Relacje międzyludzkie: poskromienie rodzinki

Relacje międzyludzkie: poskromienie rodzinki

Może być tradycyjna albo patchworkowa. Genetyczna lub z wyboru, wielodzietna lub bez potomstwa. Rodzina ma dziś różne oblicza, ale – jaka by nie była – jest potrzebna. Bo, jak śpiewali Starsi Panowie, „nie cieszy, gdy jest, lecz kiedy jej nie ma, samotnyś jak pies”.
Co w rodzinie, to nie zginie” – lubi powtarzać moja kuzynka, przekonana, że gdzie jak gdzie, ale u rodziny wsparcie zawsze się znajdzie. Inni po bliskich zbyt wiele nie oczekują albo mają niekoniecznie dobre wspomnienia – „z rodziną wychodzi się dobrze tylko na zdjęciu” powtarzają („albo na dworzec” – dopowiada mój brat). Rodzina nie zawsze wspiera, czasem przeszkadza – na forach internetowych można znaleźć wpisy chociażby o tym, w jaki sposób wykręcić się od zbyt częstych wizyt u babci, która mieszka niedaleko. Okres świąteczny nie dla wszystkich jest obrazkiem z reklam czekoladek, wręczanych sobie w ciepłej, miłej atmosferze. Według statystyk policyjnych to w rodzinie notuje się najwięcej aktów przemocy… Ale z drugiej strony – prawie każdy marzy, by tę szczęśliwą rodzinę posiadać.

Ilu można mieć dziadków?

Gdy byłam mała, lubiłam spędzać czas z ciocią Alą, moją chrzestną. Zawsze czułam (i tak jest do dziś), że łączy nas wyjątkowa, bliska więź. Byłyśmy zżyte do tego stopnia, że chciałam, by była moją drugą mamą („ciociu, czy mogę mówić do ciebie: mamo?” – prosiłam). Po latach, gdy przeglądałam domowe archiwa, odkryłam listy cioci Ali do jej chrzestnej matki – podpisywała je „Twoja ¾ córka”. Je także łączyła szczególna więź, bliższa, niż wynikałoby to z relacji siostrzenica – ciotka. Bo czasem bliższe są nam osoby wcale nie w pierwszej linii pokrewieństwa.

Dawno temu (choć w sumie nie jest to tak odległy czas) rodzina wywodziła się z małżeństwa, żony i męża. Płodzili dzieci, i to przeważnie znacznie więcej niż jedno, a członkowie ich rodzin stawali się krewnymi także ich potomków – wujkami, ciotkami, babciami, dziadkami, kuzynami. Tworzyły się bliższe i dalsze kręgi. Każdy wiedział, jakie miejsce zajmuje w rodzinnej hierarchii. Do rodziców mówiono z szacunkiem – „panie ojcze”, „pani matko”. Zwykle też kilka pokoleń żyło pod jednym dachem lub w bezpośredniej bliskości. Dziś mieszkamy i pracujemy często z dala od rodziny pochodzenia – w innych miastach, a nawet innych krajach. Więzi rodzinne są zastępowane przez relacje z koleżankami ze studiów czy z pracy, bo to z nimi spędzamy najwięcej czasu. Decyzję o założeniu rodziny odkładamy na później albo podejmujemy ją pod wpływem chwili, bo „przecież zawsze można się rozejść”. Wprawdzie żyjemy dłużej niż nasi przodkowie, ale współczesne małżeństwa trwają krócej. Coraz więcej jest związków nieformalnych i tzw. rodzin patchworkowych, w których mama i tata mają dzieci z poprzednich związków. W wyniku skomplikowanych losów rodzinnych można nagle mieć czworo, a nie dwoje dziadków, macochę i ojczyma (czyli rodziców dodatkowych), nie mówiąc już o przybranym czy przyrodnim rodzeństwie. Ale gdzie z jednej strony pojawia się nadmiar, musi się, dla równowagi, pojawić niedobór. Trzeba bowiem z tych samych zasobów – materialnych, emocjonalnych, czasowych – ukroić więcej kawałków tego samego tortu.

Casting na babcię

Ci, którzy nie mogą czerpać z patchworkowego nadmiaru, żyją bowiem w rodzinie niepełnej, gdzie brakuje albo dzieci, albo rodziców, albo dziadków – tęsknią za rodzinnymi więziami. Z tej tęsknoty wiele osób decyduje się na adopcję dziecka z domu dziecka lub nawet na adopcję prenatalną, zatem w nowym modelu rodziny można mieć dwóch tatusiów albo dwie mamy (jeden rodzic to ten, który wychowuje, drugi to rodzic genetyczny). Ale adoptować można też babcię, choć mniej formalnie. Niedawno młoda mama z Białegostoku, samodzielnie wychowująca dwie córeczki, zamieściła w internecie ogłoszenie: „Szukamy babci do zaadoptowania i kochania. Chcemy taką babcię zabierać do siebie na święta, przynosić jej zakupy. Cena: bezcenna”. Odzew był niespodziewany i ogromny. Z kilku znajomości ocalały trzy, ale za to przerodziły się w bliskie relacje. Największa z ciocią-babcią Grażynką – zżyły się z nią nie tylko Michalina i Milena, córki pani Agaty, ale i ona sama, traktując ją jak starszą siostrę, której nigdy nie miała. I chociaż mieszkają w innych miastach (pani Grażyna jest wrocławianką), to kontakt mają codzienny – dzwonią, esemesują, piszą e-maile. Grażyna na ogłoszenie odpowiedziała od razu, bo przypomniała sobie czasy, kiedy jako studentka w obcym mieście, z dala od najbliższych, także tęskniła za rodziną i wraz z koleżanką porozwieszała w okolicy podobne ogłoszenia. Ale wtedy nikt nie odpowiedział.

Będziesz moim „krewnym”

Co jednak, gdy rodzinę mamy, ale dobrze nam z nią „tylko na obrazku”? Więzy krwi nie gwarantują miłości i bliskości, w rodzinach – tak jak w relacjach z „obcymi” – zdarzają się konflikty i wieloletnie przerwy w kontaktach. Bywa także, że członków swojego „stada” nie tylko nie kochamy, ale nawet nie lubimy. Albo jesteśmy „czarną owcą”, niepasującą do reszty. Dla osób, które z jakichś powodów blisko ze swoją rodziną pochodzenia być nie chcą lub nie mogą, dobrym rozwiązaniem wydaje się tzw. rodzina z wyboru.

ZAMÓW

E-WYDANIE

Czytaj także Rodzina jak w filmie

Ten termin po raz pierwszy pojawił się w odniesieniu do osób z kręgów gejowskich, które z powodu nieakceptacji przez członków ich rodzin genetycznych tworzyli sieć bliskich im osób, przyjaciół i dobrych znajomych. Dziś rodzinę z wyboru może mieć w zasadzie każdy z nas, niezależnie, czy ma dobre relacje z rodziną pochodzenia, czy nie. To my decydujemy, z kim chcemy lub wolimy spędzać czas – także dlatego, że nasi bliscy są po prostu zbyt daleko, albo dlatego, że już odeszli.

– Dużo badań wskazuje też na to, że przyjaźnie niebawem zastąpią więzy rodzinne. Jednak osobiście ostrożnie stawiałabym taką tezę – mówi psycholog i coach rodzicielski Ingrid Dahl. – Tożsamość każdego człowieka nierozerwalnie powiązana jest z rodziną i jej historią. W szczególnie trudnych sytuacjach, jak na przykład w przypadku choroby, zazwyczaj to rodzina przejmuje odpowiedzialność i niesie pomoc. Krąg znajomych wówczas mocno się zawęża, a nawet redukuje do zera. Ale jedno drugiego nie wyklucza, można mieć rodzinę z wyboru i rodzinę biologiczną. Czasem bliższy, bardziej otwarty kontakt mamy z przyjaciółmi. To im powierzamy sekrety, spędzamy z nimi więcej czasu. Niejednokrotnie przyjaciel czy przyjaciółka znają nas lepiej i wiedzą więcej o naszym życiu niż brat czy siostra. Pomagają w trudnych sytuacjach, starają się nas zrozumieć, dzielą radości życia. Warto więc o te więzy dbać i pamiętać, że lepiej mieć jednego czy kilku dobrych przyjaciół niż gromadę znajomych.

Rodzina alternatywna, miejska

Nie podlegamy już, jak dawniej, woli rodziny – żyjemy w świecie, gdzie sami wyznaczamy cele życiowe, kierując się swoimi pragnieniami, a nie wolą rodziców. Chcemy o sobie stanowić i żyć według własnego planu. Wszystkie te obyczajowe i gospodarcze transformacje sprawiają, że wyłaniają się i utrwalają nowe, alternatywne style życia rodzinnego – obok małżeństw są konkubinaty, związki otwarte, związki z partnerem tej samej płci, rodzice samodzielnie wychowujący dzieci, rodziny patchworkowe, wioski dziecięce i rodziny zastępcze, a nawet rodziny miejskie (znajomi podzielający wspólny, miejski tryb życia). Socjolog prof. Anna Kwak twierdzi, że w modelach alternatywnych życia rodzinnego następuje przesunięcie akcentu z potrzeb dziecka, które dominowały w tradycyjnym wzorcu rodziny, w kierunku nacisku na potrzeby seksualne i emocjonalne dorosłych.

Czy to źle? W każdym razie na pewno inaczej. System rodzinny się zmienia, bo my się zmieniamy, zmienia się styl naszego życia. Tęsknię za moją babcią i wiem, że żadna adoptowana (z całym szacunkiem) nie mogłaby mi jej zastąpić. Ale o moich przyjaciołach, nielicznych zresztą, lubię myśleć jak o rodzinie – o Ani, którą znam połowę życia, jak o siostrze, Tomku, który jest jak brat, bo ten rodzony mieszka 550 kilometrów ode mnie… Mam teraz również „córkę”, bo wyszłam za mąż za jej tatę. Ciocia Ala jest dla mnie jak druga mama, pierwszej, niestety, już zabrakło… Zawsze też równoprawne miejsce w mojej rodzinie mają zwierzęta, więc z czułością wspominam mojego psa, który dożył 17 lat, i wciąż cieszę się obecnością kota, który towarzyszy mi już lat 15… Bo nieważne, czy rodzina ma państwowy certyfikat, czy nie, jest mała czy duża, pochodzenia czy z wyboru, ważne, by było w niej miejsce dla każdego, takiego, jaki jest i jakim chciałby być.

ZAMÓW

E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
?>