Nie fantazjuj, przewiduj – czyli jak przygotować się do spotkania z trudnościami życia

Jak radzić sobie z trudnościami losu? (fot. iStock)

Czy za nieskutecznością w osiąganiu celów może stać niepoprawny optymizm? Tak twierdzi prof. Gabriele Oettingen z Uniwersytetu Nowojorskiego. Badaczka radzi, by – zamiast odwracać wzrok od trudności – dobrze je poznać i przygotować się do ewentualnego spotkania z nimi.

Chciec to móc”, „Nie ma rzeczy niemożliwych”, „The sky is the limit” – podobne hasła docierają do nas z wielu stron. Mają motywować do osiągania celów, a – zdaniem niektórych – w połączeniu z wizualizacją i pozytywnym myśleniem wystarczą za całe działanie… Otóż, jak twierdzi prof. psychologii Gabriele Oettingen z Nowego Jorku, tak się nie dzieje. Fantazjowanie – choć przyjemne i wprawiające na chwilę w dobry nastrój – nie tylko nie wystarczy, ale może nawet działać na naszą szkodę. Co Oettingen proponuje w zamian? Wizualizację, owszem, ale nie tylko wymarzonego rezultatu. Także realnych przeszkód, które mogą się pojawić na drodze do celu. Tę metodę psycholożka nazwała kontrastowaniem mentalnym, i to ono doprowadziło ostatecznie do narodzin systemu WOOP.

Ale zacznijmy od początku…

Manowce niepoprawnego optymizmu

Gabriele Oettingen od końca lat 80. XX wieku naukowo zajmuje się optymizmem. Źródeł swoich zainteresowań badawczych upatruje w zaskoczeniu, jakie wywołał w niej powszechny w amerykańskim społeczeństwie optymizm, którego doświadczyła, gdy jako stypendystka trafiła na Uniwersytet Pensylwanii w Filadelfii. Jej opiekunem naukowym był tam Martin Seligman, ten sam, który za kilka lat ogłosi powstanie psychologii pozytywnej. „Mimo że tak powszechny optymizm był mi obcy, byłam zań wdzięczna i nie uważałam go za kontrproduktywny” – pisze Oettingen w książce „WOOP. Skuteczna metoda osiągania celów”.

Jednak jej ponaddwudziestoletnie badania pokazały, że w określonych sytuacjach optymizm może być właśnie kontrproduktywny. Kiedy? Gdy doprowadza do idealizowania przyszłości i zamykania oczu na rzeczywistość. Wtedy – zamiast dążyć do celu – pogrążamy się w świecie fantazji, a te odbierają nam energię do działania i pogrążają w przyjemnym stanie odprężenia, jakbyśmy faktycznie dotarli do mety. W niewychodzącym poza sferę fantazjowania myśleniu o przyszłości autorka dostrzega także ryzyko frustracji i poczucia porażki, choć przecież mówienie o porażce bez podjęcia jakiejkolwiek próby jest nielogiczne. „Marzymy o założeniu obcisłych jeansów, decydujemy się zrzucić kilka kilogramów, snujemy fantazje o tym, jak wspaniale byłoby mieć zgrabną sylwetkę, a potem ponosimy porażkę za porażką, nie potrafiąc zrezygnować z zamówienia dużych frytek czy podjąć wysiłku, aby iść na zajęcia taneczne po długim dniu pracy. Zastanawiamy się, dlaczego innym udaje się spełnić marzenia, podczas gdy my nie jesteśmy w stanie tego dokonać” – zauważa.

Mimo że wyniki pierwszych badań – wskazujące na negatywny wpływ fantazjowania na osiąganie celów – rozczarowały ją, psycholożka kontynuowała swoje prace badawcze. Postanowiła uzupełnić proces o konfrontowanie fantazji z rzeczywistością, czyli wyobrażanie sobie wszelkich możliwych przeszkód wewnętrznych, które mogą uniemożliwić realizację tych fantazji. Tak zwane kontrastowanie mentalne okazało się strzałem w dziesiątkę.

Kudłaty przyjaciel

„Lubię porównywać WOOP do psa przewodnika, prowadzącego niewidomego. Ty i ja jesteśmy niczym ten niewidomy. Idziemy przez życie każdego dnia, nie do końca rozumiejąc, kim naprawdę jesteśmy, czego chcemy czy jakie przeszkody mamy przed sobą. Kiedy nie dostajemy natychmiast tego, czego – jak myślimy – pragniemy, mamy tendencję do szukania wymówek, co jeszcze bardziej sprowadza nas na manowce. Utykamy, uderzając raz po raz głową o przeszkody, nie robiąc żadnych postępów (…). I wtedy pojawia się WOOP, nasz kudłaty przyjaciel. (…) Nie jest przywiązany do żadnego konkretnego rozwiązania czy korzyści. Jest to proces, który pomoże ci znaleźć własną drogę” – przekonuje prof. Oettingen.

Nazwa WOOP jest akronimem od angielskich słów: wish – cel, życzenie; outcome – wynik, korzyść; obstacle – przeszkoda; plan – plan, które określają podstawowe etapy całego procesu. W zasadzie chodzi o to, żeby być kreatywnym i zaangażowanym zarówno przy fantazjowaniu na temat wymarzonego stanu, jak i przy wyobrażaniu sobie okoliczności, które mogą osiągnięcie tego stanu wykluczyć albo opóźnić; a po drugie, by nie bać się ich, lecz zaplanować, co możemy zrobić, aby te okoliczności zmienić. Oczywiście, czasami koszty tej interwencji mogą się okazać na tyle wysokie, że pojawi się pytanie, czy cel jest tego wart… Ale to dobrze, bo oznacza, że WOOP jest żywym narzędziem rozwojowym i skłania do zatrzymania się i refleksji.

Jak pisze twórczyni metody, można ją wykorzystać w pracy nad dowolnym celem. Bez znaczenia, czy będzie mały, czy wielki, krótko- czy długoterminowy, czy będzie dotyczył kariery, czy relacji… (Oczywiście mowa o rzeczach obiektywnie możliwych do realizacji – warto posiłkować się np. zasadą S.M.A.R.T, zgodnie z którą cel ma być: konkretny, mierzalny, osiągalny, istotny, i określony w czasie). Metoda jest bardzo prosta do stosowania – wskazówki znajdują się w ramce na stronie 27. Najważniejsze to nie odchodzić od podstawowego schematu: przeznaczyć na ćwiczenie tyle czasu, ile naprawdę potrzebujemy, i nie zmieniać kolejności kroków ani żadnego nie pomijać.

Pracę z WOOP najlepiej zacząć od celów na najbliższe 24 godziny. Wystarczy zatrzymać się i pomyśleć życzenie, a potem wyobrazić sobie dokładnie, jak dobrze się wtedy poczujemy i z równą otwartością poszukać we własnym wnętrzu tego, co nas powstrzymuje, żeby doprowadzić do spełnienia się tego życzenia. Gdy już zidentyfikujemy tę przeszkodę, pozostaje wymyślić, jak ją pokonać, i przygotować plan działania na wypadek, gdyby faktycznie ten problem się pojawił.

„Im więcej wysiłku włożysz w ćwiczenie WOOP, tym więcej zyskasz w zamian. Jeżeli jesteś skłonny do drążenia jak najgłębiej, żeby zidentyfikować przeszkodę, to bądź ze sobą szczery. Co naprawdę stoi na twojej drodze do celu? Nie musisz mówić o tym nikomu innemu – wystarczy, że powiesz sobie” – radzi prof. Oettingen.

Zdrowy rozsądek podpowiada, że ta metoda ma sens. Ja w każdym razie na pewno ją wypróbuję. I was też do tego zachęcam.