Oto trzy historie kobiet, które wybrały model życia w pojedynkę

Posiadanie rodziny to nie jest jedyny sposób na życie. Nie każda kobieta musi realizować sie w roli matki i żony. (fot. iStock)

Z badań CBOS wynika, że 1/4 dorosłych Polaków to panny i kawalerowie. Dlaczego niektórzy z nas decydują się na bycie singlem do końca życia? Komentuje psycholożka Ingrid Dahl-Głodowska.

Miłość nie istnieje

Beata, 27 lat: To, czego doświadczałam w rodzinnym domu, a to, co czasem widziałam na kartkach powieści, nijak nie pasowało. Kłótnie były na porządku dziennym. Awantury lub złowrogie milczenie. Nie wiem, co gorsze. Starałam się rodziców rozśmieszyć, poprawić im nastrój, byłam wzorową uczennica, byle tylko nie przysparzać im powodów do niezadowolenia. Marzyłam, by się rozwiedli, by wreszcie był spokój, przysięgałam sobie co noc, że nigdy nie wyjdę za mąż. Długo wierzyłam, że tylko przyzwyczajenie każe ludziom tkwić razem. Na pierwszym roku trafiła mnie jednak strzała Amora. Andrzej był ode mnie starszy o 20 lat, przyjechał na spotkanie autorskie do studenckiego klubu filmowego. Był świetnym scenarzystą, a ja, zauroczona jego twórczością, zadawałam infantylne pytania. Chyba go tym rozbawiłam, bo po spotkaniu zapytał, czy bywam w Poznaniu, bo on tam właśnie mieszka, i może kiedyś wypijemy kawę. Zostaliśmy para, choć dojazdową. Pasowaliśmy do siebie, związek funkcjonował na zasadzie: mistrz-uczennica.

Zgrzyty zaczęły się wraz z dojrzewaniem mojej świadomości siebie – z czasem wchodziliśmy w ostre dyskusje, a nawet spory. I wtedy zrobiło się niemiło, bo Andrzejowi zdarzało się podnosić głos. Nie mogłam w to uwierzyć… Mój Andrzej? Trochę się przestraszyłam, zaczęłam go unikać – wymawiałam się przygotowaniami do sesji, egzaminami, obroną pracy… Tęskniłam za nim, ale jednocześnie bałam się – jego cierpki w stosunku do mnie ton wywoływał we mnie skurcze żołądka, tak dobrze znane z dzieciństwa. W końcu przestał dzwonić. Od tamtego czasu jestem sama. Nie, żebym nie miała adoratorów, ale żaden z nich nie dorównuje Andrzejowi intelektem, wiedzą… Niezobowiązujący seks? Owszem, czasem tak. Ale o stałym związku nie ma mowy

Komentarz psychologa: Obserwuję u Beaty pewną sprzeczność. Jako dziecko pragnęła, żeby rodzice się rozwiedli, z drugiej strony robiła wszystko, aby w domu panowała równowaga. To naturalne dla dziecka, które w głębi duszy jednak pragnie, aby rodzice pozostali ze sobą. Także w dorosłym życiu w pewnym sensie powtarza to rozdarcie. Wiążąc się z mężczyzną, który z racji wieku i miejsca zamieszkania nie jest w pełni „dostępny”, otrzymała namiastkę bliskości, której potrzebowała, jednocześnie związek na odległość pozwolił zachować niezbędny dla niej dystans. Być może w relacji ze starszym partnerem szukała tez czegoś, czego nie otrzymała w dzieciństwie – bezwarunkowej miłości, poczucia bezpieczeństwa. Na zakończenie relacji zdecydowała się po pierwszych nieporozumieniach. Wystraszyły ją, bo z jednej strony przypomniały scenariusz znany już z dzieciństwa, a z drugiej być może dały też sygnał, że związek dojrzewa, staje się bardziej partnerski. Dodatkowo koniec studiów zasygnalizował, że czas podjąć poważniejszą decyzję np. o wspólnym zamieszkaniu. Być może to tego kroku obawiała się Beata. Poznała w domu wzorzec, w którym różnica zdań oznacza chłód i obojętność. W dorosłym życiu warto jednak uświadomić sobie, że konflikty czy różnica zdać nie zawsze są złe. Oznaczają tylko, że w pewnej kwestii mamy odmienne poglądy. Nic więcej. Mimo to możemy się szanować i kochać, bo jest wystarczająco dużo części wspólnych i obszarów, za które się cenimy.

Beacie proponowałabym, aby spróbowała doświadczyć tego, że w bliskim związku można się różnić, a mimo to kochać. Związek ani ona sama nie musi być idealny jak w serialu, wystarczy jak będzie dobry. Powinna też popracować nad samooceną. Żeby zadowolić rodziców, obrała strategię polegającą na perfekcjonizmie. Warsztat uczący asertywności zapobiegnie sytuacji, w której dla ratowania dobrej nastroju w kolejnym związku zdecyduje się na ustępstwa, na które tak naprawdę nie będzie miała ochoty. Musi nauczyć się, że ma prawo do swojego zdania, i takie samo prawo posiada jej partner.

Przeżywanie straty jest doświadczeniem wspólnym nam wszystkim, dotyka lub dotknie każdego człowieka i dobrze wiedzieć, że po przeżyciu żałoby życie może przynieść jeszcze wiele dobrego. (fot. iStock)

Czułam, że się duszę

Wanda, 35 lat: Próbowałam być w związkach, naprawdę, ale za każdym razem, gdy mężczyzna chce spędzać ze mną coraz więcej czasu, a nie daj Boże zamieszkać razem – czuję, że zaczynam się dusić. Czas pracy na uczelni to tylko kilkanaście godzin w tygodniu, duża część mojego życia zawodowego toczy się w domu – przygotowywanie do zajęć, pisanie publikacji, raportów badawczych. Kiedy jestem pochłonięta jakimś projektem, szkoda mi każdej minuty. Nie mam wówczas czasu dla nikogo, jem, co akurat znajdę w lodówce, towarzystwo zapewniają mi książki. Z mężczyznami jest zawsze tak samo – na początku żadnego nie zniechęca mój tytuł doktorski, podziwiają mnie za pasję, dopingują zdobywania kolejnych stypendiów naukowych, ale po kilku miesiącach każdy z nich woli, bym czekała z talerzem zupy w przedpokoju i prała jego bieliznę. Nawet jeśli sam też ma doktorat! I ja staram się to robić, by ocalić relację, ale później czuję, że ten związek zabiera mi przestrzeń i czuję, że się zwyczajnie duszę. Naprawdę, to jest fizyczne odczucie braku tlenu! A gdy próbuję temu zaprzeczać, to poczucie duszenia pojawia się w snach, wychodzi zepchnięte z podświadomości.

Scenariusz jest zawsze ten sam – nagle, nie wiadomo gdzie ta granica przebiega, zaczyna mnie irytować, że brakuje mi czasu na spokojne przeczytanie książki albo dokończenie pisania artykułu, bo do domu wraca Paweł, Maciej, czy Cezary i każdy z nich z oczekiwaniem, że się nim zajmę. Gdy prosiłam jeszcze o godzinę czy dwie początkowo nie mieli nic przeciwko temu, ale po kilku miesiącach okazywało się, że inna koleżanka jest bardziej dostępna czasowo…

Jestem singielką nie dlatego, że chcę, ale też nie chcę niczego na ołtarzu związku poświęcać. A doświadczenie mnie uczy, że wciąż obecny jest w głowach podział na role społeczne kobiety (jako opiekunki domowego ogniska) i mężczyzny (tego, który się intelektualnie może rozwijać bez przeszkód). Moja matka zrezygnowała ze swoich ambicji na rzecz małżeństwa – ale to były inne czasy, a ona, jak myślę, w końcu się z tym pogodziłą. Może dlatego, że macierzyństwo (mam jeszcze młodszego brata) dało jej dużo satysfakcji – poświęcała nam mnóstwo czasu, wspierała pasje, zapisywała na kursy. Nigdy nas nie zbywała. Trudno, może moim powołaniem nie jest posiadanie rodziny, a praca naukowa? Albo nie trafiłam na odpowiedniego faceta.

Komentarz psychologa: Wanda obawia się, że związek oznacza rezygnację z własnych planów i marzeń. Boi się, że partner zabierze jej przestrzeń niezbędną do twórczej pracy. Najwyraźniej bycie razem jest dla niej jednoznaczne z poświeceniem się, zrezygnowaniem z siebie. Być może tak było w przypadku jej rodziców. Mama zajęła się rodziną, jak mówi sama Wanda, zrezygnowała ze swoich ambicji, a satysfakcję czerpała z opieki nad dziećmi. Być może sygnalizowała jednak dzieciom, że się poświęca, że robi to dla dzieci kosztem siebie. Taki przekaz mógł mieć wpływ na przekonania Wandy, które mają odzwierciedlenie w jej podejściu do związków.

Ma ona prawdopodobnie silny, dominujący charakter, dlatego rola uległej żony nie wchodzi w rachubę. Najwyraźniej interesują ją też dominujący mężczyźni Stąd trudność z wejściem w dłuższy związek. Radziłabym, aby przyjrzała się innym związkom. Nie wszystkie opierają się na typowym, patriarchalnym wzorcu, gdzie to mężczyzna jest jedynym żywicielem rodziny. Coraz więcej jest takich, w których to panowie odnajdują się w roli gospodarza domu. Może Wanda spotka mężczyznę, który będzie podzielał jej pasję i zaakceptuje brak obiadu o 16. Posiadanie rodziny to nie jest jedyny sposób na życie. Nie każda kobieta musi realizować się w roli matki i żony. Być może Wanda na liście priorytetów w pierwszej linii umieszcza rozwój zawodowy. Jeśli tak, to najważniejsze, aby pozostała wierna swoim odczuciom.

Samotność też jest dobra

Grażyna, 43 lata: Samotność nie musi być zła, przeciwnie – może być dobra. I zwyczajnie potrzebna. Nie od razu tak myślałam. Byliśmy z Piotrem typowo licealną parą – pierwsza miłość, pierwszy seks. Tuż przed maturą zaszłam w ciążę – potrzebna była zgoda sądu, byśmy mogli się pobrać. Ale wariowaliśmy ze szczęścia, że zostaniemy rodzicami. Na początku mieszkaliśmy kątem w domu Piotra, ja zajęłam się dzieckiem, Piotr pomagał teściowi w warsztacie samochodowym i zaocznie studiował ekonomię. Później dostał pracę w banku, szybko awansował.

Wzięliśmy kredyt na mieszkanie, urządziłam nam dom i w tej euforii, że tacy jesteśmy szczęśliwi, zapragnęliśmy powiększyć rodzinę. Siedem lat po urodzeniu pierwszej córki, przyszedł na świat Bartek. Rok później, już nieoczekiwanie, urodziła się Basia. Nic nie mąciło rodzinnej sielanki – uważałam się za najszczęśliwszą kobietę na świecie.

Wiadomość o tym, że Piotr ma romans, spadła na mnie jak grom z jasnego nieba. Zupełnie się tego nie spodziewałam. Piotr? Mój ukochany Piotr? To niemożliwe, wszyscy tylko nie on. Łączyła nas przecież szczególna więź, a zdrada jest czymś tak banalnym, że nas to w ogóle nie może dotyczyć. To było trzy lata temu… Po pierwszym szoku i próbach ratowania małżeństwa i rodziny dotarło do mnie, że racjonanlne argumenty zupełnie do męża nie trafiają. Jest tak zakochany w koleżance z pracy, ze dotychczasowe życie nie ma dla niego większego znaczenia, choć oczywiście martwi się o to, jak to przyjmą duże już dzieci. Do mnie powiedział tylko, że to nie moja wina, bo byłam dobrą żoną. Dobrą żoną!! Więc z ukochanej stałam się żoną, instytucją, a dzięki tamtej miał motyle w brzuchu?!

Samotność z początku była dla mnie koszmarem. Nie jadłam, nie spałam. Gdyby nie dzieci… nie wiem, jak bym to przetrwała. Jednak stanęłam na nogi. Na razie nie chcę się z nikim wiązać, choć nienawiść do mężczyzn ustąpiła już miejsca ciekawości, kim są, jakie są motywy ich działań. Sporo czytam – także o tym, że samotność może być dobra, bo wtedy można poznać siebie i odpowiedzieć na pytanie „kim jestem bez drugiej osoby”. Już wiem, że muszę realizować swoje marzenia. Dlatego m.in. wróciłam do swojej dawnej pasji – wzięłam się do projektowania i szycia filcowych toreb, wytwarzam też ręczną biżuterię. Jest mi dobrze, tak jak jest. Myślę o założeniu własnej firmy dekoratorskiej. Na razie nie wyobrażam sobie kolejnego mężczyzny w życiu, zresztą na rynku matrymonialnym dziewczyny po czterdziestce nie mają dużych szans. Ja już nie chcę, by moim centrum świata znów był jakiś facet.

Komentarz psychologa: Grażyna przeżyła stratę, a jest to doświadczenie, po którym warto pobyć przez pewien czas samemu ze sobą. Dobrze, że nie rzuciła się w kolejny związek czy romans, próbuje uporządkować swoje życie w pojedynkę. Przeżyte rozczarowanie na pewno nie ułatwia wejścia w kolejny związek. Jest to jednak możliwe, gdy Grażyna nauczy się na nowo ufać. Rozstanie po tylu latach spędzonych razem jest trudne, oznacza przeorganizowanie całego życia. Po takim przeżyciu warto ochłoną, pozwolić sobie na przeżycie bólu i złości. Ważne jednak, aby na tych emocjach się nie skupiać, a pozwolić im przeminąć.