fbpx

Problemy z komunikacją – kim są „popychacze”?

Problemy z komunikacją - kim są „popychacze”?
123rf

Część z nas ma skłonność do „popychania” słowami innych, by zmienili swoje zachowanie, bo wierzymy, że właśnie ono jest źródłem problemów. Tylko czemu nikt nas nie słucha?
Poczucie bezpieczeństwa to jedna z podstawowych ludzkich potrzeb. Jeśli nie jest zaspokojona, może generować naprawdę spektakularne zachowania. W zależności od wielu rzeczy: temperamentu, tego, czy jesteśmy ekstra- czy introwertyczni, a także w zależności od wdrukowanych nam poprzez wychowanie sposobów reagowania, w sytuacji utraty poczucia bezpieczeństwa zaczynamy używać specyficznych form językowych. Część osób w takich chwilach ma skłonność do reagowania z pozycji „to właśnie ja ocalę świat”. Jak kapitan okrętu w niebezpieczeństwie zaczynają wydawać komendy i oczekiwać, że polecenia zostaną wykonane. Poczucie bezpieczeństwa starają się odzyskać poprzez kontrolowanie sytuacji. Jakaś wewnętrzna nadodpowiedzialność zaczyna się przejawiać w postawie „rób, co mówię, a będzie dobrze”. Jednocześnie w wypowiedziach takich ludzi przejawia się brak zaufania do partnerów czy rozmówców, bo należąc do gatunku osób, które widzą źdźbło w oku bliźniego i nie widzą belki w swoim, naprawdę są przekonani, że to z innymi jest coś nie w porządku i koniecznie trzeba ich naprawić.

Znacie? To posłuchajcie: „Widzę, że nasza dalsza rozmowa nie ma sensu. Próby tłumaczenia, o co mi chodzi, to jak rzucanie grochem o ścianę. Żeby się dogadać, trzeba chcieć, a ty przebywasz w swoim wymyślonym świecie, gdzie wszyscy się bardzo lubią, ale nikt nie musi pracować, bo pieniądze spadają tam chyba z nieba. Więc pozwól, że ja się oddalę do swoich prymitywnych zajęć przy komputerze, a ty oddawaj się dalej rozwojowi duchowemu”.

„Trzeba być kretynem, żeby uważać, że ktoś idzie na szkolenie z księgowości dla rozrywki. Dla rozrywki też pewnie gotuję, sprzątam, odrabiam z dziećmi lekcje. Nie opowiadaj mi, co ty o tym myślisz, tylko po prostu weź listę i jedź po zakupy”.

Czy będziesz mnie słuchał?

Troszczenie się o innych to bardzo pożyteczna cecha, kiedy jednak zaczynamy traktować ludzi jak marionetki, to nasze otoczenie zareaguje w określony sposób. Ci, którzy nie lubią konfrontacji i których nie bawią wieczne przepychanki, po prostu odsuną się od nas. Niektórzy nasi bliscy i znajomi uznają to za wygodne i przyjmą postawę: „to co ja mam zrobić, żeby było dobrze?”, chętnie przekazując w nasze ręce część odpowiedzialności za własne życie. Ten typ ludzi ma to do siebie, że chociaż nas słuchają, to bardzo często im „nie wychodzi” i chętnie korzystają z tego, że w końcu wykonujemy całą pracę za nich. Inni, którzy spróbują wprowadzić sugerowane im strategie w życie i nie odniosą przy tym sukcesu, winą za niepowodzenie obciążą właśnie nas. „To przez ciebie!” – wróci wtedy do nas jak bumerang, chociaż być może nawet nie wypowiedzieliśmy tych słów na głos i nie do końca mamy świadomość, że swoje relacje z otoczeniem budujemy na przekonaniu, że to z nim jest coś nie tak.

Skuteczne słowa

Gdybyśmy byli w stanie obejrzeć własne schematy reagowania, być może zastanowilibyśmy się nad ich efektywnością i zamienili na inne. Jednak przeważnie wydaje się nam, że trzeba coś zrobić „bardziej”, żeby zadziałało. Jeśli więc mówiłam: „proszę, zrób to” i nie zadziałało, to wzmacniam swój komunikat inwektywą („zrób to, do cholery”, „trzeba być kretynem, żeby sobie z tym nie poradzić”). Taki schemat reagowania wynosimy prawdopodobnie z dzieciństwa, kiedy obserwowaliśmy w swoim otoczeniu tych, którzy wywierali wpływ na innych za pomocą wzbudzania w nich strachu, upokorzenia lub poczucia winy. Kiedy czujemy, że musimy coś zrobić, by wywrzeć wpływ na sytuację, uruchamiamy schemat. Słowa, których zadaniem jest popchnąć sytuację do przodu, bywają nazywane „popychaczami” – to słowa straszące, ośmieszające, deprecjonujące i chociaż mogą nadawać dynamiki sytuacji, to rzadko prowadzą do efektywnych rozwiązań, częściej przysparzają nam wrogów lub sierot, które musimy włóczyć za sobą po życiu, bo same sobie przecież nie poradzą. A kiedy już zmęczymy się życiem za innych, stajemy się naprawdę niemili.

Nie dyskutuj, tylko rób!

Co stoi za skłonnością do używania „popychaczy” – słów mających zadziałać jak maczuga, spowodować, żeby ktoś zrobił to, czego ja chcę? Strach wyrastający z braku zaufania do tego, że sprawy mogą potoczyć się dobrze także wtedy, gdy nie będę mieć wszystkiego pod kontrolą. Brak zaufania do życia i do innych ludzi powoduje, że – najczęściej bezwiednie – próbujemy innym narzucić własne strategie, bo najlepiej lubimy piosenki, które znamy. Z jednej strony mamy skłonność do przejmowania odpowiedzialności za innych, także wtedy, gdy nikt nas o to nie prosi, z drugiej – jesteśmy zmęczeni tym niańczeniem całego świata, co wprowadza nas w stan irytacji i powoduje, że próbujemy lekko popychać ludzi i sytuacje, żeby konieczne rozwiązania pojawiły się jak najszybciej. Kiedy jest się zirytowanym, bardzo trudno zdobyć się na cierpliwość, a właściwie jest to kompletnie niemożliwe. Z kolei bez cierpliwości nie ma szansy na zatrzymanie, przyjrzenie się sytuacji, wysłuchanie drugiej strony i znalezienie rozwiązania dobrego dla wszystkich. Nie ma szansy na uświadomienie, jakie ważne potrzeby kierują moim zachowaniem, a jakie – zachowaniem mojego rozmówcy. Nie ma przestrzeni na szukanie innych niż nawykowe rozwiązań. Ciągle odgrywamy te same sceny i coraz bardziej irytujemy się, że świat nie staje się dzięki nim piękniejszy.

Kogo zapraszasz do tańca?

Kiedy rozpoznasz taki schemat reagowania u siebie – masz wybór, czy stosować go nadal, czy podjąć wysiłek zmiany. Zmiany samej siebie, bo świat wokół próbujesz przecież zmieniać nieustannie i nie przynosi to rezultatów.

Stosując komunikację opartą na osądach, ocenach, porównaniach i żądaniach nieznoszących sprzeciwu, kształtujemy swoje otoczenie. Jeżeli potrzebujemy kłótni, żeby uciszyć strach i zredukować wewnętrzne napięcie – będziemy przyciągać takich ludzi, którzy zwykli reagować w ten sam sposób. Relacje staną się bardzo energochłonne, ale w trudnych sytuacjach para będzie szła w gwizdek, zamiast w znalezienie rozwiązania. Po jakimś czasie kłótnie stają się nawykiem i przestajemy widzieć ich destrukcyjną moc. Nie mamy świadomości, że w naszych rozmówcach uaktywniamy skłonność do stosowania słownej agresji lub – jeśli nie są oni wielbicielami stylu włoskiej rodziny – skłonność do stosowania biernego oporu. Bierny opór też jest niezwykle energochłonny w obsłudze: powtarzanie dziesiątki razy tej samej prośby, wieczne przypominanie, zmuszanie do składania obietnic, które i tak nie zostaną dotrzymane, to sytuacje będące następstwem zmuszania innych do tego, żeby robili, co się im mówi. Z naszej perspektywy to niepodważalny dowód na to, że to z innymi jest coś nie w porządku – zdecydowanie nie działają prawidłowo i dlatego świat jest, jaki jest. Niepodjęcie próby zmieniania innych w momencie, gdy sytuacja jest trudna, to pierwszy krok do zmiany własnych opresyjnych nawyków komunikacyjnych na asertywne lub empatyczne.

Przestrzeń dla innych

Zaprzestanie „popychania” innych słowami pozwala zatrzymać proces ciągłego powiększania własnego terytorium i przekraczania granic innych osób. Kiedy uda się nam spojrzeć na te osoby jak na równorzędnych partnerów, może uda się zobaczyć, że ich potrzeby są nie mniej ważne niż nasze, a w pewnych kwestiach to my możemy się od nich uczyć. W ten sposób jednostronny proces wywierania wpływu i żądania, by otoczenie dostosowało się do naszych oczekiwań można zamienić w proces wymiany i wzajemnej inspiracji.

Nieskuteczne popychanie

Istnieje także bardzo racjonalny powód dla zmiany nawyków językowych na mniej opresyjne: po prostu „popychacze” wcale nie działają tak skutecznie, jakby się chciało. Bilans zysków i strat pokazuje niewielką efektywność stosowania strategii językowych opartych na skłanianiu innych, żeby dostosowywali się do naszych wyobrażeń i oczekiwań. Podstawowym uszczerbkiem jest możliwość straty tych osób, na których nam zależy, a które – pacyfikowane ciągłym naciskaniem, wychowywaniem i próbami zmiany według naszych standardów – po prostu będą nas unikać lub całkowicie zerwą z nami kontakt. Ci, którzy pójdą na wojnę z nami – będą mieli do zaoferowania relację opartą na nieustannym napięciu i wzajemnym wyniszczaniu stron. A ci, którzy rozpoznają naszą skłonność do myślenia i działania za innych i postanowią z niej skorzystać, nie przejmując się etykietą nieudacznika – obciążą nas jak dorosłe dzieci, które się nie usamodzielniły. Może więc warto spróbować inaczej – zmienić sposób rozmowy, zmieniając w ten sposób rodzaj relacji, w jakie wchodzimy z otoczeniem?

  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze