fbpx

Marta Kuligowska: Przestrzeń dla siebie

Marta Kuligowska, dziennikarka
fot. materiały prasowe TVN/Krzysztof Dubiel

Pracująca mama Marta Kuligowska nie ma zbyt wiele wolnego czasu. Dlatego wykorzystuje go w stu procentach. Ceni sobie drzemkę w ciągu dnia, swój azyl, czyli bieganie, i od czasu do czasu… małe wagary.
Co jest ważniejsze – duch czy ciało?

Pyta pani o to dziennikarkę telewizyjną, więc chyba powinnam odpowiedzieć: ciało, ponieważ muszę dobrze wyglądać… Kamera obnaża nie tylko zmarszczki i spuchnięte oczy, ale też lęk, niepewność czy na przykład mizdrzenie się do widza. Dlatego moim zdaniem dbać należy przede wszystkim o ducha. Jak duch jest zadbany, to jest w nas spokój, pewność siebie, szczęście – i to widać na twarzy.

W takim razie jak się dba o ducha?

Moje dbanie o ducha to ciężka fizyczna praca (śmiech). Przede wszystkim biegam. Podczas miesięcznej przerwy wakacyjnej zauważyłam, że bez biegania żyje mi się gorzej. I nie chodzi o to, że gorzej wyglądam, tylko mam poczucie, że wtedy już nic dla siebie nie robię. Na co dzień cały czas jestem „dla kogoś” – dla szefów i widzów w pracy, dla moich dzieci w domu. Więc żeby odzyskać siebie, potrzebuję minimum dwóch godzin trzy razy w tygodniu. Przez godzinę biegam, potem biorę prysznic i przebieram się. Na bieżni jestem sama ze sobą. Nikt i nic mi nie przeszkadza. Mam czas, żeby pomyśleć. W tym wysiłku i pocie oczyszczam się ze złej energii, frustracji i ze wszystkiego, co każdym czasami targa. Na żadną inną regularną aktywność nie mam już czasu. Jeżeli tak się zdarzy, że pozostaje mi wolna chwila po pracy, kiedy nie biegam, nie załatwiam żadnych spraw czy nie mam wizyty u lekarza – to wtedy idę do kina i czuję się trochę jak na wagarach. Wypada to zwykle w południe, więc wszyscy pracują, a ja sobie siedzę na jakimś seansie i „grzeszę”. Przy dwójce małych dzieci nie mam czasu na chodzenie do kina wieczorami. Nie mam też na to siły, bo do pracy wstaję za pięć czwarta rano. Zaletą jest to, że kończę o 10, mam też poobiednią drzemkę – jak przedszkolak, tak od 14 do 17. Muszę spać w dzień, nie mogę być niewyspana, bo wtedy nie jestem dobrą matką – jestem rozdrażniona, zmęczona, nieuważna. Dzieci to wymagający bohaterowie dnia codziennego!

Czy jest pani dobrą organizatorką własnego czasu?

Każdy dzień planuję z dokładnością co do 15 minut. Gdy jestem w miarę wypoczęta i poukładana, jestem lepszą matką, lepszą partnerką i lepszym pracownikiem. Mam wtedy konkretne przemyślenia i pomysły. A gdy nie wyrabiam się na zakrętach, rzutuje to na wszystkie relacje. Cały czas wtedy pędzę, spóźniam się, mam poczucie, że powinnam być już gdzieś indziej. Nie mam jednak coacha, nie chodzę na terapię, po prostu pilnuję swojego porządku. Wynika to nie tyle z mojej osobowości, ile z okoliczności. Ponieważ zawodowo działam w sytuacjach, wktórych muszę szybko reagować i podejmować decyzje, podobnie funkcjonuję poza pracą – szybko przechodzę do kolejnych punktów. I jako matka bliźniąt łatwo się rozgrzeszam. Od początku wypisałam się z konkursu na „Supermatkę”. Jestem zwykłą matką, której czasami brakuje cierpliwości, pomysłów i samozaparcia… Ale nie zadręczam się wyrzutami sumienia. Nie martwię się też na zapas. Co będzie, to będzie. Płynę z nurtem życia i reaguję na bieżąco.

Czy przykłada pani wagę do zdrowego odżywiania?

Nie jestem ekoterrorystką. Po prostu zwracam uwagę na to, co jem. Nie mam już 25 lat, nie mogę zaczynać dnia od drożdżówki, pić siedmiu kaw albo przez cały dzień zjeść tylko jedno jabłko… Muszę już prowadzić inny tryb życia, zdrowszy. Jeśli kawy, to tylko dwie, koniecznie śniadanie przed wyjściem z domu, mimo że jest dopiero 4.30 rano. przed ósmą jem drugie śniadanie, potem w południe lekki obiad, ostatni posiłek o 19. W moim rodzinnym domu mówiło się, że „zupa to podstawa” – u mnie jest podobnie. Przywiązuję wagę do tego, co jem, ale nie robię ze swojego talerza ołtarzyka. Nie jestem fanką słodyczy. Jeżeli mam do wyboru batona albo kabanosa, zawsze wybiorę kabanosa. Myślę o tym, co i jak jem. Zdrowie to też profilaktyka, dlatego robię badania – USG piersi, cytologię, morfologię.

A strawa dla ducha?

Emocje związane z filmem czy teatrem wyposażają mnie w ten rodzaj duchowych przeżyć, których potrzebuję na obecnym etapie życie. W młodości byłam egzaltowaną nastolatką… Może w jesieni życia do tego wrócę (śmiech). Teraz „karmię się” sztuką – to moja odskocznia od codzienności, polityki i wszystkiego, czym się zajmuję. Literatura przenosi na inne poziomy życia. Telewizji z zasady nie oglądam, z wyjątkiem wieczornych „Faktów”. Dzięki temu znajduję czas na książki. Czytam często dwie–trzy równolegle. Głównie wspomnienia, biografie, listy, pamiętniki. Teraz kończę „Portret podwójny” – cudowne listy Miłosza do Iwaszkiewicza. Nawet kilka stron daje wytchnienie mojej głowie. Co jeszcze? Ostatnio widziałam „Nietoperza” w Teatrze Rozmaitości, operę Pucciniego „Manon Lescaut” w reżyserii Mariusza Trelińskiego, „Zbrodnię i karę” w Teatrze Powszechnym. Wybieram się na nowy spektakl Krystiana Lupy, na „Danutę W.” Krystyny Jandy, „Pożegnania” według Dygata w Narodowym… Naprawdę lubię sztukę!

Jak dba pani o siebie w pracy?

To proste – mam być dobrze przygotowana, dobrze wyglądać i profesjonalnie się wypowiadać. Ponieważ pracuję w newsach, nie muszę być szczupłą nastolatką, tutaj mój wiek i doświadczenie uznawane są za atuty. I to mnie cieszy.

Lubi pani podróżować?

Oczywiście, kto nie lubi?! Ale lubię też wracać z podróży. Cenię swój domowy porządek, ale podróże pozwalają mi od tego na chwilę odpocząć. Nie lubię wyjazdów typu „all inclusive”, z moim partnerem Pawłem wszystko sami planujemy: samolot, wynajęcie samochodu, jakieś mieszkanie albo domek…We wrześniu byliśmy całą rodziną w Toskanii. Dużo zwiedzaliśmy. Z pięciolatkami to już się da zrobić. Zimą jeździmy na narty, jesienią i wiosną zwiedzamy piękne polskie zakątki. Ostatnio na weekend pojechaliśmy na Warmię.

Dom jest dla pani ważną przestrzenią?

Tak, ale najważniejsza jest dla mnie moja własna przestrzeń. Cieszę się, że jestem matką, ale to nie jest moja jedyna życiowa rola. Moją przestrzenią jest też praca, nie umiałabym bez niej funkcjonować. Ale wiem, że nie byłabym spełniona, gdybym nie miała dzieci. Helenka i Franio pojawili się w dobrym momencie mojego życia. Złapałam dystans. Czas dla dzieci też jest ważny i nie zgadzam się ze stwierdzeniem, że liczy się tylko jakość, a nie ilość. Ilość też jest ważna. To trzeba zrównoważyć. Dzielę swój czas pomiędzy wszystkie ważne osoby – dzieci, partnera, rodziców, rodzinę, przyjaciół i siebie.

Czyli jednak jest pani przede wszystkim matką?

Tak, to słowo najbardziej mnie definiuje, to najsilniejszy trzon mojej osobowości. I to na dodatek matką podwójną, bo to podwójne doświadczenie. Od macierzyństwa nie ma ucieczki. Można wyjechać na tydzień, na dwa, na miesiąc… Matką się jest na zawsze. Byłam już na świecie w kilku fajnych miejscach, ale uważam, że nie ma wspanialszej podróży niż rodzicielstwo. To jest wielka niewiadoma. Nie wiemy, kto nam się urodzi, jaki człowiek. Może być całkiem inny od nas i odległy od naszych oczekiwań – chłopak może nie być przebojowy, tylko introwertyczny, a dziewczynka nie filigranowa, tylko rządząca podwórkowym gangiem. To jest jak podróż kolejką górską – czasami z górki, czasami pod górę, czasami pędzimy, czasami podziwiamy widoki i wszystko się nieustannie zmienia.

  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze