fbpx

Skarpetki Julii

Skarpetki Julii
123rf.com

Wiele pisze się o technologicznej przyszłości. Zachwyca nią lub straszy. Ale co z uczuciami, co z miłością? Czy nasze wnuki będą jeszcze rozumiały, co łączyło Romea i Julię? A może kochać się będą w postaciach z cyberświata? Jak ochronić w nas – także dla przyszłych pokoleń – to, co naprawdę ludzkie – zastanawia się Wojciech Eichelberger, psychoterapeuta i twórca programu rozwoju wewnętrznego.
Japońscy miłośnicy mangi i anime doświadczają nowego uczucia – moe. Hiroki Azuma, badacz popkultury, pisze, że pojawia się ono, gdy patrzą na opadające skarpetki bohaterek kreskówek. To wzruszenie im wystarcza, bo żyją samotnie, odcięci od ludzi i uczuć, w świecie rysunkowych postaci i emocji. Gdy porównamy moe z tym, co przeżywali Romeo i Julia, robi się dziwnie. Zwłaszcza gdy pomyślimy, że Japonia to okno w przyszłość.

Rozumiem, że ci ludzie zakochują się w postaciach noszących za duże skarpetki, bo to wiąże się z ich nadal żywymi wspomnieniami dzieciństwa. Z niechęcią do pożegnania z tym choć trochę beztroskim okresem życia. Skąd to pragnienie? Coraz więcej dzieci nie doświadcza w relacjach z rodzicami tego, co najważniejsze dla dalszego rozwoju – bezwarunkowej miłości. Jest im coraz trudniej liczyć na rodziców, bo ci wyjeżdżają do pracy za granicą albo się rozstają. Niewiara w miłość i trwałość więzi staje się powszechnym doświadczeniem. Coraz trudniej nam uwierzyć, że możemy stać się dla kogoś najważniejszą osobą, kimś, wobec kogo lojalność jest naturalnym odruchem, a nie uciążliwym zobowiązaniem.

Czyli uwierzyć w to, że możemy być ważniejsi niż kariera.

Właśnie. Z kolei brak wiary w to, że możemy być na zawsze kochani, jest samospełniającą się przepowiednią. Bo nieświadomie przyjmujemy postawę asekuracyjną: „nie będę się angażować, bo i tak się skończy i będzie bolało!”, i to ona sprawia, że związek nie ma szans. Przecież jedynym paliwem miłości jest całkowite zaangażowanie, bez kalkulacji i asekuranctwa. Ale kogo dziś na nie stać? Mamy więc dużo powierzchownych związków i brak tego jednego, najważniejszego. Nie wiążemy się już z ludźmi, tylko ich zaliczamy. Nie interesuje nas dobro partnera, lecz korzyść własna.

Jak w takiej sytuacji wychować dzieci na dorosłych potrafiących kochać?

ZAMÓW

E-WYDANIE

Wygląda na to, że dzisiaj większość małżeństw zawierają ci, którzy nie wierzą w związki. A chcąc się jeszcze skuteczniej zabezpieczyć przed bólem rozstania, decyduje się na relacje z niekochaną osobą. Szybko się przekonują, że takie lekarstwo jest gorsze od choroby. Droga do miłości nie jest łatwa i nigdy nie była. Ale dziś możemy się jej uczyć, szczególnie od naszych dzieci. Dostrzegajmy też, że to przekonania kształtują nasze życie – na zasadzie: jak myślisz, tak masz. Więc w kolejne związki angażujmy się coraz bardziej, a nie coraz mniej. Szukajmy w nich szczęścia z odwagą i determinacją. Wówczas nasze dzieci mają szansę nauczyć się od nas jeśli nie miłości, to przynajmniej wiary w nią i odwagi w jej poszukiwaniu. Dzieci czerpią wyłącznie z naszego przykładu, a nie z naszych deklaracji, które słusznie nazywają truciem. Dlatego nawet gdy mama i tata odnajdą w pełni szczęśliwe relacje pod koniec życia, to i tak dadzą swoim dzieciom wspaniały prezent.

W filmie dokumentalnym o mężczyźnie, który postanowił zmienić płeć, jego syn powiedział: „wspierałem tatę w zostaniu kobietą”. Rodzice nie tylko nie dają nam dziś bezwarunkowej miłości, ale nawet gwarancji, że tata będzie tatą, a mama mamą.

 

Trudno mi sobie wyobrazić, co dzieci mogą czuć, gdy tata staje się mamą i wchodzi w relacje z innym mężczyzną. Tak zaskakujące koleje losu muszą ukształtować nowy gatunek ludzi. Ale bywa tak, że gdy już wszystko zawodzi, to nasze obronne fortyfikacje rozpadają się i możemy po raz pierwszy w życiu doświadczyć całkowitej wolności i miłości. Przypuszczam, że to było udziałem tego chłopca. Jego bezwarunkowa miłość do ojca może być dla nas źródłem nadziei na to, że z chaosu wyłoni się upragniona cywilizacja prawdziwej miłości.

Na razie chaos jest coraz większy. Amerykański futurolog Alvin Toffler pisze, że już zaakceptowaliśmy samotne macierzyństwo, małżeństwa homoseksualne, ale czeka nas jeszcze akceptacja wielożeństwa i wielomęstwa.

To drugorzędna sprawa, kto z kim i w jakich konfiguracjach będzie się wiązał. Najważniejsze, żeby to były związki oparte na miłości. Wielożeństwo lub wielomęstwo są lepsze niż związek z postacią z kreskówki. Może nadchodzi czas traktowania dorosłych jak dorosłych i pozostawienia im sposobu, w jaki chcą wiązać się z innymi? Niech każdy sam wybierze relację, która będzie dla niego najlepszym wehikułem emocjonalnego i duchowego rozwoju.

 

Ale nasza kultura wyrosła na monogamii!

Nikt nie odważył się policzyć, jaki procent żyjących w niej ludzi dochował bezwzględnej wierności. Z drugiej jednak strony monogamia była i jest ważnym duchowym wyzwaniem do umiarkowania, odpowiedzialności i przekraczania emocjonalnych ograniczeń – w tym niewiary w zdolność do bycia kochanym. Wielu ludzi, którzy nie potrafią być w jednej relacji dłużej niż dwa lata, przewija się przez gabinety psychoterapeutów. Ponieważ nie wierzą w trwałość związku, potrzebny jest im zapasowy – to przykład coraz częstszej strategii. Nasza kultura przestaje też cenić jakość, stawia na ilość. Jeśli ten wzorzec będzie jedynym powodem akceptacji poligamii, to wielka szkoda. Choć jak już powiedzieliśmy – chaos i rozpad z reguły prowadzi do harmonii na wyższym poziomie.

Na pewno normą stanie się patchworkowa rodzina. Ona wymaga od nas politycznej poprawności… Zaprzeczenia prawdziwych uczuć: złości czy nawet nienawiści.

Lepiej unikać bycia miłym na siłę. Ale jeśli chcemy zadbać o interes dzieci, to gdy się nam taka pozszywana rodzina przydarzy, lepiej w niej nie kultywować nienawiści. To niepotrzebne i egocentryczne. Można mieć różne trudne uczucia do byłych partnerów, ale nie dłużej niż przez dwa, trzy lata. W przeciwnym razie możemy podejrzewać, że gniew i nienawiść stały się naszym zastępczym sensem życia.

Ale jak nie nazywając zdrady po imieniu, wychować dzieci na ludzi, którzy odróżnią dobro od zła i stworzą dom?

Dzieci będą to szybciej potrafiły, jeśli ich rodzice w patchworkowej rodzinie odnoszą się do siebie z szacunkiem i są w jakimś kontakcie. To dzieciom pokazuje, że relacja między rodzicami, choć zmieniona, mimo wszystko przetrwała. Pomiędzy miłością i nienawiścią jest wielka kraina możliwych relacji, dlatego patchworkowe rodziny to dla dzieci lekcja tego, że świat nie jest czarno-biały. Że nie trzeba przeszłości przekreślać, dewaluować wcześniej spotkanych i pokochanych ludzi, gdy się wchodzi w nowy związek.

Czyli muszę iść na patchworkowy obiad?

Oczywiście, że nie musisz. Jeśli to wbrew tobie, to nawet nie powinnaś. Ale warto mieć w głowie drogowskaz, że kiedyś może nie będzie to dla ciebie problem i wtedy pójdziesz.

Bo inaczej naszym wnukom zostanie tylko afekt do wirtualanych skarpetek?

Miłość zaczyna się przenosić w świat wirtualny. Będziemy przeżywać uczucie do obiektów bezpiecznych, czyli takich, które nas nie odrzucą, nie zdradzą, nie zagrożą innymi komplikacjami: nie postarzeją się, nie pochorują. Nie będzie trzeba się nimi opiekować. Ważne też, że będziemy je zawsze mieć przy sobie. Zaczniemy więc cofać się w rozwoju jako ludzkość – do etapu dziecięctwa. Bo te wirtualne obiekty miłosne to nic innego jak dziecięce przytulanki.

Niedługo robot powie nam „dzień dobry” i przygotuje śniadanie, a czip wszczepiony pod skórę poinformuje szpital o chorobie. Drugi człowiek nie będzie nam potrzebny.

Bohaterom książki George‘a Orwella „Rok 1984” nie wolno się było zakochiwać. Władza bezlitośnie karała wszelkie przejawy miłosnych więzi. Specjaliści od totalitaryzmu wiedzą, że solidarność i więź czyni nas bardziej odpornymi na manipulację. Totalizm rynku i pieniądza systemowo, nieświadomie zniechęca nas do budowania trwałych relacji. Konsumpcyjna kultura potrzebuje superkonsumenta. A któż jest lepszy niż korporacyjny singiel, dla którego jedyną drogą do poczucia bezpieczeństwa i sensu życia jest pracowanie, zarabianie i kupowanie oraz odkładanie na robocika, który zaopiekuje się nim na starość.

Myślimy: ludzie są zawodni, a kasa nie. Dlatego inwestujemy w ubezpieczenia od choroby czy od utraty pracy, a w relacje nie. Pewnie niedługo pojawią się ubezpieczenia od samotnej starości.

W Japonii i w krajach skandynawskich masowa samotność starych ludzi już jest faktem. Ale pamiętajmy, że to przede wszystkim ci, którzy wcześniej nie zadbali o to, by kultywować ważne relacje. A gdy nie inwestujemy czasu, uwagi, twórczych pomysłów w więzi – obumierają.
Roboty do obsługi starszych osób można mądrze wykorzystać, ale już widać, że będą nadużywane. Bo samo ich istnienie będzie nas zwalniać z odruchów współczucia, zainteresowania bliźnimi.

Kiedyś najbardziej intymne więzi pomagał nam budować seks. Dziś naukowcy piszą, że on już nie ma tej mocy.

Ogromną, negatywną rolę w tej sprawie odgrywa pornografia. Z braku sensownej edukacji seksualnej dzieci uczą się o ludzkiej seksualności, oglądając pornografię, tandetne seriale i programy, w których o seks łatwiej niż o poczęstowanie szklanką wody. W pornografii ludzie traktują siebie jak przedmiot. Gdy seks jest wyrazem zachwytu, więzi i wzajemnego szacunku kochanków, staje się czymś w najwyższym stopniu inspirującym, otwierającym na ogromną przestrzeń emocji i duchowych doświadczeń.

Seks powinien pozostać końcową stacją podróży, która wymaga wysiłku, zaangażowania, odwagi w budowaniu więzi. Kiedyś był nagrodą, która czekała na bohatera na końcu długiej drogi. Trzeba było zwyciężyć w turnieju, wspiąć się na wieże, wyśpiewać serenadę, napisać poemat. Potem mężczyźni przestali śpiewać i aby uzasadnić swoją przydatność, zajęli się wymyślaniem maszyn ułatwiających życie kobietom. Seksualność stała się motorem rozwoju cywilizacji.

No i mamy przyczynę kryzysu męskości: zrobiłyśmy się łatwe!

Niestety na to wygląda. Ale to nie wyczerpuje listy powodów.

Dlatego o tym, co zagraża i będzie zagrażać mężczyznom, pomówimy w następnej rozmowie.

ZAMÓW

E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
?>