fbpx

Po co nam czułość? Zastanawia się Wojciech Eichelberger

Po co nam czułość? Zastanawia się Wojciech Eichelberger
Czułość to wymagający projekt. Dziś często trudno o nią nawet wobec bliskich. (Ilustracja iStock)

Dotykam delikatnie, przytulam, wypowiadam tkliwe słowa… Czy na pewno tylko tym jest czułość? A czym ona jest w czasach mediów elektronicznych? I przede wszystkim: jak oraz komu ją okazywać – zastanawia się psychoterapeuta Wojciech Eichelberger.

Czym jest czułość? Czy to jeden ze sposobów komunikacji z drugim człowiekiem?
Czułość jest chyba najbardziej dojrzałym, naturalnym i spontanicznym odruchem serca. Kto wie, czy nie najpełniejszym wyrazem tego, co nazywamy prawdziwą miłością. Oszczędna w słowach, bez intencji, bez najmniejszego trudu, zwykle przejawia się w spojrzeniu, tonie głosu, w geście czy dotyku. Jest predyspozycją, a zarazem głęboką potrzebą każdego człowieka, ale wymaga też odwagi.

Odwagi?
Tak, bo czułość, za którą stoi miłość, może przecież zostać odrzucona. Odwagi potrzeba do tego, by – gdy tak się stanie – człowiek nie zamykał się natychmiast, tylko poszukał innych sposobów okazania czułości. Czułość naznaczona jest empatią, szacunkiem i uważnością. To nie jest jedynie wyraz wdzięczności, która budzi się w nas na koniec miłosnego zbliżenia czy smakowitego posiłku…

Nie można być tylko czułą kochanką czy czułym mężem?
W sytuacjach miłosnych zbliżeń czy innych bliskich kontaktów z ważnymi dla nas ludźmi lub obiektami doświadczamy zazwyczaj tylko przebłysków czułości prawdziwej, jej prototypu. Taka czułość na ogół ma postać chwilową, wybiórczą i ulotną. Nazywam ją przebłyskiem czułości lub jej prototypem właśnie dlatego, że doświadczana jest tylko w określonych sytuacjach, na przykład właśnie w trakcie kochania się, lecz już po nim jej nie ma.

Taką szczerą, płynącą z serca czułością obdarzamy tylko bliskich?
Obejmowanie wrażliwością, czułością i troską tylko tych, z którymi mamy bliskie związki lub z którymi jesteśmy spokrewnieni, to nieświadomy wyraz rodzinnego lub klanowego egoizmu. Prawdziwie czułe serce obejmuje wszystkich i wszystko. Czułość kierowana jedynie do bliskich albo tylko do dzieci czy też tylko do zwierząt to czułość selektywna.

Kiedy jestem „zwykłą” kobietą czy „zwykłym” mężczyzną i nie mam szczególnych ambicji, by się duchowo rozwijać, to za naturalną uznam właśnie selekcję obiektów, które obdarzę czułością?
Selektywna czułość jest możliwa, ale zazwyczaj to przejaw obronnego mechanizmu, tzw. projekcji. Polega on na nieświadomym umieszczeniu fragmentu swojego bolesnego ego w wybranym obiekcie lub obiektach. Jeśli są to na przykład koty, to wtedy doświadczam czułości i wyrażam czułość wyłącznie wobec nich. A wtedy symbolicznie i nieświadomie obdarzam czułością swoją własną – umieszczoną w kocie – ukrytą, skrzywdzoną część. Wtedy też szczerze nienawidzę wszystkich faktycznych i domniemanych krzywdzicieli kotów. Te dwie sprzeczne emocje wobec świata są we mnie jednocześnie. Nieuświadomienie sobie projekcyjnego podłoża tej czułości sprawia, że umieszczona w kotach emocjonalna rana się nie goi. I to bez względu na to, ilu kotom zapewnię opiekę i troskę. Nie rozwijam się także duchowo, bo nienawiść do tych, którzy koty krzywdzą, przeszkadza mi w tym. Dopiero uświadomienie sobie tego, co mną wówczas kieruje, sprawia, że zaczynam leczyć swoją bolesną część. I wtedy mam szansę ofiarować prawdziwą czułość…

Kotom chyba wszystko jedno, czy je tulę z sympatii, czy dlatego, że sobie sama nie umiem dać czułości?
Zapewne koty też wolałyby prawdziwą czułość i troskę, bo te są bezinteresowne i szanują granice oraz prawa innych istot. Prawdziwa czułość nie ma nic wspólnego z litością, która wywyższa i syci nasze ego, bo nam samym daje więcej niż tym, których obdarzamy uwagą i ku którym kierujemy nasze działania. Prawdziwa czułość nie stawia nas wyżej od tych, którzy wywołują w nas czułość, i nie pozwala na odczuwanie nienawiści nawet względem tych, którzy wobec nikogo i niczego nie są czuli. Czułość wynika z takiej wizji świata, w której człowiek stawia siebie na równi ze wszystkimi innymi. Zatem prawdziwa czułość – podobnie jak prawdziwa miłość czy współodczuwanie – nie może więc być selektywna. Obejmuje wszystko: ludzi, zwierzęta, rośliny, a nawet przedmioty. Tych, którzy koty krzywdzą, także, bo zapewne sami zostali kiedyś bardzo skrzywdzeni.

Zwykle sądzimy, że czułości potrzebuje przede wszystkim ten, kto znalazł się w trudnej sytuacji, kogo mamy ochotę pocieszyć.
Niekoniecznie i nie tylko. Czułość warto wyrażać też wobec tych, którzy się dobrze mają. Na przykład wobec kogoś, kto odczuwa radość, zachwyt, ekstazę. Bo czułość jako wyraz esencji życia jest nam i innym potrzebna we wszystkich jego przejawach. Nie tylko wtedy, gdy trzeba komuś wytrzeć nos czy osuszyć łzy. Przytulać się zaś można ze stu innych powodów. Tylko jeden z nich to czułość. Tym bardziej że ta nie zawsze wymaga dotyku. Bywa on jej dobrym dopełnieniem, ale nie jest czymś koniecznym.

Olga Tokarczuk w swojej mowie noblowskiej pięknie mówiła o czułym narratorze, który zwraca się z troską i czułością do ludzi sobie nieznanych, a nawet do przyszłych pokoleń. I ten czuły narrator, choć posługuje się tylko wrażliwością i umiejętnie dobranymi słowami, sięga w nasze serca często głębiej, mocniej i czulej, niż uczyniłby to ktoś, kto wziąłby nas w ramiona. Aby jednak być takim czułym narratorem, prócz wrażliwości i szczególnej zdolności do czułego posługiwania się słowem trzeba mieć także otwarte, odważne serce.

Olga Tokarczuk powiedziała, że trzeba mieć duszę. Bo, jeśli dobrze ją zrozumiałam, tym jest dla niej czułość. A dała ją jej matka, mówiąc, gdy ta była jeszcze dzieckiem, że można tęsknić za kimś, kogo jeszcze nie ma, kto dopiero ma się narodzić. Tak ona tęskniła za córką…
Można tęsknić za kimś albo nawet za czymś, czego jeszcze nie ma. I taka tęsknota może mieć wiele wspólnego z czułością, bo na ogół tęsknimy za kimś, z kim chcielibyśmy wymieniać się czułością. Tym bardziej że czułość i troska są blisko spokrewnione, niemalże tożsame. Trudno wyobrazić sobie czułość bez troski. Troska bowiem – podobnie jak czułość – nie musi być adresowana wyłącznie do ludzi znajdujących się w trudnej czy niebezpiecznej sytuacji. Możemy na przykład czule troszczyć się o to, aby inni rozwijali się w pełni, korzystali ze swojego potencjału, by odnajdowali najlepsze dla siebie drogi, choć i tak ich życie jest już dobre.

Czułość to wymagający projekt. Dziś często trudno o nią nawet wobec bliskich. Jedyne, co nam jakoś „wychodzi”, to emotikony i lajki! Jak więc stać się prawdziwie czułym?
Idąc śladem Olgi Tokarczuk, najłatwiej o to wtedy, gdy w dzieciństwie spotkamy człowieka o czułym, otwartym i kochającym sercu. Stereotypowo powinna być to matka. W praktyce jednak spotkanie naprawdę czułych i troskliwych opiekunów już na starcie zdarza się rzadko. Dlatego – jak już wcześniej to sobie powiedzieliśmy – trzeba się trochę nad odzyskaniem zdolności do czułości pochylić i napracować. Czułym może być tylko ktoś wrażliwy, widzący i odczuwający więcej, żywo reagujący na bodźce z otoczenia. Umiejący tę wrażliwość łączyć ze zdolnością do współodczuwania cierpienia, z wdzięcznością, radością i z zachwytem. Słowem, jest to albo ktoś, kto cudem uniknął zgubnego wpływu sytemu rodzinnego, edukacji i konsumpcyjnej kultury, zachowując naturalną niewinność i wrażliwość serca, albo ktoś, kto włożył w swój rozwój dużo pracy na wszystkich poziomach. Dlatego mało jest ludzi prawdziwie czułych i prawdziwie kochających. Ale na szczęście każdy z nas nosi w sercu ten potencjał i coraz więcej osób nie tylko marzy o tym, by go odzyskać, lecz także wiele robi w tej sprawie.

Czyli praca nad sobą jako droga do czułości prawdziwej, zwłaszcza gdy na skutek różnych okoliczności nasza matka nie była matką czułą, ale raczej „drucianą” jak ta z eksperymentu…
Mówisz o eksperymencie Harry’ego Harlowa, badacza z lat 60. XX wieku, który oddzielił małe rezusy od ich matek i dał do wyboru dwie sztuczne. Pierwsza była druciana, ale za to wyposażona w butelkę mleka, z której małe małpki mogły samodzielnie pić. Druga została zrobiona z puchatego materiału. I małe małpki pokochały puchatą „matkę” bardziej niż drucianą i karmiącą. Spędzały prawie cały czas wtulone w jej futerko i odchodziły tylko po to, aby u tej drucianej się najeść. Także gdy coś je przestraszyło, chroniły się w futerku puchatej. Ten eksperyment jasno pokazał, że czułości i ciepła potrzebujemy bardziej, a na pewno co najmniej tak bardzo jak pokarmu.

Dlaczego aż tak bardzo potrzebujemy czułości?
Jeśli jest jej za mało, możemy funkcjonować, ale wtedy zatrzaskujemy swoje serce i przyjmujemy różne strategie obronne. Na przykład strategię psychopatyczną, która sprowadza się do skryptu: „Nic nie czuję i niczego nie potrzebuję”. A to znaczy, że ktoś taki utracił wiarę w miłość i czułość – w to, że ktoś może go pokochać. Prawie zawsze jednak nawet taka obrona nie jest do końca szczelna. Gdzieś w zakątku tego poranionego, zmrożonego serca zostaje miejsce dla czegoś, co budzić będzie troskę i czułość. Zostaje miejsce na czułość selektywną. Na przykład Leon Zawodowiec, płatny morderca, kochał swoją roślinkę, choć resztę istot zabijał bez mrugnięcia okiem.

Leonowi Zawodowcowi czułość w pracy nie pomagała… A czy w takich „zwyczajnych” profesjach pomaga?
Każde odczucie prawdziwej czułości i troski wobec drugiego człowieka, zwierzęcia czy rośliny jest bezcennym przebłyskiem świadomości. Wglądem w prawdę o tym, co w życiu ważne i jakie mamy zadanie. Dlatego czułość zmienia nasze spojrzenie na wszystko, także na pracę i relacje z ludźmi, których w niej spotykamy. Zmienia spojrzenie na to, kim jesteśmy i kim chcemy być.

Czułość, o której mówisz, to projekt duchowego rozwoju. A dziś brak nam takiej „zwykłej”, nawet selektywnej czułości.
Gdy brak nam odwagi i otwartości serca, może dochodzić w nas do głosu czułostkowość. A tej prawdziwa czułość nie toleruje. Czułostkowość to tandetna, łzawa imitacja czułości. Jest nastawiona na wyrażenie własnego wzruszenia, bólu czy lęku – bez liczenia się ze stanem, potrzebami i granicami obiektu tej niby-czułości. W swojej ekspresji często bywa nadmierna, egzaltowana. W związku z tym nie budzi zaufania i odbierana jest jako irytująca lub śmieszna.
Prawdziwa miłość i czułość mogą wyrażać się nie tylko w delikatności. Czułość to także dobrze skalibrowane wymagania. Potrzeba mądrości, żeby nią dobrze zarządzać.

Możliwy jest zatem czuły gniew?
Jeśli ktoś, na kim nam zależy, kogo kochamy, robi coś, co w naszym najgłębszym przekonaniu szkodzi jego życiu, zaprzepaszcza jego potencjał – w tym duchowy – to na ogół próbujemy go powstrzymać. Wtedy często czujemy właśnie słuszny gniew. Słuszny gniew różni się od gniewu, który wynika z pokusy nobilitowania naszych niskich instynktów czy neurotycznych nawyków tym, że, po pierwsze, nie atakuje i nie poniża człowieka, lecz jego działania, wedle zasady: „Nienawidź grzechu, ale kochaj grzesznika”. Po drugie, możemy ten gniew w każdej chwili zatrzymać.

Wojciech Eichelberger, psycholog, psychoterapeuta i trener, autor wielu książek, współtwórca i dyrektor warszawskiego Instytutu Psychoimmunologii.


  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
?>