fbpx

Po co nam obietnice? Pytamy Wojciecha Eichelbergera

Po co nam obietnice? Pytamy Wojciecha Eichelbergera
(Fot. iStock)

Sprawa zasad, honoru, poczucie odpowiedzialności, a może manipulacja? Czy wierzymy w obietnice, czy ich dotrzymujemy – zastanawia się psychoterapeuta Wojciech Eichelberger.

W biblijnej Księdze Sędziów wódz Jefte obiecuje Bogu, że jeśli ten pomoże mu pokonać mameluków, złoży mu w ofierze pierwsze, co wyjdzie z jego domu. Wychodzi… jego córka.
Rozumiem, że to przestroga, aby nie składać obietnic, bo nigdy nie wiemy, co się wydarzy. Tylko Bóg zna przyszłość. No i trudno się z tym nie zgodzić. W tradycji chrześcijańskiej Jezus podczas kazania na górze przestrzega, by nie przysięgać, a mówić wyłącznie: „tak” bądź „nie”. I podobnie jest w innych tradycjach duchowych. Zapewne dlatego, że ludzki los jest niepewny, nie mamy nad nim kontroli, zatem jak możemy cokolwiek obiecywać?
Człowiek dojrzały wie, że nie może brać odpowiedzialności za to, na co nie ma wpływu. Dlatego unika obietnic. Nieskładanie ich jest, moim zdaniem, wyrazem pokory i dojrzałości.

A ja bym powiedziała odwrotnie: ten, kto waha się przed obietnicami, nie wie, czego chce, i nie można mu ufać!
Myślisz tak, bo wszyscy lubimy słyszeć zapewnienia, przysięgi. Nawet gdy w głębi serca czy umysłu czujemy, że nie dają żadnej gwarancji. Lubimy je słyszeć, bo są jak narkotyk, dają nam złudne poczucie bezpieczeństwa, kontroli, cudowna iluzje, że nie tylko wiemy, co się wydarzy, ale także że mamy na to wpływ.

Po co nam obietnice? Pytamy Wojciecha Eichelbergera
Ilustracja Paweł Jońca

No, ale powiedz, czy nie jest to rodzaj pychy albo poczucia omnipotencji? Ja odruchowo staram się wystrzegać obietnic, bo to spójne z moją nabytą przez lata pokorą egzystencjalną. No bo co ja mogę obiecywać innym ludziom, skoro nie wiem, co ze mną samym stanie się choćby za godzinę. Z czystym sumieniem mogę jedynie wyrazić wolę czy nadzieję, obiecać, że się postaram zrobić w danej sprawie wszystko, co w mojej mocy. I naprawdę nigdy nikomu niczego nie obiecujesz?
Obiecywanie i dotrzymywanie słowa są bardzo ważne, gdy dotyczą dzieci. Bo gdy rodzice są słowni, to dzieci nabierają przekonania, że mogą na nich liczyć. Zaczynają wierzyć, że świat jest w wystarczającym stopniu przewidywalny. A wiara w to staje się bardzo ważna dla ich dalszego prawidłowego rozwoju. Tylko na fundamencie takiej wiary mogą się rozwijać, kształtować swój charakter, a więc także nabierać mądrości życiowej, która w końcu odsłoni przed nimi i tę prawdę, która doradza, by ostrożnie obchodzić się z obietnicami. A wiec, odpowiadając na twoje pytanie, obiecywałem dzieciom i czasami obiecuje dorosłym, lecz zawsze ze świadomością, że jest to jedynie oświadczenie woli i nadziei. Ale też z poczuciem, że brak obietnic –”a wiec brak wiary, że jednak to, co zostało powiedziane, wydarzy się częściej niż rzadziej –”powodowałby ogromny pesymizm, czarnowidztwo i zanik odpowiedzialności za swoje działania i słowa.

A wiec wszyscy potrzebujemy obietnic, choć składając je lub przyjmując, wiemy, że igramy z losem?
Tak, bo ich brak zabijałby w nas chęć i wolę działania na rzecz przyszłości. No bo skoro nie wiem, co będzie, i nie mam na to wpływu, to po co trudzić się nauką, pracą, wychowywaniem dzieci itd.? Obiecujemy zatem, wiedząc w głębi duszy, że wyrażamy jedynie i aż – nasza wiarę w przyszłość. Przemilczamy to jednak w naszych codziennych rozmowach, twardo deklarując, że będzie tak, jak mówimy. W tle tej pewności jest magiczne przekonanie, że im twardziej wygłosimy obietnice, tym mocniejsze dajemy świadectwo naszej wiary. A wiara, jak wiadomo, czyni cuda…

I wpływa na rzeczywistość. Czyż nie?
W pewnym sensie wpływa. Dajmy na to, że obiecałem przyjacielowi: „Odwiedzę cię w twoim domu w Szczecinie”. Pewnego dnia ruszam samochodem i już z trasy, pełen entuzjazmu, dzwonię do przyjaciela, żeby go poinformować, że będę u niego za trzy godziny. A w telefonie słyszę: „Jeśli dojedziesz”.

No i wpadasz w poślizg na jedynej plamie benzyny…
No właśnie. Bo te skądinąd uzasadnione wątpliwości odbieramy jako kuszenie złego losu, jako złowroga wróżbę, przepowiednie: „Nie bądź taki pewny, ze dojedziesz!”. No i nie jestem! Kiedy słyszę, że mogę nie dojechać, myślę sobie: „Kurcze, no tak!”, i jadę dalej pełen obaw, jadę z mroczną perspektywą. Powinienem, oczywiście, powiedzieć: „Wierze, że będę za trzy godziny”, a nie używać języka pewności. Choć w psychologii sukcesu nie bez powodu podkreśla się, że trzeba myśleć pozytywnie. Do tego stopnia, by nie mówić: „Bedę za trzy godziny”, ale wręcz, jakby coś się już dokonało: „Jestem u ciebie za trzy godziny”. Mówić tak, jakbyśmy to „coś” już mieli. I teraz pojawia się pytanie: Czy gdy oświadczam sobie i światu, że będzie tak, jak mówię – to daje tym świadectwo wiary, czy świadectwo pychy?

Zastanawiam się, co bardziej pomaga mi dotrzymać słowa, pokonać zły los: obietnica czy jej brak. I myślę: „obietnica!”.
Jeszcze nie tak dawno oczywistym zakończeniem wszelkich obietnic i deklaracji były słowa: „Jeśli Bóg dopuści/pozwoli”, czy Jak Bóg da”. Co było wyrazem świadomości, żeby nasze plany czy obietnice mogły się spełnić, potrzebna jest zgoda lub przynajmniej przychylność siły wyższej, losu czy karmy. Do dzisiaj pobożni chrześcijanie często używają tego zwrotu – i ani kiedyś nikomu to nie przeszkadzało, ani dzisiaj nikomu nie przeszkadza. Zatem w tym świetle oświadczenie: „Bedzie tak jak chcę/mówię”, wydaje się raczej świadectwem pychy, czyli nadmiernej, egoistycznej wiary w możliwość bycia kowalem własnego losu. A wiec obiecywać czy nie obiecywać – oto jest pytanie! Pytanie szczególnie ważne i trudne, jeśli odniesiemy je na przykład do fenomenu miłości.

Nie wydaje mi się, aby dobre było dla nas takie rozsądne i pełne mądrości unikanie na przykład przysięgi małżeńskiej…
Zauważ, że na ogół nawet nie pamiętamy jej treści. Tak jakbyśmy składali ja w stanie niepełnej poczytalności. Jakby to było jakieś zaklęcie, a nie deklaracja woli i podstawa ważnej notarialnej umowy. To dobra ilustracja tego, o czym mówiliśmy wcześniej, że zarówno obietnice, jak i przysięgi, które są przecież szczególną formą obietnicy, służą zaklinaniu przyszłości i maja dawać złudzenie, że mamy nad nią kontrole.

Może miłości czy małżeństwa nie można zbudować bez odrobiny naiwności, magii czy pomocy Boga właśnie dlatego, że świat jest nieprzewidywalny?
O ile pamiętam, w tej przysiedzę obiecujemy, że będziemy sobie dozgonnie wierni, że będziemy się dozgonnie kochać, szanować i troszczyć o siebie. To obietnica tak wielka, tak bardzo przekraczająca nasze możliwości i kompetencje, że trudno się dziwić temu, iż wypowiadamy ją na ogół w stanie „obronnego rozkojarzenia”, a w rytuałach religijnych z góry zabiegamy o pomoc siły wyższej. Gdy z pomocą w dotrzymaniu tej przysięgi ma przyjść Bóg, to jest jakoś lżej, bo w razie czego część winy za niedotrzymanie obietnicy możemy „oddać” sile wyższej.
Gdybyśmy mieli przysięgać, zdając się tylko na nasze ludzkie możliwości, to przysięga powinna brzmieć znacznie skromniej, na przykład: „Uczynię wszystko, co w mojej mocy, by – o ile los pozwoli – jak najdłużej dochować ci wierności i miłości”. Przyznasz, że taką obietnicę można złożyć z czystym sumieniem i z lżejszym sercem. Mało tego, jest bardziej prawdopodobne, że takiej obietnicy dotrzymamy nawet do grobowej deski.

Kiedy kochamy, potrzebujemy przysięgi, obietnicy i wiary, że będziemy w stanie tych pięknych słów dotrzymać.
Tak myślimy, bo w stanie zakochania czujemy się omnipotentni niczym czarodzieje czy magowie i wydaje nam się, że siłą miłości zapanujemy nad wiecznie zmieniającym się światem i nad naszym losem. Tak wiec hojnie składamy i bezkrytycznie przyjmujemy wszelkie przysięgi, zapewnienia i obietnice.
Oczywiście, jeśli nasze intencje są szczere, a uczucia głębokie, przysięga może nas wspomagać w tym, aby tak się naprawdę stało. Działa wtedy podobnie jak mówienie: „Jestem u ciebie za trzy godziny”. Prawda jest jednak taka, że gramy z losem w ciemno. Kiedyś gazety nawet o tym pisały: młoda piękna para bierze ślub, a po tygodniu on ulega poważnemu wypadkowi i ląduje na resztę życia na wózku. Ona, oczywiście, heroicznie deklaruje, że dotrzyma obietnicy, ale wiem z doświadczeń wielu osób, że nie wiadomo, jak dalej się to potoczy. Bo często opiekowanie się kimś przekracza nasze możliwości. Czasem bycie obiektem tej opieki także. Podobnie bywa, gdy pojawia się w życiu niepełnosprawne dziecko.

Mimo dobrych chęci i miłości możemy nie podołać temu, co przynosi życie?
Zmiana okoliczności to jedna z przyczyn, dla których możemy obietnicy nie dotrzymać. Zmiana naszych uczuć to kolejna. Ale też zmianie mogą ulec uczucia czy intencje drugiej strony. W historii każdej pary wydarzyć może się… wszystko. Każdy może z niezależnych od siebie powodów nie móc dotrzymać obietnicy. Oczywiście, gdy miłość wygasa, możemy ją markować albo trwać w związku z poczucia obowiązku czy z leku. Ale przecież nie obiecaliśmy markowania ani trwania, lecz miłość i wierność do grobowej deski. Nie na tym polega dotrzymanie przysięgi. Co więcej, żmudne podtrzymywanie iluzji miłości i szczęścia w wygasłym związku jest, podobnie jak niewierność, niszczycielskie dla poczucia szacunku i godności obu stron.
„Nadmiarowe” obiecywanie jest tez wyrazem niedojrzałości przykrytej iluzja naszej wielkości.

Jak ustrzec się przed niedojrzałymi obietnicami?
Zanim złożymy obietnice, a tym bardziej przysięgę, warto zbadać swoje prawdziwe intencje i głębokie uczucia. Zbadać, czy ten mężczyzna albo kobieta jest na pewno tą osobą, z którą chce spędzić całe życie – wszystkie poranki, dnie, wieczory i noce. Warto ustalić z samym sobą, czy nie ukrywamy przypadkiem pod dywanem jakiegoś żalu, urazy albo nieakceptacji dla jakichś jego/jej cech. Ponieważ uważamy, że przysięga ma moc zaklinania rzeczywistości, składamy ja półprzytomnie i naiwnie, licz ac na to, że przysięganie samo w sobie wystarczy, żebyśmy my lub nasza wybranka czy wybranek magicznie się zmienili. Na ogół boimy się sięgnąć głębiej w siebie, bo przeczuwamy, że możemy zobaczyć coś, czego widzieć ani wiedzieć nie chcemy. Na przykład że ślubujemy nie z miłości ani w imię miłości, lecz z wyrachowania: w imię stabilizacji, pozycji społecznej, bezpieczeństwa albo ze strachu przed samotnością itd. I w ramach tego wyrachowania przymykamy oko na to, że człowiek, któremu ślubujemy, to…

…nie ten człowiek! Czyli przysięga pomaga nam uciec przed trudną prawdą, ale przecież jej nie zmienia.
Nie dość, że nie zmienia, to na dodatek popełniamy krzywoprzysięstwo, a to całą przysięgę unieważnia i czyni obietnice miłości, wierności, szacunku bezprzedmiotową. Konsekwencje takiego krzywoprzysięstwa dadzą o sobie znać w sposób dramatyczny i nieunikniony.

A wiec nim złożymy przysiege, trzeba koniecznie wejrzeć w siebie.
Zdecydowanie tak. Takich słów, jak: „obiecuje”, „ślubuję” czy „przysięgam”, lepiej nie rzucać na wiatr. Poza tym nie należy się spieszyć, należy za to sprawdzić, czego naprawdę potrzebujemy w danej fazie naszego życia. Bo może potrzebujemy aktualnie raczej samotności albo rozstania, a może odosobnienia czy podróży dookoła świata.

Mamy dotrzymywać obietnic?
Jak już powiedzieliśmy, obietnica, a tym bardziej przysięga zobowiązują nas do zrobienia wszystkiego, co w naszej mocy, aby ich dotrzymać. Tylko tyle i aż tyle możemy zrobić.

 

Wojciech Eichelberger, psycholog, psychoterapeuta i trener, autor wielu książek, współtwórca i dyrektor warszawskiego Instytutu Psychoimmunologii (www.ipsi.pl).

Patchworkowe rodziny
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze