1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Seks
  4. >
  5. Jak w dzieciństwie kształtuje się nasza erotyczna wrażliwość?

Jak w dzieciństwie kształtuje się nasza erotyczna wrażliwość?

Seksualność nie zaczyna się od okresu dorastania: pierwszej miesiączki, pierwszego seksu. Wiąże się z płcią, która wpływa na nasze życie od chwili, kiedy się rodzimy. (Fot. iStock)
Seksualność nie zaczyna się od okresu dorastania: pierwszej miesiączki, pierwszego seksu. Wiąże się z płcią, która wpływa na nasze życie od chwili, kiedy się rodzimy. (Fot. iStock)
Nie doceniamy wagi zmysłowych przeżyć z czasów dzieciństwa. A przecież one kształtują erotyczną wrażliwość, otwierają na doznania przyjemności, radości, ekscytacji. To jest właśnie ten nasz zagubiony potencjał. Kiedy przypominamy sobie o tych doświadczeniach, możemy poczuć się tak, jakbyśmy odzyskiwały siebie – mówi Olga Haller, psycholog, terapeutka.

Co cię zafrapowało w temacie wczesnych doświadczeń seksualnych?
Zajmując się kobiecą seksualnością w praktyce – mam na myśli doświadczenia z życia, terapii i warsztatów dla kobiet – odkryłam, jak bardzo brakowało mi łączności z tym właśnie okresem, że nie pamiętałam i nie doceniałam dziecięcych przeżyć dotyczących płci, a przede wszystkim jak się ich wstydziłam. I kiedy już pozwoliłam sobie na to, żeby je odkrywać, aż zaparło mi dech ze zdumienia, jak silne i radosne są to przeżycia, jaki w nich tkwi potencjał! Przez pryzmat tych odkryć zobaczyłam wyraźnie, że moja seksualność jest moja! Od urodzenia mam do niej prawo – moje ciało, wszystkie jego części bez wyjątku, wszystkie zmysły są uprawnione, żeby być! Mam je po to, żeby przeżywać kontakt ze światem, cieszyć się nimi!

Początek doświadczeń seksualnych kojarzymy najczęściej z okresem dojrzewania czy inicjacją seksualną.
Seksualność nie zaczyna się od okresu dorastania: pierwszej miesiączki, pierwszego seksu. Wiąże się z płcią, która wpływa na nasze życie od chwili, kiedy się rodzimy. Choćby na to, jak jesteśmy przyjmowani na świecie przez rodziców. To nie jest sprawa zamierzchłych czasów, że gdy przychodzi na świat chłopiec, dla ojca jest to powód do dumy, a matki czują, że wywiązały się z zadania. Na warsztatach spotykam się z kobietami, które mówią, jak bardzo pragnęły urodzić chłopca i jak bardzo bały się urodzić dziewczynkę. To znak, że taki przekaz nadal działa i wpływa na to, jak postrzegamy siebie – czy mamy poczucie, że to dobrze być dziewczynką, czy nie. Zaraz potem uczymy się, czy my same i nasze dziewczęce ciała zasługujemy na akceptację. Z większym przyzwoleniem na eksplorację ciała spotyka się niemowlę płci męskiej. Zabawy chłopczyka penisem budzą zwykle czułe uśmiechy i pobłażliwe napomnienia; dziewczynka, która wsadza paluszek do pochwy, spotyka się ze stanowczym zakazem zabarwionym silną nieakceptacją. Kontakt matki z niemowlęciem płci żeńskiej często aktywizuje jej własne lęki. Bardzo świadomie przygotowywałam się do porodu, a mimo to pamiętam przerażenie po urodzeniu córki, kiedy zobaczyłam jej powiększone naturalnie, z powodu moich hormonów, wargi sromowe. Nie śmiałam zapytać o przyczynę, sądziłam, że coś jest nie w porządku. Z nikim się tym nie podzieliłam. Nazajutrz z lękiem odwijałam pieluszkę i odetchnęłam z ulgą, kiedy to minęło. Kobiety, które odczuwają niechęć i lęk wobec własnych genitaliów, przekazują to dalej córkom. Wiele z nich ma poczucie, że wagina to część wstydliwa, a odczucia z nią związane nie nadają się do opowiadania. Nie można swobodnie jej mieć. A co dopiero z ciekawością poznawać i badać. Małe dzieci, gdy leżą, wierzgają nóżkami, otwierają je, pokazują krocze. U chłopca to w porządku...

...a u dziewczynki nie bardzo.
No więc trzeba to zamknąć, zasłonić, nie widzieć tego sedna naszej płci.

A my potem nóżki razem, elegancko, jak przystoi kobiecie.
I staje się to naszą drugą naturą. Wstydliwe zamykanie, ściśnięcie, powstrzymanie. Wydaje się to oczywiste w zachowaniu kobiety. Nie możemy być wyzywające, mamy być skromne. Chłopcy oglądają sobie siusiaczki, ściągają majtki, mówią o ciele i seksie, „świntuszą” – dorośli zwykle traktują to jako coś oczywistego – chłopcy są po prostu ciekawi, tak mają. A jak robią to dziewczynki, jest to naganne, fe, be, wstydziłabyś się. Dziewczynki bardzo wcześnie się uczą, że ciekawość tego, co dotyczy ciała, spotyka się z zakazem, jest nie na miejscu i powinny się jej wstydzić. A już na pewno tematy te nie powinny ich podniecać.

Jedna z kobiet opowiadała na warsztacie o swoich zabawach z koleżanką. Miały może pięć, sześć lat. Mizianie, łaskotki, zabawy w lekarza były wielką tajemnicą. Jeździły kiedyś rowerem i omal nie wpadły na wielkiego konia, który pojawił się na drodze. Sterczące uszy, grzywa na sztorc, płomień w ślepiach... Były przekonane, że zobaczyły diabła. Pognały do domu, upadły na kolana i modliły się, że już nigdy więcej nie będą robić „tych brzydkich rzeczy”.
No właśnie, na konia zrzutowały lęki, które towarzyszyły tak przyjemnie podniecającej zabawie. Bawiąc się, przeczuwały, że kara się należy, no i proszę: spotkanie z diabłem, bo byłyśmy niegrzeczne! Trzeba się bać, kiedy odczuwa się ekscytację w podbrzuszu! Niewerbalny przekaz, który nie jest uświadomiony ani przez matkę, ani przez dziecko, działa tym mocniej. Czasem nie wiadomo nawet, czego nie wolno, ale dziecko dobrze wyczuwa, że wszystko, co przyjemne, co dotyczy genitaliów i ich okolic, jest niewłaściwe i już.

Erotyzm związany jest jednak nie tylko ze sferą genitalną?
Jasne, że nie, zwłaszcza w okresie dzieciństwa. Organizm przygotowuje się do życia seksualnego nie tylko w taki sposób, że zmieniają się narządy płciowe. Dojrzałą przyjemność seksualną przeżywa się całym ciałem. Cali jesteśmy do tego! I cali do tego dorastamy! W dzieciństwie doświadczamy naszej zmysłowości w różnego rodzaju zabawach: dziewczynek z dziewczynkami, chłopców z chłopcami, pomiędzy rodzeństwem i, aż głupio to powiedzieć, czasem z dorosłymi – i nie ma to charakteru nadużycia czy wykorzystania, ale tak się może kojarzyć. Może mieć, i wtedy to nieprawidłowość, ale mówię o czymś naturalnym – zabawach związanych z potrzebą dotyku, czułości, ciepła, przyjemności. Nie są to przeżycia stricte seksualne. Kształtują wrażliwość zmysłową, uczą pozwalania sobie na doznawanie przyjemności, ekscytacji. Kiedy wspominamy te przeżycia z kobietami na warsztatach, okazuje się, że takich właśnie odczuć pragniemy w dorosłym życiu seksualnym: swobody, odwagi, zaufania, radości, spontaniczności, odkrywania, ciekawości...

 
Te wspomnienia jednak często splatają się ze wstydem, czymś bardzo trudnym. Tak, jednak najciekawsze jest to, że niezależnie od tego, w jaki sposób je stłumimy, u podstaw pozostają przyjemne. I umysł może je na nowo zatytułować. Można podważyć negatywny przekaz i odzyskać pamięć ciała o tym, co radosne i miłe. Oczywiście przeżycia o charakterze zmysłowym mogą się wiązać z czymś przykrym. Dzieciom zdarza się przekraczać granice. Jak w każdej innej zabawie. To nie znaczy, że jeżeli zrobią coś źle, to cała ta sfera jest zła i nie powinny chcieć się bawić. Muszą nauczyć się bawić z głową, przewidzieć konsekwencje. Na tym polega późniejsza odpowiedzialność w seksie. Dlatego potrzebna jest obecność dorosłych, którzy z jednej strony akceptują sferę dziecięcych pragnień tak jak każdą inną, ale potrafią też postawić granice, powiedzieć: to jest OK, ale nie można tego robić w ten sposób, bo wtedy krzywdzisz drugą osobę, albo: jest to niebezpieczne dla ciebie. Ale skoro my, dorośli, boimy się seksualności własnej i naszych dzieci, wolimy udawać, że jej nie ma, to nie mamy szansy pomagać dziecku w uzyskaniu zdrowej kontroli nad tą sferą.

Jak odzyskać pozytywny potencjał wczesnych doświadczeń?
Żeby dojść do wczesnych doświadczeń, potrzeba na początku klimatu zaufania, wiary, że to ma sens, że mamy prawo szukać swoich prawdziwych odczuć. Kobiety muszą też wiedzieć, po co to robią. Kiedy opowiadają już o swoich wspomnieniach dziecięcych zabaw związanych z erotycznym pobudzeniem, bardzo często mówią: „O rany, jak to dobrze usłyszeć, że inne miały podobnie!”. Bo np. bawiłam się z drugą dziewczynką i myślałam, że to coś złego. Wiele wspomnień dotyczy tego, co się dzieje, gdy rodzice wyszli z domu. Eksperymentujemy z udawaniem dorosłej kobiety: wypychamy biustonosze albo suknie mamy poduszkami, jakbyśmy były w ciąży, i przeglądamy się w lustrze podniecone swoją kobiecą figurą. Towarzyszy temu erotyczne pobudzenie – wizja przyszłości: stanę się kobietą z piersiami, z brzuchem. I to jest takie ekscytujące! Zabawy w lekarza z siostrą, bratem czy z koleżanką, podciąganie koszulki, ściąganie majtek... Oglądanie gazet z fotografiami nagich kobiet, czytanie książek, oglądanie filmów z momentami – to jest przeżycie! Pamiętam, jak mając 11 lat, któregoś dnia wylegiwałam się na leżaku w ogrodzie i czytałam opowiadanie Fowlesa „Kolekcjoner”. O milczącym kolekcjonerze motyli zakochanym w dziewczynie, którą porywa i zamyka w podziemiach swojego domu. Usypia ją, zniewala, jest zdana na niego, nie może uciec, a on ją tak kocha! Pamiętam ciepłe promienie słońca rozgrzewające ciało i delikatne fale niezrozumiałej, przemożnej przyjemności, które przepływały przez moje podbrzusze. Na całe lata utraciłam kontakt cielesny z tym doświadczeniem, choć pamiętałam je głową. Gdy je odzyskałam, wróciło to cudowne uczucie erotycznego podniecenia, moje ciało ożyło. Za tym wspomnieniem przyszły inne: tańce przed lustrem w przezroczystej nocnej koszulce, wyprawy do parku po lekcjach religii po to, by uciekać przed chłopakami do utraty tchu, czytanie w „dorosłych” książkach o menstruacji, pettingu i stosunku seksualnym, rozmowy z dziewczynkami o tym, skąd się biorą dzieci...

Ile w tym energii, życia! Te doświadczenia uczą czerpania radości z ciała, bycia w ciele?
To jest właśnie ten nasz zagubiony potencjał. Kiedy przypominamy sobie o tych doświadczeniach, możemy poczuć się tak, jakbyśmy odzyskiwały siebie. Bo w tych momentach ekscytacji doświadczałyśmy życia całą sobą. Wrażliwość zmysłowa dotyczy nie tylko seksu. To wrażliwość na kontakt ze światem: z całą przyrodą i innymi ludźmi. Wszystkie zmysły, które biorą udział w seksie, wykorzystujemy w wielu innych sytuacjach. Węch, dotyk, wzrok, słuch, smak... Służą poznawaniu, pogłębieniu kontaktu, odczuwaniu radości, przyjemności, rozkoszy. Warto je budzić.

W rozwijaniu swojej seksualności potrzebujemy innych kobiet? Tych, które przedarły się przez swoje mroczne tajemnice? Które pomogą nam przywrócić pamięć ciała?
W grupach kobiecych możemy dostać to, czego nie dostałyśmy z różnych powodów, czego każda z nas w głębi serca pragnie – matczynego przyzwolenia. Potrzebujemy usłyszeć, poczuć: „To, co przeżywasz, jest w porządku. Możesz sobie pozwolić na bycie istotą seksualną”.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Seks sposobem na poznanie partnera

Nigdzie tak dobrze jak w sytuacji intymnej nie obserwujemy prawdziwej natury człowieka. (Fot. iStock)
Nigdzie tak dobrze jak w sytuacji intymnej nie obserwujemy prawdziwej natury człowieka. (Fot. iStock)
Może w ramach edukacji seksualnej należy zacząć mówić młodym ludziom o tym, że zgoda na seks świadczy nie tylko o „ostatecznym zaangażowaniu”, lecz to dobry sposób na poznanie drugiej osoby?

Przyjrzyjmy się temu przekazowi: kobieta, która ma „z natury” lepiej kontrolować swoją seksualność, używa jej do umiarkowanego wabienia mężczyzny. Zanim pójdą do łóżka, należy przyszłego partnera wypróbować na wielu innych polach i sprawdzić, czy zasłużył na ten ostateczny przywilej. Jeśli po dłuższym czasie okaże się, że wykazał się on cierpliwością  i spełnia wszystkie kryteria, otrzymuje nagrodę. On – „z natury” zdobywca - przerobił już wiele szybkich i nieznaczących relacji. Teraz z entuzjazmem ugania się za tą wartościową kobietą i odkrywa jej wyjątkowość. Bardziej docenia to, co udało mu się osiągnąć przy pomocy większego wysiłku. I żyli długo i szczęśliwie? Otóż, nikt nie da gwarancji.

Na pierwszy rzut oka widać, jak bardzo jest to niesprawiedliwa i niesymetryczna relacja. Kobieca seksualność nie może się w tym wymiarze realizować sama przez się i dawać po prostu przyjemność, lecz służy do wyróżnienia potencjalnego partnera, który został upatrzony na trwały związek. Seks zostaje zepchnięty do roli karty przetargowej – ty dasz mi to, ja dam ci to, sam z siebie nie ma więc wielkiej wartości. Mężczyźni są portretowani jako istoty proste, które zaczynają się angażować, kiedy widzą przeszkodę. Opętani seksem, starają się zrobić dobre wrażenie po to, żeby go zdobyć.

Kazanie mężczyźnie czekać (oczywiście przy założeniu, że kobieta w ogóle chce z nim seksu!) i próba sił noszą znamiona manipulacji. Takie gry mogą się obrócić przeciwko kobietom. Mężczyźni także nauczyli się sztuczek, przez co relacje damsko-męskie szczególnie na początku grzęzną we wzajemnym niezrozumieniu. Kobiety zastanawiają się, dlaczego mężczyźni zwlekają z próbą kontaktu, nie odpowiadają na wiadomości i trzymają dystans. One z kolei trochę przyciągają, trochę się odsuwają. Wszystko po to, by żadna ze stron nie wyszła na bardziej zaangażowaną, co często bywa rozumiane jako „zdesperowaną”. Każdy chce mieć kontrolę nad sytuacją i kalkuluje, który krok się teraz opłaca.

A co będzie, jeśli pokażemy swoje prawdziwe intencje? Ujawnimy, że nam zależy również na przyjemności seksualnej na pierwszej, drugiej lub szóstej randce? Oczywiście, w ten sposób wystawiamy się na ryzyko odrzucenia („pomyśli, że postępuję tak z wszystkimi i odejdzie”), ale mamy także szansę postępować tak, jak same/sami czujemy. Warto spróbować odejść od dawnych schematów i pozwolić sobie na większą swobodę w kształtowaniu relacji. Jeżeli wspólny kontakt będzie dla partnera wartością, z pewnością nie przestanie się odzywać. Jeśli przestanie – to nie wina tego, po jakim czasie się rozbierzemy.

Nigdzie tak dobrze jak w sytuacji intymnej nie obserwujemy prawdziwej natury człowieka. Gry i manipulacje są wtedy o wiele trudniejsze. Czasem dopiero w łóżku widać, czy partner troszczy się głównie o siebie, czy ma upodobania, których nie uda się zaakceptować – są to absolutne podstawy, na których budujemy związek albo od razu z niego rezygnujemy. Dopasowanie seksualne od samego początku jest mało prawdopodobne, więc nie należy się zrażać po paru nieporywających próbach. Jeżeli dwie osoby chcą tworzyć relację (dowolnego typu), będzie im zależało na dobrym seksie i będą powoli uczyć się swoich potrzeb. Zamiast „dziewczyno, szanuj się” – „dziewczyno, słuchaj siebie”.

  1. Seks

Coaching na dobry seks - sięgnij do poziomu duchowości

To my sami odpowiadamy za stan naszego życia erotycznego. Jeśli nie zmienimy siebie, to w seksie też się nic nie zmieni – nawet, jeśli będziemy zmieniać partnerów, pościel, pozycje czy miejsce, gdzie uprawiamy seks. (Fot. iStock)
To my sami odpowiadamy za stan naszego życia erotycznego. Jeśli nie zmienimy siebie, to w seksie też się nic nie zmieni – nawet, jeśli będziemy zmieniać partnerów, pościel, pozycje czy miejsce, gdzie uprawiamy seks. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Coach pomoże ci zmienić życie intymne. Maciej Bennewicz twierdzi, że aby udoskonalić ten obszar, trzeba sięgnąć do poziomu duchowości. Nowy wibrator nie wystarczy.

Gdzie się zaczynają nasze problemy z seksem?
Na poziomie przekonań, na przykład takich, że grzeczne dziewczynki powinny robić to a to. Jak tego nie robią, to są niegrzeczne, a takich nikt nie lubi. Podobnie rzecz się ma z miłymi chłopcami. Inne typowe przekonania: facetom chodzi tylko o jedno, a kobiety to materialistki. Co jeszcze? Kobieta musi zaspokajać męża, żeby nie szukał przyjemności poza domem i to, że o cipkach czy ptaszkach się nie rozmawia.

To są takie gotowe copywriterskie hasła, które na poziomie zwerbalizowanym działają w naszej świadomości. Najczęściej wpajają je nam rodzice, bo sami w nie wierzą. Ale przekaz nie zawsze jest tak otwarty. Kiedy babcia skarży się: „dziadek mnie zbałamucił”, prawdziwy przekaz brzmi: „seks to nic dobrego, mężczyzna musi nakłonić cię do niego podstępem”.

Coach pracuje więc trochę jak psychoterapeuta: szuka przyczyn postaw i przekonań?
Psychologia zajmuje się badaniem, co spowodowało, że jesteś, jaka jesteś, a twój partner jest taki czy inny. Bazuje na dawnych wydarzeniach, analizuje. I na przykład buduje czarno-biały obraz  dobrej i złej dziewczynki, zakazanych pragnień seksualnych i pragnień dopuszczalnych. Jest to obraz wewnętrznie sprzeczny, napięty. Coaching uważa ten podział za sztuczny i nieużyteczny. Operuje zupełnie innym konceptem, mówi: „Zobacz, to są tylko wzorce, mapy. One są jedynie opisem pewnego kontekstu”.

Czyli?
Poglądy są pewnym zestawem pojęć, które w toku wychowania przyjmujemy za absolutną prawdę. Ale otrzymany w domu zestaw założeń, lęków i ograniczeń na temat seksu jest tylko jednym z wielu obrazów rzeczywistości. Warto go zmieniać, kształtować, poddawać obróbce – bo to jest dla nas użyteczne. I może się okazać, że trzeba zmienić koncepcję własnej płci czy komunikacji, by lepiej realizować swoje potrzeby. Możemy więc zapytać siebie: „Czy to, co myślę o danym zachowaniu seksualnym, pozwala mi się czuć tak, jakbym chciała? Czy przybliża mnie choć o krok do szczęścia? Czy raczej hamuje i ogranicza? Zasmuca, odbiera nadzieję? W jaki sposób mogę udane życie seksualne pogodzić z rolą żony i matki? Jak to urealnić?”.

A więc to, czego uczyli nas mama i tata, nie jest prawdą?
Im więcej podróżujemy, poznając inne kultury, miejsca i podejścia, tym częściej dochodzimy do wniosku, że świat jest bardziej zróżnicowany, niż nam się wydawało. I że jest więcej rozwiązań niż zestaw przykazań, obowiązków i wzorców, który odziedziczyliśmy po przodkach. Dlatego, jeśli coś nie jest użyteczne, warto to zmienić.

Miałem kiedyś w coachingu relacji parę po 30. Ona z małej podwarszawskiej miejscowości, siedmioro rodzeństwa, rodzina rolniczo-rzemieślnicza. Nigdy nie widziała rodziców nago. Najbardziej nagie były nogi, myte po całym dniu pracy. Jest świetnie wykształcona, pracuje w korporacji. On to jedynak, syn dwojga trenerów – siatkarki i koszykarza. Od maleńkości mył się pod prysznicem z całą kadrą siatkarek lub koszykarzy. Nie pamięta czegoś takiego jak dom, bo ciągle był z rodzicami na spartakiadach. Jego rodzina to kilkadziesiąt osób, był maskotką obu drużyn, przytulany i hołubiony przez wszystkich. Dla niego nagość jest całkowicie naturalna, wobec obu płci. Pracuje w tej samej korporacji, co ona. Są razem. Tylko że ona wieczorem zakłada koszulę, zaciąga żaluzje i może się kochać tylko pod kołdrą, a już kilka miesięcy po ślubie chce dziecka, bo to przecież naturalna kolej rzeczy. Współżycie dla niej to okazja do wywiązania się z obowiązku macierzyństwa, i to do 12 miesięcy po ślubie, inaczej cała wieś będzie się dopytywać, co jest nie tak. Dla niego to czysta abstrakcja! On tęskni do widoku jej ciała, chce seksu nieskrępowanego, jak sport. Walczą więc ze sobą i ranią się nawzajem, bo obojgu się wydaje, że to ich świat jest słuszny i prawdziwy.

Rozumiem, że żyjąc w tak różnych światach, nie mają szans na porozumienie w sypialni?
Nie będą w stanie naprawdę się spotkać dopóty, dopóki nie zrozumieją, że różnią się ich mapy pojęciowe, które ukształtowały ich wzorce seksu, małżeństwa i rodzicielstwa. Tak długo, jak tego nie zobaczą, będą zakładać, że to, co się nie układa, to zła wola jego lub jej – a o przyjemności w łóżku będą mogli zapomnieć.

Przeczuwam tu przesłanie, by zmieniać siebie, a nie świat zewnętrzny…
Ważny jest element odpowiedzialności, czyli stwierdzenie: „To ja odpowiadam za stan, w jakim jest moje życie erotyczne. Jeśli nie zmienię siebie, to nic się tak naprawdę nie zmieni – nawet, jeśli będę zmieniać partnerów, pościel, pozycje czy miejsce, gdzie uprawiam seks”. W coachingu istnieje taki koncept, że człowiek funkcjonuje na kilku poziomach. Jest jak góra lodowa: nad powierzchnią wody znajduje się jej czubek, czyli poziomy płytkie: najbardziej podstawowy poziom środowiska, potem poziom zachowań i poziom umiejętności. Pod powierzchnią są z kolei głębokie poziomy: przekonań i wartości, tożsamości i najbardziej głęboki – duchowości, zwany też poziomem misji. Większość zmian, na które wpadamy, to zmiany płytkie, adresowane do powierzchownych poziomów. Kupno nowego wibratora, seks w hotelu, zapalenie świec – to zmiany na poziomie środowiska. Opanowanie pieszczot oralnych – na poziomie umiejętności. Żadna z tych zmian nie przebudowuje fundamentalnych, głębiej położonych struktur.

Takie zmiany nic nie dają?
Czasem pomagają. Na przykład partner nie wiedział, że kiedy krzyczy, budzi w partnerce lęk. Potrzebuje więc po prostu zmienić swoje zachowanie. Przejawiać więcej czułości, kupować kwiaty i nie podnosić głosu, a ona zacznie być znacznie bardziej receptywna. Czasem prosta zmiana może coś odmienić – jeśli kłopot polega na tym, że ludzie np. kochają się w stresie, bo za ścianą śpią teściowie. Ale zwykle problem leży dużo głębiej. Jeśli „pod powierzchnią wody”, w tym nieuświadamianym obszarze, dzieje się coś, co dyktuje, że seks jest zły, to zdeterminuje to, co mamy „nad powierzchnią wody”.

I seks nie będzie dawał frajdy?
Przekonania i wartości zasilają głębsze poziomy pomysłami czy umiejętnościami, ale też stanowią coś w rodzaju membrany, która przepuszcza lub nie. Przykładowo myślisz o czymś: „to trudne”. Niby maleńkie dwa słowa – a jaka magia, jaki silny bodziec dla umysłu! I już nie potrafisz zbudować szczęścia, bo to przekonanie podpowiada: „to trudne”. Bo trudno być czułym. Bo trudno mieć orgazm. Trudno jest dogodzić kobiecie. Trudno jest w moim wieku, z moją budową… Nie ma przepływu ku górze, bo przekonania nie puszczają. Możesz mieć na poziomie tożsamości zapisane: „mężczyźni są OK” lub „warto się komunikować, warto być czułym i eksperymentować”, lecz z poziomu przekonań i wartości zaraz idzie komunikat: „ale w moim wieku, z moją nadwagą, z moją urodą, z moimi biodrami – to trudne” i nie przepuszcza do innych poziomów.

I klops, bo już wiem: będę wyglądała głupio w peniuarze...
Właśnie! I on na pewno cię wyśmieje albo na pewno wam nie wyjdzie. I jeśli na poziomie tożsamości masz zapisane: „katoliczki tak się nie zachowują” czy „jestem grzeczną dziewczynką”, to te dwa przekazy nakładają się, wzajemnie wzmacniając. Mężczyzna, który ma na poziomie wartości i przekonań takie hasła jak: „o seksie nie ma co rozmawiać” i „rzeczy są proste”, a na poziomie misji wzór: „moim zadaniem jest dbać o rodzinę i być kimś, kto stwarza bezpieczeństwo”, może nie widzieć problemu w zdradzie małżeńskiej. Bo przecież przynosi pieniądze, a skoro ona „tego” nie lubi – jak przypuszcza, bo przecież jej nie spyta – to chyba może szukać zaspokojenia z kimś innym?

No dobrze, ale co zrobić, by seks był lepszy?
Pracować z tym, co „pod powierzchnią wody”. Wiemy z wielu badań, że istnieje coś, co nazywamy „sponsoringiem zmiany życiowej”. To jest podstawa wszelkiej metamorfozy. Dzięki niej ludzie nie tylko rzucają palenie, ale też zaczynają zupełnie zmieniać swoje życie. Paradoksalne jest to, że cała nasza kultura zbudowana jest w oparciu o pierwsze trzy powierzchowne poziomy, czyli tę płytką część.

Dlaczego impuls musi płynąć z głębszych warstw?
Tym, co „nad powierzchnią”, rządzi motywacja zewnętrzna, czyli słaba. Motywacja wewnętrzna, czyli pragnienie prawdziwej zmiany, jest „pod powierzchnią”. Zmiana się uda, jeśli dotrzemy na poziom tożsamości, przekonań i wartości, może nawet misji. Kobieta musi zmienić swoją tożsamość kobiety, by móc w pełni i bez poczucia winy czerpać rozkosz. Mężczyzna musi zmienić swoją tożsamość mężczyzny, by móc się w pełni otworzyć na kobietę. Inaczej nowy wibrator nic nie pomoże. Bo on nie koresponduje z naszymi przekonaniami i wartościami. Jeśli dokonamy zmiany głębiej, wibrator w ogóle nie będzie potrzebny – choć może się pojawić, czemu nie…

Maciej Bennewicz, coach, pisarz, menedżer, trener biznesowy, socjolog, bloger, autor licznych artykułów prasowych i książek, podróżnik.

  1. Seks

Czy bez zakazów jest sexy? - pytamy Katarzynę Miller

Jak często kochalibyśmy się, gdyby nie towarzyszyły nam żadne kulturowe ograniczenia? Czy seks bez cenzury może być jeszcze ekscytujący? (fot. iStock)
Jak często kochalibyśmy się, gdyby nie towarzyszyły nam żadne kulturowe ograniczenia? Czy seks bez cenzury może być jeszcze ekscytujący? (fot. iStock)
Czy seks byłby sexy, gdyby nie był choć trochę zakazany i grzeszny? Czy musimy przekraczać granice, żeby mieć w łóżku przyjemność? Czy miłość fizyczna bez cenzury obyczajowej, bez wymyślonych, niegrzecznych scenariuszy byłaby taka pociągająca – wyjaśnia Katarzyna Miller, psychoterapeutka.

Slavoj Žižek, filozof kultury, w filmie dokumentalnym Sophie Fiennes „Z-boczona historia kina” mówi, że nie przeżywalibyśmy seksu, gdybyśmy w głowie nie mieli myśli, że czegoś nam nie wolno. A więc seks bez dodatkowej wkładki nie byłby sexy.
Byłby sexy, jak cholera. Nawet bardziej… Chociaż może to, co mówię, to wyraz mojego marzenia o byciu dzieckiem natury, które kocha się w słońcu na plaży, w lesie na polanie, bez wstydu i ograniczeń? Ale też nie może nie być przyjemne dla ludzi to, że się pieszczą, dotykają, całują, że mają orgazm... A tego by w seksie bez zakazów i bez tabu nie zabrakło. Gdyby seks nie był zakazany, dawałby nam samą przyjemność, bez tej drażniącej nuty perwersji. Bo oprócz tego, że miło jest czuć na skórze wiaterek, miło jest pływać w chłodnej wodzie, tak samo miło jest ocierać się o drugie ciało, ciało kogoś, kto ładnie pachnie, kto nas podnieca, kto może być pociągający albo atrakcyjny...

Albo pociągający, albo atrakcyjny?
No tak, bo może ci się ktoś nie podobać fizycznie, ale nagle – kiedy zaczniecie na przykład tańczyć czy przez przypadek się dotkniecie – wybucha między wami ogromna namiętność. Przeżyłam to kiedyś. Zatańczyłam z pewnym panem, który wydawał mi się nieciekawy, ale kiedy się dotknęliśmy, poczułam to samo co on. Tańczyliśmy sześć razy z rzędu, aż jego żona dała mu parasolką w łeb i zabrała do domu. Swoją drogą dużo się nauczyłam z tego jej zachowania. Wtedy wybałuszyłam oczy: „Jak ona się nie wstydzi?”. Mamusia uczyła mnie, że dama się tak nie zachowuje. Ale ta kobieta była prawdziwa, zrobiła to, co musiała, i uratowała swój związek. Bo co z tego, że my oboje pamiętamy o tym tańcu do dziś? To nikomu nie szkodzi! A gdyby nie walnęła go parasolką, to pewnie bym z nim poszła do łóżka. I nie wiadomo, czy zgranie z parkietu przeniosłoby się do sypialni. Sam taniec jest też doświadczeniem spełniającym, a ja byłam tego wieczoru doskonale spełniona.

A wracając do tematu…
Gdyby seksualność była czymś naturalnym, to żyłoby się nam zdrowiej i przyjemniej. Może byłoby nas mniej, bo nie ciupcialibyśmy się tak często jak teraz, robilibyśmy to tylko dla przyjemności, a nie z 37 innych powodów, które biorą się właśnie stąd, że seks jest trochę tabu, trochę brudny, trochę zły. A wielu ludzi najbardziej w seksie kręci właśnie to przekraczanie zakazów… Pewien mój klient dowiedział się, że jest zdradzony, od kochanka żony, który chciał go tym poniżyć: „Miałem twoją babę”. Potem przez wiele lat podrywał kobiety będące w związkach, a potem porzucał, bo to nie one go interesowały. Obchodziło go to, żeby zdradzony facet dowiedział się, że jest rogaczem… Takich akcji naliczył 39. Gdy powiedziałam mu, że wcale nie chodzi o jego temperament, ale odwet, że oddaje swój ból innym mężczyznom, zdziwił się, a potem rozpłakał. No więc gdyby zakazów, tabu, grzechu nie było, kochalibyśmy się znacznie rzadziej, może z kimś innym i tylko wtedy, kiedy chcielibyśmy mieć dzieci albo gdy bardzo byśmy się sobą zauroczyli i zapragnęli bliskości cielesnej...

Gdyby nie było zakazów i tabu, mniej byśmy się kochali? Pruderyjni moraliści są innego zdania i dlatego starają się utrzymać wszystkie zakazy.
Zakazy prowokują, by je łamać. No, oczywiście, gdyby nagle wszystkie zniknęły, to przez jakiś czas zapewne ludzie dużo częściej decydowaliby się na przygodny seks, na zasadzie posmakowania już dozwolonego owocu. Ale potem nastąpiłoby uwolnienie od seksualnych obsesji. Seks miałby mniej mroku i na pewno byłoby mniej przestępstw seksualnych. Nie można by seksem ludzi zniewalać, uwodzić, manipulować nimi. Ale też kobiety musiałyby się wtedy nauczyć przyjmować odmowę. Mężczyźni przez setki lat byli narażeni na nasze „nie”. Jeśli chcemy równouprawnienia, też musimy się tego nauczyć. Bo czy seks jest tabu, czy nie, ktoś mi się może podobać, a ja jemu nie. I na to nic nie poradzimy. Zawsze można dostać kosza. A co do przeciwników wolności seksualnej – mnożąc zakazy i nakazy, osiągają odwrotny efekt z powodu naszej przekory. Chcemy tego, czego mieć nie możemy. Tacy jesteśmy od dziecka. Kiedy rodzice zabraniali nam jeść lody, podejrzewaliśmy, że chcą je mieć tylko dla siebie. Dziecko nie wie, że powody bywają racjonalne. Ale też irracjonalne jak wtedy, kiedy rodzice ośmieszają dzieci, gdy przyłapią je na zabawie w doktora. Robią to dlatego, że sami sobie z seksem nie radzą, są pozbawieni frajdy seksualnej, przesiąknięci zakazami wyniesionymi z własnego domu. I dlatego automatycznie, bezrefleksyjnie tego samego zabraniają swoim dzieciom. Tak sobie z pokolenia na pokolenie przekazujemy masę złych rozwiązań. I szkodliwych, bo na przykład brak edukacji seksualnej czy szczerych rozmów o seksie powoduje, że nastolatki mają żenującą wiedzę o życiu intymnym ludzi i dzwonią do telefonów zaufania, takich jak Ponton, pytając, czy wystarczy napić się coca-coli, żeby nie zajść w ciążę. Jeśli rodzice nie potrafią rozmawiać o seksie, to niechnchociaż kupią książki i zostawią w domu w widocznym miejscu, dziecko je znajdzie i czegoś się dowie. Odczaruje ten straszny grzeszny seks.

Czy dobrze by było, gdyby nie było żadnych granic?
Ale one są: nie zabijaj, nie kradnij, nie poniżaj, nie szydź. To wystarczy. W seksie jako takim nie ma nic złego, seks jest zły, gdy go używamy do zdobycia władzy nad drugim człowiekiem, poniżenia go czy nękania. Ale seks taki może być tylko wtedy, kiedy wynika z zakazów i perwersji, jaka się z nich rodzi.

Jednak seks z mężem kumpeli to nie perwersja, tylko świństwo.
Człowiek bardzo potrzebuje wolności, a ponieważ zabiera się nam ją od dziecka, to staramy się ją wyszarpać. Jedni podjadają cichaczem słodycze, drudzy kradną albo ryzykują życie. Każdy ograniczony w swoich prawach człowiek, który czuje, że coś się w nim szarpie i chce wydostać na zewnątrz, znajduje sobie swój kawałek wolności. A seks nadaje się do demonstracji wolności niesłychanie dobrze. To nawet może być wyraz bezczelności: „Ja tu się nie boję!”. Zakazy niesłychanie nas rajcują! Jeśli rodzice mówili: „Tego nie możesz, to nie wypada, my lepiej wiemy, co dobre dla ciebie, jak zrobisz to – przestajesz być naszym dzieckiem” – jeśli tak cię wychowywano, to gdy mąż kumpeli ci się podoba, myślisz: „Zrobię, co będę chciała! Dam sobie prawo!”. I robisz to, bo choć zapłacisz za ten seks poczuciem winy, to ono właśnie da ci ten smak, że nie słuchasz innych (i swojego wewnętrznego rodzica). Ale nie masz potrzeby przekory, gdy rodzice uczyli cię wybierać. Mówili: „Możesz nie nakładać czapki, sprawdź sama, czy nie będzie ci za zimno”. Jeśli mogłaś decydować i poznawać konsekwencje, to masz w sobie ukształtowanego wewnętrznego dorosłego i nie musisz wciąż walczyć z rodzicami. Nie musisz odrzucać zakazów i nakazów, żeby czuć się dorosła. Podejmujesz decyzje, a nie buntujesz się i robisz na przekór, choć masz już 40 lat.

Czyli wychowanie w rygorze może nas demoralizować?
Ja nie palę, bo ojciec mi powiedział: „Spróbuj, zapal, ja palę od 13. roku życia i żałuję, bo nie mogę rzucić”. To było na feriach zimowych. A ponieważ mi nie zabronił, mogłam spokojnie, zgodnie ze swoimi odczuciami uznać, że mi papierosy nie smakują. Że ten dym i smak jest ohydny. Podobnie było z alkoholem. Upiłam się kiedyś na wakacjach z ojcem i czułam tak źle, że potem upiłam się jeszcze tylko raz i koniec, nigdy więcej. Piję tylko trochę. Szkoda, że z jedzonkiem tak mądrze nie rozegraliśmy sprawy…

A seks?
Opowiedziałam ojcu o swojej inicjacji i on mnie podtrzymał na duchu, bo to nie było udane przeżycie, ale czasy były takie, że nie rozmawiało się otwarcie o seksie. A szkoda, bo mogłabym uniknąć wiele bólu i rozczarowań.

Ale czy my chcemy seksu bez dodatku perwersji, przełamywania tego, co uznane za dobre? Nowe powieści kobiet o seksie nie są o wolności seksualnej, ale o sadomasochizmie...
A więc ich autorki odwołują się do zakazów wyrastających ze starej kultury. Już im wolno pisać, więc piszą, ale jedną nogą stoją w XIX wieku, gdzie wyobrażenia gwałtu uwalniały od poczucia winy, że „ja sama chciałam”. Ale są też inne książki, jak ta autorstwa Catherine Millet – „Życie seksualne Catherine M.”, w której pani kustosz bierze mężczyzn, korzysta z seksu, jak robią to mężczyźni. Jednak jakiekolwiek by te książki były, dobrze, że kobiety mają prawo je jawnie pisać i jawnie czytać. Oznacza to, że przyznają się do tego, że są istotami seksualnymi, a to przełamanie podstawowego tabu naszej kultury. Gdyby było więcej miękkiej kobiecej pornografii, to mężczyźni by więcej o nas wiedzieli. Nie tylko nakręcaliby się, wyobrażając sobie dwie lesbijki w łóżku, ale pamiętali, jak ważny jest dotyk, gra wstępna, zbliżanie się do siebie…

A więc czy w ogóle jesteśmy w stanie dziś, tak wychowani, kochać się bez zakazów?
Jest takie opowiadanie: dziewczyna udaje, że daje się poderwać nieznajomemu, którego odgrywa jej narzeczony. Ale wtedy ten wyzywa ją od dziwek i odchodzi. Dlaczego? Bo ma bardzo malutkie poczucie wartości i na pewno nie wie, czym jest radość z seksu, bliskość, spontaniczność. Ma za to w głowie pełno zakazów. A kochać się bez zakazów znaczy iść za tym, co czuję i czego pragnę, nie za tym, co sobie w głowie wymyślę, a potem próbuję na siłę realizować. Każda dobra rzecz w życiu jest tu i teraz. Pewnie, trzeba też czasem planować. Ale radość daje nam to, co dzieje się tu i teraz. Zmysły kierują nas ku przyjemności, która jest niewinna. Naturalna. Kiedy leżycie sobie na ciepłym piaseczku i słoneczko świeci, wiatr od morza jest taki słodki, to czy nie byłoby jeszcze wspanialej zdjąć majteczki i się pokochać? Byłoby. Żeby tak się stało, potrzebne jest nam naturalne podejście do seksu jako do rozkosznego elementu życia.

Ale jeśli tego nie umiemy, to co mamy zrobić?
Problem tkwi we wpajanym nam poczuciu winy. To ono, wyniesione z domu i lekcji religii, próbuje nas zatrzymać przed wszystkim, co nam sprawia przyjemność. Co daje rozkosz. I kiedy dajesz sobie przyjemność na siłę, czyli przełamujesz zakazy, swoje lęki przed karą bożą, przed złością mamusi, to czujesz napięcie. Ono może podkręcać, ale zakłóca prawdziwą przyjemność. No i w takiej sytuacji musisz dać Panu Bogu świeczkę, a diabłu ogarek, i pozwalasz sobie na przeżycie ekscytacji, choć za chwilę musisz sobie dać w łeb za tę swawolę. Marudzisz, obrażasz siebie i czekasz na karę, a więc się podstawiasz. To jak biczowanie się za zmysłowe myśli… Jednak poczucie winy działa tylko tam, gdzie ludzie się boją, bo jak się boją, to nic ich nie cieszy. A wtedy niemożliwa jest prawdziwa zmysłowość. Trzeba więc te lęki pokonać, a poczucie winy nas nie zatruje. Wtedy będziemy mogli iść za zmysłami. Za zwykłą dziecięcą potrzebą zabawy i przyjemności, bo zabawą jest wszystko, co daje przyjemność. Tylko że to musi być przyjemność po naszemu, nie przez podglądanie i naśladowanie jakichś innych dorosłych, na przykład naszych rodziców. Musimy iść za zmysłami, ale tak, jak my sami czujemy. A kiedy nam się uda, kiedy nasze ciało tu i teraz doświadcza spontanicznej przyjemności, to i naszej duszy jest lżej.

A więc seks bez zakazów to seks nastawiony na zmysły, czystą przyjemność?
Wielu mężczyzn nie uznaje dotyku w seksie. Chcą tylko mechanicznego seksu i doznania ulgi. Postępują tak, bo usłyszeli w życiu tyle zakazów i nakazów, tyle wycierpieli, że się w ogóle sobą nie cieszą. Nauczyli się tylko, że w tym napięciu, w którym żyją, wytrysk daje im na chwilę ulgę. To, co robią w łóżku, to nie jest seks dla przyjemności. Ci mężczyźni nie wiedzą, że mogą mieć z dotykania ich ciał przyjemność. Ale jeśli mają kochanki, które mają ochotę na erotyczny seks, to one im pokażą, że pieszczenie całego ciała jest rozkoszne i przyjemne także dla mężczyzny.

Ale mężczyźni często nie chcą, żeby ich pieścić.
E tam, trzeba powiedzieć: „Kochanie, jesteś zmęczony? To się połóż, ja cię będę głaskać, masować, posmaruję olejkiem, pocałuję”. Jeśli się nie da, to znaczy, że ten mężczyzna ma poważny problem z bliskością. Ale normalny facet, któremu kobieta zaproponuje masaż pod prysznicem, nie powie nie. I tak powolutku przyzwyczai się do pieszczenia jego samego. A potem do pieszczenia jej… Bohaterka filmu „Take this Waltz” poznaje mężczyznę, który jest inny niż jej mąż. Mówi otwarcie i z radosną pewnością siebie, co by z nią zrobił, długo, dokładnie o tym opowiada i oboje ich to słodko nakręca. Co prawda ona ucieka, ale potem do niego wraca. Bo jej mąż nie czuł się nigdy jej godny i w seksie nie był naturalny. Wielka namiętność trwa dwa lata, potem wygasa. Ale ona dzięki temu doświadczeniu zmienia się, wzbogaca. W ostatnim kadrze filmu jest szczęśliwa, uśmiechnięta, bo dała sobie prawo do inicjacji, do wyzwolenia...

  1. Seks

Co nas kręci, co nas podnieca, czyli jakich mężczyzn pragną kobiety?

Stały związek wcale nie musi iść w sprzeczności z pożądaniem. W końcu natura dała nam seks (przynajmniej kobietom) w celach reprodukcji, ale też podtrzymywania więzi. (Fot. iStock)
Stały związek wcale nie musi iść w sprzeczności z pożądaniem. W końcu natura dała nam seks (przynajmniej kobietom) w celach reprodukcji, ale też podtrzymywania więzi. (Fot. iStock)
Kobiety narzekają, że nie ma dziś fajnych mężczyzn, mężczyźni skarżą się, że nie rozumieją kobiet. Co trzecia pacjentka trafiająca do mojego gabinetu jest singielką, co drugi mężczyzna pyta: „Co jest ze mną nie tak, że ona ciągle narzeka?”. Czy oczekiwania w kwestii związku rozmijają się z potrzebami?

Statystyki wyraźnie pokazują, że wiele małżeństw nie dotrwa do pierwszej rocznicy ślubu i to kobiety, bez względu na wiek czy staż małżeński, coraz częściej są inicjatorkami rozstań. Badania socjologiczne dowodzą, że Marsjanie i Wenusjanki pozamieniali się rolami. Współczesny mężczyzna jest romantyczny; pragnie małżeństwa i dziecka, a ona, jeszcze do niedawna kobieta z Wenus, dziś jest bardziej pragmatyczna od niego i dobrze wie, czego nie chce. Nie kręci jej prezes banku czy właściciel świetnie prosperującego biznesu ani intelektualista o mózgu Einsteina, a małżeństwo nie jest dla niej awansem w hierarchii społecznej, bo ona sama doskonale potrafi wspiąć się po szczeblach kariery i sukcesu, czasami wyżej niż jej partner. Nie potrzebuje metroseksualnego Adonisa, który godzinami przesiaduje w salonie piękności, ani czułego Misia, który wzrusza się na byle jakim romansidle.

Tylko to nie rozwiązuje naszego, babskiego problemu, bo tak naprawdę wcale nie chcemy być bez pary, iść przez życie w pojedynkę, czuć się gorsze i z zazdrością patrzyć na te, którym się udało. Chcemy mężczyzny, tylko czujemy się trochę zagubione w tym trudnym momencie dziejowym, w którym ciągle jeszcze grają nam film z przeszłości, przebrzmiałą historię o Kopciuszku i Królewiczu z bajki. Choć scenariusz nadal aktualny, to już Królewicza przydałoby się wymienić. Pamiętasz piosenkę Danuty Rinn: „Gdzie ci mężczyźni, prawdziwi tacy… orły, sokoły, herosi…?”. Może właśnie takich mężczyzn chcemy?

Światem rządzą kobiety

Tak, to prawda. I nie chodzi wyłącznie o to, że jesteśmy coraz bardziej wyzwolone, że potrafimy sobie same poradzić, zadbać o bezpieczeństwo materialne czy choćby  naprawić cieknący kran. Ewolucyjnie jesteśmy silniejszą płcią i nawet w sprawach reprodukcji poradzimy sobie wkrótce pewnie bez faceta. W relacjach damsko-męskich to my rozdajemy karty. Przedstawicielka płci pięknej o w miarę atrakcyjnym wyglądzie, a przede wszystkim szerokich biodrach, błyszczących oczach i lśniących włosach jest w stanie zainteresować sobą niezliczoną ilość mężczyzn. Za to on – samiec musi się postarać. Trzeba, aby miał coś, co jest dla nas atrakcyjne, czyli określone zasoby. I właśnie owe pożądane przez nas zasoby tak bardzo zmieniły się na przestrzeni lat. Kiedyś mężczyzna musiał jedynie zapewnić kobiecie byt materialny oraz opiekę na czas ciąży, porodu i wychowania potomstwa. Dziś pragniemy czegoś więcej. Tylko z realizacją i integracją nie zawsze nam wychodzi.

Małgosia jest od lat w związku małżeńskim z prezesem wielkiej korporacji. Na co dzień przykładna żona i matka, raz w miesiącu wyjeżdża do puszczy. Oficjalnie na warsztaty ziołolecznictwa, realnie na namiętne spotkania ze swoim kochankiem „dzikusem” – zaangażowanym społecznie ekologiem. Marta – singielka z wyboru, od lat kocha się w Andrzeju – buddyście podróżniku. Ona nie wyklucza stałego związku, choć nie jest to warunek konieczny, on jest wolnym ptakiem, który niezależność ceni o wiele bardziej niż jakiekolwiek stałe zobowiązania. I właśnie to ją w nim najbardziej podnieca. Czyżbyśmy bardziej pragnęły namiętnego seksu niż harmonijnego związku?

Daniel Bergner, autor książki „Czego pragną kobiety”, twierdzi, że w miłości najpierw dogadują się nasze geny, potem na scenę wchodzą feromony i wreszcie na samym końcu do głosu dochodzi oksytocyna, czyli hormon więzi. Dlatego, kiedy nasze potrzeby bytowo-materialne zostają zaspokojone – a to, jak już wiemy, jest w granicach naszych możliwości – do głosu dochodzi pierwotny instynkt, czyli biologia, a jeszcze prościej: pożądanie, które niekoniecznie idzie w parze z małżeństwem.

Brzuch kontra głowa

Przed laty przy wyborze partnera kierowałyśmy się zdrowym rozsądkiem. Chlubą było zostać „doktorową”, potem „dyrektorową”, szefową męża albo uległą kobietą domową. Jednak rozsądek i moda rzadko idą w parze z pożądaniem. Bergner przekonuje, że kobiece pożądanie przez lata było niedoceniane, i to głównie przez nas same. Pomimo wyzwolenia seksualnego przyznawanie się przez kobietę do ochoty na dziki seks ciągle jeszcze nie jest dobrze widziane. Ale natury nie da się oszukać.

Monika rok temu urodziła dziecko. W roli mamy nie czuła się zbyt komfortowo, choć – jak sama twierdzi – pragnęła dziecka. Niedawno wróciła do pracy. Kiedy kilka dni temu przyszła na sesję, miałam wrażenie, że siedzi przede mną zupełnie inna kobieta: zagęszczone rzęsy, seksowna fryzura, mocno umalowane usta. Monika pracuje w firmie, w której są prawie sami mężczyźni, a więc testosteron unosi się w powietrzu. Kiedy zapytałam ją, czy ma świadomość swojego seksapilu, zarumieniła się i powiedziała, że przecież jest żoną i matką. Jednak twierdzi, że powrót do pracy to była świetna decyzja. Myśli też o tym, żeby zapisać się na warsztaty tantry. Powiedziałam, że to doskonały pomysł, i zapytałam, czy wybiera się razem z partnerem. – Chyba nie, boję się, że przy nim nie byłabym naturalna – powiedziała.

Mamy coraz lepszy kontakt ze swoim ciałem, jednak trudno jest nam dzielić się tą wiedzą z partnerami. Role męża i kochanka jakoś nie bardzo nam się łączą. Mąż kojarzy się z poczuciem bezpieczeństwa i spokoju. Kochanek to szaleństwo i niezależność. Jeśli mamy odwagę przyznać się do tęsknot płynących „z brzucha”, pragniemy mężczyzny, który jest nieco narcystyczny i charyzmatyczny, wymagający, ale nie uzależniający. Powie, co lubi, co go podnieca w kobiecie, ale tobie pozostawi decyzję, czy zechcesz spełnić jego pragnienia. Będzie cię podziwiał, ale nie adorował. Spędzi z tobą namiętną noc, a potem wyjedzie na miesiąc na samotną wyprawę na koniec świata. Romantyczne pragnienia, by stopić się z partnerem albo być dla siebie nawzajem dopełnieniem, to mylny standard w namiętnej relacji.

Za czym tęsknimy?

Chcemy być aktywną stroną w relacji, pragniemy podrywać i uwodzić, a nie tylko dawać znaki i czekać, aż on zapoluje. Bywa, że mamy ochotę na seks bez zobowiązań albo „szybki numerek” bez gry wstępnej. Tęsknimy za mężczyzną, który jest troskliwy (kiedy trzeba), ale bywa też nieco szorstki i władczy, dobrze zna siebie i wie, czego chce. Nie chroni się jedynie za swoją rolą czy pozorną siłą, ale ma dostęp także do swoich wewnętrznych zasobów. Liczy się w społeczeństwie i to niekoniecznie ze względu na status materialny czy zajmowane stanowisko zawodowe. Hydraulik – złota rączka, aktywny działacz lokalnej społeczności czy przewodnik duchowy to dziś najbardziej pożądani partnerzy. Mężczyzna, który zaprzecza swojej dzikości, naturalnej skłonności do rywalizacji i duchowości, albo wręcz nie ma do nich dostępu – jest na przegranej pozycji.

Stały związek wcale nie musi iść w sprzeczności z pożądaniem. W końcu natura dała nam seks (przynajmniej kobietom) w celach reprodukcji, ale też podtrzymywania więzi. Najważniejszy jest trafny wybór partnera, z brzucha, a nie z głowy. Potem pozostaje jedynie trzymanie się ról wyznaczonych przez biologię, podsycanie wzajemnej atrakcyjności i ciekawości wobec siebie nawzajem, zachowanie równowagi pomiędzy pielęgnowaniem części wspólnej związku a własną niezależnością, potrzebą wolności, rozwijaniem własnych pasji i apetytów. Bycie razem na dobre i na złe, ale także osobno, kiedy zachodzi taka potrzeba. Nietraktowanie związku jako twierdzy, chronionej przed światem grubym murem, ale także odnajdowaniem swojego miejsca w społeczeństwie.

Ewa Klepacka-Gryz psycholog, terapeutka, autorka poradników psychologicznych, trener warsztatów rozwojowych dla kobiet. 

  1. Seks

Nie wstydźmy się seksualnych pragnień - skąd się biorą zahamowania u kobiet?

Często zapominamy, że kobieca i męska seksualność powinny być na równych prawach. (fot. iStock)
Często zapominamy, że kobieca i męska seksualność powinny być na równych prawach. (fot. iStock)
Najsilniejszy impuls w kierunku orgazmu da nam zmiana, do której musi dojść w głowie. Zadowalanie innych kosztem własnej przyjemności to pułapka, w którą wiele z nas wpada – pisze Marja Kihlström w swojej książce „Daj sobie prawo do przyjemności. Rzecz o orgazmie, kobiecości i nie tylko.”

W wierzeniach związanych z seksualnością kobiece żądze wciąż pozostają na marginesie lub są podporządkowane przyjemności mężczyzny, a kobieta aktywna seksualnie przedstawiana jest jako nimfomanka. Psychoanalityczka Elina Reenkola trafnie wykorzystuje przykłady z „Kalewali” i „Metamorfoz” Owidiusza we własnej książce „Lumoavan pelottava nainen” (z fin. „Czarująco potworna”). Bohaterka „Kalewali” Louhi jest kobietą zmysłową, nierządnicą, często opisywaną jako brzydka, bezzębna, okrutna wiedźma. Reenkola rozważa, czy Louhi – podobnie jak Meduza w mitologii greckiej – mogła być z początku piękną panną, na którą ze względu na podejście do seksualności rzucono zaklęcie brzydoty. W poemacie Owidiusza Meduza współżyła z bogiem morza Posejdonem, czym rozwścieczyła Atenę, która następnie zamieniła jej złote włosy w węże. Kobiecą seksualność przez wieki postrzegaliśmy jako nieokiełznaną siłę i niebezpieczeństwo. Chcieliśmy ją ujarzmić i ograniczyć.

Na pewno niejedna kobieta, która miała wielu partnerów seksualnych, na jakimś etapie życia doświadczyła poczucia winy – całkowicie niepotrzebnie. Nie tylko historia, ale i współczesne społeczeństwo mogą umacniać dawne stereotypy – w wypowiedziach niektórych mężczyzn chętne kobiety regularnie przedstawiane są jako przerażające, narzucające się. Z pewnością wiele z nas przyzwyczaiło się już do wyrażeń typu „dziwka” czy „puszczalska”. Najlepiej puszczać to wszystko mimo uszu. Na szczęście większość mężczyzn ceni u kobiet aktywność seksualną. Pożądanie i przyjemność kobiety to czynniki, które tworzą ramy długich, szczęśliwych związków, a życiu w pojedynkę nadają radosny pęd. Kobieta ma pełne prawo do ochoty na seks i żądania przyjemności; jej cielesność jest całkowicie równa cielesności mężczyzny.

- Chciałabym, żeby kobiecy orgazm i pożądanie były bardziej eksponowane; żeby i o jednym, i o drugim rozmawiano otwarcie, bez obaw o napiętnowanie. Często mam wrażenie, że ze swoimi pragnieniami nie mieszczę się w ciasnych ramach, w które społeczeństwo wciska kobiecą seksualność. To frustrujące. Kobiecy orgazm niepotrzebnie jest tematem tabu, a jeśli nawet nie tabu, to przynajmniej czymś, co wzbudza ogólną konsternację. My też chcemy dojść, i to bardzo - zaznacza 25-letnia kobieta.

Kiedy badamy własną seksualność, niechybnie natykamy się na uczucia wstydu, winy, strachu i wewnętrznej blokady, które w którymś momencie z nią powiązaliśmy. Negatywne emocje mogą się w nas rozwinąć w bardzo wczesnym wieku albo znacznie później. Kiedyś na plaży zwróciłam uwagę na matkę i jej okołoroczne maleństwo. Dziewczynka siedziała zadowolona na ręczniku bez pieluchy i z ciekawością badała rączkami swoją waginę. Zauważywszy to, matka zbeształa ją mocnymi słowami, kazała zabrać stamtąd ręce, a potem szybko ubrała w pieluchę i kostium kąpielowy.

To dobry przykład tego, jak wcześnie mogą się zrodzić związane z seksualnością lęki i zahamowania. Strofując córkę, matka powiązała dotykanie siebie z czymś złym i wstydliwym, czego małe dziecko nie jest jeszcze w stanie zrozumieć – dla niego wszystkie części ciała są tak samo cenne i interesujące. Jeśli takie sytuacje będą się powtarzać, to seksualny rozwój dziecka może ulec zaburzeniu.

Pewna klientka opowiedziała mi kiedyś, jak w wieku szkolnym odkryła tajemnicę przyjemności płynącej z masturbacji, ocierając się o prześcieradło. Podniecenie i orgazm całkowicie ją zafascynowały. Pewnego dnia do jej pokoju w najmniej odpowiednim momencie weszła matka. To, co zobaczyła, bardzo ją rozgniewało, zaczęła krzyczeć, wyzywać dziewczynkę od brudnych i zabroniła jej kiedykolwiek robić to jeszcze raz w jej domu. Sytuacja wywołała w dziewczynce ogromny dyskomfort, wstyd i poczucie winy. Od tej pory masturbowała się już tylko, gdy miała pewność, że jest sama w domu – jednak nawet wtedy czuła się brudna, a w jej głowie pobrzmiewały echa słów matki.

Nawet jednorazowy epizod w życiu młodej osoby może nabrać dużego znaczenia. Ten przypadek analizowałyśmy na terapii z klientką, kiedy była już dorosła. W okresie dojrzewania tak czy inaczej jesteśmy bardzo uwrażliwieni – hormony przejmują kontrolę nad naszym umysłem, a ciało zmienia się bardzo szybko. To sprawia, że z dużo większą łatwością niż na innych etapach życia możemy się poczuć niewystarczający.

Czasami najboleśniejsza krytyka spotyka nas ze strony naszych partnerów. Na przykład, obniżone libido może zostawić głęboką ranę na seksualnej samoocenie kobiety, o ile nie będzie miała z kim o tym porozmawiać. Ciało kobiety może też zostać skrytykowane w okrutny sposób, kiedy między dwojgiem ludzi pojawia się przemoc fizyczna.

To bardzo ważne, żeby każda z nas rozpoznała, gdzie leżą jej własne granice i odważyła się ich bronić. Kiedy druga osoba je narusza, może nas to zranić dużo głębiej niż mogłybyśmy przypuszczać. Na pewno nie warto na to pozwalać tylko po to, żeby sprawić komuś przyjemność. Nawet w związkach nie zawsze trzeba zgadzać się na seks wyłącznie dlatego, że chce go druga osoba. Chęć zadowolenia partnera może jednak tkwić bardzo głęboko w nas. Praca nad oduczeniem się pewnych nawyków może zająć dużo czasu – a nawet wymagać terapii.

Najważniejsze, żebyśmy nauczyły się dwóch słów: tak i nie. Czas rozprawić się z mitami mówiącymi o tym, jaka ma być „prawdziwa” kobieta. My też możemy być aktywne i chętne, mamy prawo powiedzieć „tak” bez strachu, że zostaniemy posądzone o rozwiązłość. Jeśli mężczyzna nie może zaakceptować silnej seksualnie kobiety, to jego problem. Kobiety mają prawo do równej pozycji w sprawach intymnych i nie muszą nikomu się podporządkowywać. Jeśli kobieta chce cieszyć się dynamicznym życiem seksualnym z wieloma partnerami, to jest jej wybór. Sytuacje, które opisałam powyżej, prędzej czy później doprowadzą do tworzenia się wewnętrznych blokad, które wpłyną na nasze pożycie negatywnie.

- Pamiętam, że raz, kiedy kochaliśmy się  „na łyżeczki”, pomyślałam, jak to dobrze, że partner nie może w tej pozycji dostrzec, jak z bólu zagryzam zęby. Do dziś nie wiem, dlaczego tego nie zatrzymałam – wspomina 20-letnia kobieta.

„Tak” warto wypowiedzieć na głos, kiedy pragniemy seksu z drugim człowiekiem. Natomiast słowo „nie” może przydać się wielu kobietom już po tym, kiedy się na seks zdecydują. Z dbałości o własne granice i przyjemność, powinnyśmy umieć zakomunikować partnerowi, że czegoś nie chcemy, że coś sprawia nam ból lub po prostu – że chcemy zakończyć grę.

Fragment pochodzi z książki „Daj sobie prawo do przyjemności”. Jeśli masz poczucie, że w twojej sferze seksu jest wiele blokad i ograniczeń i nie potrafisz czerpać satysfakcji ze swojej seksualności – ta książka może być dla ciebie.