toksycznej. Nasz mózg po prostu inaczej przetwarza bodźce, które do nas docierają. Mówiąc najbardziej obrazowo, chodzi o to, że intensywniej chłoniemy świat, każdym zmysłem. Dźwięki, zapachy, światło – to wszystko dociera do nas ze zwielokrotnioną mocą. A do tego występuje bardzo duża wrażliwość na ludzi. Takie osoby mają ogromne pokłady empatii, są doskonałymi obserwatorami, po najdrobniejszej zmianie mimiki są w stanie wyczuć czyjeś nastawienie, zmianę nastroju, intencje. To brzmi wręcz fantastycznie, ale taka czułość na szczegóły i umiejętność odbierania świata całym sobą może być bardzo obciążająca, męcząca. Ktoś taki potrzebuje dużo więcej regeneracji i chwil spędzonych w samotności, na odcięciu się od świata. I już to, jak opowiadają moje pacjentki, jest często niezrozumiane przez całą resztę, czyli ludzi nisko wrażliwych.

Według badań proporcje są takie: 20 proc. populacji to osoby wysoko wrażliwe, 80 proc. – nisko wrażliwe. Można poczuć się jak kosmita…
I zapewniam panią, że tak właśnie te osoby się czują. Kiedy koleżanki i koledzy z pracy po ciężkim dniu wybierają się razem na piwo, żeby odreagować i rozluźnić się, osoba wysoko wrażliwa marzy tylko o tym, by wrócić do domu, zaszyć się w ciszy i ciemności. Czuje, że to jest ponad jej siły. A ponieważ dla reszty nie jest to „normalne”, więc zwykle taka kobieta kręci i wymyśla powód, dla którego nie może się spotkać ze znajomymi. Prędzej czy później dostaje łatkę dziwaka czy odludka.

Czy wykształcenie tej cechy to efekt pędzącego współczes­nego świata, czy może tacy ludzie byli zawsze, tylko po prostu nie mówiło się o tym, nie badano tego zagadnienia?
W moim poczuciu i wedle mojej wiedzy ta cecha istniała zawsze. W swojej książce piszę, że pewnie kiedyś kobiety wysoko wrażliwe to były te, które palono na stosach, nazywano czarownicami. Oczywiście to tylko moje gdybanie, ale wydaje mi się, że właśnie ta kobieca intuicja w wydaniu zintensyfikowanym, swoisty nadmiar empatii, zdarzała się zawsze, tylko dopiero dziś zostało to nazwane i opisane. I bardzo dobrze, bo tylko w ten sposób wysoko wrażliwi mogą zdjąć z siebie łatkę dziwaków, nieogarniętych życiowo.
Po napisaniu książki dostaję mnóstwo wiadomości. To tylko potwierdza, że „kobiety, które czują za dużo”, rzeczywiście istnieją i rzeczywiście cierpią. Piszą, że dopiero teraz mogą znaleźć wytłumaczenie dla czegoś, co było źródłem ich kompleksów. Bardzo mnie to cieszy, bo wiedza o tym, jakie jesteśmy i co z czego wynika, daje nam szansę, by się sobą odpowiednio zaopiekować, lepiej zaprojektować swoje życie – to znaczy brać pod uwagę swoją wysoką wrażliwość, kiedy zmieniamy pracę, wybieramy się na wakacje czy kiedy wchodzimy w nowy związek. Ta wiedza to także źródło naszej siły.

Bo kobieta, której zapach perfum koleżanki z pracy przeszkadza na tyle, że nie jest w stanie pracować, nie jest ani histeryczką, ani wariatką.
Nie jest! Podobnie jak ta, która nie potrafi skupić się w szumie biura i której napisanie mejla zajmuje trzy razy więcej czasu, niż kiedy robi to w domowym zaciszu. Czy taka, która zgodnie ze swoimi poglądami chciałaby uczestniczyć w marszach Strajku Kobiet, ale tego nie robi, bo nie potrafi dłużej wytrzymać w tłumie. Z takich właśnie rozterek zwierzają mi się kobiety. Czują, że to, jakie są, w pewnym sensie wyklucza je z normalnego życia. Wyrzucają sobie, że robią z igły widły, więc znoszą ten zapach perfum koleżanki w milczeniu i z bólem głowy! Za wszelką cenę starają się dostosować.

Krytyka innych boli…
Czasem, żeby niedowiarkom zobrazować odczucia osoby wysoko wrażliwej, mówię, że taki człowiek czuje się non stop tak, jakby stał na ruchliwym skrzyżowaniu w Tokio. Proszę sobie wyobrazić, że jest pani średnio 12 godzin na dobę w miejscu, w którym wciąż trąbią, jest tłum, szum, ktoś panią co chwilę potrąca, o coś pyta, ktoś inny krzyczy do telefonu. Głowa nam pęka, a o ucieczce nie ma mowy. Przyjemnie? No właśnie… A tak czuje się przez większość czasu osoba wysoko wrażliwa.
O tym, jak mocno odbiera świat, świadczy z pozoru drobny, ale przewijający się w opowieściach moich pacjentek drobiazg – drapiące metki! Ten dotyk to dla nich tak nieprzyjemne uczucie, że pierwszą rzeczą, którą robią po przyjściu do domu z nowym ciuchem, jest jej wycięcie.

Próba dostosowania się do standardów osób nisko wrażliwych ma swoją cenę, prawda?
Zdecydowanie tak! Koszty są czasem naprawdę duże, dlatego nie wolno tego robić!

Czy można wpędzić się w ten sposób w stany depresyjne?
Badania nad osobami wysoko wrażliwymi prowadzone przez doktor Elaine Aron, twórczynię pojęcia wysokiej wrażliwości, wykazały co prawda, że nie ma żadnych różnic między osobami wysoko i nisko wrażliwymi w zakresie zapadania na depresję i zaburzenia lękowe, ale też kiedy osoba wysoko wrażliwa już choruje na depresję, to bardzo często u jej podłoża leży ten sam powód: ostracyzm i odrzucenie społeczne. To dowodzi tego, jak bardzo cierpią ludzie wysoko wrażliwi.

Wspomniała pani, że swoją wysoką wrażliwość należy mieć na uwadze także wtedy, kiedy wchodzimy w nowy związek. Co to dokładnie oznacza? Na co warto zwrócić uwagę?
Mogłoby się wydawać, że z wysoko wrażliwymi osobami najlepiej dogadują się inni wysoko wrażliwi. Otóż to nie takie proste. Mam w terapii takie pary – wcale nie są to związki idealne, bo to relacje kompletnie „odbodźcowane”, a to też nie jest zdrowe. Pojawia się wtedy taki poziom nudy i rutyny, który może być szkodliwy dla związku. A skoro pyta pani, na co zwrócić uwagę, odpowiem tak: jeśli wysoko wrażliwa kobieta znajduje nisko wrażliwego partnera lub nisko wrażliwą partnerkę, polecam, by z jednej strony dała jemu czy jej żyć – czyli miała na uwadze, że taka osoba potrzebuje większej porcji bodźców – ale z drugiej strony uświadomiła partnerowi, jakie są jej potrzeby: czytelnie, otwarcie, szczerze. I uprzedziła, że fakt, iż potrzebuje być często sama, nie wynika z tego, że nie jest im już po drodze czy że się od siebie oddalają. Ona po prostu wycofuje się, by złapać oddech, a nie wycofuje się z relacji.

Usłyszała pani od którejś pacjentki lub czytelniczki, że przez swoją wysoką wrażliwość zmuszona jest obchodzić się ze sobą trochę jak z jajkiem?
Nie chodzi o to, by obchodzić się ze sobą jak z jajkiem. Wysoka wrażliwość to nie choroba! Chodzi o to, by zapewnić sobie warunki adekwatne do swoich potrzeb, by te potrzeby szanować, brać je pod uwagę w codziennym życiu. Elaine Aron używa pewnej metafory – tłumaczy, by zaopiekować się sobą tak, jak opiekujemy się noworodkiem. Kiedy płacze, nie dyskutujemy, czy ma powód, po prostu otaczamy małe dziecko czułością – przytulamy, karmimy. Wyrazem czułości wobec siebie będzie choćby to, jakie miejsce wybierzemy na wakacje. Ktoś, kto stale przebywa na skrzyżowaniu w Tokio, nie powinien odpoczywać w Nowym Jorku, ale raczej na wsi pod miastem. Raczej joga, a nie crossfit. Po prostu.

Wyrazem czułości będzie chyba także spojrzenie na swoją wrażliwość jako wartość, bo z tej cechy świat może korzystać!
Zdecydowanie może! Osoby wysoko wrażliwe to świetni pracownicy. Pilni, sumienni, skuteczni. Genialnie sprawdzają się podczas negocjacji – wyczuwanie niuansów, subtelnych sygnałów jest tu przecież bezcenne. Zresztą w wielu krajach w dużych firmach prowadzone są specjalne szkolenia dla dyrektorów i osób zarządzających na temat tego, jak wykorzystać ogromny potencjał osób wysoko wrażliwych. Bo jeżeli zapewni się im odpowiednie warunki, będą rozkwitać, z korzyścią dla wszystkich dookoła. To samo dotyczy ich życia prywatnego. Osoba wysoko wrażliwa to genialny przyjaciel – potrafi słuchać, ma ogromne pokłady empatii, dogłębnie wszystko analizuje, więc potrafi też doradzić. A czy nie tego potrzebujemy właśnie od bliskiej osoby?!

Katarzyna Kucewicz, psycholog, psychoterapeutka. Współprowadzi w Warszawie Ośrodek Psychoterapii i Coachingu „Inner Garden”. Jej książka „Kobiety, które czują za bardzo” ukazała się nakładem wydawnictwa Rebis. (Fot. materiały prasowe)Katarzyna Kucewicz, psycholog, psychoterapeutka. Współprowadzi w Warszawie Ośrodek Psychoterapii i Coachingu „Inner Garden”. Jej książka „Kobiety, które czują za bardzo” ukazała się nakładem wydawnictwa Rebis. (Fot. materiały prasowe)

  1. Psychologia

Aloha znaczy miłość. Kilka słów o filozofii huna i masażu lomi lomi nui

W filozofii huny, czyli starożytnej wiedzy polinezyjskich kahunów, tył ciała symbolizuje przyszłość, czyli coś, czego nie jesteśmy w stanie zobaczyć, natomiast przód to przeszłość. (Fot. iStock)
W filozofii huny, czyli starożytnej wiedzy polinezyjskich kahunów, tył ciała symbolizuje przyszłość, czyli coś, czego nie jesteśmy w stanie zobaczyć, natomiast przód to przeszłość. (Fot. iStock)
Ta ceremonia to coś więcej niż relaks i przyjemność. To czułość w najczystszej postaci. Jedni porównują ją do bycia łagodnie obmywanym przez wody oceanu, inni – do troskliwego dotyku matki lub zmysłowych objęć kochanka. Joanna Przybyła, która specjalizuje się w hawajskim masażu lomi lomi nui, wyjaśnia, jaka filozofia stoi za tymi wszystkimi doznaniami.

Ja po prostu stwarzam przestrzeń akceptacji i czułości. Chcę, by osoba masowana czuła się bezpieczna, zrelaksowana i otoczona miłością – to esencja ceremonii lomi lomi nui – mówi terapeutka holistyczna Joanna Przybyła. Celem jest lekkość, miękkość, przepływ. W miękkim ciele może bowiem płynąć swobodnie MANA, czyli energia życiowa, w innych systemach nazywana praną, qi lub czi. Sam masaż też jest płynny, z dużą ilością olejków i posuwistymi, niemalże tanecznymi ruchami osoby masującej. – Niektórzy mówią, że ten dotyk jest jak fale oceanu, ja widzę w nim ruchy żółwia oceanicznego, który w majestatyczny sposób rozgarnia wodę swoimi wielkimi płetwami – wyznaje. To bardzo intensywna praca mięśniowo-powięziowa. Pracuje się przedramionami i dłońmi na dużych partiach mięśni oraz na stawach, wykonując właściwie jeden podstawowy ruch, ale w różnych konfiguracjach. – W przekładzie „lomi lomi nui” można rozumieć jako „dotyk miękką łapą zadowolonego kota” – śmieje się terapeutka.

W ten właśnie łagodny, niespieszny sposób (ceremonia masażu trwa zwykle około dwóch godzin) rozpuszcza się zastoje, zlokalizowane w napiętych mięśniach czy zastygłych stawach. Miękkość ma się pojawić we wszystkich strukturach – bo jeśli puścimy kontrolę ciała, to i umysł będzie mógł się uwolnić. Rytuał jest płynny i lekki także dlatego, by łatwiej mogła się podczas niego ujawnić intencja, z jaką przychodzimy.

Bo lomi lomi nui to masaż intencyjny. Zaczyna się go od małej ceremonii, sam na sam ze sobą, w pokoju do masażu. Swoją intencję trzeba poczuć i ją wyrazić. A wcześniej dobrać ją z myślą o naszym najwyższym dobru – to może być na przykład intencja większej harmonii w naszym życiu, uzdrowienia, zamknięcia tego, co złe, spokoju ducha, większej radości, nowej miłości... Joanna Przybyła prosi, by z tą intencją zapalić świeczkę, która będzie się paliła podczas całego masażu. – Chodzi o to, by to puścić, by poszło to z lekkością. Poczuć w ciele, jak się już manifestuje – temu też służy masaż – tłumaczy.

Na początku terapeutka pyta masowanego, czy życzy sobie, żeby zaintonowała dwie modlitwy, obie po hawajsku. Pierwsza to „Aumakua”. Samo słowo znaczy: wyższe „ja”. W modlitwie prosi się je, by zesłało na masowaną osobę wodę życia i żeby jej intencja mogła się zamanifestować. AUMAKUA to nasz duch opiekuńczy, który potrafi uzdrawiać i ma wielką moc, ma też kontakt z Bogiem, naturą, wszechświatem, źródłem – jakkolwiek ten byt chcemy nazwać. Akurat Hawajczycy są mocno związani z naturą, ona dla nich jest bogiem, można więc uznać, że to prośba skierowana do niej.

Druga modlitwa to „Noho ane ke akua”, w której Joanna odwołuje się do bogini Laka, opiekunki tancerzy hula. Bo osoba, która masuje, jest tak naprawdę tancerzem hula. Taniec hula ma specyficzne kroki i sposób poruszania się. Osadzenie nisko na kolanach i rozbujane biodra symbolizują połączenie z energią ziemi. W tańcu i podczas masażu kroki są te same. – Dlatego dla mnie lomi lomi nui to rodzaj medytacji w ruchu – mówi terapeutka.

Ceremonii towarzyszy też hawajski klimat – muzyka, olejki, wyższa temperatura powietrza. Osoba masowana leży na gumowanym prześcieradle, ułatwiającym wykonywanie ruchów masujących pod ciałem. Jest bez bielizny, pareo przykrywa jedynie miejsca intymne, które nie są dotykane. Joanna omija też piersi – skupiając się jedynie na przestrzeni pomiędzy nimi. Zaczyna od pleców, karku i tyłu nóg, masuje łagodnymi, ale zdecydowanymi ruchami. Po chwili podnosi rękę, jedną i drugą, oraz nogi, trzeba nimi bardzo delikatnie poruszyć w stawach, tak jakby masowany płynął żabką.– Najlepiej, gdy w żaden sposób nie pomaga mi podczas podnoszenia jego ręki czy nogi, bo w ten sposób całkowicie poddaje się masażowi – mówi terapeutka. – To uczy tego, jak zaufać drugiej osobie na tyle, by przestać kontrolować to, co robi z naszym ciałem. Im bardziej odpuścimy tę kontrolę, tym więcej skorzystamy. Ale kiedy czuję, że ciało wyhamowuje, że nie ma jeszcze tego pełnego poddania, traktuję to z szacunkiem. Widocznie nie jest jeszcze na to gotowe, ale może ta lekkość za jakiś czas się pojawi. Może ciało odnajdzie wreszcie przyjemność w odpuszczeniu kontroli.

Nowa przestrzeń życia

Zgodnie z nurtem Aloha International, organizacji, w której kształciła się Joanna Przybyła i z ramienia której jest też nauczycielką, masaż lomi lomi nui łączy filozofię huny, czyli starożytnej wiedzy polinezyjskich kahunów z tańcem hula oraz kinomaną, czyli pracą poprzez ciało. – Ciało jest bramą do naszej świadomości, ale jest też domem dla myśli, jak mówi huna. Ono jest naszym drogowskazem, przewodnikiem. Tym bardziej powinniśmy o nie dbać – tłumaczy terapeutka. Musimy je nakarmić, ubrać, zadbać, by było mu ciepło – tylko wtedy jesteśmy w stanie funkcjonować. Dopiero kiedy zadbamy o swoją przestrzeń fizyczną, będziemy w stanie pomyśleć o czymkolwiek innym. Dlatego szanujmy nasze ciało, słuchajmy, co do nas mówi, żeby nie musiało krzyczeć.

Co ciekawe, w masażu i filozofii huny tył ciała symbolizuje przyszłość, czyli coś, czego nie jesteśmy w stanie zobaczyć, natomiast przód to przeszłość. – Kiedy mówię o tym ludziom przed masażem, to potem wyznają, że podczas ceremonii mocno tego doświadczali. Plecy, pośladki, łydki, kark – te rejony mamy zwykle najbardziej spięte. Niektórzy mówią, że kiedy podczas masażu stopniowo się rozluźniały, czuli, jakby się wreszcie otwierali na swoją przyszłość. Na to, że może być piękna i służąca – opowiada Joanna. – Czasem dla kobiet trudny jest moment, kiedy z brzucha obracam je na plecy i widać ich piersi. Na poziomie bardzo intuicyjnym, płynącym z serca, czuję, jakby wstydziły się swojej przeszłości. Ale w trakcie masażu to się zmienia. Słyszę, że robią głęboki wdech i wydech, jakby odpuszczały to, co było. Chciałabym, by zrozumiały, że nasza przeszłość, jakakolwiek była, jest do uznania, czułego spojrzenia na nią, zaopiekowania się nią. To już minęło, nie zmienimy tego, nasze przeszłe doświadczenia, nawet jeśli wymagające, pozwalają po przetransformowaniu osadzić się w mądrości i mocy.

W trakcie masażu często pojawiają się łzy wzruszenia. Poczucie, że był to bardzo osobisty moment. – Kobiety mówią, że nigdy nie okazały sobie tyle czułości, ile dostały ode mnie. Mężczyźni wyznają, że nie pamiętają, by ich matka była dla nich kiedykolwiek tak dobra jak ja. Też odczuwam to wzruszenie. Dla mnie to piękny taniec duszy z duszą, ciała z ciałem – mówi Joanna Przybyła.

I dodaje, że ważny jest też moment, w którym schodzi się ze stołu do masażu. Warto zwrócić wtedy baczną uwagę na swoje kroki, bo w tym momencie wchodzi się w zupełnie nową przestrzeń swojego życia.

Joanna Przybyła, terapeutka holistyczna, praktyk i nauczycielka masażu lomi lomi nui. Specjalizuje się też w terapiach dźwiękiem. Więcej informacji na www.kalejdoskopth.pl.

  1. Psychologia

Demony przeszłości pozbawiają cię energii? Sprawdź, jak odkryć w sobie wewnętrzną moc

Historie z przeszłości pętają nas niewidzialną linią. Odzywają się w najmniej odpowiednim momencie, uruchamiają scenariusz wina-krzywda i pozbawiają nas energii. Aby raz na zawsze się z nimi rozprawić, należy odkryć w sobie wewnętrzną moc. (Fot. iStock)
Historie z przeszłości pętają nas niewidzialną linią. Odzywają się w najmniej odpowiednim momencie, uruchamiają scenariusz wina-krzywda i pozbawiają nas energii. Aby raz na zawsze się z nimi rozprawić, należy odkryć w sobie wewnętrzną moc. (Fot. iStock)
Nogi jak z waty, brak energii, uwięzły w gardle głos... Kto lubi tak się czuć? A jednak to dar od ciała, które, skarżąc się na brak oparcia, skłania nas do odkrycia wewnętrznej mocy – pisze psychoterapeutka Ewa Klepacka-Gryz.

Każda z nas nosi w sobie wiele historii o krzywdzie: nadopiekuńcza matka, nieobecny ojciec, nieczuła babcia, nielojalna przyjaciółka, partner, który porzucił… Wtedy jakoś dałyśmy sobie radę, przeżyłyśmy, podniosłyśmy się z kolan, choć wydawało się, że gorzej już być nie może. Jednak te historie z przeszłości nadal pętają nas niewidzialną liną. Odzywają się w najmniej odpowiednim momencie, zupełnie jakby ktoś nagle pociągnął za sznur, i uruchamiają scenariusz wina-krzywda, który ujawnia się w stwierdzeniach: „Byłam wyjątkowo niegrzecznym dzieckiem”, „Mój ojciec chciał syna” czy „Znów wybrałam niewłaściwego mężczyznę”. Powroty do przeszłości, w której przecież nic już się nie da zmienić, naprawić – pozbawiają nas energii, a złudna nadzieja, że w dorosłym życiu ktoś da nam to, czego nie dali rodzice, odbiera moc.

Moc przychodzi z niemocy

„Chcę ruszyć do przodu, ale coś mnie zatrzymuje”... „nogi mam jak z waty, brakuje mi energii”... „ostatnio często tracę głos” – to kłopoty, z którymi przychodzą do mnie silne kobiety. Silne, bo w świecie zewnętrznym nie ma na nie mocnych, udaje im się wszystko załatwić, zorganizować, zaplanować, dopilnować. Silne, bo wiedzą, czego potrzebują: „Muszę tylko przepracować dzieciństwo”, „muszę zamknąć ostatni toksyczny związek”, „jestem DDA i dlatego nie mogę stanąć na własnych nogach”. Jak Marta, z którą miałam sesję w zeszłym tygodniu.

– Byłam molestowana seksualnie przez ojczyma – wyznała na samym początku spotkania. – Muszę to wreszcie załatwić. Jak długo można rozpamiętywać przeszłość?! – Ile miałaś lat? – Siedem… to się stało w dzień moich urodzin. Wierzysz mi?

Jasne, że wierzyłam.

Marta kilka razy rozpoczynała terapię. Przerywała, kiedy zbliżał się temat ojczyma, bo nie była gotowa się z nim zmierzyć. Twierdzi, że teraz już jest. – Nie jesteś. Bo wspomnienie przeszłości ciągle wrzuca cię w rolę krzywdzonego dziecka – stopuję ją. – To co mam zrobić? – Wstań z krzesła, stań mocno na ziemi, lekko ugnij kolana, zamknij oczy i poczuj moc swoich ud, bioder, brzucha.

Marta ma mocny brzuch i silne uda, bo od dziecka ćwiczyła lekkoatletykę. Zosia, pacjentka, która zgłosiła się w sprawie „niemocy” po przemocowym związku, nie cierpi swojego brzucha. Jej partner powtarzał, że „spasła się jak świnia”, kilka razy uderzył ją w brzuch, który po ciążach sama nazywa „sflaczałym”.

– Najgorszy był ostatni poród. Dziecko było duże i dwóch lekarzy dosłownie rzuciło mi się na brzuch. Od tamtej pory niewiele czuję od pępka w dół – opowiada.

Biedne te nasze brzuchy, biodra, uda. Bywa, że wiele muszą znosić, ale… „Nasze ciała są jak ziemia, która ma swój krajobraz zmieniający się pod wpływem zabudowywania, parcelowania, kopania i burzenia” – tłumaczy Clarissa Pinkola Estés w „Biegnącej z wilkami”. W historii o Kobiecie Motylu rytualny taniec, na którego pokaz ściągają do Meksyku podróżni z całego świata, wykonuje stara, gruba kobieta. Ma wielki brzuch, cienkie nogi, ciało naznaczone bliznami i rozstępami, szerokie biodra.

„Biodra są szerokie nie bez powodu – w nich mieści się miękko wyścielona kołyska dla nowego życia. Biodra kobiety są dźwignią dla ciała znajdującego się nad i pod nim; są bramą, miękką poduszką, podstawą miłości, schronieniem dla dzieci. Nogi muszą być silne, bo mają dobrze nieść, czasem popędzać, dźwigać w górę, są anillo – obręczą obejmującą kochanków. Natura chce, by ciało czuło, by miało kontakt z przyjemnością, sercem, duszą, dzikością” – wyjaśnia Estés.

Era kobiet bez brzucha

– Och, w naszych brzuchach jest tak wiele: ogień, seksualność, twórczość, energia życia – tłumaczy Ania Rogowska, psycholożka, terapeutka pracująca z ciałem, kobieta zwołująca kręgi, współzałożycielka Szkoły Wrażliwości. – A moc? – Jest moc, ale niekoniecznie rozumiana jako coś mocnego, bywa, że w brzuchu jest coś bardzo delikatnego, wrażliwego, można powiedzieć, że taka mała dziewczynka. Kobiecie trudno jest się spotkać z czymś tak delikatnym. Jedna moja pacjentka odkryła w swoim brzuchu ogień, który miał różne aspekty: był zimny, ale też gorący. Wystarczyło go poznać, zaufać mu, by łatwiej wyrażać siebie.

Zdaniem Ani kobieca moc nie zawsze musi być intensywna, dzika, dynamiczna. Jeśli jest subtelna, czuła – uczy wrażliwości i delikatności wobec siebie. Czucie siebie w ten sposób sprawia, że już nie można się zgadzać na wszystko czy wyrządzać sobie krzywd.

Ania mówi, że żyjemy w kulturze kobiet bez brzucha; „nie wypinaj się”, „wciągnij brzuch”, a przecież brzuch nawet bardzo szczupłej kobiety jest lekko wypukły. Chyba że kobieta żyje na wdechu, np. z lęku, że wypuszczenie powietrza oznacza deformację figury. Życie „na wciągniętym brzuchu” sprawia że nogi są słabe: drżące uda, sztywne kolana, niestabilne kostki. Kulisz się: szyję chowasz w ramiona, zamykasz klatkę piersiową, ręce nie mają odwagi ani sięgać, ani wyznaczać granic. Głos ci drży, każde „nie’’ więźnie w gardle. W twoim ciele „bez brzucha” nie ma mocy. Bez niej nie ruszysz do przodu, bo przeszłość będzie ściągać cię do tyłu. Bez niej nie rozliczysz się z przeszłością, bo będąc w tamtej roli – krzywdzonego dziecka czy krzywdzonej kobiety – nie zrobisz nic więcej, niż zrobiłaś wtedy.

Kiedy puścisz brzuch, poczujesz swoją moc, dogrzebiesz się i do ognia, i do wrażliwości, i do traum małej dziewczynki, która w przeszłości nie mogła się obronić, bo była dzieckiem.

Ja chcę czuć

– Niedawno przyszła do mnie kobieta, która nie mogła wyrazić samej siebie, nie czuła siebie – opowiada Ania Rogowska. – Okazało się, że blokada była właśnie w brzuchu. To był ogień, którego się bała. Po tym odkryciu kobieta zaczęła malować.

Zdaniem terapeutki pierwszym krokiem w procesie odkrywania mocy w brzuchu jest decyzja, że „ja chcę czuć”. To postanowienie, którego już nie da się odwrócić czy zignorować. Drugi krok to ciekawość, która daje odwagę do wyruszenia na spotkanie z brzuchem. Kolejny to wchodzenie w głąb, poczucie siebie od środka i słuchanie tego. To uczy zaufania. Brzuch staje się wtedy czułym narzędziem do nawigowania i portalem do kontaktowania się z różnymi siłami.

– A co z lękiem? – pytam, wspominając te wszystkie dzielne i silne kobiety, które spotkałam na swojej drodze.

Aneta, pilotka samolotu, w wieku 35 lat przestała miesiączkować, a kiedy poprosiłam, żeby położyła dłoń na brzuchu, wybiegła z gabinetu, szlochając. Mirka od 13. roku życia cierpiała na zaburzenia odżywiania, w trakcie sesji oddechowej puściła brzuch, a kiedy jej ciało zaczęło drżeć, powiedziała, że się boi, bo nie wie, co się z nią dzieje.

– Lęk przed schodzeniem w głąb brzucha jest naszym sprzymierzeńcem, ponieważ wymaga niezwykłej uważności na to, czy ja naprawdę mogę już tam wejść, czy jestem gotowa – tłumaczy psycholożka. – Podpowiada, jakie powinny być spełnione warunki: bardzo bezpieczna przestrzeń, odpowiedni czas, wolne tempo. Nie można tego procesu popędzać, a przecież żyjemy w czasach, gdzie wszystko ma być szybciej.

Odkrycie kobiecej mocy wymaga odwagi dotknięcia tego, co boli, i czucia. Czasami łatwiej jest czuć to, co było kiedyś, a nie to, co jest teraz. Dlatego tak bardzo wrzuca nas w role z przeszłości. Bezpieczniej jest czuć rodowe cierpienia niż „tu i teraz”. Trudno jest przytrzymać się w tym: położyć się i czuć, nie robić nic, tylko być.

–Nie pomogą ci w tym żadne superwarsztaty, supermetody terapeutyczne czy superterapeuci, jeśli nie odkryjesz swojego świadomego „chcę”, nie poczujesz gotowości, granic, które możesz przekroczyć, tajemnic, które możesz ujawnić – tłumaczy Ania.

W kontakcie z brzuchem - ćwiczenie

  • Połóż jedną dłoń na brzuchu, a drugą na sercu.
  • Poczuj, czy to już ten czas, żeby posłuchać, co w tobie tu i teraz.
  • Pamiętaj, jeżeli nie będzie w tobie gotowości, żadna metoda nie pozwoli ci skontaktować się z prawdziwą mocą.
  • Jeśli naprawdę chcesz, brzuch cię poprowadzi; nie spiesz się, bądź uważna, delikatna, rób to z miłością.

Ewa Klepacka-Gryz, psycholog, terapeutka, autorka poradników psychologicznych, trenerka warsztatów rozwojowych dla kobiet; www.terapiavia.com.

Zapraszamy do dzielenia się swoimi opowieściami o budzeniu mocy. Czekamy na listy od kobiet, które odkryły swoje własne metody pracy z mocą, również te, które pracują w tym temacie z innymi kobietami. Piszcie na adres sens@grupazwierciadlo.pl.

  1. Psychologia

Bezinteresowna dobroć wywołuje poczucie spełnienia - podziel się sobą

Szczodrość i szczęście wzajemnie wywołują się i wzmacniają, odzwierciedlając naszą najgłębszą istotę. Dlatego właśnie, gdy dajemy 
 z serca, wydaje nam się to tak naturalne. (Fot. iStock)
Szczodrość i szczęście wzajemnie wywołują się i wzmacniają, odzwierciedlając naszą najgłębszą istotę. Dlatego właśnie, gdy dajemy z serca, wydaje nam się to tak naturalne. (Fot. iStock)
Czy w czasach kryzysu można być szczodrym? Można, gdyż najważniejsze przejawy szczodrości są niematerialne.

Rozmowy o szczodrości są ogromnie pouczające. Jak ją rozumiemy? Jakiej szczodrości doświadczyliśmy i doświadczamy od ludzi? Czym my się dzielimy? Jakich ludzi uważamy za szczodrych? Czy ktoś może w ten sposób powiedzieć o nas? Hojność rozumiemy najczęściej jako dzielenie się dobrami materialnymi, szczodrość – niematerialnymi. Próbowałam rozmawiać i o szczodrości, i o hojności, jednak rozmowy zawsze schodziły na dzielenie się… sobą. Źródeł szczodrości upatrujemy najczęściej w otwartym byciu z drugą osobą. To tak, jakby było w nas pęknięcie – z jednej strony chcielibyśmy doświadczać od ludzi hojności materialnej, z drugiej – najbardziej cenimy te subtelne, niematerialne dowody wsparcia, troski i miłości. W naszym chaotycznym świecie, w tych niełatwych czasach to jest odkrycie naprawdę budujące – kryzys może pozbawić nas części dochodów, obniżyć standard życia, ale przecież nie odbiera nam wewnętrznej szczodrości, którą – jak się okazuje – cenimy najbardziej. Możemy więc zbudować nowy świat na czymś, co nic nie kosztuje. Szczodrością dysponujemy wszyscy. Nie traci na giełdzie, nie dewaluuje się i nie ulega przecenie, nie kruszy się i nie rdzewieje, nie trzeba jej strzec. Nikt nie może jej ukraść, jest wolna i bezpieczna.

Znana piosenkarka Eleni powiedziała mi kiedyś, że nigdy nie czuje się tak spełniona i spokojna jak wówczas, gdy dzieli się sobą, swoją twórczością i pieniędzmi z innymi: „Skoro tak, to o cóż innego mogłoby w życiu chodzić?”. A jednak doświadczenie uczy, że nie zawsze czujemy się dobrze, dając coś innym albo przyjmując czyjąś hojność.

Polne goździki prześwietlone słońcem

Szczodrość nie ma nic wspólnego z handlem, zyskiem i stratą. Być szczodrym to być bezinteresownym, działać z pobudek serca. Jeśli dając, czujemy, że coś tracimy, nie ma energii w takim dawaniu. Jeśli dając, czujemy się skrzywdzeni (z powodu poświęcenia czy rezygnacji z siebie) – to także nie jest szczodrość. Dawanie w oczekiwaniu na wzajemność nie nakarmi tego delikatnego miejsca w nas, które tęskni za bezinteresownym dzieleniem się radością istnienia. Paradoksalnie jednak, gdy jesteśmy hojni bez oczekiwania wyrównania, życie tę hojność wyrównuje.

– To, co dasz innym, wróci do ciebie, być może nie od razu, ale za to na pewno – mówi aktorka Anna Nehrebecka, postrzegana przez ludzi jako bardzo szczodra osoba. – To tak jak z ziemią, jeśli o nią dbasz, uprawiasz, zasiewasz, doglądasz wzrostu nasion, ona hojnie odpłaca.

– Pod koniec lat 80. byliśmy biedakami po studiach, w wynajętym mieszkaniu, z sąsiadem alkoholikiem za ścianą, z bardzo chorym dzieckiem. Anna Nehrebecka była sławną aktorką, występowała w filmach i grała w teatrze. Mieszkaliśmy niedaleko Ani, w pobliskim budynku – opowiada Grażyna. – Pomagała nam, woziła do szpitala, uczyła mnie opieki nad dzieckiem, obdarowała mnóstwem rzeczy, mąż Ani Iwo specjalnie jeździł do stolarza, żeby ze starej półki, którą dostaliśmy od księdza Ziei, zrobić komodę, a potem dźwigał ją dla nas po schodach… A gdy wyjechali na miesięczny urlop, pozwolili nam zamieszkać w swoim mieszkaniu. Zawsze będę jej wdzięczna – mówi Grażyna. – Przecież w artystycznym środowisku Ani byliśmy nikim.

Dużo by pisać o tego typu działaniach aktorki. Ona nie chce o nich mówić: – Jeśli daję, to spontanicznie, nie rozmyślam o tym ani przed, ani po.

– Dawanie przyjaciołom, ludziom bliskim jest naturalne i łatwe – twierdzi. – O wiele trudniej o szczodrość codzienną i dla obcych. Jak pisał Hemar: „Bo nam najbardziej dni powszednie ciążą”. Szczodrość codzienna to przeprowadzenie przez jezdnię starszej osoby, przytrzymanie jej drzwi w sklepie, serdeczny uśmiech do ekspedientki, zrobienie zakupów samotnej osobie, bez wystawiania rachunku, bez oczekiwania wdzięczności, po prostu.

Jest przekonana, że takie drobne gesty, których zazwyczaj nie doceniamy, mają siłę. – Żadne dobre słowo nie ginie; nawet jeśli w pierwszej chwili ktoś nie zareaguje na naszą życzliwość, ona zapisuje się w nim i wraca, gdy człowiek potrzebuje pocieszenia. A wszyscy potrzebujemy, bo daje siłę na przetrwanie, chroni przed zgorzknieniem i zamknięciem, pozwala żyć. Często przypomina mi się obraz z dzieciństwa. Miałam pięć lat i patrzyłam na oświetlone słońcem maleńkie, różowe, rozsiane w trawie polne goździki, i taka radość we mnie. Nie przywiązujemy wagi do tych sekundowych uniesień, a to z nich właśnie budujemy siebie. Nie wiadomo kiedy wspomnienie naszego uśmiechu rozjaśni komuś życie.

Sama także zaznała ludzkiej szczodrości. Druga połowa lat 80., oboje z mężem bez pracy, stan wojenny, problemy zwykłe dla tego czasu. – Stałam przed dylematem, czy cena za moją postawę nie jest zbyt wysoka, czy nie płacą jej moi bliscy. Byłam podłamana – opowiada aktorka. – I nagle przychodzi ktoś, kto mówi: „To jest nagroda Solidarności z Brukseli za to, kim pani jest”. Pamięta, że się rozpłakała.

Lata 2001–02, z mężem na placówce w Brukseli. Po wyborach i zmianie rządu w kraju brutalne i kłamliwe ataki brukowej prasy, przed którymi nie sposób się bronić. Nie przetrwaliby bez życzliwych ludzi; wieczorem zawsze telefon: „Czekamy na was”.

– Byli z nami, po prostu byli.

Kilka lat temu ukazała się fascynująca książka „Nowa Ziemia” Eckharta Tolle (autora bestsellerowej „Potęgi teraźniejszości”), będąca zapowiedzią zmian świadomości, którym będziemy podlegać w następnych latach, jeśli oczywiście otworzymy się na te zmiany. Jaka będzie nowa Ziemia? „Źródło wszelkiej Obfitości nie znajduje się na zewnątrz – pisze Tolle. – Jest ono częścią tego, kim jesteś”.

Proponuje, aby zacząć od dostrzegania i doceniania bogactwa na zewnątrz. Zauważenia pełni życia w cieple słońca na twarzy, w soczystym owocu, w pięknie gwałtownej wiosennej ulewy, w śpiewie ptaków. Ta pełnia życia obecna jest na każdym kroku. Uznanie i wdzięczność dla niej budzą drzemiącą w nas szczodrość. A wtedy wystarczy pozwolić jej wypłynąć.

„Gdy uśmiechasz się do nieznajomego, już następuje krótki wypływ tej energii – pisze Tolle. – Stajesz się dawcą. Często zadawaj sobie pytanie: »Co mogę dać? Jak mogę przysłużyć się tej osobie, tej sytuacji?«”.

Wyzdrowiałam, bo byłam dla siebie hojna

– Los był dla mnie hojny, bo zesłał mi chorobę. Nie mówię tak dlatego, że to fajnie brzmi, ale dlatego, że tak czuję. Warto było zachorować, nie było łatwo, ale było warto – mówi Urszula Jaworska, szefowa fundacji swojego imienia zajmującej się badaniem potencjalnych dawców szpiku i pomaganiem chorym.

O tym, że to białaczka, dowiedziała się jesienią 1994 roku. Przyszła do domu i zobaczyła coś strasznego: na środku pokoju klęczał mąż i płakał, obejmowała go ich czteroletnia córeczka. To wtedy postanowiła, że najbliżsi płaczą przez nią ostatni raz.

O operacji przeszczepienia Uli szpiku od dawcy niespokrewnionego, pierwszej tego typu w Polsce, pisały niemal wszystkie gazety. Stała się popularna. Postanowili z mężem, że ich doświadczenie w walce z chorobą nie może pójść na marne. Założyli Fundację Urszuli Jaworskiej i Bank Dawców Szpiku, jakiego dotąd u nas nie było.

Z Urszulą spotykam się w siedzibie jej fundacji o dziewiątej rano. Wczoraj była w Gdyni, jutro jedzie do Poznania. W trakcie naszej rozmowy odbiera telefony, a dzwonią co kilka minut. Będzie rozmawiała ze mną tak długo, jak zechcę, ale bez telefonów nie da rady, czekają sprawy i chorzy.

– Myślałam o tym, jak podziękować za hojność wszystkim, którzy zbierali pieniądze na moje leczenie i byli ze mną, a przede wszystkim mojej holenderskiej dawczyni, 45-letniej kobiecie z czwórką dzieci. Jak miałam to zrobić? Powiedzieć: dziękuję? To za mało!

Po trzech latach od operacji napisała list do Holenderskiego Rejestru Dawców Szpiku, że założyła fundację i Bank Dawców i w ten sposób dziękuje, pomagając innym. Bo hojność jest zaraźliwa.

W swoim postanowieniu, że się nie podda, że będzie walczyć, utwierdzała się wiele razy. Po operacji leżała w szpitalu, a mąż i zaprzyjaźnieni artyści zorganizowali dla niej charytatywny koncert w teatrze Syrena.

– Płakałam, gdy zaśpiewali napisaną dla mnie piosenkę „Poczekajmy na Urszulę…” i połączyli się ze mną telefonicznie. Powiedziałam tylko: „witajcie, kochani”, i usłyszałam brawa na widowni. Jak po tym wszystkim miałabym się poddać? Wy mi tyle daliście, to ja wyzdrowieję!

– Ich energia, serce, miłość w żadnym razie nie mogą być zmarnowane – mówi dobitnie. – Dlatego teraz uczciwie i rzetelnie jestem dla tych, którzy potrzebują pomocy, spłacam dług.

Kilka lat temu dzięki Fundacji Urszuli Jaworskiej po raz pierwszy w Polsce spotkał się dawca szpiku z jego biorcą, dziesięcioletnim chłopcem. Obaj płakali. – Nigdy nie zapomnę tych łez – zwierzała się Urszula dziennikarzom. – Ryczałam z nimi.

Bank Dawców już jest. Teraz jej pomoc polega na czymś innym: – Chorzy w Polsce czują się bezradni i samotni, nie znają swoich praw, więc mówię im, co im się należy i że mają egzekwować prawo do leczenia, wymagać, być asertywni, walczyć o siebie. Nikt ich tego nie uczy, a to podstawowa sprawa.

Daje sobie prawo do rozmów z chorymi, ponieważ przeszła przez to, przez co oni przechodzą, i wygrała z chorobą.

– Jak chory jest oporny, nie chce być hojny dla siebie i wyzdrowieć, to ja nim potrząsnę: jeśli jesteś takim egoistą, że nie walczysz o siebie dla siebie, to walcz dla innych, bo nie jesteś sam na świecie! Najłatwiej się poddać, umrzeć i zostawić najbliższych w rozpaczy! Nie może cię zabraknąć dla tych, których kochasz i którzy cię kochają.

Mówi im też: – Może choroba jest ci potrzebna? Spróbuj pochylić się nad nią nie jak nad karą czy grzechem, ale jak nad szansą, hojnością od losu. Po co choroba? Może po to, by być bliżej z rodziną, może żeby pomagać innym, może żeby się zmienić, być lepszym człowiekiem. Każdy musi to swoje „może” znaleźć po swojemu.

– Choroba dała mi wszystko – mówi Urszula. – Dzięki niej mogę być lepsza. Nauczyła mnie pokory i małych oczekiwań, mam wszystko, co jest mi potrzebne.

Przypomina jej się taki fragment z pism Platona: – Żyjemy tak, jakbyśmy siedzieli w ciemnej jaskini i widzieli tylko odbicie ogniska na ścianie. Nie stać nas na to, by wyjść z jaskini i zobaczyć świat takim, jaki jest naprawdę, w jego bogactwie, pełni.

- Kiedy wyszła pani z jaskini? – pytam.

– Ciągle w niej siedzę! – odpowiada ze śmiechem.

Pisarz Matthieu Ricard w książce „W obronie szczęścia” przytacza wyniki badań naukowych nad pozytywnymi doświadczeniami ludzi. Są jednoznaczne: radość towarzysząca aktowi bezinteresownej dobroci wywołuje poczucie spełnienia, trwałej satysfakcji. Szczodrość rodzi szczęście. Mamy wtedy wrażenie, że iluzoryczne bariery stworzone przez „ja” rozpuszczają się i doświadczamy poczucia wspólnoty, współzależności wszystkich istot. Szczodrość i szczęście wzajemnie wywołują się i wzmacniają, odzwierciedlając naszą najgłębszą istotę. Dlatego właśnie, gdy dajemy z serca, wydaje nam się to tak naturalne.

  1. Psychologia

Prawdziwa przyjaźń pozwala na ujawnienie swojej wrażliwości

Wrażliwość - wspólny mianownik w przyjaźni i test dla relacji (fot. iStock)
Wrażliwość - wspólny mianownik w przyjaźni i test dla relacji (fot. iStock)
Niezależnie od tego, czy jesteś introwertykiem, ekstrawertykiem czy ambiwertykiem, jednym z najważniejszych elementów przyjaźni jest pozwolenie sobie na okazanie wrażliwości. W ciągu ostatnich kilku lat pojęcie wrażliwości zostało szerzej zrozumiane i uznane za istotną część składową rozwijania bliskości emocjonalnej – zaznacza Hope Kelaher, psychoterapeutka, autorka książki „Jak zdobyć i pielęgnować przyjaźń w dorosłym życiu”.

Terapeuci od lat omawiają tę kwestię w swoich gabinetach, ale pojęcie wrażliwości upowszechniło się dzięki badaczce prac socjalnych Brené Brown. Wyjaśnia ona, że wrażliwość oznacza niepewność, ryzyko i odsłonięcie emocji. Twierdzi również, że wrażliwość „to rdzeń wszystkich emocji i uczuć”. Ma całkowitą rację. Jeśli chcesz zbudować więź z innymi i naprawdę ich poznać, musisz wpuścić ich do swego wewnętrznego kręgu. Mam tu na myśli nie tylko ścisłe grono przyjaciół, ale rdzeń twojego wewnętrznego ja, twoje serce i duszę. Brzmi to jak frazes, ale jednocześnie przeraża większość z nas. Zostaliśmy uwarunkowani tak, by chronić serce i duszę przed odrzuceniem, i nie jesteśmy otwarci na wrażliwość.

Aby pomóc lepiej zrozumieć pojęcie wrażliwości i jej potrzebę w każdej relacji, chętnie posługuję się metaforą rycerza ubranego w stalową zbroję. Jego głowę osłania stalowy hełm, wyposażony jedynie w wąską szparę na oczy i nos, a jego nogi i ręce są chronione przez stalowe rękawice i buty, tarczę i miecz. Zbroja ma chronić go przed wszelkimi ciosami z zewnątrz. Przebicie jej może zakończyć się śmiercią rycerza. My często zakładamy metaforyczną zbroję w chwilach, kiedy mamy okazać słabość lub wrażliwość. Na przykład w pewnej częstej wymianie zdań odpowiedź na pytanie „Jak się masz?” brzmi zwykle „Dobrze” lub „W porządku”. W gruncie rzeczy prawda może być bardziej złożona i emocjonalna. Przyswoiliśmy sobie jednak, że okazywanie wrażliwości lub naszego prawdziwego ja wiąże się z ryzykiem, a co więcej, zniechęca innych.

Okazywanie wrażliwości to delikatna kwestia. Prowadząc terapię relacyjną, przekonałam się, że ujawnianie od razu naszego prawdziwego, wrażliwego, czującego ja jest wbrew ludzkiej naturze. Nic dziwnego – wiąże się z ryzykiem odrzucenia, wstydu i porzucenia, jeśli to, czym usiłujemy się podzielić, nie zostanie dobrze przyjęte przez osoby, na których nam zależy. Aby się chronić, zaczynamy grać w grę myślową: „Okażę przy tobie wrażliwość, tylko jeżeli ty najpierw okażesz ją przy mnie”. Okazanie wrażliwości jako pierwszy wymaga odwagi. Moim zdaniem dlatego właśnie wiele potencjalnych relacji, zarówno romantycznych, jak i platonicznych, rozpada się już na starcie.

Sama niedawno znalazłam się w sytuacji, kiedy ktoś zdobył się na odwagę, by zrobić pierwszy krok. Poznałam tę osobę przelotnie prawie pięć lat temu i, jak przystało na millenialsa, zaprosiłam ją do znajomych na Facebooku. Po pięciu latach klikania „Lubię to” pod jej zdjęciami ta osoba, która wiele podróżuje po kraju, skontaktowała się ze mną i odważnie przyznała, że chciałaby mnie lepiej poznać i przekonać się, jak wyglądałaby nasza przyjaźń. Byłam zaskoczona – nigdy wcześniej mi się to nie zdarzyło. Jak mogłabym odrzucić taki gest? Musiałam przyjąć kogoś, kto jako pierwszy okazał wrażliwość!

Przekonałeś się, jak wielką wagę ma wrażliwość w rozwijaniu więzi międzyludzkich. Czy jesteś gotów rzucić samemu sobie wyzwanie, by częściej ją okazywać? (…) Być może potrzeba ci więcej czasu na autorefleksję.

Gorąco polecam wszystkie wykłady TED Talks, wygłoszone przez Brené Brown i jej książkę o wrażliwości i kondycji ludzkiej Z wielką odwagą. Jak odwaga bycia wrażliwym zmienia to, jak żyjemy i kochamy, jakimi jesteśmy rodzicami i jak przewodzimy.

Wskazówka: kluczowe elementy wrażliwości

Prowadząc terapię relacyjną, odkryłam, że najbardziej udane są relacje, zarówno platoniczne, jak i romantyczne, w których pielęgnuje się intymność emocjonalną. Podstawowe osobiste przekonania niezbędne do okazywania wrażliwości to:

  • Poczucie własnej wartości: Jeśli wierzysz, że jesteś godny miłości i więzi z innymi, pozwolisz sobie na okazywanie wrażliwości.
  • Serce: Jeśli naprawdę czegoś pragniesz, sięgnij po to. Pozwól swemu sercu dawać i otrzymywać miłość.
  • Odwaga: Bez odwagi nie skorzystasz z możliwości, jakie otwierają przed tobą miłość i więzi.
  • Dążenie do rozwoju: Przestań patrzeć na wszystko z jednej perspektywy. Zastanów się, co mogłoby się stać, gdybyś wykazał większą otwartość.
  • Gotowość do odczuwania dyskomfortu: To ona umożliwia rozwój. Okazywanie wrażliwości może wiązać się z niewiedzą lub niezdolnością do zmiany bądź naprawienia czegoś, sprzecznymi z naturą większości ludzi. Jednak jeśli wytrwasz, może czekać cię przyjemne zaskoczenie!

Fragment pochodzi z książki Hope Kelaher „Jak zdobyć i pielęgnować przyjaźń w dorosłym życiu. Porady i ćwiczenia”. Książka przeznaczona jest przede wszystkim dla osób, które pragną budować szczere i bliskie relacje z ludźmi. Wyposażona w wiele ćwiczeń pomoże poznać i pożegnać rozmaite blokady, stojące na drodze do życia pełnego prawdziwych przyjaciół.