Rodzina patchworkowa – skomplikowany model do składania

rodzina patchoworkowa
123rf.com

Rodzina patchworkowa nie jest podobna do rodziny tradycyjnej, w której przynajmniej teoretycznie wszyscy się kochają i mogą odwoływać do znanych, jasno określonych ról. Tutaj wszystko zależy od nas – od starania, cierpliwości i braku oczekiwań.
Magda jest po rozwodzie. Wojtka spotkała, kiedy jej dzieci miały dziesięć i 13 lat. Są razem od trzech lat. Rok temu urodziła im się córka. Wojtek ma 15-letniego syna z pierwszego małżeństwa. Czuje się też związany z 17-letnią córką swojej byłej żony, którą wychowywał w trakcie trwania ich małżeństwa. Co wiele ułatwia, Wojtek ma też poukładane i przyjazne stosunki z byłą żoną (teraz w udanym związku z nowym partnerem). Magda gorzej radziła sobie w relacji z byłym mężem. Ale od czasu, kiedy sam jest w związku, ich stosunki się poprawiły. Podczas świąt bywają bardzo dużą rodziną – dzieci, byli małżonkowie z partnerami, rodzice, byli i obecni teściowie. Ustalanie, kto z kim spędzi wakacje, bywa kłopotliwe. Ale na co dzień jakoś sobie radzą w tej skomplikowanej układance relacji.

To akurat rodzinny scenariusz patchworkowy z happy endem. Ale scenariuszy jest tyle, ile rodzin zrekonstruowanych, jak czasem nazywają je socjologowie. Bo każda jest inna. Powstają, kiedy wiążą się ze sobą ludzie, których poprzednie związki się rozpadły. A dzisiaj rezygnacja z relacji – i dotyczy to zarówno związków nieformalnych, jak i małżeństw – przychodzi nam łatwo. Według danych Ministerstwa Sprawiedliwości na początku lat 90. na tysiąc małżeństw rozwiązywano w Polsce pięć. W 2005 roku – już osiem. Z raportu opracowanego przez demografów z Uniwersytetu Łódzkiego w 2013 r. wynika, że liczba rozwodów w Polsce systematycznie rośnie – co roku rozstaje się niemal 70 tys. par, co oznacza, że w naszym kraju rozpada się już co trzecie małżeństwo. Na świecie jest podobnie i daleko nam do czołówki. Na tysiąc nowo zawartych małżeństw w USA rozpada się 506, najczęściej po czterech, pięciu latach. Ale i Amerykanie nie są rekordzistami. Dane z roku 2001 wskazują, że na tysiąc małżeństw w Wielkiej Brytanii rozpadło się 525, na Węgrzech – 563, w Finlandii – 578, a w Rosji – aż 584.

Tymczasem jak wynika z badań (CBOS 2013), szczęście rodzinne zajmuje niezmiennie pierwsze miejsce wśród najważniejszych wartości, jakimi Polacy kierują się w swoim codziennym życiu. Zdecydowana większość badanych (85 proc.) uważa, że człowiekowi potrzebna jest rodzina, żeby rzeczywiście był szczęśliwy. Jedynie co ósma osoba (12 proc.) sądzi, że bez rodziny można żyć równie szczęśliwie. Ponad połowa ankietowanych (55 proc.) za najodpowiedniejszy dla siebie model rodziny uznaje małżeństwo z dziećmi, a więcej niż jedna czwarta (29 proc.) chciałaby żyć w dużej rodzinie wielopokoleniowej. Zdecydowanie mniej chętnie Polacy opowiadają się za życiem w pojedynkę (4 proc.), w małżeństwie bez dzieci (4 proc.) lub w stałym związku partnerskim z osobą odmiennej płci (4 proc.). Tylko nieliczni widzieliby siebie w roli rodzica samotnie wychowującego dziecko (1 proc.), w tymczasowym związku partnerskim z osobą odmiennej płci (1 proc.) lub w innych formach związku, w tym homoseksualnych (1 proc.). Niemal wszyscy dorośli Polacy wyrażają chęć posiadania potomstwa. Jedynie trzy osoby na sto (3 proc.) preferują bezdzietność.

Nasz przymus poszukiwania szczęścia rodzinnego sprawia, że po nieudanym związku czy rozwodzie podejmujemy kolejne próby. A z badań prof. Krystyny Slany z Uniwersytetu Jagiellońskiego wynika, że aż 70 proc. osób, które zawierają po rozwodzie lub rozstaniu kolejny związek, jest w nim szczęśliwszych. Partnerzy są dojrzalsi, przerobili swoje problemy na pierwszym małżeńskim poligonie. Wiedzą, jak boli rozwód, i bardziej się starają. Ci, którzy muszą stworzyć rodzinę z dziećmi ze starego i nowego związku, radzą sobie jednak gorzej od bezdzietnych. Wchodzą bowiem w przestrzeń nieznaną i trudną do łatwego poukładania – rodzinę patchworkową.

W Polsce jest dzisiaj sporo ponad milion takich rodzin zrekonstruowanych (Ośrodek Informacji ONZ). To oznacza kilka milionów ludzi usiłujących budować niestandardowe relacje. Ich starania oznaczają niestandardowe trudności i konieczność stosowania takich rozwiązań. Psycholożka Agata Wilska: – Takich nietradycyjnych rodzin jest w Polsce coraz więcej. A ich konstrukcje są czasem bardzo skomplikowane. Zgłasza się do mnie wiele osób z problemami wynikającymi z życia w takich rodzinach. Mają kłopoty w ułożeniu sobie relacji z poprzednimi partnerami, z akceptacją nowych związków przez poprzednich partnerów oraz problemy w relacjach z pasierbami.

ZAMÓW

E-WYDANIE

Co jest najtrudniejsze w zbudowaniu dobrze funkcjonującej rodziny patchworkowej? Nie da się w niej stosować prostych modeli wyniesionych z rodziny klasycznej nazywanej nuklearną. Macocha to nie matka, ojczym nie jest po prostu ojcem, od pasierbów nie można oczekiwać tego samego, czego od własnych dzieci. Nie ma tu łatwych rozwiązań. Każdy z każdym – dorośli z dziećmi partnerów, dzieci z partnerami rodziców – muszą zbudować relacje oparte na własnych zasadach, szanując swoje potrzeby i granice. – W rodzinie patchworkowej potrzeba wyjątkowo dużo elastyczności, otwartości i najtrudniejszego – braku oczekiwań. Można powiedzieć, że jak w każdej, ale w takiej strukturze bez tego szybciej coś przestaje działać lub staje się źródłem frustracji – mówi trenerka rozwoju osobistego Agata Olczak-Szymula. Adriana Klos, psycholożka i psychoterapeutka z warszawskiego Ośrodka Terapeutycznego „Strefa Zmiany”, twierdzi, że warto mieć świadomość, że stworzenie udanej rodziny patchworkowej jest trudniejsze niż dobrej rodziny tradycyjnej. Początki są zawsze najtrudniejsze. Jest sporo niebezpieczeństw: ważne jest, żeby poradzić sobie z utratą poprzedniego związku i nie projektować na nowy tych samych problemów. Wielkie znaczenie ma szczery kontakt z dziećmi – wyjaśnianie im sytuacji i własnych intencji, tak aby rozumiały, co się dzieje.

Nie wszyscy muszą się kochać

Członkowie rodzin patchworkowych często padają ofiarą swoich wyobrażeń o tym, jak powinna wyglądać rodzina. Mitem, który szkodzi najbardziej, jest przekonanie, że wszyscy powinni się kochać jak w „porządnej” rodzinie. I choć taka sytuacja może się zdarzyć, nie należy na nią liczyć z założenia. Relacje w „poskładanej rodzinie” mogą być bardzo różne. Bliższe i dalsze.

Dylematem macoch i ojczymów najczęściej bywają ich uczucia do dzieci partnerów. Obawiają się, że nie będą ich kochać jak własnych lub czy w ogóle będą umieli w sobie takie uczucie rozbudzić. – To zasadniczy błąd w myśleniu – mówi Agata Wilska. – Nie tylko miłość do pasierbów się nie pojawi sama, ale także może się w ogóle nie pojawić. Są teorie, że nawet własnych dzieci nie kochamy automatycznie, ale się tego uczymy. A co dopiero dzieci, które nie są nasze. Uważam, że w takich sytuacjach nie można się do niczego zmuszać. To nie przyniesie żadnego efektu. Nie wymagajmy od siebie, żeby kochać dzieci swoich partnerów i partnerek. Ważniejszy jest szacunek. W relacjach z dziećmi partnerów trzeba dać sobie czas na spokojne sprawdzenie, co działa, a co nie. Nie tylko dla dzieci, ale także dla nas. Czasem może się okazać, że szacunek i akceptacja wystarczą, wcale nie trzeba upierać się przy bardzo bliskiej relacji.

Najbardziej obciążona negatywnymi skojarzeniami jest rola macochy. Kobiety mieszkające z dziećmi partnera czy opiekujące się nimi tylko w weekendy zmagają się lękiem przed byciem złą macochą. I najczęściej padają ofiarą nadmiernych oczekiwań wobec siebie samych. Agata Olczak-Szymula: – Myślą: „Właśnie, że będę dobra”. I często dają z siebie więcej, niż chcą. Próbują być lepsze, niż mogą. A to rodzi frustrację. Dlatego w relacjach z dziećmi partnera trzeba też pamiętać o sobie, o własnych potrzebach, robić wszystko w zgodzie ze sobą.

Agata Olczak-Szymula współtworzyła projekt „Warsztaty dla macoch”, który działa od 2010 roku w Krakowie. Jest macochą i ten pomysł powstał z potrzeby wsparcia: – Uświadomiłam sobie, jak trudno znaleźć zrozumienie wśród osób, które nie doświadczyły takiej sytuacji. I że jest na pewno więcej kobiet, które potrzebują takiego samego zrozumienia. Zgłosiło się kilkanaście osób. Z jednorazowego projektu, którego istotą była umiejętność wyrażania własnych uczuć i potrzeb oraz dostrzegania potrzeb innych w rodzinie, powstała stała grupa wsparcia, ciągle otwarta. Okazało się, że znalezienie zrozumienia dla tego, z jakimi kłopotami mierzą się kobiety w rodzinach patchworkowych, jest dla nich wyzwalające.

Co okazuje się ich największym problemem? – Brak wpływu na wiele rzeczy związanych z funkcjonowaniem rodziny, podczas gdy te same sprawy mają wpływ na nas – mówi Agata Olczak-Szymula. – Rosnąca frustracja zawsze oznacza, że jakaś granica została przekroczona. Pojawiają się nieprzyjemne emocje, złość. Czasem wystarcza omówienie problemu i wsparcie grupy. Kiedy takie sytuacje się powtarzają, wymagają zmian w funkcjonowaniu rodziny, zaznaczenia granic, zadbania o własne potrzeby. Zdarzają się jednak w prawdziwym świecie również niedobre macochy lub ojczymowie. – Trochę mnie zaskakuje, kiedy kobiety zakładają rodzinę z mężczyzną z przeszłością i oczekują, że on porzuci swoje dzieci. Przecież jeżeli tak właśnie by postąpił, jaką mamy gwarancję, że nie porzuci tak samo nas i naszych dzieci? Poza tym jakim byłby człowiekiem, gdyby właśnie tak zrobił? – mówi Agata Wilska.

Problemy z eks

Tomasz rozwiódł się trzy lata temu. Z powodu romansu z Anką. Dzisiaj są małżeństwem. Mają dwuletniego syna. Kochają się, ale źródłem nieustannych problemów jest była żona Tomasza. Mimo sądowej decyzji o podziale opieki nad dzieckiem utrudnia mu kontakty z dziesięcioletnim Antkiem, nastawia chłopca przeciwko ojcu i jego nowej żonie. Negocjacje, próby porozumienia i łagodzenia sytuacji rzadko dają rezultaty, a jeżeli – to na krótko. Ance mimo starań nie udaje się nadal nawiązać bliższego kontaktu z synem męża. Czuje, że chłopiec obciąża ją winą za rozpad swojej rodziny. Tomasz i Anka czasem tracą wiarę, że kiedyś zaczną żyć spokojnie.

Byli partnerzy to wbrew pozorom bardzo ważny element w rodzinie patchworkowej. Warto starać się o poprawne stosunki z nimi. Ale trzeba też nastawić się na to, że starania nie dadzą szybko efektów. Będąc samemu byłym partnerem, warto powściągać emocje, nawet jeśli to bardzo trudne. Adriana Klos: – Czasem w grę wchodzą bardzo silne uczucia: gniew, rozczarowanie, poczucie zdrady, ale nigdy nie powinniśmy stawiać byłego partnera czy partnerki w złym świetle w rozmowach z dziećmi. Nawet jeśli mamy naturalną potrzebę, żeby o swoim zranieniu mówić. Dzieci bardzo szybko orientują się, jakie są emocje dorosłych. Wystarczy niezadowolona mina matki, kiedy dziecko mówi o mile spędzonym weekendzie z nową rodziną ojca. Szybko rozumie, że matka traktuje to jako nielojalność.

Podobnie jest w sytuacji, kiedy ojciec zawodzi. Bo tak jak problemem jest zbyt wiele emocji ze strony byłych partnerów, podobnie trudny jest brak zainteresowania: – Obiecuje, ale nie dotrzymuje obietnic. Umawia się, ale nie przychodzi. W takich sytuacjach nie warto swojej uzasadnionej frustracji okazywać w obecności dziecka czy oskarżać nieodpowiedzialnego rodzica – mówi Adriana Klos. – Nie ma też konieczności udowadniania, że my jesteśmy w porządku. Dziecko zazwyczaj doskonale widzi, jaka jest sytuacja. I potrzebuje wtedy wspierającej, życzliwej obecności i zainteresowania. Bo ono także cierpi. A psycholożka Katarzyna Growiec z SWPS dodaje: – Badania pokazują, że po rozwodzie mniej niż 50 proc. ojców kontaktuje się ze swoimi dziećmi. Ci, którzy to robią, to zwykle osoby, które potrafią nawiązać poprawne relacje z byłą żoną i jej nową rodziną.

Ale tak jak w relacjach z dziećmi partnerów tak samo w kontaktach z eksżoną czy eksmężem naszego partnera lepiej nie przesadzać z nadmierną dobrą wolą. Jeśli uda się zbudować przyjazne kontakty, to sukces, ale tak naprawdę wystarczy, aby nie były nacechowane wrogością czy wzajemną złą wolą. Agata Olczak-Szymula przyznaje, że bardzo ważna w funkcjonowaniu rodziny patchworkowej jest postawa byłej partnerki: – Czy chętnie i w ustalonym rytmie oddaje pod opiekę dzieci ojcu, czy nie chce ich oddawać, czy sama ma ułożone życie, czy też zaangażowana w nowy związek podrzuca dzieci nieustannie i bez zapowiedzi? Takich trudnych sytuacji może być mnóstwo – mówi. Kiedy pojawiają się takie problemy, potrzeba wiele cierpliwości, taktu i zrozumienia. Warto jednak wyrażać swoje uczucia, nawet te nieprzyjemne. – Ale najważniejsze, aby konflikty z byłym partnerem, jeśli już wybuchają, nie miały miejsca w obecności dziecka. I żeby taka rywalizacja nie odbywała się jego kosztem – mówi psycholożka Agata Wilska.

Aby przetrwać w tak złożonej emocjonalnie konstrukcji rodzinnej, bardzo przydają się umiejętności negocjacyjne. – Życie w rodzinie patchworkowej wymaga nieustannego negocjowania – przyznaje Katarzyna Growiec. – I wyzbycia się przekonania, że zasady, według których chcę wychowywać dzieci, są najlepsze, bo moje. Trzeba zaakceptować fakt, że dzieci partnerki czy partnera z poprzedniego związku będą stosowały się do innych zasad niż nasze wspólne. Sytuacja wymaga również ustalenia, na jakich zasadach biologiczni rodzice naszych dzieci będą się z nimi kontaktować. I czy będziemy robić też coś wszyscy razem.

Mitem też jest przekonanie, że łatwiej sobie poradzić z relacjami w rodzinie patchworkowej, kiedy nasz partner jest wdowcem lub wdową. Często mierzenie się z idealizowaną przez partnera i jego dzieci zmarłą matką czy ojcem może być trudniejsze niż ułożenie sobie stosunków z mającą wobec nas oczekiwania byłą partnerką czy partnerem osoby, z którą się związaliśmy. Jak twierdzi prof. Anna Kwak, socjolożka z UW, dzieci mają tendencję do kurczowego trzymania się wspomnień o zmarłych rodzicach. Często żyjący rodzic im w tym towarzyszy.

Wszystkie dzieci w rodzinie

Piotr i Iwona spotkali się kilka lat temu. On był wdowcem z dwójką dzieci: dziewięć i 13 lat. Ona cztery lata po rozwodzie, z 12-letnią córką. Zamieszkali razem. Na początku nie było łatwo – dzieci przyzwyczajały się do sytuacji i siebie nawzajem bardzo powoli. Iwona musiała mierzyć się z pamięcią o zmarłej matce. Piotr – zdobyć zaufanie córki Iwony, która tęskniła za ojcem mieszkającym za granicą. Pierwszy rok spędzili na nieustannym uczeniu się, jak radzić sobie z potrzebami dzieci, jak traktować je sprawiedliwie i jak sprawić, żeby w nowej rodzinie wszyscy poczuli się dobrze. Obydwoje wspominają początki swojej rodziny patchworkowej jako bardzo trudne.

Badająca to zjawisko pedagog dr Elżbieta Jundziłł zauważa, że instytucja rodziny zrekonstruowanej znana jest od stuleci. Ale zazwyczaj powstawała w następstwie śmierci kobiet w czasie porodu albo mężów na wojnach. Obecnie najważniejszą przyczyną są rozwody i rozstania. – Współcześnie jest mniej dzieci, które wychowuje macocha lub ojczym, bo biologiczni rodzice zmarli. Więcej za to takich, których rodzice żyją, lecz oddzielnie. Dzieci mają więc często dwie pary rodziców (matkę, ojca, macochę, ojczyma), należą zatem do więcej niż jednej rodziny. Ten wzorzec podstawowej komórki społecznej był wcześniej nieznany. Nie ma zatem jeszcze tradycji postępowania przy tego rodzaju jakże delikatnych stosunkach.

Na pierwszy rzut oka widać, że w rodzinie patchworkowej sytuacja dzieci nie jest łatwa. Przeżywają konflikt lojalności wobec jednego z rodziców, cierpią z powodu rozstania rodziców i rozpadu rodziny – ich świata, znajdują się w nowej, obcej dla nich sytuacji nie z własnej woli. To my, dorośli, wiążemy się ze sobą z powodu wzajemnych uczuć. Dla dzieci nasi nowi partnerzy to po prostu obcy ludzie. I nie można się dziwić, że łatwo mogą stać się obiektem niechęci jako ci, którzy za sytuację rozpadu dotychczasowego świata są odpowiedzialni. Dlatego warto rozumieć ich czasem sprzeczne uczucia, być cierpliwym i nie oczekiwać zbyt wiele w krótkim czasie.

W badań wynika, że łatwiej budować związek z dzieckiem, z którym się mieszka. Trudniej o głębszą relację z dziećmi partnera, z którymi widujemy się tylko w weekendy. W takiej sytuacji, jak twierdzi prof. Anna Kwak, dzieci i dorośli są wepchnięci w nowe role, które nie mają oparcia w powszechnie znanych społecznych konwencjach, i nie wiedzą, według jakich wzorców mają się zachowywać. Pasierbowie występują w roli gości – nic w tym domu nie jest ich własnością. To przestrzeń innej rodziny. Ale i mieszkanie razem z dzieckiem partnera niesie za sobą problemy. Dr Barbara Kromolicka, pedagog społeczny z Uniwersytetu Szczecińskiego, w swojej książce „Rodziny zrekonstruowane” stwierdza, że jeśli dziecko przeżyło tylko z matką około czterech, pięciu lat, będzie miało duże problemy z akceptacją ojczyma. A dr Alina Dobosz-Sztuba, pedagog z UAM, w książce „Być macochą, być ojczymem” pisze, że mężczyzna, który za wszelką cenę chce uchodzić za ojca, a nie ojczyma, poniesie w relacji z pasierbem lub pasierbicą klęskę. – Niebezpieczne jest zmuszanie dzieci do uznania nowego partnera mamy czy partnerki taty – za tatę czy mamę – potwierdza Katarzyna Growiec. – Takie rodziny muszą funkcjonować o wiele bardziej demokratycznie. To dzieci mają prawo zdecydować, kto dla nich jest tatą, a kto wujkiem” czy po prostu „Piotrem”.

Wszyscy badacze podkreślają, że w relacji z dziećmi partnerów najważniejsza jest cierpliwość. – Najlepiej działa bycie sobą i brak presji – mówi Adriana Klos. – Dzieci mogą utrudniać takie porozumienie, sprawdzać nasze granice, tak samo jak robią to z rodzicami, wystawiać nas na próbę. Ale jeżeli konsekwentnie będziemy okazywać im życzliwość, w końcu to docenią. Nie musimy w takich relacjach nikogo zastępować – matki czy ojca. Wystarczy, że staniemy się kimś bliskim, godnym zaufania.

Czy można zatem wychować w rodzinie patchworkowej szczęśliwe dzieci? Jak twierdzi dr Michał Mackiewicz z Instytutu Nauk Społeczno-Ekonomicznych, badania pokazują raczej, że dzieci rozwijają się dobrze wtedy, kiedy są kochane, a nie wtedy, kiedy wychowują się w mniej lub bardziej typowym układzie rodzinnym. Dzieci rodziców, którzy są razem, ale nie potrafią się dogadać, wcale nie rozwijają się lepiej od dzieci samotnych rodziców. Badania nie wskazują też na to, żeby samo istnienie klasycznej rodziny decydowało o tym, czy dziecko jest zdrowe emocjonalnie. Raczej zależy od tego, w jakiej atmosferze się wychowuje. Podobne zdanie ma Katarzyna Growiec: – Rodzina nuklearna, czyli kobieta i mężczyzna oraz ich wspólne potomstwo, wcale nie ma monopolu na wychowanie szczęśliwych dzieci. Wszystko zależy od uwagi, troski i wolności, którą dorośli potrafią zapewnić dzieciom. Miałam kiedyś koleżankę Szwedkę, która wychowała się w wielorodzinie – dosłownie – tydzień mieszkała ze swoją mamą, jej nowym mężem i przyrodnim rodzeństwem, kolejny tydzień – z tatą i jego żoną. Miała dwa domy oraz cztery osoby, na które mogła w życiu liczyć i które darzyły ją miłością. W sumie – układ idealny.

ZAMÓW

E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
?>