Nie warto być rodzicem idealnym

fot. Leszek Ogrodnik/ mat. pas. AKADEMII

– A może by tak zrezygnować z sugerowania się jakimikolwiek teoriami i po prostu kierować się intuicją?

– Optymalnie byłoby połączyć wiedzę i intuicję. Można przecież mieć pojęcie o różnych teoriach i narzędziach, ale niekoniecznie zostać wyznawcą którejkolwiek. Najlepiej przeczytać kilka różnych książek czy artykułów i sprawdzić, co jest nam naprawdę bliskie, co jest z nami spójne. Uważam, że nie ma nic gorszego, niż ślepe podążanie za jakimś autorytetem czy poglądem. Należy mieć własne zdanie i być krytycznym. Osobiście jestem zwolenniczką eklektycznego podejścia, tj. zbieraniem z wielu teorii tego, co jest spójne z moim światem wartości. I tu właśnie jest miejsce na intuicję, czyli na ten wewnętrzny głos, który mówi mi: teraz chcę przytulić moje dziecko i robię to, nawet jeśli podręcznik mówi inaczej. Pamiętajmy, że teorii nie można stosować zawsze i wszędzie. Jeśli mamy pewną wizję rodzicielstwa osadzoną w świecie wartości, który jest dla nas ważny, to powinniśmy ją realizować, obserwując jej owoce. Jeśli zauważymy, że owoce są złe, to znaczy, że trzeba coś w tej wizji zmienić. A łatwiej dokonać zmiany, jeśli mamy wiedzę i otwarty umysł, który podpowiada nam różne możliwości. Wtedy często intuicyjnie dokonujemy wyboru rozwiązania, które testujemy w praktyce.

– Jesteś zwolenniczką „eklektycznego podejścia”. Co Ty jako psycholog, ale też jako kobieta spodziewająca się dziecka, wybrałaś z tego gąszczu teorii?

– Czas oczekiwania na dziecko poświęcam na przygotowanie się do nowej roli. Sporo czytam i dużo przysłuchuję się sobie oraz rozmawiam z mężem. Staramy się nie być więźniem żadnej teorii i gdy coś nam nie odpowiada – nie robimy tego na siłę. Czytaliśmy wiele o tym, co dziecko słyszy w łonie matki i o tym, że muzyka poważna, a szczególnie Mozart świetnie wspiera rozwój dziecka. Szymon – mój mąż – kupił płytę i… wytrzymałam jedno przesłuchanie. To piękne brzmienia, ale budzą we mnie niepokój. Wygrał ukochany Czajkowski, Sinatra i Norah Jones. Relaksujemy się przy tej muzyce i właśnie o to chodziło. Jesteśmy wolnymi ludźmi i chcemy, by nasza córka też była wolnym człowiekiem.

– Czyli nie trzymasz się kurczowo teorii.

– Jestem zwolenniczką wychowania opartego na bliskiej interakcji, partycypacji i nadawaniu sensu. Bliska interakcja to budowanie z dzieckiem więzi bliskości. W pierwszych miesiącach dzieje się to głównie poprzez bliskość fizyczną. Potem tę więź buduje się w inny sposób: nie przez kurczowe trzymanie malucha przy sobie, ale przez wspieranie dziecka w poznawaniu świata i podejmowaniu wyzwań. Bliskość polega na tym, że rodzic jest obecny, a dziecko zawsze może do niego przyjść i wie, że będzie wysłuchane – nawet, albo zwłaszcza wtedy, gdy przychodzi z tematem trudnym.

– Czyli bliskość, ale nie kurczowe trzymanie dziecka za rękę. A partycypacja, o której mówiłaś?

– Partycypacja oznacza, że włączamy dziecko w dyskusję, w rozwiązywanie problemów czy w proces podejmowania decyzji. Jego zdanie się liczy. Uważam, że 8-latek powinien mieć prawo wyrazić swoją opinię dotyczącą na przykład tego, jaki samochód kupić. Powinien też poznać parametry, jakimi się kierujemy przy wyborze samochodu i wiedzieć, kto i dlaczego podejmie ostateczną decyzję. Ale samo to, że mnie jako rodzica interesuje opinia dziecka sprawia, że ono czuje się ważne i potrzebne.

– I ostatnie – „nadawanie sensu”, o co w tym chodzi?

– Nikt z nas nie lubi, kiedy ktoś mówi mu, co ma zrobić, ale nie mówi dlaczego to jest ważne. Nadawanie sensu, to opowiadanie dziecku o świecie w taki sposób, aby mogło go zrozumieć. Czyli na przykład, jeśli chcemy żeby myło ręce przed jedzeniem, to trzeba mu wyjaśnić dlaczego. Dziecko wtedy nie czuje się ignorowane, nie dostaje odpowiedzi zbywającej „bo tak”, czuje, że jest traktowane z szacunkiem i po partnersku.

Anna Wilczyńska ma 1 800 dzieci, które potrzebują wsparcia na starcie swojego życia. Zobacz, jak możesz im pomóc.