1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Seks
  4. >
  5. Jak w dzieciństwie kształtuje się nasza erotyczna wrażliwość?

Jak w dzieciństwie kształtuje się nasza erotyczna wrażliwość?

Seksualność nie zaczyna się od okresu dorastania: pierwszej miesiączki, pierwszego seksu. Wiąże się z płcią, która wpływa na nasze życie od chwili, kiedy się rodzimy. (Fot. iStock)
Seksualność nie zaczyna się od okresu dorastania: pierwszej miesiączki, pierwszego seksu. Wiąże się z płcią, która wpływa na nasze życie od chwili, kiedy się rodzimy. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 1 Zdjęć
Nie doceniamy wagi zmysłowych przeżyć z czasów dzieciństwa. A przecież one kształtują erotyczną wrażliwość, otwierają na doznania przyjemności, radości, ekscytacji. To jest właśnie ten nasz zagubiony potencjał. Kiedy przypominamy sobie o tych doświadczeniach, możemy poczuć się tak, jakbyśmy odzyskiwały siebie – mówi Olga Haller, psycholog, terapeutka.

Co cię zafrapowało w temacie wczesnych doświadczeń seksualnych? Zajmując się kobiecą seksualnością w praktyce – mam na myśli doświadczenia z życia, terapii i warsztatów dla kobiet – odkryłam, jak bardzo brakowało mi łączności z tym właśnie okresem, że nie pamiętałam i nie doceniałam dziecięcych przeżyć dotyczących płci, a przede wszystkim jak się ich wstydziłam. I kiedy już pozwoliłam sobie na to, żeby je odkrywać, aż zaparło mi dech ze zdumienia, jak silne i radosne są to przeżycia, jaki w nich tkwi potencjał! Przez pryzmat tych odkryć zobaczyłam wyraźnie, że moja seksualność jest moja! Od urodzenia mam do niej prawo – moje ciało, wszystkie jego części bez wyjątku, wszystkie zmysły są uprawnione, żeby być! Mam je po to, żeby przeżywać kontakt ze światem, cieszyć się nimi!

Początek doświadczeń seksualnych kojarzymy najczęściej z okresem dojrzewania czy inicjacją seksualną. Seksualność nie zaczyna się od okresu dorastania: pierwszej miesiączki, pierwszego seksu. Wiąże się z płcią, która wpływa na nasze życie od chwili, kiedy się rodzimy. Choćby na to, jak jesteśmy przyjmowani na świecie przez rodziców. To nie jest sprawa zamierzchłych czasów, że gdy przychodzi na świat chłopiec, dla ojca jest to powód do dumy, a matki czują, że wywiązały się z zadania. Na warsztatach spotykam się z kobietami, które mówią, jak bardzo pragnęły urodzić chłopca i jak bardzo bały się urodzić dziewczynkę. To znak, że taki przekaz nadal działa i wpływa na to, jak postrzegamy siebie – czy mamy poczucie, że to dobrze być dziewczynką, czy nie. Zaraz potem uczymy się, czy my same i nasze dziewczęce ciała zasługujemy na akceptację. Z większym przyzwoleniem na eksplorację ciała spotyka się niemowlę płci męskiej. Zabawy chłopczyka penisem budzą zwykle czułe uśmiechy i pobłażliwe napomnienia; dziewczynka, która wsadza paluszek do pochwy, spotyka się ze stanowczym zakazem zabarwionym silną nieakceptacją. Kontakt matki z niemowlęciem płci żeńskiej często aktywizuje jej własne lęki. Bardzo świadomie przygotowywałam się do porodu, a mimo to pamiętam przerażenie po urodzeniu córki, kiedy zobaczyłam jej powiększone naturalnie, z powodu moich hormonów, wargi sromowe. Nie śmiałam zapytać o przyczynę, sądziłam, że coś jest nie w porządku. Z nikim się tym nie podzieliłam. Nazajutrz z lękiem odwijałam pieluszkę i odetchnęłam z ulgą, kiedy to minęło. Kobiety, które odczuwają niechęć i lęk wobec własnych genitaliów, przekazują to dalej córkom. Wiele z nich ma poczucie, że wagina to część wstydliwa, a odczucia z nią związane nie nadają się do opowiadania. Nie można swobodnie jej mieć. A co dopiero z ciekawością poznawać i badać. Małe dzieci, gdy leżą, wierzgają nóżkami, otwierają je, pokazują krocze. U chłopca to w porządku...

...a u dziewczynki nie bardzo. No więc trzeba to zamknąć, zasłonić, nie widzieć tego sedna naszej płci.

A my potem nóżki razem, elegancko, jak przystoi kobiecie. I staje się to naszą drugą naturą. Wstydliwe zamykanie, ściśnięcie, powstrzymanie. Wydaje się to oczywiste w zachowaniu kobiety. Nie możemy być wyzywające, mamy być skromne. Chłopcy oglądają sobie siusiaczki, ściągają majtki, mówią o ciele i seksie, „świntuszą” – dorośli zwykle traktują to jako coś oczywistego – chłopcy są po prostu ciekawi, tak mają. A jak robią to dziewczynki, jest to naganne, fe, be, wstydziłabyś się. Dziewczynki bardzo wcześnie się uczą, że ciekawość tego, co dotyczy ciała, spotyka się z zakazem, jest nie na miejscu i powinny się jej wstydzić. A już na pewno tematy te nie powinny ich podniecać.

Jedna z kobiet opowiadała na warsztacie o swoich zabawach z koleżanką. Miały może pięć, sześć lat. Mizianie, łaskotki, zabawy w lekarza były wielką tajemnicą. Jeździły kiedyś rowerem i omal nie wpadły na wielkiego konia, który pojawił się na drodze. Sterczące uszy, grzywa na sztorc, płomień w ślepiach... Były przekonane, że zobaczyły diabła. Pognały do domu, upadły na kolana i modliły się, że już nigdy więcej nie będą robić „tych brzydkich rzeczy”. No właśnie, na konia zrzutowały lęki, które towarzyszyły tak przyjemnie podniecającej zabawie. Bawiąc się, przeczuwały, że kara się należy, no i proszę: spotkanie z diabłem, bo byłyśmy niegrzeczne! Trzeba się bać, kiedy odczuwa się ekscytację w podbrzuszu! Niewerbalny przekaz, który nie jest uświadomiony ani przez matkę, ani przez dziecko, działa tym mocniej. Czasem nie wiadomo nawet, czego nie wolno, ale dziecko dobrze wyczuwa, że wszystko, co przyjemne, co dotyczy genitaliów i ich okolic, jest niewłaściwe i już.

Erotyzm związany jest jednak nie tylko ze sferą genitalną? Jasne, że nie, zwłaszcza w okresie dzieciństwa. Organizm przygotowuje się do życia seksualnego nie tylko w taki sposób, że zmieniają się narządy płciowe. Dojrzałą przyjemność seksualną przeżywa się całym ciałem. Cali jesteśmy do tego! I cali do tego dorastamy! W dzieciństwie doświadczamy naszej zmysłowości w różnego rodzaju zabawach: dziewczynek z dziewczynkami, chłopców z chłopcami, pomiędzy rodzeństwem i, aż głupio to powiedzieć, czasem z dorosłymi – i nie ma to charakteru nadużycia czy wykorzystania, ale tak się może kojarzyć. Może mieć, i wtedy to nieprawidłowość, ale mówię o czymś naturalnym – zabawach związanych z potrzebą dotyku, czułości, ciepła, przyjemności. Nie są to przeżycia stricte seksualne. Kształtują wrażliwość zmysłową, uczą pozwalania sobie na doznawanie przyjemności, ekscytacji. Kiedy wspominamy te przeżycia z kobietami na warsztatach, okazuje się, że takich właśnie odczuć pragniemy w dorosłym życiu seksualnym: swobody, odwagi, zaufania, radości, spontaniczności, odkrywania, ciekawości...

 
Te wspomnienia jednak często splatają się ze wstydem, czymś bardzo trudnym. Tak, jednak najciekawsze jest to, że niezależnie od tego, w jaki sposób je stłumimy, u podstaw pozostają przyjemne. I umysł może je na nowo zatytułować. Można podważyć negatywny przekaz i odzyskać pamięć ciała o tym, co radosne i miłe. Oczywiście przeżycia o charakterze zmysłowym mogą się wiązać z czymś przykrym. Dzieciom zdarza się przekraczać granice. Jak w każdej innej zabawie. To nie znaczy, że jeżeli zrobią coś źle, to cała ta sfera jest zła i nie powinny chcieć się bawić. Muszą nauczyć się bawić z głową, przewidzieć konsekwencje. Na tym polega późniejsza odpowiedzialność w seksie. Dlatego potrzebna jest obecność dorosłych, którzy z jednej strony akceptują sferę dziecięcych pragnień tak jak każdą inną, ale potrafią też postawić granice, powiedzieć: to jest OK, ale nie można tego robić w ten sposób, bo wtedy krzywdzisz drugą osobę, albo: jest to niebezpieczne dla ciebie. Ale skoro my, dorośli, boimy się seksualności własnej i naszych dzieci, wolimy udawać, że jej nie ma, to nie mamy szansy pomagać dziecku w uzyskaniu zdrowej kontroli nad tą sferą.

Jak odzyskać pozytywny potencjał wczesnych doświadczeń? Żeby dojść do wczesnych doświadczeń, potrzeba na początku klimatu zaufania, wiary, że to ma sens, że mamy prawo szukać swoich prawdziwych odczuć. Kobiety muszą też wiedzieć, po co to robią. Kiedy opowiadają już o swoich wspomnieniach dziecięcych zabaw związanych z erotycznym pobudzeniem, bardzo często mówią: „O rany, jak to dobrze usłyszeć, że inne miały podobnie!”. Bo np. bawiłam się z drugą dziewczynką i myślałam, że to coś złego. Wiele wspomnień dotyczy tego, co się dzieje, gdy rodzice wyszli z domu. Eksperymentujemy z udawaniem dorosłej kobiety: wypychamy biustonosze albo suknie mamy poduszkami, jakbyśmy były w ciąży, i przeglądamy się w lustrze podniecone swoją kobiecą figurą. Towarzyszy temu erotyczne pobudzenie – wizja przyszłości: stanę się kobietą z piersiami, z brzuchem. I to jest takie ekscytujące! Zabawy w lekarza z siostrą, bratem czy z koleżanką, podciąganie koszulki, ściąganie majtek... Oglądanie gazet z fotografiami nagich kobiet, czytanie książek, oglądanie filmów z momentami – to jest przeżycie! Pamiętam, jak mając 11 lat, któregoś dnia wylegiwałam się na leżaku w ogrodzie i czytałam opowiadanie Fowlesa „Kolekcjoner”. O milczącym kolekcjonerze motyli zakochanym w dziewczynie, którą porywa i zamyka w podziemiach swojego domu. Usypia ją, zniewala, jest zdana na niego, nie może uciec, a on ją tak kocha! Pamiętam ciepłe promienie słońca rozgrzewające ciało i delikatne fale niezrozumiałej, przemożnej przyjemności, które przepływały przez moje podbrzusze. Na całe lata utraciłam kontakt cielesny z tym doświadczeniem, choć pamiętałam je głową. Gdy je odzyskałam, wróciło to cudowne uczucie erotycznego podniecenia, moje ciało ożyło. Za tym wspomnieniem przyszły inne: tańce przed lustrem w przezroczystej nocnej koszulce, wyprawy do parku po lekcjach religii po to, by uciekać przed chłopakami do utraty tchu, czytanie w „dorosłych” książkach o menstruacji, pettingu i stosunku seksualnym, rozmowy z dziewczynkami o tym, skąd się biorą dzieci...

Ile w tym energii, życia! Te doświadczenia uczą czerpania radości z ciała, bycia w ciele? To jest właśnie ten nasz zagubiony potencjał. Kiedy przypominamy sobie o tych doświadczeniach, możemy poczuć się tak, jakbyśmy odzyskiwały siebie. Bo w tych momentach ekscytacji doświadczałyśmy życia całą sobą. Wrażliwość zmysłowa dotyczy nie tylko seksu. To wrażliwość na kontakt ze światem: z całą przyrodą i innymi ludźmi. Wszystkie zmysły, które biorą udział w seksie, wykorzystujemy w wielu innych sytuacjach. Węch, dotyk, wzrok, słuch, smak... Służą poznawaniu, pogłębieniu kontaktu, odczuwaniu radości, przyjemności, rozkoszy. Warto je budzić.

W rozwijaniu swojej seksualności potrzebujemy innych kobiet? Tych, które przedarły się przez swoje mroczne tajemnice? Które pomogą nam przywrócić pamięć ciała? W grupach kobiecych możemy dostać to, czego nie dostałyśmy z różnych powodów, czego każda z nas w głębi serca pragnie – matczynego przyzwolenia. Potrzebujemy usłyszeć, poczuć: „To, co przeżywasz, jest w porządku. Możesz sobie pozwolić na bycie istotą seksualną”.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Seks

Nie wstydźmy się seksualnych pragnień - skąd się biorą zahamowania u kobiet?

Często zapominamy, że kobieca i męska seksualność powinny być na równych prawach. (fot. iStock)
Często zapominamy, że kobieca i męska seksualność powinny być na równych prawach. (fot. iStock)
Zobacz galerię 1 Zdjęć
Najsilniejszy impuls w kierunku orgazmu da nam zmiana, do której musi dojść w głowie. Zadowalanie innych kosztem własnej przyjemności to pułapka, w którą wiele z nas wpada – pisze Marja Kihlström w swojej książce „Daj sobie prawo do przyjemności. Rzecz o orgazmie, kobiecości i nie tylko.”

Najsilniejszy impuls w kierunku orgazmu da nam zmiana, do której musi dojść w głowie. Zadowalanie innych kosztem własnej przyjemności to pułapka, w którą wiele z nas wpada – pisze Marja Kihlström w swojej książce „Daj sobie prawo do przyjemności. Rzecz o orgazmie, kobiecości i nie tylko.”

W wierzeniach związanych z seksualnością kobiece żądze wciąż pozostają na marginesie lub są podporządkowane przyjemności mężczyzny, a kobieta aktywna seksualnie przedstawiana jest jako nimfomanka. Psychoanalityczka Elina Reenkola trafnie wykorzystuje przykłady z „Kalewali” i „Metamorfoz” Owidiusza we własnej książce „Lumoavan pelottava nainen” (z fin. „Czarująco potworna”). Bohaterka „Kalewali” Louhi jest kobietą zmysłową, nierządnicą, często opisywaną jako brzydka, bezzębna, okrutna wiedźma. Reenkola rozważa, czy Louhi – podobnie jak Meduza w mitologii greckiej – mogła być z początku piękną panną, na którą ze względu na podejście do seksualności rzucono zaklęcie brzydoty. W poemacie Owidiusza Meduza współżyła z bogiem morza Posejdonem, czym rozwścieczyła Atenę, która następnie zamieniła jej złote włosy w węże. Kobiecą seksualność przez wieki postrzegaliśmy jako nieokiełznaną siłę i niebezpieczeństwo. Chcieliśmy ją ujarzmić i ograniczyć.

Na pewno niejedna kobieta, która miała wielu partnerów seksualnych, na jakimś etapie życia doświadczyła poczucia winy – całkowicie niepotrzebnie. Nie tylko historia, ale i współczesne społeczeństwo mogą umacniać dawne stereotypy – w wypowiedziach niektórych mężczyzn chętne kobiety regularnie przedstawiane są jako przerażające, narzucające się. Z pewnością wiele z nas przyzwyczaiło się już do wyrażeń typu „dziwka” czy „puszczalska”. Najlepiej puszczać to wszystko mimo uszu. Na szczęście większość mężczyzn ceni u kobiet aktywność seksualną. Pożądanie i przyjemność kobiety to czynniki, które tworzą ramy długich, szczęśliwych związków, a życiu w pojedynkę nadają radosny pęd. Kobieta ma pełne prawo do ochoty na seks i żądania przyjemności; jej cielesność jest całkowicie równa cielesności mężczyzny.

- Chciałabym, żeby kobiecy orgazm i pożądanie były bardziej eksponowane; żeby i o jednym, i o drugim rozmawiano otwarcie, bez obaw o napiętnowanie. Często mam wrażenie, że ze swoimi pragnieniami nie mieszczę się w ciasnych ramach, w które społeczeństwo wciska kobiecą seksualność. To frustrujące. Kobiecy orgazm niepotrzebnie jest tematem tabu, a jeśli nawet nie tabu, to przynajmniej czymś, co wzbudza ogólną konsternację. My też chcemy dojść, i to bardzo - zaznacza 25-letnia kobieta.

Kiedy badamy własną seksualność, niechybnie natykamy się na uczucia wstydu, winy, strachu i wewnętrznej blokady, które w którymś momencie z nią powiązaliśmy. Negatywne emocje mogą się w nas rozwinąć w bardzo wczesnym wieku albo znacznie później. Kiedyś na plaży zwróciłam uwagę na matkę i jej okołoroczne maleństwo. Dziewczynka siedziała zadowolona na ręczniku bez pieluchy i z ciekawością badała rączkami swoją waginę. Zauważywszy to, matka zbeształa ją mocnymi słowami, kazała zabrać stamtąd ręce, a potem szybko ubrała w pieluchę i kostium kąpielowy.

To dobry przykład tego, jak wcześnie mogą się zrodzić związane z seksualnością lęki i zahamowania. Strofując córkę, matka powiązała dotykanie siebie z czymś złym i wstydliwym, czego małe dziecko nie jest jeszcze w stanie zrozumieć – dla niego wszystkie części ciała są tak samo cenne i interesujące. Jeśli takie sytuacje będą się powtarzać, to seksualny rozwój dziecka może ulec zaburzeniu.

Pewna klientka opowiedziała mi kiedyś, jak w wieku szkolnym odkryła tajemnicę przyjemności płynącej z masturbacji, ocierając się o prześcieradło. Podniecenie i orgazm całkowicie ją zafascynowały. Pewnego dnia do jej pokoju w najmniej odpowiednim momencie weszła matka. To, co zobaczyła, bardzo ją rozgniewało, zaczęła krzyczeć, wyzywać dziewczynkę od brudnych i zabroniła jej kiedykolwiek robić to jeszcze raz w jej domu. Sytuacja wywołała w dziewczynce ogromny dyskomfort, wstyd i poczucie winy. Od tej pory masturbowała się już tylko, gdy miała pewność, że jest sama w domu – jednak nawet wtedy czuła się brudna, a w jej głowie pobrzmiewały echa słów matki.

Nawet jednorazowy epizod w życiu młodej osoby może nabrać dużego znaczenia. Ten przypadek analizowałyśmy na terapii z klientką, kiedy była już dorosła. W okresie dojrzewania tak czy inaczej jesteśmy bardzo uwrażliwieni – hormony przejmują kontrolę nad naszym umysłem, a ciało zmienia się bardzo szybko. To sprawia, że z dużo większą łatwością niż na innych etapach życia możemy się poczuć niewystarczający.

Czasami najboleśniejsza krytyka spotyka nas ze strony naszych partnerów. Na przykład, obniżone libido może zostawić głęboką ranę na seksualnej samoocenie kobiety, o ile nie będzie miała z kim o tym porozmawiać. Ciało kobiety może też zostać skrytykowane w okrutny sposób, kiedy między dwojgiem ludzi pojawia się przemoc fizyczna.

To bardzo ważne, żeby każda z nas rozpoznała, gdzie leżą jej własne granice i odważyła się ich bronić. Kiedy druga osoba je narusza, może nas to zranić dużo głębiej niż mogłybyśmy przypuszczać. Na pewno nie warto na to pozwalać tylko po to, żeby sprawić komuś przyjemność. Nawet w związkach nie zawsze trzeba zgadzać się na seks wyłącznie dlatego, że chce go druga osoba. Chęć zadowolenia partnera może jednak tkwić bardzo głęboko w nas. Praca nad oduczeniem się pewnych nawyków może zająć dużo czasu – a nawet wymagać terapii.

Najważniejsze, żebyśmy nauczyły się dwóch słów: tak i nie. Czas rozprawić się z mitami mówiącymi o tym, jaka ma być „prawdziwa” kobieta. My też możemy być aktywne i chętne, mamy prawo powiedzieć „tak” bez strachu, że zostaniemy posądzone o rozwiązłość. Jeśli mężczyzna nie może zaakceptować silnej seksualnie kobiety, to jego problem. Kobiety mają prawo do równej pozycji w sprawach intymnych i nie muszą nikomu się podporządkowywać. Jeśli kobieta chce cieszyć się dynamicznym życiem seksualnym z wieloma partnerami, to jest jej wybór. Sytuacje, które opisałam powyżej, prędzej czy później doprowadzą do tworzenia się wewnętrznych blokad, które wpłyną na nasze pożycie negatywnie.

- Pamiętam, że raz, kiedy kochaliśmy się  „na łyżeczki”, pomyślałam, jak to dobrze, że partner nie może w tej pozycji dostrzec, jak z bólu zagryzam zęby. Do dziś nie wiem, dlaczego tego nie zatrzymałam – wspomina 20-letnia kobieta.

„Tak” warto wypowiedzieć na głos, kiedy pragniemy seksu z drugim człowiekiem. Natomiast słowo „nie” może przydać się wielu kobietom już po tym, kiedy się na seks zdecydują. Z dbałości o własne granice i przyjemność, powinnyśmy umieć zakomunikować partnerowi, że czegoś nie chcemy, że coś sprawia nam ból lub po prostu – że chcemy zakończyć grę.

Fragment pochodzi z książki „Daj sobie prawo do przyjemności”. Jeśli masz poczucie, że w twojej sferze seksu jest wiele blokad i ograniczeń i nie potrafisz czerpać satysfakcji ze swojej seksualności – ta książka może być dla ciebie.

  1. Seks

Waga waginy - jak kobiety odkrywają swoją seksualność?

O ironio, może dlatego jesteśmy wolne od lęku porównywania wagin, ponieważ nie wyobrażamy sobie, że mogłybyśmy je pokazywać. (Fot. iStock)
O ironio, może dlatego jesteśmy wolne od lęku porównywania wagin, ponieważ nie wyobrażamy sobie, że mogłybyśmy je pokazywać. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 2 Zdjęć
Naprawdę rzadko zdarza się, żeby dziewczynkom pozwalano na poznawanie swojej waginy, odkrywanie jej złożonej budowy. To paradoks, że więcej praw do oglądania i dotykania naszego „seksualnego serca” mają wszyscy inni, a nie my same. Kobietom potrzeba wiedzy o samych sobie – mówi terapeutka Olga Haller.

Nie ma dobrej nazwy – „wagina”, „pochwa” brzmią raczej okropnie, wszystkie inne określenia też są ryzykowne... Musi być więc problem również z myśleniem o tej części ciała, myślimy przecież słowami... Trudne są te określenia, ponieważ obarczone nadmiarem wstydu, braku akceptacji oraz zakazami. Nazywają to, co ukryte i nieprzyzwoite.

Wagina to miejsce centralne kobiety. Łączy ciało i duszę, tam zagnieżdża się życie, mieszka rozkosz i ból, a to, co zewnętrzne, łączy się z tym, co wewnętrzne. Dlatego podoba mi się określenie „seksualne serce”. Bo rzeczywiście – wagina to część ciała pulsująca, ukrwiona, żywa. Ta z rozchylonymi wargami mniejszymi kształtem może przypominać serce. Jest bardzo fizyczna – umięśniona, unerwiona i fizjologiczna, ze swoistymi funkcjami, wydzielinami, umiejscowiona blisko narządów wydalania. Zarazem jednak bardzo delikatna, wrażliwa, reaktywna – dzięki temu związana z emocjami i uczuciami. Jest narządem fizycznej miłości i siedliskiem odczuć seksualnych. Wreszcie to brama w głąb, do macicy, gdzie powstaje życie.

Słowo „wagina” jest coraz chętniej używane przez kobiety na określenie narządów płciowych z wyłączeniem macicy. Słowo „pochwa” nie jest lubiane. Ja też go nie lubiłam. Potem odkryłam, że odpycha mnie zawarty w nim aspekt bierności. Bo pochwa to przecież futerał na miecz – rzecz, która sama w sobie nie ma znaczenia, istnieje tylko dlatego, że miecz jej potrzebuje, a nie odwrotnie.

Życie seksualne to nauka. Ukryte zostaje ujawnione, obrasta znaczeniami i doświadczeniami... Kobiety nie mają w tej sferze łatwej autoedukacji. Nasze narządy płciowe są ukryte, trzeba się natrudzić, by tam zajrzeć. Na szczęście dzieci bawią się, kucając, to zwykle dobra okazja dla dziewczynek, żeby dojrzeć coś interesującego. Ale kto z dorosłych pozwala im na swobodne zainteresowanie i eksplorowanie złożoności sromu, cipki, pisi, jakkolwiek TO nazywamy? Nawet bardzo postępowe mamy lękają się, widząc badawcze działania swoich córeczek. Że się uszkodzą, przeniosą zarazki. Najczęściej boją się na wyrost. My, rodzice, zwykle nie czujemy się pewnie z intymnymi częściami własnego ciała, więc trudno nam swobodnie i trafnie reagować. A dziecku potrzebna jest prosta wiadomość, czym jest to, co widzi między nogami. Dziewczynki i chłopcy mają prawo być ciekawi, poznawać swoje ciała i widzieć, że mamę i tatę to cieszy, że rodzice są gotowi odpowiadać na pytania.

Zaskakuje mnie, jak często dzieci po kryjomu demonstrują swe tajemnice. Mnie to ominęło, niestety. I jakoś chyba zaszkodziło, czułem się gorszy, że ich nie znam... Kobiety podczas warsztatów przypominają sobie takie doświadczenia. Ciekawość różnic między chłopcami a dziewczynkami jest motorem zabaw i kontaktów, a gdy zostanie zaspokojona, odchodzi na dalszy plan. Jednak naprawdę rzadko zdarza się, żeby dziewczynki miały pozwolenie na poznawanie swojej waginy, odkrywanie jej złożonej budowy, dowiadywanie się o przeznaczeniu jej szczegółów. O ironio, może dlatego jesteśmy wolne od lęku porównywania wagin, ponieważ nie wyobrażamy sobie, że mogłybyśmy je pokazywać. Chłopcy za swą wolność płacą niepokojem, czy ich penisy mają właściwe rozmiary. Ale my i tak szybko to nadrabiamy, martwiąc się o proporcje innych części ciała…

W dzieciństwie chłopcy natrętnie próbują podejrzeć tajemnice dziewczynek. A te wysiłki spotykają się ze wstydem i przemilczeniem ze strony rodziców. Jedno i drugie jest bardzo kłopotliwie. Dorośli powinni z dziećmi rozmawiać. Co nazwane, oswojone, łatwiej poddaje się zdrowej kontroli. Znalazłam bardzo ciekawą stronę dla nastolatków w Internecie, gdzie w prosty, rzeczowy sposób lekarka objaśnia budowę i funkcję narządów płciowych kobiety i mężczyzny, pokazując to na przykładzie młodych osób obu płci. Omawia, dotykając dłonią w rękawiczce penisa, moszny, warg sromowych, łona. Najpierw czułam się nieswojo, patrząc na żywe osoby w roli modeli. Szybko jednak się oswoiłam. Zero zawstydzenia, dwuznaczności. Dokładnie tyle wiedzy, ile trzeba, żeby się dowiedzieć – bez konieczności domyślania się, wysilania wyobraźni. Kolejny raz pożałowałam, że sama nie mogłam otrzymać informacji w tak zwykły sposób od mamy lub innej zaufanej dorosłej osoby.

Kobietom potrzeba wiedzy o nich samych. A w sprawie waginy jest kompletne poplątanie – więcej praw do jej dotykania i oglądania mają wszyscy inni, a nie my same. To częste zjawisko, że dziewczyny poznają przyjemność seksualną z pieszczoty sromu, gdy pozwolą na to chłopakowi, wcześniej nie wypróbowując tego nigdy z samą sobą. Czy to nie nonsens?

Bywa, że w tych pierwszych doznaniach zaskakuje nas własna fizjologia – zmiana oddechu, siła podniecenia, śliskie i mokre wydzieliny, ich intensywny zapach. Jeśli dziewczyna nie wie dokładnie, co się dzieje, a jej podniecenie narasta, to bardzo łatwo jej się zagubić w tym zupełnie nowym, pełnym intensywnych cielesnych odczuć świecie kontaktów damsko-męskich. Oczywiście, chłopakom taka bezstronna wiedza podana przez zaufaną osobę jest także niezbędna! Też będzie im łatwiej, gdy poznają wygląd, budowę i fizjologię narządów płciowych swoich i kobiecych.

Prędzej czy później lądujemy w łóżku. I tam bywa różnie – tyle obaw, nieporozumień, czasami nieudolności. Prawie zawsze na początku jest wiele zaskoczeń... Często zdarza się, że nastolatka podczas pettingu jest zaskoczona intensywnością doznań chłopaka. Nie rozumie także, dlaczego on tak bardzo chce dotykać jej wstydliwego, „nieczystego” sromu. Dziewczyny odkrywają, że mają coś, co mocno działa na chłopaka. Ta determinacja jego dłoni, niecierpliwość w palcach, narastające podniecenie daje im poczucie nowej dziwnej mocy. Czasem ulegają temu złudzeniu i podrywając chłopaków, wykorzystują te władzę. Polując, same stają się jednak łupem. Kiedy nie mają wystarczającej wiedzy nabytej od dorosłych ani dobrego kontaktu ze swoim ciałem, pozwalają na więcej, niż chcą, bo nie wiedzą, czego chcą, co się właściwie z nimi dzieje. Trudno wtedy o kontrolę rozumu, o zdrowe decyzje. To źródło niechcianych ciąż i zakażeń chorobami przenoszonymi drogą płciową. Dziewczyny dojrzałe fizycznie, a nieprzygotowane emocjonalnie i intelektualnie, dosłownie oddają swoje waginy w używanie przypadkowym partnerom. Podobnie dorosłe kobiety. Uprawiamy seks – małżeński albo nie, zachodzimy w ciąże i rodzimy dzieci, a nie odczuwamy związku z naszymi waginami. Często, odnajdując potrzebę udziału w kobiecej wspólnocie, zaczynamy wędrówkę do odnalezienia łączności ze swoją waginą. Wraz z nią wraca do nas poczucie mocy, sprawczości, twórczości. Wiele warsztatów o kobiecości i seksualności zachęca do tego. Najczęściej trafiają tam kobiety, których nie zadowala ich życie.

Ciekawe, że wiele kobiet odkrywa masturbację po raz pierwszy w dorosłym życiu albo na nowo, kiedy w ich związku pojawiają się jakieś trudności, najczęściej seksualne. Kiedy seks ustaje albo gdy dochodzi do rozwodu. Wtedy dopiero zaczyna się powrót do siebie. Nie wierzę, że kobiecie uda się zbudować prawdziwe oparcie w sobie bez odzyskania kontaktu ze swoją waginą.

Jak to zrobić? Wysłuchałam ostatnio relacji z ceremonii spotkania z własną waginą przeprowadzonej w kobiecym kręgu. Duża, ciepła sala, przyciemnione światło, miękkie zasłony w oknach, materace. Przy każdym lusterko, latarka. Uczestniczki przyszły ubrane tylko w pareo. Przy muzyce stopniowo się zrelaksowały i wszystkie w skupieniu przystąpiły do spotkania ze swoim „seksualnym sercem”. Wielu z nas przydałaby się taka ceremonia powrotu do siebie i do własnej siły.

Ciekawe, czy wiele kobiet jest chętnych na taki seans? Z relacji wiem, że małe dziewczynki same czasami odkrywają zdumiewające możliwości swego organizmu, chociaż nie znają nawet jeszcze słowa „orgazm”... O tak, wiele kobiet na warsztatach opowiada o swoich dziecięcych orgazmicznych doznaniach, np. przy okazji kołysania się okrakiem na poduszce czy misiu i w wielu innych sytuacjach. Organem, który szczególnie mocno reaguje, jest łechtaczka, a jej nazwa pochodzi oczywiście od czynności łechtania tego narządu, „wielce przydatnego, by zachęcać kobiety do aktu płciowego” – jak pisał starożytny grecki lekarz. Normalne, a nawet wskazane jest być za pan brat, czy za panią siostrę... ze swoją waginą: uznać ją za swoją, dobrze się czuć z jej wyglądem, kształtem warg sromowych, łechtaczki, z jej kolorem, zapachem. Zachęcam kobiety, by trenowały taki rodzaj patrzenia, który pozwoli im otworzyć się na samą siebie. Tak jakby patrzyły na różę albo inny kwiat, który kojarzy się z joni. Oglądaj jej płatki, dotykaj, wąchaj, smakuj, nie oceniaj, po prostu patrz i przyjmuj ją taką, jaka jest.

Olga Haller, psycholożka, terapeutka Gestalt, prowadzi wraz z mężem Adamem Centrum Counsellingu Gestalt w Krakowie.

  1. Psychologia

Różne oblicza pożądania - rozmowa z Wojciechem Eichelbergerem

Czym jest pożądanie? - Zdaniem terapeuty często jest tym samym, co chciwość. (fot. iStock)
Czym jest pożądanie? - Zdaniem terapeuty często jest tym samym, co chciwość. (fot. iStock)
Zobacz galerię 4 Zdjęć
Pożądamy na wiele sposobów, bo bywamy w rozmaitych stanach ducha i ciała. Z chciwości, ale i z miłości. To właśnie pożądanie każe nam – czasami za wszelką cenę, lekceważąc normy, obyczaje i reputację – dążyć do seksu z wybraną osobą – mówi psychoterapeuta Wojciech Eichelberger.

„Darmo zapędzasz mnie, miła matko Do wrzecion i przęśli; Tymon mi coraz wdzięcznie i gładko Na swej przygrywa gęśli. Nie mogę więcej, ach! Już nie mogę Nagłej wytrzymać chuci. Tymon mi wewnątrz puszcza zażogę, I myśli, i serce kłóci…”

- Pisał Franciszek Dionizy Kniaźnin o pożądaniu. Czym ono jest? Czy tylko natchnieniem dla poetów? Pożądanie ma wiele postaci i wiele motywacji. Może być także natchnieniem. Najczęściej, niestety, jest tym samym co chciwość. Czyli każe traktować drugiego człowieka jak przedmiot. Pożądamy więc, by jego/ją mieć, posiąść, zawłaszczyć. Tak jak by był/była biżuterią, luksusowym samochodem, designerskim mieszkaniem albo środkiem do zdobycia władzy i splendoru. I bywa, że mamy wokół siebie lub w pamięci kolekcję pożądanych ludzi przedmiotów, z którymi nie potrafimy nawiązać żadnej głębszej relacji. Częsta sytuacja w naszej przesiąkniętej narcyzmem kulturze i nad wyraz smutna.

Mam jednak wrażenie, że nabycie wymarzonego auta jest przeżyciem większym niż seks z pożądanym mężczyzną… Niestety, coraz częściej doświadczamy tej różnicy: „Wsiadłem w moje nowe porsche i powiem ci, że to lepsze niż orgazm z ukochaną”. Widocznie jest tak z nami od zawsze, skoro w przykazaniach wskazujących drogę zbawienia ostrzega się przed pożądaniem żony bliźniego czy jakiejkolwiek rzeczy, która jego jest. Na pierwszy rzut oka wydaje się to upokarzające dla kobiet, że żonę i rzeczy wymienia się jednym tchem, ale w drugim czytaniu można spostrzec, że jest to przestroga przed uprzedmiotawiającym pożądaniem człowieka. W naszych postpatriarchalnych czasach należałoby tylko dodać, że nie należy pożądać męża bliźniego swego itd.

Ale to geny pożądają, i to tego, a nie innego człowieka, tak nas informując, że potomstwo z nim będzie zdrowe genetycznie. Tak, to pożądanie biologiczne wpisane w nasze DNA służy podtrzymaniu gatunku. Pierwotnie nie ma nic wspólnego z chciwością ani z żadnymi innymi psychologicznymi motywacjami. Jest identyczne ze zwierzęcą, sterowaną biologicznie potrzebą prokreacji. Uaktywnia się nie tylko przez odczuwalny zapach, również przez odbiór nieświadomych sygnałów feromonowych. U mężczyzn także przez odbiór języka ciała kobiety w okresie jajeczkowania. Listę uzupełniają podświadome kody dotyczące proporcji kobiecego i męskiego ciała, uświadamiane w postaci preferencji estetycznych. Choć w istocie są one preferencjami biologiczno-prokreacyjnymi, bo odpowiednia proporcja obwodu talii do obwodu bioder u kobiety oraz szerokie barki i wąskie biodra u mężczyzny to zapisane w DNA wskaźniki sprawności rozrodczej i seksualnej. To właśnie pożądanie każe nam – czasami za wszelką cenę, lekceważąc normy, obyczaje i reputację – dążyć do seksu z wybraną osobą. Nie zdajemy sobie sprawy, że w gruncie rzeczy napędzani jesteśmy instynktem podtrzymania gatunku, który indywidualnie przeżywamy jako potrzebę rozprzestrzeniania i ochrony własnego genotypu. Z tego samego powodu w chwili zagrożenia będziemy ratować ludzi, a nie zwierzęta, swoje dzieci, a nie cudze. Nasz ludzki egoizm i narcyzm prokreacyjny to potężne siły, które słusznie staramy się okiełznać poprzez wychowanie, normy etyczne.

Wróćmy do głównego tematu... Jest jeszcze trzeci typ pożądania, który właściwie nie zasługuje na tę nazwę, jest bowiem nierozłączny z miłością i szacunkiem. Dlatego stosowniejszym terminem byłby „zachwyt”. Pragnienie seksualnego kontaktu może nawet w ogóle nie występować, a jeśli do niego dochodzi, to seks nie służy rozładowaniu energii ani prokreacji, ani zawłaszczeniu drugiej osoby, nie karmi też naszego poczucia wartości, lecz staje się szczególną i spełniającą formą wyrażania zachwytu, oddania i miłości. Różnica między pożądaniem motywowanym chciwością a zachwytem wyraża się też tym, że nie dążymy do własnej satysfakcji i przyjemności, bo ważniejsza jest dla nas satysfakcja i znaczące przeżycie partnerki/ partnera. Można powiedzieć, że dostajemy, dając. Słowem, seksualność może się przejawiać w różnych formach, mieć różne motywacje i cele w zależności od tego, na jakim poziomie świadomości znajduje się nasz umysł.

Na jakim poziomie świadomości jest pożądający z chciwości? Odwołajmy się do nieco uproszczonej wersji typologii zaczerpniętej z tradycji wedyjskiej, czyli do koncepcji czakr. Jeśli nasza świadomość znajduje się na poziomie podstawowym, a dzieje się tak, gdy żyjemy w przekonaniu, że naszą misją na Ziemi jest fizyczne przeżycie, to seks będzie dla nas instrumentem poszukiwania schronienia, bezpieczeństwa, pokarmu, energii. Jeśli jesteśmy na poziomie drugiej czakry i żyjemy w przekonaniu, że naszą misją jest doświadczanie przyjemności, to gdy tylko poczujemy jej brak, w seksie będziemy dążyć do własnej przyjemności, a partner/partnerka będą odgrywali wyłącznie rolę służebną. Na poziomie trzeciej czakry, gdy żyjemy w przekonaniu, że naszą misją jest zdobycie władzy, znaczenia i sławy oraz upokarzanie i budzenie zawiści innych, seks i ludzie, z którymi go przeżywamy, będą podporządkowani naszym narcystycznym celom. Sięgając do kwantowej perspektywy na powyższych trzech poziomach, jesteśmy pogrążeni w świadomości dualnej, odczuwając siebie i świat jako dwa osobne byty. Niedualne widzenie świata zaczyna dochodzić do głosu dopiero na czwartym poziomie i wyższych poziomach. Dopiero od poziomu czakry serca doświadczamy wyższych uczuć i potrzeb, tam zaczyna zanikać „inne”, „inna”, „inny”, czyli nie-dualność staje się naszym żywym doświadczeniem albo, mówiąc inaczej i nieco patetycznie, dokonuje się komunia miłości. Wtedy to już nie partner czy partnerka stają się obiektem naszego zachwytu, tylko życie zachwyca się życiem. Doświadczamy miłości, która jest prawdziwie ludzka.

Chodzić do łóżka z miłości albo z chciwości – jest różnica. Czy jednak zachwyt-miłość budzi w nas tylko pozytywne odczucia? Czasem miłość bardzo boli, bo gdy w końcu odkrywamy nie-dualny wymiar miłości i seksu, to jednocześnie zdajemy sobie sprawę z tego, ile błędów wcześniej popełniliśmy, ilu ludzi zraniliśmy. Poza tym doświadczenie miłości nie-dualnej dotyka zarazem bólu zranienia, które kiedyś sprawiło, że się nam serce zatrzasnęło.

Skąd się bierze ten ból? Wszyscy mamy takie bolesne przeżycie za sobą. Przez pierwsze trzy, cztery lata istnienia jesteśmy życiem zachwyceni, kochamy wszystko i wszystkich nie-dualnie i bezwarunkowo. Z czasem jednak nieuważność, brutalność, a bywa, że i okrucieństwo dorosłych, ich nadmierne wymagania i bezduszne kary zamykają nam serce i wpędzają w dualistyczną iluzję. Bo kochanie ludzi, którzy nas nie rozumieją i krzywdzą, za bardzo boli. Stąd wzięła się druzgocąca diagnoza Krishnamurtiego: „Gdybyśmy potrafili prawdziwie kochać nasze dzieci, na świecie nie byłoby wojen”. Ale dzieci mimo wszystko w głębi zranionych serc kochają swoich krzywdzicieli. Niemniej warunkiem naszego przeżycia w dzieciństwie staje się przyjęcie jakiejś strategii przetrwania w dualnym świecie i, niestety, z tą strategią zaczynamy się z wolna identyfikować. Wówczas staje się ona murem oddzielającym nas od innych, od świata i od nas samych – od naszej niewinnej, kochającej prawdziwej istoty. W rezultacie tracimy wiarę w miłość, a zachwyt życiem zmienia się w egocentryczne pożądanie bezpieczeństwa, przyjemności, luksusu, władzy i sławy. Na szczęście jednak możemy to podstawowe, pierwotne zranienie przekroczyć i ponownie otworzyć serce, by zacząć współodczuwać – z dwóch uczynić jedno.

Lecz czasem bywa tak, że chcesz się w łóżku zachwycić cieleśnie, a on czy ona potrzebują czegoś innego, na przykład czułości? Jeśli jesteś w stanie nie-dualnym, a więc głęboko współodczuwasz z tą osobą, to odpowiedź na jej potrzebę nie powinna być problemem. A jeśli zabraknie ci empatii, to z języka ciała tej osoby odczytasz bez trudu, o co jej chodzi. Wtedy decyzja należy do ciebie – albo idziesz za popędem, albo uwzględniasz stan i potrzeby partnera/ partnerki. Wybór pierwszej opcji jest jednoznaczny z egocentrycznym uprzedmiotowieniem i nadużyciem. Druga możliwa jest, gdyż człowiek okazuje się istotą zdolną do sublimowania seksualnej energii, czyli używania jej jako napędu działań, uczuć i motywacji innego porządku. Wtedy zamiast w zaślepieniu dążyć do satysfakcji możemy komuś bardzo pomóc troską, czułością i zrozumieniem.

A tymczasem pojęcie sublimacji jest rozumiane jako przejaw dewocji czy dewiacji seksualnych. To pomylenie pojęć. Skutki, które przytaczasz, są typowe dla wyparcia i zaprzeczenia własnej seksualności i z reguły powodują, że przeradza się ona w hipokryzję, potrzebę poniżania innych, okrucieństwo, agresję i nienawiść. Natomiast sublimacja nie ma nic wspólnego z wyparciem. Wręcz przeciwnie. Energia seksualna jest wtedy silnie i – co bardzo ważne – pozytywnie uświadamiana, lecz na zasadzie świadomego wyboru zostaje przekierowana na inne niż seksualna motywacje i cele. Na przykład na rozwój duchowy, pracę na rzecz innych, sztukę, naukę. Wyparcie i zaprzeczenie to igranie z ogniem. Energia seksualna jest tożsama z potężną twórczą energią życia, tworzącą wszelkie formy istnienia. Wszystko jest z tej energii uczynione. Wypieranie się jej to wypieranie się siebie. Dlatego celibat ma wartość tylko wtedy, gdy jest świadomym wyrzeczeniem się czegoś postrzeganego jako cenne i piękne, a więc dobrze rozumianym poświęceniem. Niestety, w wielu religiach seks jest najpierw stygmatyzowany, a potem wypierany. Wprawdzie łatwiej wyrzec się czegoś, co sobie obrzydzimy, to jednak taki zabieg na seksualności prowadzi do dewiacji lub agresywnej, szaleńczej nadkompensacji.

Wszystko jest energią (materia to energia o niskich wibracjach i częstotliwości – mówi prof. Maciej Adamski z Uniwersytetu Przyrodniczego we Wrocławiu), a więc jednością... To, że wszystko jest jednością, zdarza się ludziom odczuć w trakcie orgazmu – co jest zwiastunem wyższego stanu świadomości. W tantrze używa się właśnie energii seksualnej do podnoszenia poziomu świadomości do tak wysokich wibracji, że zanika zjawisko pożądania. Gdy zaś Jan Paweł II zwrócił uwagę wiernym, że nie tylko żony bliźniego nie powinno się pożądać, ale i własnej, to było wezwanie do miłości. Jednak słowa papieża wzbudziły protesty. O ile wiem, już do tego tematu nie wrócił. A rzecz w tym, by się nie uprzedmiatawiać nawzajem. W świecie nie-dualnym nawet przedmiotów nie ma powodu ani sposobu pożądać, a co dopiero człowieka. All you need is love – jak śpiewali Beatlesi.

Wojciech Eichelberger: psycholog, psychoterapeuta i trener, autor wielu książek, współtwórca i dyrektor warszawskiego Instytutu Psychoimmunologii (www.ipsi.pl).

  1. Seks

Do czego jest nam potrzebna inteligencja seksualna? - pytamy Kasię Miller

Wiedza o tym, czego się potrzebuje w seksie, jest, niestety, rzadkością, bo u nas nie uczy się, jak odkryć to, co lubimy, do czego jesteśmy stworzeni. (fot. iStock)
Wiedza o tym, czego się potrzebuje w seksie, jest, niestety, rzadkością, bo u nas nie uczy się, jak odkryć to, co lubimy, do czego jesteśmy stworzeni. (fot. iStock)
Zobacz galerię 2 Zdjęć
Pojęcie „inteligencja seksualna” stworzyli dr Sheree Conrad i dr Michael Milburn, badając, dlaczego mimo rewolucji seksualnej nadal brak nam w łóżku szczęścia. Z kolei autorką pojęcia „inteligencja erotyczna” jest Esther Perel, która w książce o tym samym tytule zastanawia się, jak dziś, w czasach „dyktatury równości”, mamy zaakceptować, że właśnie seksualna nierówność gwarantuje udany seks? Czy naprawdę inteligencja jest nam potrzebna, gdy nie mamy na sobie ubrań – zastanawia się Katarzyna Miller, psychoterapeutka.

Seks w naturalny sposób łączymy z instynktami, podnietami, chemią, czyli siłami niezależnymi od naszej woli czy rozumu. Tymczasem pisze się i mówi o inteligencji kochanków. Czy więc to, co myślimy, ma znaczenie w łóżku? Przecież nie zakładamy firmy, tylko mamy się kochać. A może ta inteligencja to tylko taki amerykański modny wymysł? Ma znaczenie nie tylko, jak myślimy, ale i jak działamy, co wybieramy. Na początek opowiem dwie anegdoty z życia. Pierwsza to tragifarsa miłosna o obdarzonej inteligencją erotyczną młodej kobiecie, która umówiła się w hotelu na seks z atrakcyjnym, onieśmielającym ją starszym mężczyzną. Była tą randką tak przejęta, że jak tylko trafili do pokoju, chciała koniecznie umyć zęby i zrobiła to z takim zaangażowaniem, że wypadła jej koronka i utknęła w kolanku umywalki. Biedulka załamała się, była już i tak speszona, a tu jeszcze – szczerbata! Cała ochota na seks jej odeszła, chciała już tylko wrócić do domu. Ale jak?! Bez koronki? Sama jej jednak nie mogła wyjąć...

Zadzwoniła do seksownego polskiego hydraulika – a jej seks-inteligencja polegała na tym, że miała pod ręką jego numer!? To dobry pomysł mieć taki telefon zanotowany, ale akurat zrobiła coś innego, co też potwierdziło jej inteligencję erotyczną, a nawet seksualną mimo małego doświadczenia. Czekającemu na nią mężczyźnie powiedziała, choć bardzo się wstydziła, że nie dość, że brak jej wprawy w takich hotelowych schadzkach, to jeszcze nie ma zęba z przodu, bo koronka jej wpadła do kolanka umywalki. Na co on podskoczył uradowany. Jemu też niedawno przydarzyła się podobna przygoda, a więc więcej ich łączy, niż myślał. I zamiast spojrzeć na zegarek, mówiąc, że zapomniał o ważnym spotkaniu, lub też zająć się owym kolankiem umywalki, z ogniem w oczach zajął się jej kolankami. Jej bezradność, szczerość i otwartość plus urocze kobiece skrępowanie go urzekły. No i mieli udany seks, bo on wspiął się na wyżyny swojej sztuki, widząc w niej prawdziwą dziewczynę bez grama pozy, gry czy manipulacji… I, oczywiście, sam wykazał się wysokim poziomem inteligencji erotyczno-seksualno-emocjonalnej.

Jeśli więc stracimy ząb, nie musimy tracić okazji do superseksu i być skazani na randkę z dentystą? Na tym polega inteligencja seksualna, by coś, co mogło być brakiem, przekuć w atut. A teraz druga anegdota z życia, ale tym razem o braku inteligencji seksualnej i erotycznej u pewnej atrakcyjnej i doświadczonej damy, która miała całe mieszkanie wytapetowane swoimi zdjęciami w różnych gorsetach i innych peniuarach, by przypadkiem ktoś z gości nie przegapił, jaka to jest piękna. Owa dama zawsze przechwalała się przed przyjaciółkami, że w łóżku potrafi przybrać najbardziej korzystną pozę, a więc też każdego mężczyznę owinie sobie wokół małego palca. No i pewnego dnia poznała atrakcyjnego pana. Ów obciął ją od stóp do głów i powiedział, że wchodzi w to, ale tylko na rok. Nie jest bowiem jego zdaniem kobietą na całe życie, ale na udany romans, owszem. Nasza bohaterka co prawda myślała o czymś na stałe, ale była tak pewna swojej erotycznej siły, że już widziała, jak po roku ów mężczyzna traci na jej punkcie głowę i to ona zadecyduje, co z nim będzie dalej.

Rozumiem, że się przeliczyła? Całkowicie, bo choć żyli jak para, a nawet pomieszkiwali u siebie, to po roku on rzekł: „Dziękuję ci” (bo był dobrze wychowany), i zniknął. Odchorowała to. Nic dziwnego, trafiła na wyjątkowo zimnego i egotycznego faceta. Ale dostała nauczkę za swoją głupotę i prztyczka w nos za pychę. Zlekceważyła jego słowa, myśląc, że on nie wie, co gada. Ale wiedział. No ale jej brak inteligencji seksualnej widać było już w tym przedmiotowym traktowaniu swojego ciała, a potem i tego mężczyzny. Te jej pozy w łóżku, z których była tak dumna, to sygnał, że nie ma pojęcia, na czym seks i erotyzm polegają. Dowód na to, że nigdy nie traci kontroli, nie pozwala się unieść fali pożądania ani rozkoszy. Nie pozwalała sobie na to, by podążyć za swoimi potrzebami ani za mężczyzną, a to oznaki braku mądrości i seksualnej, i erotycznej.

Zgodnie z definicją inteligencja seksualna to wiedza o tym, co jest nam potrzebne do udanego seksu, empatia na potrzeby partnera i sygnały płynące z naszego ciała. Umiejętność rozmowy, kreatywność – o tym nieraz już pisaliśmy. Ale też dowodem na nią ma być, jak wynika z badań (m.in. prof. Johna Gottmana), bycie w stałym związku. Ci, którzy w nich są – osiągali w testach wysoką IS, a w łóżku poznali rozkosz. Głupcami okazali się za to podrywacze i „puszczalskie”. Bo nie idą w głąb, nie rozwijają się, powtarzają ciągle tylko początek – zakochanie, fascynację itd. A to dopiero pierwszy krok! Jednak wiedza o tym, czego się potrzebuje w seksie, jest, niestety, rzadkością, bo u nas nie uczy się, jak odkryć to, co lubimy, do czego jesteśmy stworzeni. Nikt nam nie powie, że trzeba szukać i znajdować, odkrywać swoje pragnienia zwłaszcza w seksie. Seksualność ludzka, a szczególnie kobiet, jest nadal poddawana obróbce, jeśli już nie przez tabu, to przez kompleksy, a od czasu, gdy uzyskaliśmy „wolność” – przez modę i pornografię. I jeśli już dziś czegoś powszechnie poszukujemy w seksie, to poklasku, uznania, połechtania próżności czy pogłaskania kompleksów. Nawet nasi kochankowie nie pytają, czego chcemy. Sami musimy to odkryć i jeszcze nauczyć się, jak to sobie dać, a to naprawdę ciężka praca. No i często jej nie wykonujemy i dlatego – sfrustrowani – wciąż zmieniamy partnerów.

Zamiast jakości ilość. Tymczasem to, co nas łączy z drugim człowiekiem, może się rozwijać w nieskończoność i w nieskończoność dostarczać nam coraz więcej, a nie coraz mniej, także rozkoszy. Drugim człowiekiem nie można się znudzić. Szaleństwo zakochania mija i dobrze, bo byśmy kręcili się w kółko naćpani hormonami, a seksualność może i nawet powinna się rozwijać, a wówczas obejmuje nie tylko nasze ciało, ale też umysł, serce, aż sięga po duchowość i dalej jeszcze po wszechświat. I gdy jesteśmy sobie bliscy na tych wszystkich poziomach, w tych wszystkich wymiarach bytu, możemy osiągnąć najwyższą, absolutną rozkosz.

Tak to czuję i tak sobie wyobrażam. Myślę też, że taki jest sens seksu tantrycznego, który stanowi jedną z dróg ku pełnej ekstazie. A mówiąc po europejsku: im więcej między kochankami intymności, bliskości, zrozumienia i zgody na siebie nawzajem, zachwytu, fascynacji, tym więcej doświadczą rozkoszy. Za byciem z jednym partnerem przemawia też sama fizjologia mózgu, bo jak się okazuje, im częściej ćwiczymy jakieś zachowania, tym silniejsze powstają w naszym mózgu tzw. ścieżki neuronowe. I wyobrażam sobie, że dwoje bliskich sobie ludzi może mieć orgazm, patrząc sobie w oczy z dwóch stron wypełnionej ludźmi sali.

Seksuolodzy jednak ostrzegają, że nadmierna bliskość to koniec pożądania. Perel pisze, że pożądanie rodzi się w szczelinie między kochankami, w tym, co ich różni, ciekawi, ku sobie ciągnie. I że ci inteligentni erotycznie nie pozwalają sobie na całkowite odsłonięcie. Zgadza się, nie można stopić się w jedno, zrezygnować z siebie. To nie jest intymność i bliskość. Nie wolno zostawiać siebie, zawieszać się na drugim człowieku, bo wtedy nie jesteśmy blisko nawet ze sobą, a co dopiero z kimś innym. By tworzyć intymność, dwoje ludzi ma mieć odrębne tożsamości, sprawy i tajemnice. Ale też intymność buduje to, że oni szepczą sobie na ucho, że nie opowiadają innym o tym, co razem przeżyli, że mają swoje wspólne sekrety, tajemnice, marzenia. Kobieta jest dla mężczyzny pociągająca, bo jest inna niż on. A mężczyzna jest dla kobiety sexy, bo nie jest jej lustrzanym odbiciem.

Właśnie! A polityczna poprawność w stylu amerykańskim, czyli równość niwelująca różnice, prowadzi do nudy w sypialni. Perel głosi genderową herezję, że seks demokratyczny, na równych prawach, to nuda, bo pożądanie to nie dziecko demokracji. Kobieta i mężczyzna, jeśli są wolni i spontaniczni, mogą być w sypialni panem i niewolnicą lub panią i niewolnikiem, a w salonie, kuchni i w pracy – partnerami. To wyraz prawdziwej wolności, inteligencji seksualnej i erotycznej. Możliwość zmiany, wybierania schematów zachowań w zależności od sytuacji i potrzeb, celów, do których się dąży, to prawdziwa mądrość sypialniana.

Perel pisze, że dla kobiet sukcesu, które kontrolują, kierują, planują i realizują, oddechem jest latynoski kochanek, który dominuje i napastuje, bo w jego świecie mogą odpuścić, oddać się, ulec. Opisuje właśnie taką parę: Amerykankę i Włocha. Kobieta przyznaje, że w sypialni zapomina o politycznej poprawności, stawia na rozkosz. Seks jest przygodą, dlatego nie może w nim być planów i nie może być demokracji. Jest jak przeprawa przez rzekę. Może nas porwać prąd, możemy z nim popłynąć cudnie bez wysiłku na drugi brzeg lub wpaść w wir, który nieźle nas wyobraca, tak że nie będziemy mogły złapać oddechu. Możemy też przedostać się na drugi brzeg, łapiąc jakiś konar... Nie da się nie zamoczyć i nie da się uniknąć szybszego bicia serca. Oczywiście, można cały czas być po tej samej stronie rzeki, ale to naprawdę nudne. Zamiast więc składać – wszędzie, a więc i w sypialni – deklarację bycia nowoczesną, genderową czy jakąś tam, lepiej być uczciwszą wobec siebie. Odkryć, gdzie i jak same siebie okłamujemy, i przestać to robić. Zignorować naszego wewnętrznego rodzica, czyli nadzorcę tego, co nie wypada – i zapytać wewnętrzne dziecko, czego ono pragnie od seksu, co lubi, czego by chciało. I tak idąc za swoim wewnętrznym głosem, takim płynącym z brzucha, krok po kroku rozwinąć własną erotyczną inteligencję. Jak zwykle gdy chodzi o coś ważnego i trudnego – małymi krokami, ale wytrwale. Zrobić więcej miejsca dla wewnętrznego dziecka, czyli naszych uczuć, potrzeb i energii. Sprawdzać, sprawdzać i jeszcze raz sprawdzać. Co nam odpowiada, sprawia przyjemność, daje rozkosz, a czego się wstydziłyśmy tak, że dotąd sobie na to nie pozwalałyśmy? Jeśli mamy ochotę, zacznijmy sobie na to pozwalać. Wrócić do przeszłości i przypomnieć sobie, czego nie zrobiliśmy, choć nas korciło, ale nie pozwolił nam na to lęk, wstyd. Jest wysoce prawdopodobne, że dotrzemy do zakazów z domu rodzinnego, i trzeba będzie wybierać, czy nadal być grzeczną, czy wreszcie szczęśliwą. Warto też czytać lektury pełne seksu o bohaterach przekraczających granice, oglądać takie filmy, rozmawiać o swoich zahamowaniach, dzielić się z zaufanymi osobami, najlepiej wzajemnie. Pisać do siebie listy z nowymi scenariuszami i potem je w realu urzeczywistniać.

A czy Katarzyna Miller ma inteligencję seksualną i jest erotycznie mądrą kobietą? Mam nadzieję, że tak, choć początki były nieudane. Ale dałam radę nie zrazić się całkiem i poczekać, aż trafię na mężczyznę, który mnie otworzy seksualnie. A wtedy przeżyłam niezwykłą wizję, że oto mam dłuuuugie srebrne włosy, które przeciągają mnie na drugą stronę kosmosu. Dziękuję mu za to! Bo też znalazłam się naprawdę po drugiej stronie, stałam się kimś innym. Już byle czym nie można było mnie zadowolić i wiedziałam, czego chcę od seksu, co on mi może dać i co ja mogę dać.

  1. Seks

Pożądanie w związku. To, co sprzyja namiętności, nie zawsze służy harmonii...

Czy gorący seks w związku i bliskość idą ze sobą w parze? Czego tak naprawdę pragniemy? (fot. iStock)
Czy gorący seks w związku i bliskość idą ze sobą w parze? Czego tak naprawdę pragniemy? (fot. iStock)
Zobacz galerię 1 Zdjęć
Czy nie zdarzyło wam się marzyć, żeby był tak jak za pierwszym razem? Żeby po pięciu, dziesięciu, trzydziestu latach dało się poczuć motyle w brzuchu, jak wtedy, kiedy wzajemnie się poznawaliście? Żeby seks był namiętny, nasycony i żeby pachniał nowością.

Esther Perel, belgijska psychoterapeutka, zajmuje się od ponad 30 lat poradnictwem małżeńskim i terapią rodzin. Owocem jej pracy jest m.in. książka pt. „Inteligencja erotyczna. Seks, kłamstwa i domowe pielesze”. Autorka przekonuje w niej, że to, co buduje nasze poczucie bezpieczeństwa, naszą stabilność rodzinną – poznanie się, przyjaźń, intymność i bliskość – bardzo często nie sprzyja ekscytującemu pożyciu seksualnemu. Brzmi to bardzo nieprzyjemnie, no bo jak to: przecież wszystkie te składniki udanego małżeństwa, właśnie porozumienie i bliskość, to najbardziej deficytowe towary na rynku uczuć. Jeśli wejdziemy do sauny z pięcioma przyjaciółkami z wieloletnim małżeńskim stażem, znacznie częściej usłyszymy, że przestały się dogadywać ze swoimi mężami, niż że seks jest do niczego. Do diabła z seksem, skoro „on mnie nie rozumie”. Jeśli się jednak dobrze zastanowimy, to ta „amerykańska myśl techniczna” nie jest niczym rewolucyjnym. Profesor Bogdan Wojciszke w „Psychologii miłości” pisze, że namiętność wygasa, gdy pogłębia się intymność. Z kolei psychoterapeutka Zofia Milska-Wrzesińska napisała kiedyś w jednym ze swoich felietonów, że „nie pożąda się wnętrza własnej kieszeni” – czy nie jest to więc w gruncie rzeczy to samo?

Nie dla każdej i nie dla każdego utrata namiętności będzie problemem. Istnieją takie pary, dla których spokojne, poukładane życie będzie wartością ponad wszystkie. Ale... nie wszystkim zależy na tym samym, dlatego może warto zastanowić się, jak działa namiętność.

Metamorfozy namiętności

Dawniej małżeństwo widziane było jako swoista umowa: para spotykała się, aby na korzystnych dla obu stron warunkach stworzyć dobrze funkcjonującą „firmę”, która pozwoli na wychowanie w dostatku potomstwa. Namiętność (nie mówiąc o miłości) nie była warunkiem sine qua non tego układu. Dziś sprawy mają się inaczej. Rewolucja seksualna, ruch feministyczny, wynalezienie tabletki antykoncepcyjnej pociągnęły za sobą nieodwracalne zmiany w zbiorowej świadomości. Seksualność stała się własnością jednostki, jednym z elementów naszej tożsamości. Tym, co pcha nas w stronę drugiego człowieka, jest przede wszystkim silna chemia. Każdy, kto tego doświadczył, wie, jak jest na początku: ogromne pragnienie drugiej osoby, chęć zbliżenia do niej i posiadania jej. I ogromna niepewność.

To właśnie ona i lęk przed utratą podsycają namiętność. Im bardziej relacja jest niepewna, niepoparta kontraktem (rozumianym nie tylko jako małżeństwo, ale np. jako szczera deklaracja), tym większe jest pragnienie. Im większa jest ciekawość, tym większa namiętność. Im więcej barier i przeszkód do pokonania, tym większy nasz zapał. Z tych silnych emocji wykluwają się owe słynne motyle w brzuchu. Jeśli jednak związek uzyska stabilność, para zna się już dobrze, wie, czego po sobie wzajemnie oczekiwać, i przypieczętowała uczucie sakramentalnym (bądź niesakramentalnym) „tak”, relacja powoli zaczyna przechodzić metamorfozę.

To, co sprzyja namiętności, niekoniecznie służy harmonijnemu pożyciu. Na co dzień chcemy się bowiem czuć bezpiecznie, wiedzieć, na czym stoimy, tworzymy związek oparty na porozumieniu i kompromisach. Gwałtowne emocje nie są dobrym fundamentem dla budowania domu, wychowywania dzieci. A człowiek to kontinuum, nie zawsze jest w stanie włączyć silne emocje, wchodząc do sypialni, by zaraz potem wyłączyć je, biegnąc do dziecinnego pokoju na przykład. Zwykle w tym „obiegu energetycznym” straty sytuują się po stronie sypialni. I cóż począć, skoro żyjemy właśnie w czasach, gdy udany, emocjonujący seks stał się konieczny, byśmy czuli się spełnieni? To, że we wszystkich mediach, w filmie, literaturze, a także przez psychologów jesteśmy przekonywani, że mamy prawo do szczęścia, przyjemności i dbania o swoje potrzeby, z jednej strony popycha nas do odważnego sięgania po swoje, z drugiej natomiast czyni nas seksualnymi frustratami. Bo namiętność, niestety, przemija. Czy jednak musi?

 

Znany nieznajomy

Psychologia podpowiada nam, że jeśli nie możemy zmienić elementów rzeczywistości, powinniśmy zmienić swoje nastawienie do tego, co nas uwiera. Autorka „Inteligencji erotycznej” przekonuje nas, że pewność i stałość, które są składnikami bezpiecznego związku, a jednocześnie z czasem zabójcami namiętności, są tak naprawdę złudzeniem. Opisujemy siebie wzajemnie serią dogmatów: „on nie zrobiłby nigdy tego”, „ona zdecydowanie nie lubi tamtego”, i święcie wierzymy w to, że nasz partner będzie się zachowywał zgodnie z przypisaną mu rolą. A przecież niczego w życiu nie możemy być pewni, łącznie z tym, czy dożyjemy jutra. Tak naprawdę też nigdy nie znamy naszej drugiej połowy tak dobrze, jak nam się wydaje. Każdy nosi w sobie element nieprzewidywalnego, nawet jeśli na co dzień zachowuje się rutynowo.

Jeśli przyznamy sobie wzajemnie autonomię, prawo do tajemnicy – powróci oczywiście niepewność, ale też pożądanie napędzane tym, co nieznane. Jeśli od czasu do czasu spojrzymy na starego poczciwego męża jak na zupełnie obcego mężczyznę, który być może ma swoje niewypowiedziane pragnienia, zapewne uda nam się poczuć tę ekscytację, która pchnęła nas kiedyś w ramiona tego mężczyzny.

Nie rozmawiajmy o tym

Ileż to razy słyszeliśmy, że dla stworzenia dobrego związku konieczne jest porozumienie. Słowa, słowa, słowa. Rozmowy, jasne deklaracje, przejrzystość i czytelne manifestowanie swoich potrzeb. Dzięki nim osiągamy bliskość, poczucie intymności. Talenty komunikacyjne to domena kobiet. To kobiety wnoszą do związku otwartość w mówieniu o emocjach, o uczuciach – rzesze psychologów twierdzą, że to dobrze. „Powiedz mi, co czujesz, porozmawiajmy o tym”, słyszymy to i czytamy w co drugim poradniku. Tymczasem ogromna część męskiej tożsamości opiera się na samokontroli i niewrażliwości. Zdolność do wyrażania (słownego) emocji nie jest cechą „prawdziwego mężczyzny”. A takiego przecież każda z nas chciałaby mieć w sypialni. Jeśli pragniemy ognistego seksu, trzeba się na to zgodzić – twierdzi Perel. Komunikacyjne ograniczenia mężczyzn często prowadzą do rozwinięcia innych, niewerbalnych sposobów narracji. Ciało może pomóc w wyrażaniu bliskości emocjonalnej. Warto mieć w pamięci, że bardzo często seks jest jedynym sposobem, w jaki mężczyzna wyraża bliskość. Zamiast się zastanawiać, czy on rozumie, co mówię, czy nie, lepiej pozwolić mu mówić, tak jak potrafi. I druga rzecz: bezgraniczne otwieranie się przed drugą osobą, mówienie jej wszystkiego jak na spowiedzi eliminuje z życia tę niezbędną tajemnicę. I może szkodzić namiętności.

Z perspektywy swojej ponadtrzydziestoletniej praktyki terapeutycznej pani Perel twierdzi, że wiara w równouprawnienie, budowanie zgody, kompromis, uczciwość i wzajemną tolerancję może prowadzić do bardzo nudnego seksu. Świat erotycznych fantazji nie ma nic wspólnego ze społeczeństwem obywatelskim.

Często bywa tak, że przedsiębiorcze i nadodpowiedzialne kobiety marzą o tym, by ich mężczyzna rządził nimi w sypialni, chcą być zniewolone. I przeciwnie: mąż, który nienawidzi, gdy żona wydaje mu polecenia w kuchni i w salonie, uwielbia, gdy dyryguje nim w sypialni. Dystrybucja władzy i kontroli jest bardzo ważnym elementem życia erotycznego. Lepiej, co sugeruje autorka, pozwolić sobie na opuszczenie stanowisk, na których się okopaliśmy. To, że pozwolimy się zakuć w kajdanki z futerkiem, nie sprawi, że będziemy niewolnikami poza sypialnią. Element lekko perwersyjnej gry (za zgodą obu stron) tylko podgrzewa atmosferę. Przekraczanie granic, łamanie tabu i tracenie kontroli – bo poddanie się własnym fantazjom to właśnie tracenie kontroli – daje nam dostęp do ogromnych pokładów namiętności.

Niepoprawna wyobraźnia

Trzeba się z tym pogodzić: to, co nas podnieca, czego pragniemy i o czym fantazjujemy, często nie pasuje ani do preferowanego obrazu ja, ani do moralności, ani do ideologii, którą się kierujemy. Mężczyźni marzą o seksie z prostytutką, aby namiętniej się kochać z żoną, kobiety pragną rozkosznych chwil w ramionach brudnego motocyklisty (choć mężowie noszą garnitury od Hugo Bossa, które im same kupują) albo z psychopatycznym eks-chłopakiem, za którego w życiu by nie wyszły. Erotyczna wyobraźnia zasilana jest uczuciami dalekimi od poprawnych: agresją, zwierzęcą żądzą, infantylnymi potrzebami, władzą, zemstą, egoizmem i zazdrością. Gdyby je dopuścić do głosu, mogłyby zniszczyć związek. Bezpieczniej zepchnąć je do sfery wyobraźni. Mądrzej – potrafić czerpać z nich radość.

Jeśli zaakceptujemy własne fantazje, radośniej i pełniej będziemy korzystać z seksu. Dla niektórych par dzielenie się nimi jest elementem gry miłosnej. Jeśli zgodzimy się na to, co w nas drzemie, o niektóre rzeczy będziemy umieli poprosić. Jeśli nas to bawi, można się posunąć do inscenizacji wymarzonych scenek, odgrywać zupełnie inne role, powędrować w świat Emmanuelle. Nie ma w tym nic złego. Wyobraźnia to tylko wyobraźnia. Jak słusznie zauważa autorka, sceny gwałtu, o których fantazjują kobiety, nie mają nic wspólnego z rzeczywistością: gwałciciele z fantazji są nad wyraz łagodni. Za takim wyobrażeniem kryje się często pragnienie bycia zdominowaną, bo tylko taki wyobrażony przymus wyzwala rozkosz: sama sobie na to nie pozwolę, ale przecież zostałam zmuszona.

Odmówienie sobie prawa do namiętności jest tym balastem wynikającym z purytańskiego wychowania, który kobiety dźwigają od stuleci. Bo nam nie wolno. Bo mamy być jak Matka Boska.

Spontaniczne planowanie

Wśród wielu rad Esther Perel kluczowa wydaje się jedna: dobry seks trzeba planować. Trzeba się nad nim zastanawiać, dopuścić do głosu własne pragnienia i robić, co nam się podoba. Jeśli pożądamy pożądania, czasem trzeba odstawić inne sprawy na bok i zająć się rozniecaniem ogniska, ale nie domowego, tylko w sypialni.

Planowanie nie musi być rozumiane jako brak spontaniczności (przecież nie będziemy rozpisywać całego aktu na minuty). To czekanie, pragnienie i tęsknota. Niepewność, czy się uda. Słowem, wszystko to, co sprzyja namiętności.

Tekst archiwalny