Beata Pawłowicz - „Im bardziej będziesz go wyręczać, tym bardziej wejdzie w rolę dziecka”. Psycholożka o pułapce, która niszczy związki
00:00
13:07
Każdy zna takie pary: jedno zajmuje się wszystkim, a drugie zachowuje się jak bezradne dziecko. Jak zauważa psycholog Iwona Firmanty, obie te postawy mogą świadczyć o tak zwanym infantylizmie emocjonalnym. Skąd on się bierze i dlaczego nie wróży związkowi powodzenia?
- Infantylizm emocjonalny w związku nie zawsze wygląda jak bezradność. Może przejawiać się także ciągłym wyręczaniem partnera, podejmowaniem za niego decyzji i przejmowaniem odpowiedzialności za jego życie.
- Psycholożka Iwona Firmanty zwraca uwagę, że takie zachowania często wynikają z niezaspokojonych potrzeb z dzieciństwa i mogą prowadzić do utraty samodzielności jednej osoby oraz nadmiernego obciążenia drugiej.
- „Im bardziej będzie wyręczała mężczyznę, tym większe prawdopodobieństwo, że ten zacznie wchodzić w rolę dziecka” – mówi ekspertka i wyjaśnia, dlaczego taki układ może odbić się także na życiu seksualnym pary.
- Infantylizacja pojawia się również w pracy. „Upupianie” przez szefa lub współpracownika może służyć pomniejszaniu kompetencji i odbieraniu autonomii, a najlepszą obroną przed nim jest asertywność.
Wywiad pochodzi z magazynu „Sens” 06/2026.
Beata Pawłowicz: Kiedy w relacjach romantycznych zachowujemy się jak dzieciaki, to nawet ma swój urok. Czy warto z tym walczyć?
Iwona Firmanty: Infantylizm, zwłaszcza na początku romantycznej relacji, bywa objawem miłości. Jemy sobie z dzióbków, mówimy zdrobnieniami i pieścimy słowami. Później jednak może to się stać sposobem manipulacji.
Jak to?
Chodzi o sytuacje, kiedy dorosła osoba domaga się opieki, szczególnego traktowania, bo uważa, że jest wyjątkowa albo że została skrzywdzona przez życie. Jej celem jest przejęcie kontroli nad drugim człowiekiem i przywiązanie go do siebie, więc mamy do czynienia z manipulacją. Z drugiej strony manipulacja przez infantylizowanie może się objawiać tym, że ktoś chce nas we wszystkim wyręczać, podejmować za nas decyzję, biec z pomocą, choć wcale o to nie prosimy i nawet tego nie potrzebujemy. A jednak się na to godzimy.
Dlaczego więc się godzimy?
W obu przypadkach często jest to ta sama postawa pozornej ofiary: „Pozwolę ci decydować o mnie i wyręczać mnie, ale za to dasz mi więcej uwagi i czasu, niż byś chciał czy chciała. Nigdy mnie też nie zostawisz, bo wiesz, że tego nie przeżyję”. Działania te zazwyczaj są nieświadome, wynikają na przykład z niezaspokojonych w dzieciństwie potrzeb, mogą jednak rujnować dorosłe życie.
Bo chcąc przywiązać do siebie drugiego człowieka, pozwalamy mu przejąć nad nami kontrolę. Sami pozbawiamy się wiary we własne umiejętności i możliwość samostanowienia.
Czy to naprawdę aż tak niebezpieczne, że mężczyzna pojedzie samochodem swojej partnerki na myjnię?
W romantycznej czy przyjacielskiej relacji pomagamy sobie w wyjątkowych sytuacjach, kiedy jedna ze stron o to poprosi, kiedy tego potrzebuje. Ważne jest też to, że ta druga osoba może dla nas – ale nie za nas – coś zrobić. Źle się jednak dzieje, gdy staje się to normą, a wyręczanie trwa latami. Mężczyzna, który mówi do partnerki: „Daj, zaparkuję samochód, bo ty nie umiesz”, podcina jej skrzydła. Ona mu nie odfrunie, ale oboje zapłacą za to wysoką cenę.
Oboje? Ten, kto kontroluje, także?
Pracowałam z mężczyzną z problemami somatycznymi, które, jak uznali lekarze, były na tle emocjonalnym.
Ten mężczyzna infantylizował swoją żonę: nie chciał, żeby pracowała, tylko zajmowała się domem i dziećmi. W ten sposób zyskał nad nią kontrolę, uzależnił ją od siebie, od swoich pieniędzy, ale przez to też dźwigał na sobie ciężar nadmiernej odpowiedzialności za rodzinę.
A kiedy dzieci podrosły i jego żona nie miała już tyle zajęć, wydawała fortunę na zmiany wystroju w domu i w ogrodzie, bo los akurat obdarzył ją potrzebami estetycznymi na wysokim poziomie.
To go otrzeźwiło?
Kiedy zapytałam, dlaczego żona nie pracuje, odpowiedział, że musiałaby zarabiać 10 tysięcy złotych, żeby to miało sens. Pomogłam mu dostrzec, że nie chodzi o to, jaką będzie miała pensję, ale o to, że w domu nie może się realizować. Przemyślał to, porozmawiał z żoną – i ona znalazła sobie wkrótce pracę w jakiejś organizacji związanej z działaniami artystycznymi.
Podczas terapii mężczyzna zdał sobie sprawę, że kiedyś w ten sam sposób infantylizował matkę. Jako podrastający chłopak chciał być dla niej znacznie lepszym wsparciem niż ojciec, który od nich odszedł. Wyręczał matkę, która po rozwodzie się załamała, zajmował się młodszym bratem. Kiedy więc sam założył rodzinę, automatycznie powielił ten wzór.
Gdy przestał infantylizować partnerkę, jego zdrowie się poprawiło?
Psychosomatyczne objawy minęły, czuł się lepiej. Stwierdził też zdumiony, że mają teraz z żoną o niebo lepsze życie, również intymne. Dla mnie nie było to tak zaskakujące, bo wreszcie w sypialni było dwoje dorosłych.
Co więcej, żona zaczęła realizować siebie, stała się bardziej interesującą towarzyszką na co dzień, bo miała własne sprawy, o których opowiadała po powrocie do domu. Jakiekolwiek minusy tej sytuacji zbladły wobec faktu, że ona była szczęśliwa, a on czuł się coraz lepiej, i układało się im w związku.
Wyręczanie partnera: może zniszczyć relację i życie intymne
Czy to zawsze mężczyzna jest stroną, która chce kontrolować?
Kobiety robią to równie często jak mężczyźni. Zarabiają, płacą rachunki partnerów, ubezpieczenia ich samochodów, karmią, poją, jednym słowem, zajmują się wszystkim, jak robiły to ich matki.
Jeśli kobieta uważa, że jej partner za mało zarabia, ale sama napełnia lodówkę, to pozbawia go motywacji do tego, żeby ruszył na „polowanie”. Jeśli ona główkuje, co zrobić, żeby zarabiał więcej, to też bierze się za jego zadanie.
Im bardziej będzie wyręczała mężczyznę, tym większe prawdopodobieństwo, że ten zacznie wchodzić w rolę dziecka, oddając jej kontrolę nad kolejnymi sprawami, którymi nie chce się zajmować.
On nie chce, ona chce... Więc co w tym złego?
Taka postawa to gwóźdź do trumny miłosnej relacji; choć jeśli mężczyzna wyniósł z dzieciństwa potrzebę bycia zaopiekowanym, to przez jakiś czas taki związek może trwać w pozornej harmonii. Szybko jednak infantylizacja uderzy w seksualne życie tej pary, bo trudno aby symboliczne „dziecko”, jakim staje się mężczyzna, pożądało „matkę”, którą stała się jego partnerka. Kiedy więc kobieta przejmuje odpowiedzialność za partnera, często dochodzi do rozstania. Tym bardziej bolesnego, że on zazwyczaj wkrótce potem zbuduje relację z dziewczyną, która udaje, że nie ogarnia, lub naprawdę nie ogarnia, manifestując infantylizm emocjonalny.
„Upupianie” w pracy. Jak infantylizowanie służy zdobywaniu przewagi
Czy w relacjach zawodowych też spotykamy infantylizowanie?
Kiedy prowadzę sesje grupowe czy szkolenia w organizacjach, często spotykam się z intencjonalnym wykorzystaniem infantylizmu jako sposobu na zyskanie przewagi. Polega to najczęściej na „upupianiu”, czyli traktowaniu dorosłej osoby jak dziecka, mówieniu, że czegoś nie umie czy nie powinna robić i że ktoś inny to zrobi. „Upupianie” nas przez szefa czy konkurenta służy często pomniejszeniu naszych kwalifikacji i pozycji, jest próbą trzymania nas w garści.
Jak się bronić?
Obroną jest asertywność, rozumiana jako przekonanie: „ja jestem w porządku i ty jesteś w porządku”. Trzeba ją przeciwstawić uległości, która mówi: „ja nie jestem w porządku, więc będę poddawać się innym”.
Uległość jest formą manipulacji, bo stoi za nią przekonanie: „pozwolę się upupiać, bo wtedy przetrwam, będę traktowany lepiej niż inni”. Może to być skuteczne, kiedy szef „upupia” pracownika w sposób nieintencjonalny tylko po to, by w ten sposób zaspokoić swoją potrzebę władzy i kontroli. Gdy jednak infantylizacja jest świadomym zabiegiem, taka postawa się nie sprawdza.
Infantylizowanie zawsze niszczy relacje zawodowe?
Prowadziłam szkolenia w pewnej organizacji, której dziwność polegała na tym, że wszyscy tam mówili do siebie pieszczotliwie, zdrabniając imiona i słowa, a także pocieszając się i wspierając z czułością w razie potrzeby. Był to oddział międzynarodowej korporacji, pracowali tam najwyższej klasy specjaliści, zarabiający ogromne pieniądze, a mimo to mówili do siebie jak dzieci, bo tego oczekiwała szefowa. Zbudowała zespół, który miał fantastyczne wyniki, choć był odbiciem jej niezrealizowanych dziecięcych potrzeb.
Jakie niezaspokojone potrzeby ma szefowa, która chce, by do niej mówić zdrobnieniami?
Wyniosła je z rodzinnego domu, gdzie nieskłonna do rozmów matka i ojciec – silny mężczyzna, pracujący na wysokim stanowisku w strukturach państwowych – nie dawali jej tego, czego dzieci tak potrzebują: ciepła, czułości, pieszczotliwych słów, uważności na jej problemy. W pracy dawała więc sobie i innym to, czego jej zabrakło.
Rozumiem, ale jak to możliwe, że zarządzanie przez „skarbulka” sprawdziło się w biznesie?
Na wyniki nie wpływa negatywnie to, czy mówimy Kasiuniu, czy Katarzyno, czy to, że pocieszamy się: „nie martw się, kochana, ja ci pomogę”, zamiast donosić do szefa, że koleżanka z zespołu zawaliła sprawę. Ten zespół, oparty na bliskości i wzajemności, był silnie zmotywowany do pracy. Szefowa dbała o nich jak najlepszy rodzic.
Mieli dobrą atmosferę w pracy i znakomicie zarabiali. A kiedy któreś z nich chciało odejść, bo inna organizacja zapewniała wyższe dochody, szefowa znajdowała sposób, aby opłacało mu się zostać. Wszystko potrafiła dla swoich ludzi załatwić.
Nawet gdy nie było zgody centrali na pracę online, kiedy jeden z jej pracowników musiał przez jakiś czas mieszkać w innym mieście, załatwiła taką zgodę tylko dla niego.
Raj!
Pozornie... Pracownicy nie mogli decydować o swojej ścieżce kariery, a nawet o swoim życiu. Kiedy chcieli odejść, pytała z troską, gdzie im będzie tak dobrze jak tu. Ale też dodawała, budząc w nich poczucie winy: „dlaczego mi to robisz?”. Ponieważ bywała w domach pracowników, odwiedzając ich nawet w święta, dawała prezenty dzieciom, czuli się z nią związani. I choć ich rodziny mówiły, że pracują w sekcie, ulegali jej, bo czuli się wprost ubezwłasnowolnieni. Nie potrafili odejść, nawet gdy chcieli zmienić zawód. Przez lata traktowania ich jak dzieci pozbawiła ich poczucia autonomii, kompetencji. Czy działała celowo? Zaspokajała w ten sposób swoje niezrealizowane potrzeby, a oni jej ulegali, bo także mieli z tego nieświadomy zysk – wreszcie cudownego rodzica.
Jak rozpoznać dojrzały związek? Granica między beztroską a matkowaniem
Wróćmy na koniec do relacji romantycznej – jak poznać, czy jest ona dojrzała?
Paradoksalnie wtedy, kiedy kobieta może w niej zachowywać się jak radosne i rubaszne dziecko. Kobiety, które za szybko musiały dorosnąć, bo ich rodzice byli nieodpowiedzialni albo uzależnieni, czy też były najstarsze z rodzeństwa, nie miały szansy być dzieckiem. Kiedy więc wchodzą w relacje romantyczne, chcą nim pobyć. Jednak gdy zobaczą, że partner czegoś nie ogarnia, często automatycznie biorą wszystko na swoje barki, jak wtedy, kiedy widziały, że rodzice nie dają sami rady. A więc ta granica między byciem radosnym dzieckiem w dorosłym związku i matkowaniem partnerowi jest cienka i trzeba być na to uważnym, by jej nie przekroczyć.
Czyli sama chęć pobycia czasem radosnym dzieckiem nie oznacza, że jestem infantylna?
Związek polega na komunikowaniu swoich potrzeb. Jeśli odczuwamy potrzebę pobycia dzieckiem, mówimy o tym partnerowi. Asertywność i dbanie o swój dobrostan polega na tym, że jeśli pracujesz, zarabiasz, ale masz czasem taką potrzebę, by wrócić do dziecięcej beztroski, po prostu to robisz. To bywa leczące.
Iwona Firmanty, coachka (certyfikat International Coaching Community), psycholożka, członkini Polskiego Towarzystwa Psychologicznego, socjolożka, trenerka biznesu i rozwoju osobistego oraz konsultantka narzędzi diagnostycznych