1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Jestem singielką i dobrze mi z tym

Jestem singielką i dobrze mi z tym

Życie bez partnera może być spełnione. Ważne jednak, żeby za tą decyzją nie kryły się nieuświadomione lęki i przekonania. (fot. iStock)
Życie bez partnera może być spełnione. Ważne jednak, żeby za tą decyzją nie kryły się nieuświadomione lęki i przekonania. (fot. iStock)
Młoda, atrakcyjna, sama. Nie poszukuje miłego partnera o ciemnych oczach. Oto trzy historie kobiet, które wybrały model życia w pojedynkę. Ich decyzję komentuje psycholożka.

Miłość nie istnieje

Beata, 27 lat: Gdy dorastałam, tęskniłam za bliskością, ale nie wierzyłam w miłość. To, czego doświadczałam w rodzinnym domu, nijak nie pasowało do tego, co czytałam w książkach. Awantury były na porządku dziennym. Awantury lub złowrogie milczenie. W sumie nie wiem, co gorsze. Starałam się rodziców rozśmieszyć, poprawić im nastrój, byłam wzorową uczennicą, byle tylko nie przysparzać im powodów do niezadowolenia. Stałam się mistrzynią w zadowalaniu innych – ojcu prasowałam koszule, bo uważał, że robię to lepiej niż matka. Mamie pomagałam w zakupach i gotowaniu, żeby odciążyć ją w codziennych czynnościach. Zastanawiałam się, po co oni ze sobą są, marzyłam, by się rozwiedli, by wreszcie był spokój, przysięgałam sobie co noc, że nigdy nie wyjdę za mąż. Miłości nie ma – myślałam. To tylko przyzwyczajenie każe ludziom tkwić w związkach. Na pierwszym roku studiów trafiła mnie jednak strzała Amora. Andrzej był ode mnie starszy o 20 lat, przyjechał na spotkanie autorskie do studenckiego klubu filmowego. Zostaliśmy parą, choć dojazdową. Zgrzyty zaczęły się pod koniec moich studiów, gdy nabyłam większej świadomości siebie – z czasem wchodziliśmy w ostre dyskusje, a nawet spory. Robiło się niemiło, Andrzejowi zdarzało się podnosić na mnie głos. Nie mogłam w to uwierzyć… Mój Andrzej? Trochę się przestraszyłam… Zaczęłam go unikać – wymawiałam się przygotowaniami do sesji, egzaminami, obroną pracy… Tęskniłam za nim, ale jednocześnie się bałam – jego cierpki ton przyprawiał mnie o skurcze żołądka, tak dobrze znane z dzieciństwa. W końcu przestał dzwonić… Od tamtego czasu jestem sama. Nie, żebym nie miała adoratorów – jestem młoda, atrakcyjna, mam dobrą pracę i świetnie sobie radzę. Ale żaden z nich nie dorównuje Andrzejowi intelektem, wiedzą… Niezobowiązujący seks? Owszem, czasem tak. Ale o stałym związku nie ma mowy. Na szczęście mam jeszcze czas, więc nie panikuję. Czasem tylko zastanawiam się, czy szczęśliwa rodzina i związek to nie jakaś gigantyczna ułuda.

Komentarz psycholożki i coach'a Ingrid Dahl-Głodowskiej: Beata jako dziecko pragnęła, żeby rodzice się rozwiedli, z drugiej strony robiła wszystko, aby w domu panowała równowaga. To naturalne zachowanie dla dziecka, które w głębi duszy chce, aby rodzice byli zawsze razem. Kobieta także w dorosłym życiu w pewnym sensie powtarza to rozdarcie. Wiążąc się z mężczyzną, który z racji wieku i miejsca zamieszkania nie był w pełni „dostępny”, otrzymała namiastkę bliskości, jednocześnie związek na odległość pozwolił zachować niezbędny dla niej dystans. Być może w relacji ze starszym partnerem szukała też czegoś, czego nie otrzymała w dzieciństwie – bezwarunkowej miłości, poczucia bezpieczeństwa. Na zakończenie relacji zdecydowała się po pierwszych nieporozumieniach. Wystraszyły ją, bo z jednej strony przypomniały scenariusz znany już z dzieciństwa, a z drugiej dały sygnał, że związek dojrzewa, staje się bardziej partnerski. Dodatkowo koniec studiów skłaniał do podjęcia poważniejszej decyzji, np. o wspólnym zamieszkaniu. Być może to tego kroku obawiała się Beata. Kobieta wyniosła z domu wzorzec, w którym różnica zdań oznacza chłód i obojętność. Warto jednak uświadomić sobie, że sytuacje konfliktowe nie zawsze są złe. Oznaczają tylko, że w pewnej kwestii mamy odmienne poglądy. Nic więcej.

Proponowałabym Beacie, aby spróbowała doświadczyć tego, że w bliskim związku można się różnić, a mimo to kochać. Związek nie musi być idealny jak w serialu, wystarczy, że będzie dobry. Beata musi też popracować nad samooceną. Żeby zadowolić rodziców, obrała strategię polegającą na perfekcjonizmie. Dobrym pomysłem byłby warsztat uczący asertywności. Zapobiegnie sytuacji, w której dla ratowania dobrego nastroju w kolejnym związku kobieta zdecyduje się na ustępstwa, na które tak naprawdę nie będzie miała ochoty. Musi nauczyć się, że ma prawo do swojego zdania, i takie samo prawo posiada jej partner.

Czułam, że się duszę

Wanda, 35 lat: Próbowałam być w związkach, ale za każdym razem, gdy mężczyzna chce spędzać ze mną coraz więcej czasu, albo, nie daj Boże, zamieszkać razem – czuję, że zaczynam się dusić. Duża część mojego życia zawodowego toczy się w domu – przygotowywanie się do zajęć, pisanie publikacji, raportów badawczych. Kiedy jestem pochłonięta jakimś projektem, szkoda mi każdej minuty. Nie mam wówczas czasu dla nikogo, jem, co akurat znajdę w lodówce, towarzystwo zapewniają mi książki. Z mężczyznami jest zawsze tak samo – na początku nie zniechęca ich mój tytuł doktorski, podziwiają mnie za pasję, dopingują w zdobywaniu kolejnych stypendiów naukowych, ale po kilku miesiącach każdy z nich woli, bym czekała z talerzem zupy w przedpokoju i prała jego bieliznę. Nawet jeśli sam też ma doktorat! I ja nawet próbuję to robić, by ocalić relację, ale później czuję, że ten związek zabiera mi przestrzeń i czas, że się zwyczajnie duszę. Scenariusz jest zawsze ten sam – nagle, nie wiem nawet, czy jest to związane z jakimś konkretnym zdarzeniem, zaczyna mnie irytować, że brakuje mi czasu na spokojne przeczytanie książki czy dokończenie pisania artykułu, bo do domu wraca Paweł, Maciej czy Cezary z oczekiwaniem, że się nim zajmę. Gdy proszę, by poczekał godzinę czy dwie, początkowo nie ma nic przeciwko temu, ale po kilku miesiącach okazuje się, że inna koleżanka jest bardziej dostępna czasowo… No i tak to się zazwyczaj kończy.

Jestem singielką nie dlatego, że zawsze o tym marzyłam, ale też nie chcę niczego na ołtarzu związku poświęcać. A doświadczenie nauczyło mnie, że w małżeństwie to kobieta rezygnuje z siebie dla dobra rodziny. Moja matka porzuciła swoje ambicje, by wychować mnie i brata – ale to były inne czasy, a ona, jak myślę, w końcu się z tym pogodziła. Może dlatego, że macierzyństwo dało jej dużo satysfakcji – poświęcała nam mnóstwo czasu, wspierała pasje, zapisywała na kursy. Nigdy nas nie zbywała. Może moim powołaniem nie jest posiadanie rodziny, a praca naukowa? Albo nie trafiłam jeszcze na odpowiedniego faceta.

Komentarz psycholożki: Wanda obawia się, że związek oznacza rezygnację z własnych planów i marzeń. Boi się, że partner zabierze jej przestrzeń niezbędną do twórczej pracy. Dla niej bycie razem jest jednoznaczne z poświęceniem się, zrezygnowaniem z siebie. Taki wzorzec wyniosła z domu, mama zajęła się rodziną i – jak opowiada Wanda – satysfakcję czerpała z opieki nad dziećmi. Być może sygnalizowała jednak dzieciom, że się poświęca, że robi to kosztem siebie. Taki przekaz mógł mieć wpływ na przekonania córki. Wanda ma prawdopodobnie silny, dominujący charakter, dlatego rola uległej żony nie wchodzi w jej wypadku w grę. Najwyraźniej interesują ją też dominujący mężczyźni. Stąd trudność z wejściem w dłuższy związek.

Radziłabym jej, aby przyjrzała się innym małżeństwom. Nie wszystkie opierają się na typowym, patriarchalnym wzorcu, gdzie to mężczyzna jest jedynym żywicielem rodziny. Coraz więcej jest takich, w których on odnajduje się świetnie w roli gospodarza domu. Może Wanda spotka mężczyznę, który będzie podzielał jej pasję i nie będzie dla nich problemem brak obiadu o 16.00. Poza tym posiadanie rodziny to nie jedyny sposób na życie. Nie każdy musi realizować się w roli matki i żony. Być może Wanda na liście priorytetów w pierwszej linii umieszcza rozwój zawodowy. Jeśli tak, to najważniejsze, aby pozostała wierna swoim odczuciom.

Samotność też jest dobra

Grażyna, 43 lata: Byliśmy z Piotrem typową licealną parą – pierwsza miłość, pierwszy seks. Tuż przed maturą zaszłam w ciążę – potrzebna była zgoda sądu, byśmy mogli się pobrać. Ale wariowaliśmy ze szczęścia, że zostaniemy rodzicami. Na początku mieszkaliśmy kątem u rodziców Piotra, ja zajęłam się dzieckiem, Piotr pomagał ojcu w warsztacie samochodowym i zaocznie studiował ekonomię. Później dostał pracę w banku, szybko awansował. Wzięliśmy kredyt na mieszkanie i w tej euforii, że tacy jesteśmy szczęśliwi, zapragnęliśmy powiększyć rodzinę. Siedem lat po urodzeniu pierwszej córki na świat przyszedł Bartek. Rok później, już nieoczekiwanie, urodziła się Basia. Nic nie mąciło rodzinnej sielanki – uważałam się za najszczęśliwszą kobietę na świecie. Wiadomość o tym, że Piotr ma romans, spadła na mnie jak grom z jasnego nieba. Zupełnie się tego nie spodziewałam. Piotr? Mój ukochany Piotr? To niemożliwe, wszyscy, tylko nie on. Łączyła nas przecież szczególna więź, a zdrada jest czymś tak banalnym, że nas to w ogóle nie może dotyczyć. To było trzy lata temu… Po pierwszym szoku i próbach ratowania małżeństwa i rodziny dotarło do mnie, że racjonalne argumenty zupełnie do męża nie trafiają. Jest tak zakochany w koleżance z pracy, że dotychczasowe życie nie ma dla niego większego znaczenia, choć, oczywiście, martwi się o to, jak to przyjmą, duże już, dzieci. Powiedział tylko, że to nie moja wina, bo byłam dobrą żoną. Dobrą żoną!!! Więc z ukochanej stałam się żoną, instytucją, a dzięki tamtej miał motyle w brzuchu.

Samotność z początku była dla mnie koszmarem. Długimi dniami i nocami bez końca, przepłakanymi, rozpaczliwymi. Nie jadłam, nie spałam. Gdyby nie dzieci… Nie wiem, jak bym to przetrwała. Jednak stanęłam na nogi. Na razie nie chcę się z nikim wiązać, choć nienawiść do mężczyzn ustąpiła już miejsca ciekawości, jakie są motywy ich działań. Sporo czytam – także o tym, że samotność może być dobra, bo wtedy można poznać siebie i odpowiedzieć na pytanie: „kim jestem bez drugiej osoby?”. Już wiem, że muszę realizować swoje marzenia. Dlatego m.in. wróciłam do swojej dawnej pasji – zawsze miałam zacięcie plastyczne, w liceum marzyłam o Akademii Sztuk Pięknych. Wzięłam się za projektowanie i szycie filcowych toreb, robię też ręcznie biżuterię. Jest mi dobrze, tak jak jest. Myślę o założeniu własnej firmy dekoratorskiej. Na razie nie wyobrażam sobie kolejnego mężczyzny w moim życiu, zresztą na rynku matrymonialnym kobiety po czterdziestce nie mają dużych szans… Ja już nie chcę, by moim centrum świata znów był jakiś facet.

Komentarz psycholożki: Grażyna przeżyła stratę, a jest to doświadczenie, po którym warto pobyć przez pewien czas samemu ze sobą. Dobrze, że nie rzuciła się w kolejny związek czy romans i próbuje uporządkować swoje życie w pojedynkę. Rozczarowanie na pewno nie ułatwia wejścia w następną relację, ale jest to możliwe, gdy Grażyna nauczy się na nowo ufać. Rozstanie po wielu latach spędzonych razem jest na pewno trudne. Trzeba pozwolić sobie na przeżycie bólu i złości. Ważne jednak, aby na tych uczuciach się nie skupiać, pozwolić im przeminąć. Widać, ze Grażyna dobrze poradziła sobie ze zmianami w życiu. Teraz pora na otwarcie się na innych.

Radziłabym, aby poszukała w swojej okolicy np. warsztatów z rękodzieła, pozwoli to na poznanie osób, które mają – tak jak ona – artystyczne pasje. Dobrym wyjściem byłyby też warsztaty czy spotkania dla kobiet, które mają podobne doświadczenia: rozwiodły się lub w inny sposób utraciły partnera. Możliwość opowiedzenia komuś o swojej historii zwykle bardzo pomaga. Dobrze wiedzieć, że po przeżyciu straty i powrocie do siebie życie może przynieść jeszcze wiele dobrego. Niezależnie od tego, czy będziemy sami, czy znów z kimś.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Styl Życia

Samotność z wyboru. Dlaczego ludzie decydują się na samotne życie?

Samotne życie to wybór czy konieczność? Jakie profity czerpiemy z życia solo? (fot. iStock)
Samotne życie to wybór czy konieczność? Jakie profity czerpiemy z życia solo? (fot. iStock)
Bycie razem, nie tylko od święta, wychodzi nam coraz gorzej. Coraz lepiej natomiast - życie w samotności, choć usilnie próbujemy budować związki. Koniec końców wielu z nas wybiera niezależność, wolność, możliwość samorealizacji. A człowiek ponoć jest istotą stadną. Dziwne, prawda?

Badania nie pozostawiają złudzeń – tradycyjna rodzina nie ma się już tak dobrze, jak miała, przynajmniej w deklaracjach Polaków. Dotychczas, od wielu zresztą lat, to ona plasowała się na pierwszym miejscu w hierarchii wartości. Od mniej więcej 2010 roku (o czym mówią badania CBOS) rodzina ustąpiła miejsca sferze zawodowej. I to głównie za sprawą młodych ludzi, między 18. a 34. rokiem życia. Okazuje się, że 66 procent z nich nad rodzinę przedkłada ambicje zawodowe, a tylko 20 procent wskazuje sferę bliskich relacji jako wartość najistotniejszą. Badania pokazują także, że blisko jedna czwarta Polaków żyje dzisiaj w pojedynkę. Samotne życie to nie jest tylko okresowa moda, ale zjawisko opisane przez socjologów i psychologów.

Życie samotnika: nie wiem, jak chcę, ale wiem, jak nie chcę

Psycholożka Anna Nowakowska zauważa, że przyczyny tego zjawiska są pochodną przemian kulturowych i obyczajowych.

– W Polsce, zwłaszcza w wielkich miastach, nie istnieje już presja społeczna wymuszająca określony styl życia, tym bardziej zawieranie małżeństw. Młodzi ludzie nie do końca wiedzą, jak chcą żyć, ale za to wiedzą, jak nie chcą, czyli tak jak ich rodzice, którzy latami trwali w nieudanych związkach. Życie w pojedynkę wybierają jednak nie na zawsze, tylko na krótką metę, do czasu, kiedy się dorobią, kupią mieszkanie, samochód. Ale ta lista wciąż jest aktualizowana, więc samotne życie się przedłuża.

Psychologowie podkreślają, że samotność dorosłych ma często źródło w ich dzieciństwie. A ściślej w tym, czy rodzice okazywali im uczucia. Jeśli nie okazywali, jeśli wychowywali w emocjonalnym chłodzie, to wielce prawdopodobne, że oni też tego nie potrafią i w dorosłości nie będą umieli zbudować bliskich relacji. Wybiorą życie samotnika.

Anna Nowakowska: – Ale często zamiast coś z tym zrobić, na przykład pójść do terapeuty, ludzie deprecjonują wartość bliskich relacji, odrzucają je, twierdząc, że związek to zamach na ich niezależność, wolność, rozwój, samorealizację. A bliskość nie wyklucza wolności i niezależności każdego z partnerów. Wszystko zależy od ustalenia granic. Bo jeśli te granice są sztywne, związkowi grozi rutyna. Jeśli z kolei granice są zbyt słabe i każdy dryfuje w swoim kierunku, jedność pary jest zagrożona. Czasem, paradoksalnie, pomaga sformalizowanie związku. Daje partnerom poczucie, że nawet jeśli się oddalą, to trudniej niż w związku nieformalnym, ot, tak sobie, spakować walizki i odejść.

Życie w samotności to także konsekwencja różnych lęków. Między innymi przed tym, że w bliskim związku o wiele więcej stracę, niż zyskam. Będę zajęty domem, a w tym czasie coś ważnego może mnie ominąć! Ten lęk ma już nawet swoją nazwę, FOMO (fear of missing out), i jest widzialny gołym okiem. Ludzie nie podnoszą głów znad tabletów i smartfonów, bo tyle ciekawego tam się dzieje. A w realu? Nuda.

Kolejny lęk – że kiedy z kimś zamieszkam, a więc kiedy się otworzę, obnażę, to wyjdą na jaw wszystkie moje skrywane, często urojone, wady. Samotność to także efekt rozwodów, prawdziwej plagi ostatnich lat. W Polsce rozpada się już ponad jedna trzecia małżeństw z krótkim stażem. Po takich doświadczeniach ludzie nie chcą sparzyć się po raz drugi, wolą życie samotnika.

Samotny wilk w opałach - jakie konsekwencje może mieć życie w samotności?

Zanim powiesz: „Wybieram samotność”, zastanów się, czy to ci się opłaca. Po pierwsze, grozi ci depresja. Amerykański psycholog, profesor Richard Booth, już w 2002 roku alarmował, że długotrwałe życie w samotności może prowadzić do depresji, i postulował zaklasyfikowanie jej do zaburzeń psychicznych Amerykańskiego Towarzystwa Psychiatrycznego.

Po drugie, jesteś bardziej niż niesamotnicy narażona na stres. Badaczka wpływu samotności na nasze zdrowie, dr Lisa Jaremka z Uniwersytetu w Ohio, dowiodła, że życie w samotności przez długi czas działa jak silny stresor. Z jej badań wynika, że organizm samotnej osoby wytwarza o ponad dziesięć procent więcej hormonów stresu niż takiej, która przebywa w otoczeniu innych ludzi.

Po trzecie, wybierając życie samotnika, fundujesz sobie choroby, ponieważ stres osłabia nasz system odpornościowy. Organizm samotnika produkuje także więcej cytokiny – wydzielanego przez białe krwinki białka, które przyspiesza procesy nowotworowe. Osoby, które prowadzą samotne życie częściej chorują na alzheimera. Inne badania, przeprowadzone przez dr Uri Gouldborta z Tel Awiwu, pokazują, że życie w samotności szczególnie niebezpiecznie wpływa na mężczyzn. Ryzyko śmierci wskutek udaru mózgu jest o 64 procent większe u samotnych mężczyzn niż u pozostających w związkach.

Jak radzimy sobie z życiem w samotności? Badania nad samotnymi studentami, jakie przeprowadził psycholog Warren Jones, pokazały, że zupełnie nieskutecznie. Młodzi ludzie, którzy prowadzą samotne życie – zamiast zapraszać znajomych, wychodzić do miejsc, gdzie spotykają się rówieśnicy – oglądają telewizję, uciekają w jedzenie lub używki. Kiedy już znajdą się w towarzystwie, zachowują się tak, że zrażają do siebie ludzi: milczą albo za dużo mówią o sobie, nie interesują się interlokutorem. Dodatkowo pogarszają swoją sytuację tym, że mają nierealistycznie wysokie wymagania zarówno wobec siebie, jak i wobec innych.

Anna Nowakowska: – Ludzie, którzy twierdzą, że wybrali życie w samotnika, przychodzą do mnie po ratunek, bo cierpią. Przed światem udają, że życie w pojedynkę jest super, że mogą robić, co chcą, ale w gabinecie przyznają, że to ściema. Zachęcam ich do zainwestowania w relacje, póki jeszcze nie jest za późno. Bo wraz z upływem czasu coraz trudniej przestawić się na inny styl życia, ciężko zmienić codzienne nawyki samotnika, znaleźć przestrzeń – i tę dosłowną, i mentalną – dla innej osoby, podzielić się z nią swoim życiem. Mówi się, że ludzie samotni dziwaczeją, i jest w tym dużo prawdy. Z moich obserwacji wynika, że łatwiej otworzyć się na związek samotnym z konieczności, wdowom, porzuconym, rozwiedzionym. Ich motywacja do zmiany swojej sytuacji, potrzeba skontaktowania się z drugim człowiekiem jest dużo większa niż tych, którzy deklarują samotność z wyboru. Ale zanim wejdzie się w nowe, dobrze zamknąć stare, przeżyć żałobę, rozstanie. Pobyć tylko ze sobą, ze swoimi myślami, w ciszy. Takie praktykowanie bycia samemu ze sobą działa jak lekarstwo. Bo samotność nie jest tylko zła, czasem okazuje się zbawienna. Chociaż na dłuższą metę nie da się jej obronić.

  1. Styl Życia

Co różni singielkę od osoby samotnej?

Co czwarta kobieta w pełni aktywna zawodowo żyje w pojedynkę, a w dużych miastach stosunek liczby kobiet do mężczyzn z wyższym wykształceniem wynosi 4 do 3. Wiele najnowszych badań pokazuje też, że kobiety bez męża i dzieci są szczęśliwsze i żyją dłużej. (fot. iStock)
Co czwarta kobieta w pełni aktywna zawodowo żyje w pojedynkę, a w dużych miastach stosunek liczby kobiet do mężczyzn z wyższym wykształceniem wynosi 4 do 3. Wiele najnowszych badań pokazuje też, że kobiety bez męża i dzieci są szczęśliwsze i żyją dłużej. (fot. iStock)
„Jej życie nie jest puste” – twierdzi dr Katarzyna L. Kuklińska, socjolog, która kilka lat temu badała zjawisko singlizmu.

Czy „singielka” to jedynie ładniej i nowocześniej brzmiące określenie starej panny?
Absolutnie nie! Stara panna to kobieta zgorzkniała, która uważa swoje życie za nieudane dlatego, że nie ma partnera, która ma poczucie żalu i straconej szansy. Singielka natomiast świadomie wybiera życie w pojedynkę, by móc skupić się na rzeczach – jej zdaniem – ważniejszych niż szukanie męża: na pracy, karierze naukowej czy rozwoju osobistym. Co nie znaczy, że jest osobą samotną. Singielka ma spore grono przyjaciół, z którymi zwykle łączą ją bardzo bliskie, serdeczne relacje. Często z kimś mieszka i w miarę regularnie uprawia seks. To, co odróżnia ją od samotnych kobiet, to brak poczucia, że jej życie jest puste bez stałego partnera.

Kim więc jest typowa polska singielka?
Nie ma jasno określonego typu polskiej singielki. Na potrzeby mojej pracy doktorskiej przyjęłam, że singielką jest kobieta po trzydziestce, bo w dzisiejszych czasach bardzo duża część kobiet przed tym wiekiem jeszcze nie myśli o zakładaniu rodziny. Na pewno to osoba, która identyfikuje się z singielkami, jest zadowolona ze swojej sytuacji i nie szuka desperacko drugiej połówki. Wbrew obiegowym opiniom wcale nie musi to być bizneswoman czy menedżerka z dużego miasta, niezależna finansowo karierowiczka. Równie dobrze może pochodzić z małej miejscowości, pracować w urzędzie i mieszkać z rodzicami. Choć tych drugich jest zdecydowanie mniej z uwagi na presję społeczną, a często nawet ostracyzm, z którymi muszą się zmagać.

Dlaczego coraz więcej dojrzałych kobiet wybiera życie bez zobowiązań?
To nie tak. One nie mają zamiaru całe życie nie mieć partnera. Single są tymczasowi. Raczej odsuwają ten moment w czasie, bo w danej chwili mają inne, ważniejsze rzeczy do zrobienia. To pokolenie jest bardziej pragmatyczne – woli najpierw poukładać sobie życie, tak, żeby było wygodne i dostatnie, a dopiero później myśli o ślubie i dzieciach.

Ale czy po przekroczeniu magicznej trzydziestki szanse na znalezienie stałego partnera nie maleją drastycznie?
Zgadza się, a dzieje się tak z wielu względów. Po pierwsze, mężczyźni szukają zwykle młodych kobiet. Te dojrzałe i niezależne często wzbudzają w nich strach. Po drugie, singielki mają duże wymagania. Chcą stworzyć związek partnerski, dzielić się obowiązkami, pragną, żeby mężczyzna dużo im dawał. Często nie chcą godzić się na kompromisy, szukają ideału, który nie istnieje. Z biegiem czasu, gdy rośnie w nich potrzeba stworzenia związku – czyli de facto przestają być singielkami – zaczynają spuszczać z tonu i godzą się na coś, o czym jeszcze kilka lat wcześniej nie chciały nawet słyszeć.

Na dłuższą metę to niebezpieczna gra. Czy singielki są bardziej podatne na depresję?
Raczej tak, choć nie musi to wynikać z tego, że nie posiadają stałego partnera życiowego. To przeważnie indywidualistki, które bardzo dużo od siebie wymagają i ciężko znoszą porażki. Jeśli do tego zaczynają odczuwać dyskomfort z powodu swojego singlizmu, może to prowadzić do załamania.

Istnieje opinia, że sposób życia singli wynika z tego, jak zostali wychowani, albo jest skutkiem traumatycznych wydarzeń.
W moich badaniach również się nad tym zastanawiałam. Okazuje się jednak, że sytuacja rodzinna czy wychowanie nie mają wpływu na takie decyzje. Mogłoby się na przykład wydawać, że ludzie z rozbitych rodzin, mający negatywne wzorce lub ich brak, będą bardziej skłonni do wybrania życia w pojedynkę. Tymczasem zdecydowana większość kobiet przeze mnie badanych pochodziła z pełnych rodzin. Według stereotypu jedynacy wykazują większą niechęć do tworzenie stałych związków. I tu znów niespodzianka – ponad 75 proc. ankietowanych singielek ma rodzeństwo. Wychowanie też nie jest tu kluczowe. Zbliżone wiekiem siostry, wychowane w identycznych warunkach mogą mieć zupełnie inne podejście do singlizmu. Dla jednej samodzielne życie to normalna sytuacja, dla drugiej brak męża i dzieci to życiowa porażka.

Wspomniała pani, że singielki z małych miejscowości spotyka ostracyzm. A jakie są problemy singielek z dużych miast?
Może problemy to za dużo powiedziane, ale single w dużych miastach też są dyskryminowani. W pracy przyjmuje się często, że kobieta, która nie ma rodziny, może regularnie pracować po godzinach czy między świętami i brać urlop jesienią. A jak już na niego wyjedzie, to lepiej żeby sobie kogoś dobrała, bo w hotelach jedynek jest jak na lekarstwo albo trzeba za nie płacić tyle, ile za dwójki. Takich przykładów można by mnożyć – życie singielek nie jest usłane różami.

Dr Katarzyna L. Kuklińska: socjolog, autorka badań i pracy „Polskie singielki. Płeć kulturowa. Feminizm. Ponowoczesność, Internet”, a także „Singlizm. Nowy styl życia w ponowoczesnym świecie” (2013 r.)

  1. Psychologia

Życie bez pary – świadomy wybór czy konieczność?

Tęsknota za miłością i pragnienie życia u boku bliskiej osoby nie jest obca nikomu z nas. (Fot. iStock)
Tęsknota za miłością i pragnienie życia u boku bliskiej osoby nie jest obca nikomu z nas. (Fot. iStock)
Specjaliści od marketingu, mediów i reklamy przekonują: ,,Świat należy do pojedynczych”. Socjolodzy powołują się na badania: ,,Rodzina to największa wartość”. Psychologowie węszą podstęp: ,,Bycie singlem zwykle ma drugie dno”. Posiadacze drugiej połówki nieufnie przyglądają się tym, dla których wolność jest cenniejsza niż bycie w związku. Sami zainteresowani zapewniają: ,,Sama to nie znaczy samotna”.

Pejoratywne określenie ,,stara panna”, czy ,,stary kawaler” odeszło do lamusa. Współczesny singiel to osoba wolna, niezależna, bez obowiązków i zobowiązań. Z dumą deklaruje: ,,W moim życiu nie ma miejsca na dzielenie się z kimkolwiek moim łóżkiem, moją półką w łazience i moją pensją”. Żyje w biegu, nie ma czasu na nudę, jest sama, ale nie samotna, bo wokół niej jest zwykle mnóstwo ludzi. Jeśli jest kobietą, stawia na rozwój zawodowy: elitarne studia, dobra praca, ciekawe hobby, potrafi polegać na sobie i ani myśli uzależniać się od mężczyzny. Jeśli jest mężczyzną, z wdziękiem wchodzi w permanentną rolę: ,,Nie jestem jeszcze gotowy do trwałego związku”.

Jednak jeśli przyjrzymy się uważniej życiu singli, okazuje się, że broniąc swojej niezależności i wolności, aktywnie realizują swoją potrzebę ,,bycia wśród ludzi”. Często angażują się w życie rodzinne zaprzyjaźnionych par; pełniąc rolę przyjaciół domu, uczestnicząc w rodzinnych uroczystościach, zajmując się dziećmi przyjaciółki itp. Prowadzą bujne życie erotyczne, często zmieniając partnerów. Zwykle mają pokaźne grono przyjaciół. Potrafią prosić o pomoc, a nawet się o nią upominają. Singiel to bardziej proces, etap w życiu niż stabilny stan.

Drugie dno bycia singlem

Tęsknota za miłością i pragnienie życia u boku bliskiej osoby nie jest obca nikomu z nas. Również zdeklarowani przeciwnicy związku nie wykluczają, że może kiedyś, gdzieś spotkają swoją drugą połówkę. Pod deklaracją: ,,nie potrzebuję pary” często kryje się wiele trudnych emocji, takich jak: lęk przed bliskością, zranienia z poprzednich związków, przekonania, że nie zasługuję na miłość, obawy, czy uda mi się znaleźć odpowiedniego partnera. Bliskie związki z zaprzyjaźnionymi parami, wirtualne życie towarzyskie, wchodzenie w krótkotrwałe nieudane związki, co nakręca spiralę rozczarowania i podsyca lęki przed trwałą relacją, są jednoznacznym dowodem na to, że życie w pojedynkę to rzadko świadomy wybór, częściej przypadek czy splot niekorzystnych okoliczności. W deklaracjach: ,,Wolę być sama niż z byle kim”, ,,Nie oddam swojej wolności na ołtarzu obietnicy o idealnym związku” jest wiele urazów, rozczarowań i zawiedzionych nadziei. To prawda, że single jako osoby, które doskonale potrafią iść przez życie solo, są bardziej wymagający, pragną miłości wyjątkowej, opartej na szanowaniu własnych granic a nie iluzji o byciu dwiema połówkami tej samej pomarańczy. Wirus narcyzmu, indywidualizmu i tzw. mądrego egoizmu podsyca nasze pragnienia bycia wyjątkowym, stawiania na pierwszym miejscu siebie i własnych potrzeb, dążenia do samorealizacji, w którym to procesie niewiele zostaje miejsca na dbanie o drugiego człowieka i kompromisy.

Rezygnacja ze związku to wybór każdego z nas, pod warunkiem, że jest świadomy i że jesteś w stanie w pełni ponosić jego konsekwencje. To akceptacja faktu, że inni ludzie, nawet twoi najlepsi przyjaciele mają swoje życie, do którego nie zawsze i nie w pełni mają prawo cię zapraszać. To pogodzenie się z samotnymi wieczorami, czy samotnie spędzanymi świętami. To przyjęcie do wiadomości bolesnej prawdy, że kiedyś, kiedy dojrzejesz do decyzji o stałym związku, dzieciach, rodzinie być może będzie już na to za późno. To przede wszystkim szczere odpowiedzenie sobie na pytanie: ,,Czy kiedykolwiek byłam w trwałym związku i wiem na pewno z czego rezygnuję?”.

  1. Psychologia

Za czym tęsknią singielki?

Wśród singli, którzy znakomicie radzą sobie w pojedynkę, coraz częściej pojawiają się głosy, że bycie samemu to nie zawsze otwarty manifest dojrzałej samodzielności, ale sposób życia, którego się wcale nie planowało. (Fot. Getty Images)
Wśród singli, którzy znakomicie radzą sobie w pojedynkę, coraz częściej pojawiają się głosy, że bycie samemu to nie zawsze otwarty manifest dojrzałej samodzielności, ale sposób życia, którego się wcale nie planowało. (Fot. Getty Images)
Z jednej strony zarzuca się im, że są nastawione tylko na własny komfort, że szukają księcia na białym rumaku… Z drugiej – zazdrości się, że są wolne, niezależne, bez zobowiązań. Jaka jest prawda? Co mówią same zainteresowane?

Basia, 36-latka, zawsze myślała, że będzie mieć dom, męża i dwójkę dzieci. Na potencjalnych kandydatów patrzyła dość krytycznie, wyszukując cechy, które mogą przeszkodzić w dopełnieniu tego obrazu. Z czasem, gdy już uznała, że ideału nie ma, gotowa była związać się z aktualnym chłopakiem, próbując zaakceptować go takim, jakim jest. Był już pierścionek zaręczynowy i miał być ślub… Realna szansa, że plan się ziści, była jednak zbyt przerażająca. Od kilku lat Basia jest sama. Czy tęskni za czymś, gdy patrzy na znajome małżeństwa?

Za ciepłem drugiego człowieka

– Brakuje mi bycia z drugą osobą, dzielenia smutków na dwoje i mnożenia radości przez dwa – wymienia Basia. – Może to wyświechtane, ale w pojedynkę każdy problem, nawet najdrobniejszy, urasta do rangi tragedii, czarnej dziury, katastrofy. Może trochę przesadzam, ale samemu trudniej się „ogarnąć” i znów przyjąć „właściwą perspektywę rzeczy”. Przyjaciele? Pewnie, są bardzo ważni, ale z doświadczenia wiem, że kiedy problem przegada się z osobą bliską sercu, ma się wrażenie, że jest nas dwoje do rozwiązania tej kwestii. A kiedy ten sam problem omawiasz z przyjaciółką – dostajesz rady, wskazówki, a i tak wszystko spoczywa na twoich barkach. Mimo pomocy jesteś sama. Odkąd jestem singielką, brakuje mi na co dzień męskiej energii. Po pracy zazwyczaj nie chce mi się samej iść do kina, na spacer, coś ugotować czy wyskoczyć na piwo. Siadam i czytam książkę, pracuję, oglądam film w telewizji, ale sama. Brakuje kogoś, kto powie: „Chodź, idziemy na spacer”. Tęsknię za ciepłem drugiego człowieka, pocałunkami, seksem, dotykiem. Tęsknię za okazywaniem i odbieraniem tego, że się komuś podobam, że ktoś na mnie zwraca uwagę, że jestem dla kogoś atrakcyjna... Próżne? Może tak, ale bardzo ważne. Bez tego trudno stawić czoło życiu i światu, a kiedy się wie i czuje, że ktoś za tobą stoi i cię wspiera… jest łatwiej. Nie zazdroszczę jednak, i zawsze to powtarzam, bycia w związku, w którym dzieje się źle i w którym ludzie nie wspierają się, lecz ranią. Jeśli wiem, że moja koleżanka nigdy nie może liczyć na swojego męża – to jej nie zazdroszczę, ale wręcz współczuję, bo w zasadzie ma ciężej ode mnie. Bo ja mogę liczyć na siebie albo na przyjaciół (a mam takich, którzy nie zawodzą). Jestem więc szczęściarą, która szuka tylko wzmocnienia swojego szczęścia.

Za wspólnym domem

Bycie na co dzień z drugim człowiekiem nie niesie za sobą samych zalet, o czym przekonała się niejedna mężatka. Frustracje, których on nie rozumie, często znajdują wyraz w pozamałżeńskich romansach i pogaduchach z przyjaciółkami – singielkami. 40-letnia Hanka nie ukrywa braku złudzeń co do możliwości szczęśliwego, zgodnego pożycia po grobową deskę i swoich podejrzeń co do motywacji jej koleżanek, by zostać żonami.

– Generalnie nie zazdroszczę mężatkom, bo odruch wymiotny budzą we mnie zdrada, fałsz i obłuda. I zawieranie małżeństwa po to, by móc się pochwalić obrączką na palcu – mówi Hanka. – Cel główny: nie być starą panną. A gdzie miłość? Gdy patrzę na znajome mężatki, widzę kobiety zmieniające facetów, dzieci mające kilku dziadków i tatusiów, kilkoro przyrodniego rodzeństwa – co w moim przekonaniu nie służy nikomu. Dzieci powinny mieć normalny dom, wzorce i podstawowe poczucie bezpieczeństwa. Pełna, kochająca się rodzina to dziś zjawisko godne podziwu – wspólne obiady, spacery, wakacje, wzajemny szacunek, dzieci wychowywane w miłości i wsparciu – to wszystko jest bardzo ważne, ale nie każdemu jest dane. Gdybym znała takie małżeństwa, to z pewnością mogłabym zazdrościć im posiadania wspólnego domu, tworzenia rodziny, wychowywania dzieci, zwykłego codziennego życia, jeśli jest w nim miejsce na kompromis, miłość i szacunek. Świadomość, że ktoś na ciebie czeka, że masz do kogo zadzwonić, masz z kim spędzać wspólne niedziele, uprawiać regularnie seks – jest cudowna. Ale ja słyszę raczej: „Całowanie? A co w tym przyjemnego?!”. Z takim podejściem, jakim cudem mają dzieci? Gdy tak patrzę na niektóre mężatki, to mam wrażenie, że trzymają się związku głównie ze strachu, by nie być samą. Są też takie, którym wydaje się, że obrączka na palcu jest wystarczającym powodem, by na niezamężne koleżanki patrzeć ze współczuciem lub pogardą. Jedyne, czego może trochę im zazdroszczę, to tego, że nie muszą bać się o pieniądze – jeśli mężczyzna ma pracę, to przynajmniej mają świadomość, że nie są skazane wyłącznie na siebie.

Za dzieleniem się odpowiedzialnością

Gdy już się spróbowało małżeństwa, a owoc był gorzki, odzyskana wolność wcale nie musi lepiej smakować. Przyznaje 43-letnia Beata. – Jestem singielką z odzysku, z wyboru, a może bardziej trafnie: w wyniku własnej decyzji – mówi. – Nie zostałam porzucona, to ja porzuciłam, nie mam na kogo zrzucić winy, a z tym trudniej się żyje. O ile lżej by mi było, gdybym mogła powiedzieć: „zostawił mnie, poznał inną... a to drań”. Ale tak nie było, za to był brak zrozumienia, wspólnych pasji, fascynacji, brak miłości, a przede wszystkim brak szacunku, a tego nie byłam w stanie znieść. Szkoda życia i szkoda dzieci. Jedni się nie rozwodzą z powodu dzieci, mimo braku miłości i chęci bycia ze sobą, drudzy rozwodzą się dla dzieci, aby tego nie oglądały. Zdecydowanie należę do drugiej grupy. Mężatkom więc nie zazdroszczę niczego, ale zazdroszczę kobietom będącym w udanym związku. Nie w jakimś związku, ale właśnie w udanym, bo taki związek daje poczucie bezpieczeństwa. Zazdroszczę im też dzielenia się odpowiedzialnością, chętnie bym ją zrzuciła ze swoich barków. Poczucie, że tylko ja jestem odpowiedzialna za swoje decyzje, dość mocno mnie obciąża. Wiem, że ta współodpowiedzialność często jest złudna, ale na pewno jest większa szansa na zrozumienie. Do tego koniecznie muszę dodać zazdrość o codzienny byt – boksowanie się z życiem jest męczące, we dwójkę zawsze łatwiej.

Nikt nie chce być sam

W kulturze nastawionej na siebie, na dążenie do zaspokojenia indywidualnego prawa do szczęścia, wśród singli, którzy znakomicie radzą sobie w pojedynkę, coraz częściej pojawiają się głosy, że bycie samemu to nie zawsze otwarty manifest dojrzałej samodzielności, ale sposób życia, którego się wcale nie planowało. Rozwódki, choć podjęły tę decyzję świadomie, przyznają, że odzyskana niezależność nie jest wcale taka kolorowa. Zmienia się społeczny obraz małżeństwa – już nie jest ostoją wartości (choć czasem jeszcze nią bywa), gwarantem stałości, coraz więcej rodzin jest patchworkowych – nadal jednak do niego tęsknimy. Gdyby ktoś zagwarantował nam, że tam za rogiem czeka ktoś, z kim będziemy szczęśliwi, mało kto powiedziałby „nie”.

Hanka mówi wprost: – Ktoś, kto ucieka przed związkiem, jest w pewnym sensie upośledzony emocjonalnie – tak myślę. Jasne, można całe życie przeżyć samemu, ale właściwie – po co? Są też tacy, którzy mimo że mają żony czy mężów, są sami, ale jednak mają do kogo się odezwać w domu czy nawet z kim się pokłócić! Mają kogo prosić o zakupy czy nawet na kim wieszać psy! To zupełnie co innego niż bycie samemu naprawdę...

Dobra samotność

Jest jednak czas, gdy samotność może być dobra, i jest nam jak najbardziej wskazania. To czas „pomiędzy” – gdy już zakończyliśmy ważną relację, a jeszcze nie nawiązaliśmy nowej. Wtedy możemy bliżej przyjrzeć się sobie, bez pośpiechu, bez zagłuszania deficytów kimś lub czymś z zewnątrz, gdy możemy sprawdzić, jak mi ze sobą jest, z czym sobie dobrze, a z czym gorzej radzę, jakie są moje największe potrzeby, ale i najważniejsze zasoby. Gdy nie patrzymy na potencjalnego partnera jak na kogoś, kto nas wypełni, uzupełni (jakbyśmy sami byli niewystarczająco kompletni). Idealna „druga połówka” może się nigdy nie pojawić. Z prostego powodu – bo jej nie ma. Każdy z nas jest całością, jest kompletny. Dobrze to wiedzieć, zwłaszcza w czasach, gdy małżeństwo nie gwarantuje ani bycia szczęśliwszym, niż kiedy jest się samemu, ani czegoś stałego, co daje poczucie bezpieczeństwa. To poczucie możemy dać sobie tylko my sami. I warto to sobie uświadomić właśnie wtedy, kiedy akurat nie jesteśmy z nikim w związku.

Wojciech Kruczyński, psycholog, autor książki „Wirus samotności”, mówi: – Jeśli umiesz cieszyć się samym sobą, dla innych ludzi jest to sygnał, że masz wiele do zaoferowania – że przebywając blisko ciebie, nie tylko nie będą czuli się wykorzystywani, ale wręcz zostaną w jakiś sposób zainspirowani, wzbogaceni lub ogrzani twym wewnętrznym ogniem.

Basia, choć przyznaje, że tęskni za związkiem, dodaje: – Doceniam bycie samej ze sobą. Za możliwość wykonywania różnych dziwnych rzeczy o różnych porach dnia i nocy. Namiętnie urządzam sobie kąpiele o 13.00 lub 14.00. Nikt mi nie zawraca głowy, nikt nie stuka do drzwi – to czas absolutnie dla mnie. Doceniam to i korzystam z tego. Bezkarnie mogę nałożyć maseczkę na twarz – bez jej utraty przed moim ukochanym.

Dopiero gdy umiemy być sami, gdy kochamy siebie, łącznie z naszymi wadami, to możemy także pokochać kogoś innego. – Kiedy bycie samemu staje się bardziej darem niż torturą, wiesz, że twoje szczęście nie jest przez nikogo uwarunkowane – mówi Bob Mandel, pisarz i terapeuta, autor książki „Terapia otwartego serca”. – Wówczas możesz wybierać związki, które automatycznie odzwierciedlają miłość, jaką znalazłeś w sobie. I nikomu niczego nie zazdrościć.

Singielki kontra ich matki

Kiedyś kobieta musiała mieć męża i brała pierwszego lepszego – mówi psycholog Katarzyna Korpolewska w książce Magdaleny Kuydowicz „W co grają matki i córki?”. – Teraz zrobiła się wybredna i ma większe poczucie własnej wartości. Chce mieć partnera do rozmów, seksu, sportu, a także kogoś, kto rozumie jej potrzebę samorealizacji. Ponieważ singielki są coraz bardziej wymagające, trudniej jest im znaleźć stałego partnera. Wiele z nich to wykształcone, wartościowe kobiety robiące karierę zawodową, poszukujące na życiowego partnera kogoś, kto ma podobną pozycję społeczną i zawodową. To nie oznacza, że nie chcą być żonami. Chcą, ale na określonych warunkach.

Matki często myślą, że córka z przekory nie chce założyć rodziny – dodaje psycholog. – Dla córki taki punkt widzenia jest ogromnie stresujący. Co ona ma zrobić? Zgłosić się do biura matrymonialnego? Czatować z obcymi mężczyznami na wirtualnej randce? Córka chce znaleźć jedynego mężczyznę na całe życie, ale nie może go spotkać. Pretensje matki są oczywiście wyrazem niepokoju. Matka boi się, że córka będzie samotna. Kiedyś, gdy matka była młoda, samotna kobieta żyła na marginesie życia społecznego. Teraz tak nie jest. Wszędzie jest pełno singielek, które świetnie się bawią i nie są pomijane towarzysko. Kobieta, która żyje sama, nie musi być samotna. Ma przyjaciół i znajomych.

  1. Psychologia

Z ciekawością i bez presji - rady dla dojrzałych singielek

W budowaniu relacji opartych na równowadze wiek działa na korzyść kobiet. (Fot. Getty Images)
W budowaniu relacji opartych na równowadze wiek działa na korzyść kobiet. (Fot. Getty Images)
W budowaniu relacji opartych na równowadze wiek działa na korzyść kobiet. Po przepracowaniu życiowych doświadczeń są bardziej otwarte, umieją dostrzec potencjał w partnerze i nie oczekują od niego spełnienia wszystkich potrzeb. O rady dla dojrzałych singielek pytamy psychoterapeutkę Marię Rotkiel.

Kiedy mamy dwadzieścia kilka lat, zwykle w naszym życiu wiele się dzieje, łatwo poznać nowych ludzi. Potem przychodzi stabilizacja, zaczynamy spędzać całe dnie w pracy i nagle okazuje się, że mamy dość ograniczony krąg znajomych. A to oznacza także mniej okazji do spotkania kogoś, kto mógłby zostać naszym partnerem. Co możemy wtedy zrobić? Nie chcę tego nazywać projektem, bo chodzi o relacje, a nie biznes, jednak dojrzała osoba wie, że dziecinno-romantyczne sposoby i bierne czekanie nie wystarczą...
Zacznę od tego, że jeżeli mówimy o otwarciu się na związek w dojrzałym wieku, to w tym wypadku wiek działa na korzyść nas, kobiet, ponieważ mamy za sobą wiele doświadczeń, także trudnych. Możemy je wykorzystać, żeby tworzyć relacje oparte na równowadze, w których będziemy szczęśliwsze i będziemy potrafiły dawać szczęście. Oczywiście jeśli mamy świadomość tych doświadczeń, czyli, używając języka psychologicznego: przepracowałyśmy je. A co do samego poszukiwania partnera, to od lat namawiam kobiety do bycia aktywnymi. W postawie typu „jestem gotowa na zbudowanie związku, rozglądam się za tym potencjałem, który byłby w drugiej osobie do budowania szczęśliwej relacji” nie ma przecież nic złego.

Słyszałam jednak nieraz, że na przykład zapisując się na portal randkowy, kobiety czują się niekomfortowo, jakby wystawione na sprzedaż...
Rozumiem, że można się czuć niekomfortowo w pewnych okolicznościach, ale okoliczności zależą od nas. Przecież nie musimy wystawiać się „na sprzedaż”, czyli pokazywać zdjęcia sprzed 10 lat, podawać swoich wymiarów i numeru telefonu. Wybierzmy portal, który oferuje większy komfort przedstawienia się. Przygotujmy intrygujący, ale i rzeczywisty opis, sprawdzajmy, kto zagląda na nasz profil, badajmy, czy ten ktoś jest gotowy na nawiązanie relacji, a potem obserwujmy, jak ona się rozwija. Internet oferuje szansę poznania kogoś szybciej niż w rzeczywistości, bo w dojrzałym życiu te możliwości są ograniczone. Mamy dość hermetyczne grono przyjaciół i znajomych w miejscu pracy, rzadziej wychodzimy do klubów, choć zawsze zachęcam, żeby z tego nie rezygnować. Uważam zresztą, że właśnie przestrzeń portali randkowych jest dobra do przełamywania dyskomfortu, o którym mówimy, bo możemy ćwiczyć nawiązywanie relacji z poszanowaniem własnych granic i potrzeb.

Powiedziała pani, że ważne jest aktywne rozglądanie się wokół i poszukiwanie znajomości, które mogą się rozwijać. Na czym to polega?
Najważniejsza jest postawa „jestem gotowa na relację”, „chcę relacji”. To wiąże się ze świadomością, o której już mówiłyśmy, ponieważ w określonym momencie życia możemy nie być gotowe na relację, bo chcemy skupić się na sobie, na swoim rozwoju zawodowym czy na dzieciach... Relacja ma być wtedy dla nas wartością dodaną. Ważne jest więc, by nie robić niczego na siłę. Postawa świadomego otwarcia się na związek oznacza, że swobodnie komunikujemy o swojej potrzebie. Nie panikujemy, kiedy koleżanka mówi na przykład: „mój mąż ma interesującego znajomego, może przyjedziesz do nas na kolację, on by go zaprosił?”, albo same proponujemy: „może kogoś fajnego zaprosicie, żebym nie była nie do pary?”. Nie chodzi o desperackie chodzenie ze sztandarem „szukam mężczyzny”, bo  życie może być fajne również bez niego, a o postawę pozytywnej, ciepłej, spokojnej otwartości na to, że jeżeli ktoś ciekawy się pojawi, to chętnie go poznam i zobaczę, co ta znajomość przyniesie.

Tu dotykamy dużego tematu, czyli: kto może być dla nas ciekawy jako potencjalny partner? Dojrzałość oznacza przecież także i to, że nie trzymamy się już kurczowo myśli o „drugiej połówce jabłka”, ale chyba nie można stworzyć trwałego związku z każdym?
Myślę, że możemy stworzyć dobrą relację z osobami o różnych typach osobowości, temperamentach i zainteresowaniach. Jestem zdecydowaną przeciwniczką idei dwóch połówek. W mojej książce „Nas dwoje, czyli miłosna układanka” piszę o koncepcji puzzli, która polega na tym, że jesteśmy bardzo różni, natomiast jakimś kawałkiem do siebie pasujemy, na przykład oboje kochamy zwierzęta czy jesteśmy domatorami...

Uważam, że liczy się system wartości w dość ogólnym pojęciu, czyli stosunku do świata, bo jeśli brak takiego porozumienia, to wybory, wypowiedzi czy nawet dowcipy partnera będą dla nas niezrozumiałe. Sprowadzam to do pewnej wspólnej płaszczyzny, która definiuje dwie osoby jako parę. I tyle! W takim modelu jest przestrzeń na wiele odmienności. Niektóre koncepcje mówią nawet, że praktycznie z każdym jesteśmy w stanie zbudować związek. Opierają się na tezie, że wszyscy mamy w sobie jakiś potencjał. Na przykład ktoś jest dowcipny, pomysłowy, kreatywny i nigdy nie będziemy się z nim nudzić, więc to może być wartość, która jakiejś osobie zrównoważy brak poczucia bezpieczeństwa w rozumieniu przewidywalności. Inny jest z kolei bardzo przewidywalny, stateczny i daje ogromne poczucie bezpieczeństwa, co może dla kogoś oznaczać deficyt bodźców, ale te potrafi  sam sobie zapewnić: zacząć kolejne studia, naukę języka, wychodzić z przyjaciółmi do klubu. Bardzo ważne jest budowanie związku na jego potencjale i dostarczanie sobie samemu doznań w obszarach, gdzie odczuwamy braki. Tu znowu wracamy do atutów związanych z wiekiem, bo nie dość, że dojrzałe kobiety są bardziej otwarte i bardziej elastyczne, ale jednocześnie mądrzejsze w tej elastyczności, czyli nie przekraczają swoich granic − to jeszcze potrafią dostrzec potencjał partnera.

Internet to bardzo dynamiczne medium, informacje zmieniają się co chwilę, więc możemy też czuć presję, żeby kogoś szybko „odhaczyć”, ocenić, czy się kwalifikuje, czy nie, i przejść do kolejnego kandydata. Jak się od niej uwolnić?
Przede wszystkim samodzielnie budować swój dobrostan. Wspierać się własnym potencjałem, żeby żyć szczęśliwym życiem, w którym partner jest wartością dodaną, a nie narzędziem do zapewnienia nam tego szczęścia. Wtedy związek nie oznacza „kupowania” kogoś, kto ma budować nasz wizerunek czy zaspokoić wszystkie nasze potrzeby, a okazję do poznania drugiego człowieka.

A doraźnie – nie dać się skusić wizji idealnego związku, nie buszować po Internecie jak w poszukiwaniu nowej pary butów, tylko rozglądać się z perspektywy kogoś, kto siebie dobrze zna, potrafi się sobą zaopiekować oraz jest gotowy na budowanie interesującej relacji. Moim zdaniem bardzo ważna jest właśnie ciekawość drugiego człowieka. Wtedy nie działamy desperacko, pod presją, tylko robimy to dla siebie.

Podkreśla pani potrzebę działania. Jeśli chodzi na przykład o szukanie pracy, to jest to dla nas oczywiste, ale już w stosunku do relacji często wybieramy jakiś rodzaj magicznego myślenia.
Pracuję w nurcie psychologii, który się nazywa poznawczo-behawioralnym. Poznawczość to świadomość, rozumienie, umiejętność wypracowywania pewnych postaw poznawczych, czyli sposobu myślenia, a behawioryzm oznacza, że nasze życie kształtują nasze działania. Tak jak szukamy nowej pracy, jeśli ta, którą mamy, nie daje nam satysfakcji, czy w trosce o zdrowie zmieniamy dietę − tak samo aktywni możemy być w przyjaźniach i związkach. Bardzo wiele od nas zależy. Siedzenie w domu i rozmyślanie nad życiem, choć potrzebne w określonych momentach, kiedy musimy coś przepracować, to za mało! Warto wyjść do ludzi, do świata, uśmiechnąć się rano do siebie, a potem do drugiego człowieka, chodzić do teatru, na lekcje tańca, wyciągnąć przyjaciółki z domu na fajny wyjazd... Należy komunikować swoje potrzeby i pozwolić życiu dawać nam okazje do rozwoju i poznawania ludzi. Sprawczość jest tu ważna, bo nikt nam na złotej tacy ciastka pod nos nie podetknie.

Zatem szukanie partnera to nie jest projekt biznesowy, ale także wymaga pewnego wysiłku.
Tak, jednak nie wiążmy tego z ciężką pracą, bo to jest przyjemne. Mnie samej czasem nie chce się pójść na dłuższy spacer z psem, ale gdy już się zmobilizuję, jestem bardzo zadowolona. I przy zawieraniu nowych znajomości jest tak samo – to wymaga pewnej mobilizacji, zastrzyku energii, na który składają się optymizm, odwaga, wiara i witalność, ale szybko odczuwamy radość z tego wysiłku, bo nawet jeśli nie poznam nikogo nowego w klubie czy na imprezie, to spędzę przyjemnie czas z innymi ludźmi, a to buduje ten wspominany wcześniej dobrostan. Przede wszystkim pamiętajmy, że najważniejsza relacja w życiu to relacja z samą sobą. Gdy jest dobra, możemy dać innym to, co mamy najcenniejszego, potrafimy też otworzyć się na dobro, które ma dla nas świat.

Maria Rotkiel, psycholog, certyfikowana terapeutka poznawczo-behawioralna. Prowadzi praktykę psychologiczną, terapeutyczną i trenerską. Autorka poradników psychologicznych, ekspert w mediach oraz kampaniach społecznych.