Zakupoholizm – czy każdy z nas uzależniony jest od kupowania?

Na zakupoholizm cierpią nie tylko kobiety, choć to z nimi najczęściej kojarzy się ten nałóg (ilustracja iStock)

To cud, że w dzisiejszym świecie okazji i produktów jednorazowego użytku wszyscy nie jesteśmy zakupoholikami. A może właśnie jesteśmy? W jakim stopniu zakupoholizm dotyczy każdego z nas? Która sukienka jest już tą o jedną za dużo? Co tak naprawdę kryje się za przymusem kupowania? – z psycholożką Katarzyną Kucewicz rozmawia Joanna Olekszyk.

Zakupoholizm staje się jednym z popularniejszych zjawisk społecznych. Coraz więcej osób mówi o sobie pół żartem, pół serio: „Jestem zakupoholikiem, jestem zakupoholiczką”. Statystyki nie są jeszcze alarmujące, podają, że z uzależnieniem od kupowania w Polsce boryka się zaledwie 3–5 proc. populacji, sądzi pani, że ten problem będzie narastał?
Jest takie ryzyko, zwiększone zapewne popularnością zakupów przez Internet oraz tym, że praktycznie nikomu nie zależy na tym, żeby ten problem rozwiązać. W Polsce jest może na razie 5 proc. uzależnionych, ale w Wielkiej Brytanii to już 15 proc. Różnica polega głównie na zamożności. Brytyjczycy zarabiają więcej od nas, mają więcej możliwości i środków, żeby popaść w ten nałóg. Zakupoholizm częściej dotyczy ludzi zamożnych, a przynajmniej zamożnych na początku, kiedy nie tracą jeszcze kontroli. W tym aspekcie jest ogromnie podobny do hazardu – osoba, która wpadnie w wir zakupoholizmu, często przepuszcza nie tylko własne środki, ale też zapożycza się u znajomych czy rodziny. Co ciekawe, bardzo wiele osób, u których występuje zakupoholizm, przychodzi do mnie z problemem pracoholizmu.

Oba uzależnienia zwykle są bagatelizowane. Ludzie myślą: „Co złego jest w tym, że ktoś jest rozrzutny albo pracowity? Przecież to nikomu nie szkodzi”.
Nie zdajemy sobie sprawy z tego, że nadmiarowe zakupy czy przesadna pracowitość mogą totalnie zrujnować czyjeś życie.

Ja jednak wspomniałam o pracoholizmie z innego powodu. Kiedy ktoś przychodzi do mnie i mówi, że jest pracoholikiem, zadaję mu pytanie: „Ale po co panu tyle pracy?”. I kilkakrotnie zdarzyło mi się usłyszeć odpowiedź:

„Po prostu mam tak duże wydatki”. Dopytuję, co to są za wydatki, czy to jest kredyt, szkoła dla dziecka, rata za samochód – i wtedy okazuje się, że to są na przykład gadżety, elektronika, dzieła sztuki – w tym przodują zwłaszcza mężczyźni, oni lubią nazywać się kolekcjonerami. Problem polega na tym, że wielu pracoholików po bliższym poznaniu okazuje się zakupoholikami. Co gorsza, często wikłają się też w inne uzależnienia, od alkoholu czy używek, bo muszą mieć siłę, żeby pracować na okrągło.

Mówiąc to, chcę pokazać, że to wcale nie jest kolorowy świat, choć dla mojej książki o zakupoholizmie świadomie wybrałam kobiecą, różową okładkę. Wiem, że może się spodobać i przyciągnąć uwagę zwłaszcza tych atrakcyjnych, świetnie ubranych i uśmiechniętych dziewczyn, które z taką lekkością deklarują: „Jestem zakupoholiczką”. I dopiero jak wczytają się w jej zawartość – a mam nadzieję, że to zrobią – przekonają się, że to nie jest różowy problem.

Ale tak jest postrzegany w mediach czy choćby takich filmach jak „Wyznania zakupoholiczki”…
…albo „Seks w wielkim mieście”. Zakupoholizm w powszechnym, odrealnionym pojęciu ma postać przebojowej dziewczyny idącej ulicą z naręczem toreb i rozmawiającej przez komórkę. W rzeczywistości to dramat zakompleksionych ludzi, którzy nie są w stanie zbudować poczucia własnej wartości na tym, co mają w sobie, tylko tworzą go na tym, co mogą sobie kupić. Nieraz słyszałam od pacjentek: „Boże, ja mam tyle cudownych torebek, uwielbiam wchodzić do garderoby i po prostu na nie patrzeć” albo: „Pani Kasiu, to jest inwestycja, taki Louis Vuitton nie traci na wartości, nigdy nie będzie przeceniony”. Ta świadomość daje im poczucie, że są kimś lepszym, wyjątkowym. Tyle tylko, że to poczucie jest chwilowe, bo kiedy taka kobieta spotka fajnego faceta, wcale nie będzie pewna siebie. Znowu poczuje się tą piegowatą, chudą dziewczynką z podstawówki. I żadna torebka jej w tym nie pomoże, nie wyleczy traum, a jedynie je pogłębi. To totalnie błędne koło. W momencie, kiedy zakupoholik rozpakowuje daną rzecz ze sklepu internetowego, jego samopoczucie szybuje w górę, by chwilę potem spaść w dół, bo nowa rzecz już nie jest taka nowa, nie cieszy. W konsekwencji potrzebuje kolejnego bodźca, następnej upatrzonej rzeczy, często droższej i trudniej dostępnej. Zakupoholik jest stale głodny i w tym z kolei aspekcie to uzależnienie jest podobne do uzależnienia od jedzenia.

Widzi pani, to jest tak, że jako zakupoholiczka mogę sobie teraz miło z panią rozmawiać czy prowadzić terapię, ale ja cały czas w środku odczuwam dojmujący głód. I ciągle myślę albo o tym, co mogę sobie kupić, albo co sobie już kupiłam. Zakupoholicy nie zdają sobie sprawy z tego, że ich myśli cały czas krążą wokół zakupów. Dopiero kiedy proponuję, by spisywali przez tydzień, ile razy dziennie naszła ich taka myśl, przyznają: „Masakra, nie sądziłem, że jest aż tak źle”. I to często jest ten pierwszy moment, kiedy człowiek czuje się zmotywowany do walki z nałogiem. Bo zaczyna się na siebie złościć. Mówi: „O nie, nie dam się, nie pozwolę, żeby rzeczy mną rządziły”. I wtedy jest szansa na zmianę, bo w złości jest ogromna energia. Dlatego ja specjalnie drażnię w mojej książce, prowokuję: „Zobacz, co sobie robisz”. Tym bardziej że zakupoholicy to zwykle osoby głęboko samotne, otoczone murem siatek ze sklepu, za którym nie ma ludzi, bo oni już tych ludzi przestali potrzebować. Jeżeli mają do wyboru: iść z koleżankami na kawę czy na zakupy, wybierają zakupy.

Czyli jeśli przedkładasz zakupy nad relacje – uważaj. Jakie są inne symptomy, które pozwolą nam rozgraniczyć, kiedy zakupami poprawiamy sobie samopoczucie, kiedy jesteśmy po prostu rozrzutne, a kiedy mamy poważny problem?
Jeżeli od czasu do czasu poprawiasz sobie nastrój wyjściem do kina, innym razem spotkaniem z koleżanką czy randką, a jeszcze innym – kupieniem nowej sukienki, to wszystko pozostaje w normalnych granicach. Nie ma nic złego w tym, że potrzebujesz sobie kupić coś do ubrania, by poczuć się lepiej. Problem jest wtedy, kiedy zakupami regulujesz swoje emocje. Jesteś smutna – idziesz na zakupy, jesteś szczęśliwa – też na zakupy. W konsekwencji zakupy nie poprawiają ci już samopoczucia, bo nic ci go nie poprawia. I jeszcze jedna bardzo ważna rzecz – problemem nie jest kwota. To nie tak, że jeśli wydałaś dwa tysiące złotych, to jesteś zakupoholiczką, a jeśli tylko 200 zł
– to już nie. Jesteś zakupoholiczką, jeśli wydajesz ponad to, ile masz, niezależnie od sumy. Takie życie ponad stan jest często pierwszym symptomem uzależnienia – człowiek zaczyna się bać wierzycieli czy komornika. Zaczyna się orientować, że ma problem. Jeśli ktoś jest milionerką i od czasu do czasu spłucze się na zakupach, pewnie nazwiemy to rozrzutnością, ale jeśli wcale dużo nie zarabia, a każdą nadwyżkę czy nawet całą pensję wydaje na zbytki i rzeczy, które wprawdzie są cenne i piękne, ale za chwilę i tak wylądują w koszu – będzie to już zakupoholizm.

No właśnie, czy zakupoholik korzysta z rzeczy, które w szalonym widzie kupuje, czy ma do nich praktyczne podejście? Czy one są tylko do podziwiania?
To w dużej mierze zależy od produktu, ale większość tych zakupów nie jest nawet do podziwiania. Często lądują nierozpakowane w szafie i nigdy nie ujrzą światła dziennego. Torba za 20 tysięcy kręci zakupoholika w momencie, kiedy ją kupuje, po transakcji przestaje mieć taką wartość. Dla niego sklep jest jak kasyno, a sprzedawca jak krupier. I ten dreszczyk, adrenalina, która pojawia się, gdy sprzedawca przeciąga kartę przez czytnik, a on nie wie, czy ma na niej wystarczające środki, czy nie. Chwila napięcia i nagle zalewa go fala radości – udało się. To niesamowicie kręci zakupoholika. Podobnie jak alkoholik, który pije do nieprzytomności, on też potrafi się totalnie spłukać. Osoby, które do mnie trafiają, mają przeważnie za sobą przynajmniej jeden taki epizod. Ktoś wychodzi z luksusowego centrum handlowego z tymi wszystkimi torbami i nie ma już pieniędzy na taksówkę czy nawet tramwaj. Opowiadają mi to początkowo z lekkością i pewnym rozrzewnieniem, dopiero potem rzednie im mina.

Z czym będzie musiała się zmierzyć taka roześmiana, kolorowa dziewczyna z naręczem toreb, gdy sięgnie po pani książkę? Obawiam się, że nie tylko z faktem, że za dużo wydaje, ale też z demonami ze swojej przeszłości.
Tak, zakupoholizm często wiąże się z traumatycznymi wydarzeniami z dzieciństwa czy młodości. Dziewczyna, o której mówimy, będzie musiała się zastanowić, co przykrywa jej zakupoholizm. Nie zdarzyło mi się spotkać osoby uzależnionej, która nie miałaby na swoim koncie jakiejś smutniej historii związanej z utratą kogoś ważnego, ze zdradą, odrzuceniem ze strony rówieśników czy rodziców, z depresją. Niektórzy zakupami radzą sobie z lękiem przed śmiercią czy przed życiem. Często jest tak, że jak się dokopujemy do tego, co jest pod spodem, pojawia się taka myśl: „To ja już wolałam mieć problem z zakupami, niż mierzyć się z takimi emocjami”.

Czarny piątek to dobry moment, żeby przyjrzeć się swoim zachowaniom i nawykom związanym z kupowaniem. (fot. iStock)

Dla wielu osób otrzeźwiająca może być myśl, że tak nisko upadli, że z ich wykształceniem i pozycją myślą tylko o zakupach, nie o bliskich, nawet nie o pracy.
„Nie po to tyle się uczyłam i tyle pracuję, by teraz wszystko szło na zakupy”. Problem polega na tym, że łatwiej jest coś rzucić, jeśli przestaje się to lubić. Dla zakupoholika zakupy są jedyną przyjemną rzeczą w życiu. Często potracili już wszystko: znajomych, partnera, hobby, wszelką radość życia – zostały im tylko zakupy, a tu słyszą, że i to mają porzucić. „Zabierze mi pani zakupy, i z czym ja zostanę?” – pytają mnie pacjenci.

Ze sobą.
No tak, ale oni właśnie nie potrafią być ze sobą. Albo się ze sobą nudzą, albo męczą. Dlatego dobrze mieć w takiej sytuacji przy sobie terapeutę, który pomoże wypracować zdrowe poczucie własnej wartości. Pokaże, że lubienie siebie jest 100 razy lepsze niż nawet najdroższa torebka świata. Że dobre, przyjacielskie relacje z ludźmi czy wyjście na spacer też potrafią dać dużo przyjemności.

Pisze pani o dziewczynie, która wcale nie wydawała pieniędzy na ciuchy czy kosmetyki, tylko całymi dniami szukała promocji na Gruponie. Są osoby, na które działa słowo „promocja” czy „wyprzedaż”, a normalnie nie szastają pieniędzmi. Moja znajoma wcale nie spłukuje się do zera, ale jest uzależniona od chodzenia do lumpeksów, od polowania na ubrania. Czy to też jest zakupoholizm?
Żeby mówić o jakimkolwiek uzależnieniu, musi wystąpić kilka czynników jednocześnie. Ktoś może wprawdzie nie spłukiwać się do zera, ale mieć pozostałe, czyli regulować swoje emocje zakupami i uciekać w nie przed prawdziwym życiem. Mogę sobie wyobrazić kobietę, której dzieci pozakładały swoje rodziny i mają swoje życie, a ona jest sama i zakupy są jedynym sposobem, by złagodzić poczucie osamotnienia. Pamiętam pacjentkę, która potrafiła sobie powiedzieć „stop”, kiedy wydała zbyt dużo na ubrania, ale wtedy swoją potrzebę realizowała w sklepie spożywczym, kupując produkty żywnościowe, bo już nie miała pieniędzy nad droższe rzeczy. Kupowała więc na potęgę jogurty, które potem wyrzucała. Zakupoholicy potrafią wydać pieniądze na cokolwiek.

Ja miałam taki czas, kiedy nałogowo kupowałam książki, choć nie miałam czasu, by je przeczytać.
Proszę sobie teraz wyobrazić, że pani myśli bez przerwy zajmują kolejne książki do kupienia, do tego stopnia, że nie ma pani życia towarzyskiego czy hobby.

I umieram z głodu, przywalona stertą książek.
My tu się śmiejemy, ale zakupoholizm naprawdę bywa śmiertelny. Słyszałam o przypadkach osób, które popełniły z tego powodu samobójstwo. Poczucie winy, depresja, długi – to wszystko może popchnąć do targnięcia się na swoje życie. Poza tym bardzo łatwo popaść w depresję z powodu uzależnienia. Kończą się moje kontakty towarzyskie, mąż mnie zostawia, mam długi, dzieci nie traktują mnie poważnie, wstydzę się iść do lekarza z takim błahym problemem, więc on się pogłębia. W większości przypadków mówię o kobietach, bo zakupoholizm to bardzo sfeminizowany problem. Dlatego też – jak przypuszczam – jest tak marginalizowany.

I napędza gospodarkę. Po co z nim walczyć?
Dlatego bardzo zachęcam – starajmy się sobie pomóc, idźmy do psychoterapeuty, psychologa, przeczytajmy na ten temat artykuł, książkę…

Albo powiedzmy o tym komuś bliskiemu…
Z tym radziłabym raczej ostrożnie. Niektórzy bliscy mogą się wtedy odsunąć. Poza tym osoba, która powie wszystkim o swoim problemie, będzie czuć presję. Presja nie sprzyja uspokojeniu, a w leczeniu zakupoholizmu chodzi o uspokojenie, tonizowanie emocji. Dlatego warto powiedzieć o tym bliskiej, ale zaufanej osobie, co do której mamy pewność, że nas wesprze, a nie osądzi.

Nie ma pani wrażenia, że w jakiejś mierze problem zakupoholizmu dotyczy nas wszystkich? Żyjemy w obrzydliwie zmaterializowanym świecie, centra handlowe kuszą, żebyśmy ciągle coś kupowali, wmawia się nam, że potrzebujemy coraz nowszych modeli telefonów, samochodów czy telewizorów. Sklepy wyglądają jak świątynie, sprzedawcy traktują nas jak najlepszych przyjaciół, marki korespondują z nami mejlowo, przekonując, jak bardzo im na nas jako kliencie zależy. Jak sobie z tym wszystkim radzić?
Na pewno jest to trudne. Podobnie jak leczenie zakupoholizmu, bo choć pić musimy wszyscy, to niekoniecznie alkohol, ale zakupy robić musi każdy. Jeśli pyta pani, jak nie popaść w zakupoholizm, jak nie przekroczyć tej cienkiej granicy, to mam jedną radę. Warto zadać sobie pytanie: „Po co?”. Po co chcę to kupić, po co chcę to mieć, jakie kompleksy ten zakup ma przykryć. Nazwijmy rzeczy po imieniu: nie czuję się atrakcyjna, chcę zaimponować rodzicom, chcę być zaakceptowana przez koleżanki. I pomyślmy, jak możemy sobie pomóc inaczej. Dobrze też zrobić bilans zysków i strat: co zyskujemy dzięki zakupom, to raczej wiemy, spytajmy się, co poprzez nie tracimy. Może nie tylko pieniądze…

W książce podaję wiele prostych sposobów na to, by ogarnąć swoje zakupy.

  1. Prowadź dzienniczek zakupów, żeby wiedzieć, ile się naprawdę wydajesz.
  2. Unikaj płacenia kartą, bo pieniądze stają się wtedy wirtualne.
  3. Odraczaj zakupy o tydzień, dwa, by sprawdzić, czy nadal będziesz chciała kupić tę rzecz.
  4. Chodź na zakupy z przyjacielem, a nie samotnie, i rób listę zakupów.
  5. Przekuj potrzeby robienia zakupów w coś pozytywnego. Pomyśl, jeśli najbardziej na świecie lubisz kupować ubrania, to może fascynujesz się modą, a skoro lubisz modę, to może mogłabyś zostać swoją stylistką, przerobić stare rzeczy, komponować ubrania, zamiast kupować po omacku, zapisać się na kurs szycia, zacząć prowadzić blog modowy, rysować różne projekty? To bywa czasem lepsza strategia niż restrykcyjne odmawianie sobie zakupów.

Katarzyna Kucewicz psycholożka i psychoterapeutka. Współprowadzi w Warszawie Ośrodek Psychoterapii i Coachingu INNER GARDEN.

Wywiad pochodzi z archiwalnego numeru magazynu SENS.