1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Seks
  4. >
  5. Rak piersi a seksualność kobiety

Rak piersi a seksualność kobiety

fot.123rf
fot.123rf
Zachorowalność na nowotwory piersi w Polsce w ciągu ostatnich trzech dekad wzrosła ponad 2-krotnie. W samym tylko 2013 roku odnotowano ponad 17 000 zachorowań. O profilaktyce i sposobach leczenia raka piersi na szczęście coraz więcej się mówi. Utrata włosów, szarzenie cery, wymioty, bóle głowy – to powszechnie znane skutki chemioterapii. To co jednak często pozostaje przemilczane to wpływ terapii nowotworowej na sferę intymną kobiety, a także jej seksualność.

Czułość i bliskość są niezwykle ważne nawet w trakcie ciężkiego przebiegu choroby. Jednak utrata zainteresowania seksem w trakcie leczenia nowotworu jest czymś normalnym. Na początku obawy o własne życie mogą być tak wielkie, że seks zdaje się ostatnią rzeczą jakiej potrzebujemy.

Leczenie nowotworów zaburza gospodarkę hormonalną, co również może mieć wpływ na poziom libido. Jednym ze skutków ubocznych leczenia może być także przedwczesna menopauza. Symptomy takie jak uderzenia gorąca, wahania nastroju, nadmierne wysuszenie skóry, w tym tej z okolic intymnych, są przy niej dużo bardziej uciążliwe, niż przy naturalnej menopauzie.

Ogólny niepokój, negatywne i rozpraszające myśli, poczucie utraty własnej atrakcyjności w wyniku choroby, obawa, że objawy związane z chorobą odstraszą partnera, albo nawet samo słowo „rak” zadziała odpychająco – wszystko to może blokować podniecenie. Pochwa pozostaje wtedy ściśnięta i sucha co powoduje, że stosunki są bolesne.

Jak się zatem kochać?

Bardzo istotne jest, aby w pierwszej kolejności skonsultować możliwe aktywności seksualne z lekarzem. Jednak uprawianie seksu w trakcie choroby nowotworowej często jest wręcz wskazane![1]. Pamiętaj, rozmawiaj otwarcie z partnerem, a kiedy poczujesz ochotę na seks, zacznijcie od pieszczot. Wyznaczcie na początek konkretne granice, nie skupiajcie się od samego początku na podnieceniu – wystarczy zmysłowa przyjemność. Dopiero później włączcie w pieszczoty okolice intymne. Pełne współżycie rozpocznijcie dopiero, gdy oboje będziecie na to gotowi. Jeśli pojawi się suchość pochwy, ulgę może przynieść zastosowanie intymnego kremu nawilżającego. Chociaż seks w chorobie nowotworowej zwykle nie przychodzi łatwo, szkoda z niego rezygnować. Warto pamiętać, że seks wzmaga chęć życia i siły witalne organizmu.

Źródło: materiały prasowe Vagisan

[1] American Cancer Society, Zakład Psychoonkologii Centrum Onkologii – Instytutu im. Marii Skłodowskiej-Curie w Warszawie, Fundacja TAM I Z POWROTEM, Seksualność kobiety w chorobie nowotworowej. Poradnik dla kobiet i ich partnerów, Warszawa 2012

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Seks

Związki (zbyt) otwarte

Związek otwarty polega na umowie między partnerami: „ja mogę spotykać się z innymi i ty też możesz”. Robią to jawnie i nikt nikogo potem nie rozlicza z przygód. Tyle teoria. Jak jest w praktyce? (Fot. iStock)
Związek otwarty polega na umowie między partnerami: „ja mogę spotykać się z innymi i ty też możesz”. Robią to jawnie i nikt nikogo potem nie rozlicza z przygód. Tyle teoria. Jak jest w praktyce? (Fot. iStock)
„Moja droga, żyjemy sobie cudownie, jak dwa gołąbki. Raz jedno wyfruwa z gniazda, raz drugie”. Ten stary dowcip dotyka ważnego tematu: czy gościnność seksualna może być dobra dla związku?

Nie był to pomysł Grażyny. Zaproponował go Janek. Powiedział: „kochanie, chciałbym, żeby nasz związek był otwarty”. „Masz na myśli sypianie z innymi kobietami?” – zapytała. Tak, dokładnie to miał na myśli. Ale ta otwartość miała działać w obie strony – Grażynie też wolno mieć kochanków. „Dobrze, ale po co? – nie mogła zrozumieć – przecież kocham ciebie i to z tobą chcę uprawiać seks”. Janek wytłumaczył: „Nasza miłość pozostanie najważniejsza. Ale w ten sposób nasz związek będzie zawsze świeży, nigdy się sobą nie znudzimy. Nie będziemy też o siebie zazdrośni, bo każde będzie wiedziało, że to tylko seks”. Dała się przekonać. Matka natura stworzyła nas przecież bez takich konwenansów. Ewolucyjnie mężczyźni są zaprogramowani na rozsiewanie swego nasienia, a kobiety na poszukiwanie najlepszego dawcy genów dla potomstwa. Tak sobie chwilę pomyślała i powiedziała: „Czemu nie? Spróbujmy”. I spróbowali...

Brzmi nieźle

Związek otwarty polega na umowie między partnerami: „ja mogę spotykać się z innymi i ty też możesz”. Robią to jawnie i nikt nikogo potem nie rozlicza z przygód. Tyle teoria. W praktyce takie związki często się różnią.

– Przede wszystkim wchodzimy w nie z różną motywacją – mówi Małgorzata Zaryczna, seksuolożka, psycholożka i terapeutka. – Czasem partner nas przekonuje, że to będzie wspaniałe, otwierające i wzbogacające doświadczenie, dzięki któremu związek nie stanie się seksualnie klaustrofobiczny. Inni uważają, że nie ma sensu być wiernym na siłę, skoro hormony nas pchają do akcji. Jeszcze inni proponują partnerom takie rozwiązanie, żeby się nawzajem nie ograniczać. Po co hamować ekspresję seksualną, skoro można ją w pełni przeżyć? Tym bardziej, że wprowadzenie nowych bodźców może dodatkowo służyć przypomnieniu, jak bardzo zależy nam na partnerze.

Zdarza się, że taka propozycja wychodzi od partnera, który ma większy apetyt na seks. – Z problemem niedopasowania temperamentu seksualnego boryka się większość par – uważa Zaryczna. – Logiczna wydaje się więc propozycja: „kiedy tobie nie będzie się chciało, załatwię to poza związkiem i nie będziemy się kłócić z tak prozaicznego powodu”.

I jeszcze fantazje, jak wspaniałą wolność da nam otwartość w tym zakresie! Przy tym unikniemy pretensji, że stanęliśmy na drodze pragnieniom partnera. Całkiem rozsądne, prawda?

Nie tylko panowie

Druga strona czasem się zgadza, bo podziela poglądy partnera, ale nierzadko tylko przytakuje, bo czuje, że nie ma wyboru: od zgody może zależeć utrzymanie związku. Ma poczucie, że jeśli powie: „nie, to on/ona odejdzie”. Przystaje więc na propozycję, bo nie ma lepszego pomysłu na uratowanie relacji.

Kto częściej wpada na takie pomysły? Mężczyźni. Ale kobiety nie pozostają zbyt daleko w tyle.

Beata jest zapaloną podróżniczką. Kiedy tylko może, pakuje plecak i wyrusza w świat. Ostatnio trampingowała przez całą Amerykę Południową. A że do zwiedzenia miała sporo, jej nieobecność trwała ponad pół roku. W domu został Grzesiek, jej partner, z którym jest od 10 lat. Beata to kobieta nowoczesna i wyzwolona, więc zaproponowała mu kiedyś: „Jak wyjeżdżam na dłużej niż dwa miesiące, pozwólmy sobie na seksualne przygody. W ten sposób więź nie ucierpi, a my nie będziemy musieli żyć w nienaturalnym celibacie”. Grzesiek powiedział: „w porządku”.

– Często gdy partner lub partnerka mówi, że ma ochotę na otwarty związek, ma na myśli zgodę na niewierność, ale… własną – ostrzega Zaryczna. – I choć proponuje to samo drugiej stronie, może się przeliczyć, kiedy ta z zaoferowanej mu wolności skorzysta. Może dojść do wniosku, że to jednak nie był dobry pomysł…

Bo choć podnieceni nęcącą perspektywą spróbowania zakazanego owocu, myślimy, że będzie nam smakować, ale z konsekwencji tak naprawdę nie zdajemy sobie sprawy. A świadomość, że nasz partner uprawia seks z kimś trzecim, zwykle jednak mocno boli.

Próba siły więzi

– Dobrze, jeśli wiemy, że przemawia przez nas po prostu zazdrość o partnera – mówi seksuolożka.

– Gorzej, gdy to od siebie oddalamy, i w zamian wywołujemy kłótnie o wszystko i o nic, wprowadzając atmosferę napięcia.

Po dwóch miesiącach seksualnej otwartości Janek zaczął czepiać się Grażyny o byle głupotę. O wierności czy niewierności nie padło ani słowo, tylko w szybkim tempie zaczęły się mnożyć konflikty. Oboje nie udźwignęli emocjonalnego ciężaru otwartego związku: po pół roku całkiem się rozpadł.

– Jeśli wchodzimy w otwarty związek z takich pobudek, jak Janek i Grażyna, albo wierzymy, że otwartość zapewni nam seksualną świeżość, możemy już zacząć planować rozstanie, bo mamy gwarancję, że nasze oczekiwania się nie sprawdzą – uważa Zaryczna. – Związek partnerski ma bowiem dwa podstawowe składniki: więź emocjonalną i więź erotyczną. Kiedy do tej drugiej sfery wpuszczamy osoby trzecie, musimy się liczyć, że staną one między nami. A na poluzowaniu więzi seksualnej zawsze cierpi więź emocjonalna. Związek otwarty, długo- czy krótkoterminowy, niszczy bliskość uczuciową i wzajemne porozumienie.

Umawiając się na otwartość seksualną, chcemy przejść przez relację łatwo i przyjemnie, nie pracując nad nią i zwalniając się z odpowiedzialności. I skazujemy związek na porażkę. Czy zawsze?

Nie ucierpiała na otwartości więź Joli i Piotra, małżeństwa z 15-letnim stażem, wypalonego jako para. Mają 5-letnie dziecko. Jola nie kochała już męża, ale postanowiła trwać w związku. Wpadła więc na pomysł: „Kiedyś się rozwiedziemy, a teraz będziemy sypiać z innymi, ale mieszkać razem i wspólnie wychowywać dziecko”.

– Więź nie ucierpiała, bo jej tak naprawdę nie było – mówi Zaryczna. – Układ: „mieszkamy razem, ale nic nas nie łączy”, nie jest związkiem, tylko czymś w rodzaju administracyjnej wspólnoty. To luźna relacja seksualna, podobnie jak związek z podróżnikiem, którego wiecznie nie ma w domu. Taka hybryda związku służy wygodzie, ale dzielenie wyłącznie adresu to atrofia emocji. Łatwiej wtedy wejść w związek otwarty. I można tak przez lata w nim funkcjonować. Dopóki któraś ze stron się nie zakocha albo nie będzie miała dość.

– „Związek otwarty” to oksymoron – jak „ciepły śnieg” albo „sucha woda”. Związek dwojga ludzi opiera się na łączącej ich więzi, tworzy jedność. Nie może być otwarty – twierdzi seksuolożka. – To tylko ładny szyld dla zwykłej niewierności.

Wielomiłośnicy

Zza oceanu przywędrował do nas poliamoryzm. Po naszemu: wielomiłość. Poliamoryści kochają więcej niż jedną osobę i pozostają w więcej niż jednym związku. Mówią: „poliamoryzm to odpowiedzialna niemonogamia”. Nie chodzi im tylko o seks, dla nich najważniejsza jest więź, bliskość i miłość. Mogą na przykład być w czterech związkach jednocześnie – w dwóch z mężczyznami, a w dwóch z kobietami. Poliamoryści wchodzą też w związki „krzyżowe” – ot, jedna wielka kochająca się rodzina. Ale czy szczęśliwa?

– Jeśli ktoś wciąż poszukuje, nie może się zdecydować co do swojej orientacji albo pragnie przygody, to otwarty związek czy poliamoryzm jest dla niego rewelacyjny – uważa Małgorzata Zaryczna. – Ale to dobre na jakiś czas, jak mieszkanie w akademiku. Nie ma się co łudzić, że to sposób na całe życie. Bo kiedy się kogoś pokocha naprawdę, chce się go mieć tylko dla siebie. Wyłącznie.

  1. Seks

Jesteśmy szczęśliwym małżeństwem, ale śpimy w oddzielnych łóżkach

Nie musicie przecież każdej nocy spać osobno ani każdej nocy razem, ale świadomość, że zawsze, ilekroć masz na to ochotę, możesz czmychnąć „do siebie” – na pewno związkowi nie zaszkodzi. (Fot. iStock)
Nie musicie przecież każdej nocy spać osobno ani każdej nocy razem, ale świadomość, że zawsze, ilekroć masz na to ochotę, możesz czmychnąć „do siebie” – na pewno związkowi nie zaszkodzi. (Fot. iStock)
Typowa reakcja na osobne sypialnie małżonków wygląda mniej więcej tak: „Śpicie oddzielnie? Wyrazy współczucia! Już po miłości!”. My tymczasem mówimy: Chcecie się kochać? Rozdzielcie się na noc.

- To koniec! My już ze sobą nawet nie sypiamy – powiedziała Marta, kiedy po raz pierwszy przekroczyła próg mojego gabinetu. Obawiała się kryzysu w swoim, skądinąd udanym od pięciu lat, małżeństwie.

Zapytałam, od jak dawna nie uprawiają seksu.

– Nie, seks wciąż jest, teraz nawet lepszy niż na początku. Chodzi o co innego: mamy osobne sypialnie – odpowiedziała. – Od jakiegoś czasu chodziłam niewyspana, bo Mateusz strasznie chrapie. Nie pomagało przewracanie go na bok ani gwizdanie. Niemal każdej nocy budziłam się kilka razy z rzędu. Ja miałam podły humor, on czuł się winny. W końcu jednego wieczora przeniósł się na kanapę do salonu. A ja po miesiącu rzuciłam pomysł, że może kupię sobie pojedyncze, wygodne łóżko, takie, o jakim zawsze marzyłam, i wstawię je do swojego gabinetu. Miałabym swój oddzielny kąt... Pracuję w firmie, ten gabinet to bardziej zachcianka niż konieczność. Jednak w głębi duszy liczyłam, że Mateusz będzie protestował. Pamiętam, jak na początku małżeństwa uwielbialiśmy zasypiać przytuleni ,,na łyżeczkę”. Tymczasem on stwierdził, że to świetny pomysł! Nawet pomógł mi wybrać łóżko.

Spytałam, czy czuje się szczęśliwa w swojej sypialni. Marta powiedziała, że tak. Nigdy nie miała własnego pokoju. W domu rodziców dzieliła go ze starszą siostrą, w wynajętym mieszkaniu ze współlokatorką, a po ślubie – z mężem.

– Uwielbiam swoje nowe łóżko, mogę mieć wreszcie jedwabną pościel, której Mateusz nie znosi, mogę czytać do późna w nocy i nikt nie gdera, żebym zgasiła światło. Mateusz zasypia sobie przy włączonym telewizorze, z laptopem na kołdrze, ale… kiedy mówię koleżankom, że mamy osobne sypialnie, twierdzą, że to koniec małżeństwa – przyznała.

No tak, w końcu ślub to obietnica dzielenia łoża, stołu i konta w banku. Tylko dlaczego jakoś nie przeszkadza nam, że jadamy osobno obiady na mieście? Oddzielne konta w banku też nie budzą niepokoju, ale pragnienie rozdzielonych sypialni jednoznacznie kojarzy się z kryzysem związku. Może niesłusznie?

Razem czy osobno?

Spanie w jednym łóżku stało się modne dopiero pod koniec XIX wieku, podczas rewolucji przemysłowej, kiedy ludzie zaczęli osiedlać się w zatłoczonych miastach i żyć w małych mieszkaniach, ale ostatnio zwyczaj ten jest coraz bardziej démodé. Tak przynajmniej twierdzą amerykańscy projektanci domów, którzy coraz częściej dostają zamówienia na projekty osobnych sypialni, do tego każdej w innym stylu. W recepcjach sieci najbardziej eleganckich hoteli do dobrego tonu należy pytanie małżonków, czy życzą sobie jeden czy dwa pokoje. Profesor Humphrey Klinkenberg z kliniki Sleepwise w Wielkiej Brytanii twierdzi nawet, że wspólna sypialnia to nieraz pierwszy krok do rozwodu. I nie chodzi jedynie o to, że widok ukochanej kobiety z maseczką na twarzy może na dobre uśpić męskie zmysły, ale raczej o dynamikę snu. Okazuje się bowiem, że kobiety i mężczyźni śpią inaczej.

My – genetycznie zaprogramowane do lekkiego snu, by wstać do płaczącego niemowlęcia – wybudzamy się częściej i nawet drobny szmer może nas postawić na nogi. Panowie nie mają takich problemów. Chrapanie – bardziej męska domena, może ograbić nas z 70 minut snu każdej nocy, co tygodniowo daje 8 godzin. Zbyt wąska wspólna kołdra, przeciągana w nocy raz na jedną, raz na drugą stronę łóżka, to kolejny argument za rozdzieleniem łoża. No i mamy jeszcze całkiem odmienne przyzwyczajenia. On lubi oglądać w łóżku telewizję, ty chcesz spać przy włączonej lampce. Ty lubisz temperaturę w sypialni nie wyższą niż 18 stopni, on jest zmarzluchem – i awantura gotowa.

Na straży udanego seksu

Co z seksem, gdy odgradzają nas ściany, drzwi, korytarz? To pytanie trapi amatorów osobnych sypialni. Co z dzieleniem bliskości, intymności, szczerymi rozmowami ciągnącymi się do rana, zapachem ukochanego, który koi nerwy po ciężkim dniu? A kto powiedział, że do tego niezbędna jest wspólna sypialnia?! Z badań seksuologów wynika, że małżeńskie łoże to ostatnie miejsce, które zachęca do spontanicznego seksu. W sypialni kochamy się bardziej z poczucia obowiązku czy rutyny (w końcu mamy siebie pod ręką). Wspólne łóżko to często miejsce pracy (każde na swoim laptopie), telewizyjnych seansów, a także małżeńskich kłótni, kończących się ostentacyjnym odwróceniem do partnera plecami.

Polscy psychologowie na temat oddzielnych sypialni wypowiadają się raczej ostrożnie, twierdzą, że to dobry pomysł na chwilę, na przetrwanie małżeńskiego kryzysu. Tymczasem małżonkowie najczęściej, by czmychnąć ze wspólnego łoża, uciekają się do pretekstu. On: ,,Kochanie, dopóki mały przychodzi w nocy do naszego łóżka, będę spać na kanapie, bo wiesz, że w pracy muszę być wyspany”. Ona: ,,Kochany, wiesz, że nie znoszę zapachu piwa, może przeniósłbyś się na noc do gabinetu?”.

No cóż, można i tak, ale czy szczerość w związku nie jest ważniejsza od wspólnej kołdry? Po dwóch, trzech latach symbiozy w relacji – dobrowolnej emigracji na bezludną wyspę tylko we dwoje, gdzie ty, tam i ja, tworzenia wspólnej części związku – pojawia się naturalna potrzeba odzyskania niezależności, a w tym także posiadania własnej przestrzeni. Osobni znajomi, odrębne pasje, pojedyncze wypady za miasto – stają się doskonałą okazją, by zatęsknić za sobą nawzajem, a także mieć czym się podzielić z partnerem. Oddzielne sypialnie to właśnie chęć posiadania przestrzeni tylko dla siebie, zaspokajanie potrzeby wygody czy nawet realizacja dziecięcych marzeń spania w jedwabnej pościeli, której nie trzeba z nikim dzielić. A seks? Zapraszanie się do sypialni może być cudownym elementem gry wstępnej i popisem twórczych inwencji. Bywa, że niedostępność partnera budzi chęć przekory, staranowania drzwi…

Mąż gościem w sypialni? Czemu nie? Sytuacja staje się odświętna, inna, daleka od rutyny… Trochę tęsknoty też nie zaszkodzi miłości. Przypomnij sobie, z jakim apetytem rzucacie się na siebie, kiedy jedno z was wraca ze służbowego wyjazdu.

Własne kobiece ustronie

Jeśli szkoda ci tej bliskości, potrzebujesz czasem w nocy poczuć, że nie jesteś sama, a z drugiej strony kusi cię chęć posiadania prywatnego kobiecego ustronia – urządź sobie buduar z własnym łóżkiem i korzystaj z niego od czasu do czasu. Nie musicie przecież każdej nocy spać osobno ani każdej nocy razem, ale świadomość, że zawsze, ilekroć masz na to ochotę, możesz czmychnąć „do siebie” – na pewno związkowi nie zaszkodzi.

Tylko jak powiedzieć partnerowi, że chcesz spać osobno? Najpierw rozpoznaj tę potrzebę u siebie i zrozum pobudki, z jakich ona wynika. Jeśli pierwsza myśl, która się pojawia w twojej głowie, to: „Już dłużej nie chcę spać z nim w jednym łóżku”, może powinnaś zastanowić się nad terapią małżeńską. Kiedy zaś wizja własnego łóżka, kolorowych poduszek, pokoju urządzonego po babsku od dawna chodzi ci po głowie (nie bez myśli o zmysłowych przygodach z partnerem pośród zwiewnych koronek), po prostu powiedz mu o tym – otwarcie, szczerze, bez uciekania się do pretekstów. I spełnij swoje marzenie.

  1. Seks

Jak walczyć z egoizmem w sypialni?

Narcyz jest bardzo trudnym partnerem i kochankiem, chociaż często niezwykle atrakcyjnym. (Fot. iStock)
Narcyz jest bardzo trudnym partnerem i kochankiem, chociaż często niezwykle atrakcyjnym. (Fot. iStock)
Najlepsze relacje seksualne tworzą ci, którzy znają swoje pragnienia, potrafią o nich mówić i dążyć do ich realizacji, ale też umieją przesunąć je na drugi plan i skierować reflektor na potrzeby partnera. O tym, jak wiele złego może wyrządzić w sypialni źle rozumiany, przesadny egoizm mówi seksuolożka prof. Marią Beisert.

Co możemy zrobić, jeśli trafimy w łóżku na partnera, który myśli wyłącznie o sobie?
Jeśli jest to osoba narcystyczna, to trzeba mieć świadomość, że dla niej spojrzenie na seks czy związek z innej perspektywy niż własna może być niemożliwe. Narcyz jest bardzo trudnym partnerem i kochankiem, chociaż często niezwykle atrakcyjnym. To dwie strony tego samego medalu. Pakiet.

Jednak nie każdy, kto w łóżku myśli tylko o sobie, jest Narcyzem.
Oczywiście. Młodzi ludzie, którzy dopiero zaczynają życie seksualne, dość często w seksie biorą pod uwagę tylko siebie, bo wydaje im się niemożliwe, by druga osoba przeżywała coś innego. Swoje wyobrażenia o potrzebach partnera budują więc na tym, czego sami potrzebują. Ten problem wynika z braku wiedzy i jest bardzo prosty do rozwiązania – wystarczy zacząć się komunikować. Można mówić wprost: „ja potrzebuję tego i tego”, „lubię to i to”, „bawi mnie to i to” albo położyć rękę drugiego człowieka tam, gdzie trzeba, pokazać, jaki ruch ręką jest odpowiedni czy zmienić pozycję.

Niektórzy uważają, że seks z instruktażem jest gorszy.
Tak, tak, że jest mniej spontaniczny, obdarty z tajemniczości… To wynika z dość powszechnego, ale fałszywego wyobrażenia, że dobry seks jest wtedy, gdy dwie osoby rzucają się na siebie i osiągają orgazm w tym samym momencie. Nie muszą się dostosowywać, bo wszystko samo się układa, pasuje jak w puzzlach. Tyle że w życiu tak się zwykle nie dzieje, więc jeśli ludzie chcą mieć przyjemność w seksie, dobrze, by zaczęli komunikować swoje potrzeby.

A jeśli to pokaże, że pragną czegoś zupełnie innego? Na przykład jedno chce uprawiać seks bardzo często, a drugie bardzo rzadko. Kto ma ustąpić?
Wcześniejsze podejście terapeutyczne skłaniało się ku rozwiązaniu, by osoba o mniejszym temperamencie dostosowywała się do partnera, który ma większe potrzeby. Dzisiejsze wskazuje raczej odwrotny kierunek. Ja myślę, że wszystko zależy od kontekstu i tego, co dla każdego z partnerów oznaczałoby dostosowanie się do drugiej osoby. Jak duży koszt każdy z nich musiałby ponieść. Akurat kwestia różnych temperamentów jest jedną z najtrudniejszych do rozwiązania i, niestety, nie zawsze, nawet przy najlepszych chęciach obu stron, da się znaleźć dobre wyjście.

Porozmawiajmy więc o różnych poglądach na antykoncepcję. Powiedzmy, że mężczyzna chce, by kobieta brała tabletki, a kobieta woli, żeby stosowali prezerwatywy.
Trzeba się dowiedzieć, co stoi za każdą z potrzeb. Może na przykład kobieta woli prezerwatywy, bo boi się, że zapomni wziąć tabletkę i zajdzie w ciążę, ale ostatecznie daje się namówić na wysiłek związany z pilnowaniem regularnego przyjmowania leków, bo uznaje, że nie jest to wielkie poświęcenie. A może jest przeciwna antykoncepcji z powodów religijnych i branie pigułek byłoby dla niej rezygnacją z istotnych wartości.

Rozumiem, że dobra relacja seksualna wymaga tego, by wiedzieć, kiedy odpuścić, uznać: „To ustępstwo wiele by kosztowałoby mojego partnera, więc ja ustąpię, bo dla mnie to niewielki wysiłek”?
Tak. Taka elastyczność jest bardzo ważna. Nie chodzi jednak o rezygnację, która pojawia się wtedy, gdy ktoś w seksie rezygnuje z zaspokajania swoich potrzeb, bo czuje, że nie ma innego wyjścia, na przykład jest zależny od partnera ekonomicznie i sprzeciw mógłby oznaczać stratę dachu nad głową – to jest bardzo niszczące, rodzi bierną agresję i wielkie pretensje. Chodzi o akceptację, czyli sytuację, w której ktoś godzi się, by jego potrzeby nie były w danym momencie zaspokojone i nie doznaje z tego powodu krzywdy. Wie, że też coś na tym rozwiązaniu zyskuje. To jest zdrowa sytuacja.

Może pani podać przykład takiej akceptacji?
Pracowałam kiedyś z młodą parą. Jej zależało na seksie oralnym, na który on nie miał ochoty, a jemu na seksie analnym, który z kolei jej nie sprawiał przyjemności. Ostatecznie, trochę żartując, ustalili, że będzie na zmianę – raz seks oralny, raz analny. Oboje coś odpuścili, bo byli przekonani, że nagroda jest atrakcyjna, a koszt niezbyt wysoki. Oczywiście nie doszłoby do tego porozumienia, gdyby jedno z nich było skrajnym egoistą, bo dla takiej osoby każdy wysiłek jest zbyt duży do poniesienia. Miałam w przeszłości takiego pacjenta. Lubił, niby mimochodem, cytować swojego dziadka: „Nie rób nikomu dobrze, nie będzie ci źle”.

Co na to jego partnerka?
Najpierw skarżyła się na brak gry wstępnej, bo mąż bardzo szybko się podniecał, dążył do penetracji, miał szybko orgazm i od razu kończył wszelkie działania. W końcu odeszła do innego mężczyzny. Mąż miał szansę, by temu zapobiec, ale nie chciał się zgodzić na żadne modyfikacje kontaktów seksualnych. Mówił, że nie chce ingerować w naturalną reakcję swojego organizmu i na propozycję, by tuż po orgazmie starał się jak najszybciej doprowadzić do kolejnego stosunku, odpowiadał: „Ja już wtedy nie mam ochoty i nie będę się zmuszał!”.

Nadal wielu jest mężów, którzy sądzą, że kontakt seksualny służy głównie zaspokojeniu potrzeb mężczyzny?
Jest ich coraz mniej, ale to oni najgłośniej krzyczą, że współczesne kobiety powariowały, bo mają jakieś życzenia i żądania w seksie. Są zaskoczeni, że mieliby się do czegokolwiek w łóżku dostosowywać. Kiedyś mężczyzna nadawał kobiecie wyższy status, czynił ją na przykład panią dyrektorową, i oczekiwał, że w zamian dostanie seks na swoich warunkach. Ale dziś ona może odpowiedzieć: „Co z tego, że ty mnie czynisz panią dyrektorową, skoro ja cię czynię panem profesorowym?”. Nie każdy mężczyzna potrafi pogodzić się z tym, że kobiety wyraźnie mówią: „Tego i tego potrzebuję. Chętnie się dowiem także, czego ty potrzebujesz”. I to jest zdrowe. Dbanie o własne potrzeby to baza, która pomaga zbudować dobrą relację, także seksualną. Przecież jeśli widzimy, że partner nie czerpie radości z seksu, sami też czujemy dyskomfort. Pod warunkiem oczywiście, że nie idzie to w narcyzm. Poza tym mówienie o swoich potrzebach uatrakcyjnia życie seksualne. Stwarza pole dla nowych doznań. Ktoś może nie wpadłby na jakiś pomysł w seksie, a dzięki temu, że partner wystąpił z inicjatywą, może poszerzyć wiedzę o sobie, o tym, co lubi i pragnie.

Zastanawiam się, czy w związku z przemianami społecznymi i kulturowymi trzeba jeszcze kobiety przekonywać, że w łóżku mają prawo myśleć o swoich potrzebach?
Jestem przekonana, że tak, bo zmiany, o których mówimy, nie dotyczą jednak całego społeczeństwa. W Polsce wciąż dość silna jest kultura patriarchalna, w której kobieta przyzwoita to ta, która nie myśli o swoich potrzebach, tylko koncentruje się na tym, by partnerowi było przyjemnie. Niektóre kobiety świadomie stawiają siebie na drugim miejscu, bo chcą w ten sposób przywiązać do siebie mężczyznę albo zyskać poczucie, że postępują zgodnie z normami, zachowują się tak, jak należy. Są też takie, które teoretycznie przyznają, że również mają prawo dążyć do przyjemności w seksie, ale jednocześnie mocno w nich tkwi to, co wpojono im w dzieciństwie – że mądra żona nie myśli o sobie, tylko o tym, jak zatrzymać męża. Ten konflikt między tym, co podpowiada nam zdrowy rozsądek, a tym, co mamy wdrukowane, może być bardzo trudny do pokonania. Dlatego jestem przekonana, że nadal bardzo ważna jest edukacja i przypominanie, że każdy człowiek ma prawo realizować swoje potrzeby seksualne.

Są relacje, w których to kobiety nie szanują seksualnych potrzeb partnera?
Oczywiście. Narcystycznych kobiet są całe bukiety. Jest też grupa, która uważa, że ich potrzeby seksualne są ważniejsze i powinny być zaspokajane w pierwszej kolejności. Te kobiety oczekują, że mężczyźni będą się wokół nich uwijać, i to najlepiej bez instrukcji. Ich podejście wynika z przekonania, że kobieca seksualność jest wyjątkowa i skomplikowana, a męska nie wymaga uwagi. Mówią: „Facet zawsze się jakoś zaspokoi”.

Zarówno kobiety, jak i mężczyźni mogą też żyć w przekonaniu, że to, czego chcą w seksie, się nie liczy, bo oni sami są mało ważni.
Zwykle są to ludzie, których potrzeby w dzieciństwie nie były zaspokajane albo były zaspokajane w nieodpowiedni sposób czy w nieodpowiednim momencie, np. musieli jeść, mimo że nie byli głodni. Czasem słyszeli: „Nie ma: chcę. Są obowiązki”. Takie doświadczenia mogą potem utrudniać czerpanie radości z życia i z seksu. Jeśli jednak trafią na dobrego partnera, który powie: „Zajmijmy się wreszcie tobą” albo będzie często dociekać, co im sprawia przyjemność, mają szansę nauczyć się rozpoznawać swoje potrzeby i dbać o ich zaspokojenie. Wiedza na temat własnej seksualności rozbudowuje się przecież z każdym kolejnym kontaktem erotycznym. Nikt nie rozpoczyna życia seksualnego z pełną świadomością swoich pragnień i preferencji.

  1. Seks

W łóżku bez fajerwerków. O tym, jak zapracować na udany seks, mówi Alicja Długołęcka, edukatorka seksualna

Jak dbać o swoją seksualność, żeby pozbyć się erotycznych rozczarowań? (Fot. iStock)
Jak dbać o swoją seksualność, żeby pozbyć się erotycznych rozczarowań? (Fot. iStock)
Udany seks jest ziemski, nie z kosmosu. I szczery, ale w sposób życzliwy, ciepły, oparty na komunikacie „ja“. Fajerwerki nie są regułą, ale jak fajnie, że się czasem zdarzają. Nasze życie nie musi kręcić się wokół seksu, ale warto, by był jego częścią – tłumaczy edukatorka seksualna Alicja Długołęcka.

Według wschodniej tradycji seks to świętość, wręcz duchowe przeżycie. Ale też radość, czerpanie i dawanie przyjemności. Im bardziej na zachód, tym różniej jest postrzegany – jako obowiązek małżeński, droga do posiadania potomstwa, element dbania o siebie, a także dodawania sobie wartości. Czy seks jest tak wielowymiarowy, czy może o wiele prostszy niż myślimy? A może jest wszystkim tym po trochu? Czy nasz stosunek do niego mówi więcej o naszych potrzebach czy brakach ? – Przez lata byliśmy uczeni, że seks to coś, co przypływa do nas wraz z miłością, pierwszym zakochaniem, coś cudownego, co dzieje się samo, taka wspólnota dusz i ciał – tłumaczy dr Alicja Długołecka.

– Taką ideę wdrukowała nam kultura, wychowanie, religia, ale też sposób opisywania swojej seksualności przez poprzednie pokolenia. Tyle że zwykle towarzyszył im brak wiedzy na temat seksu oraz słabe kompetencje komunikacyjne. Jeśli dodamy do tego sporą domieszkę wstydu, poczucia winy i stereotyp, który głosi, że kobieta ma być wierna bez względu na to, co się dzieje w relacji, i jest skazana na to, co zainicjuje partner – to trzeba mieć naprawdę dużo szczęścia, by coś dobrego w sferze seksualnej się wydarzyło. W konsekwencji osoby w średnim wieku, do których i ja się zaliczam, zderzają się dzisiaj z efektem swoistego rozdwojenia. Nauczono nas oczekiwać seksu kosmicznego, a dostajemy seks ziemski. Ale cóż, taki właśnie jest. Na szczęście wiele zależy od tego, co z nim zrobimy.

Alicja Długołęcka przyznaje, że ma dużo pacjentek, które są zawiedzione tym, jak potoczyło się ich życie seksualne. – Często przychodzą do mnie wtedy, gdy mają kochanka, i są rozdarte. Chciałyby mieć więcej przyjemności i kompetencji, rozleglejszą wiedzę – uważają, że dużo im w życiu umknęło. Coraz częściej pojawiają się kobiety, które są w trakcie rozwodu i właśnie zdały sobie sprawę z tego, że przez lata uprawiały seks, z którego nie były zadowolone - mówi Długołęcka.

- Z drugiej strony sporą grupę stanowią kobiety, które nie chcą odejść od swoich mężów czy partnerów. Często byli swoimi pierwszymi i jedynymi kochankami. Czasem partner już je zdradza, a one jego nie. Nieraz nie wiedzą, czy ten związek da się jeszcze rewitalizować, czy może trzeba się pogodzić, że seksu już nie będzie i lepiej postawić na przyjaźń. To, co mnie bardzo boli, to grupa młodych kobiet, koło 30., po jednym lub dwóch porodach, które na poziomie psychosomatycznym mają ogromną niechęć do seksu. Czyli było fajnie, ale od czasu ciąży coś się popsuło. Coraz bardziej zamykają się fizycznie na seks, mają dolegliwości typu wulwodynia (bolesność narządów płciowych), pochwica (niemożność odbycia stosunku) czy obniżenie libido. Zderzenie nierealnych oczekiwań z rzeczywistością i przekonanie, że jeśli jest uczucie, "to wszystko się ułoży" - daje właśnie taki efekt - tłumaczy ekspertka.

Sprowadzeni na ziemię

Jaki zatem powinien być seks, żeby nas satysfakcjonował? – To trochę jak ze zjawiskiem zakochania. Czujemy się wspaniale, kiedy się zakochamy, i to naturalne, że idealizujemy wtedy drugą osobę, ale taki stan nie może trwać wiecznie. Prawdziwa miłość jest inna. Podobnie z seksem - porównuje dr Długołęcka. - Fajnie zaznać komunii ciał i dusz, jednak prawdziwy seks to nie wieczna erupcja wulkanu. Żyjemy z realnymi ludźmi, którzy są cudowni, lecz mają też wiele cech czy zachowań, które niekoniecznie są wadami, ale też nie wprowadzają nas w stan totalnego zachwytu. Zachwyt jest efektem trafienia w stan totalnego zachwytu. Zachwyt jest efektem trafienia w nasze potrzeby, czyli: najbardziej podoba nam się to, co jest z nami zgodne. Zakochanie takie właśnie jest, dość egoistyczne, trzeba przyznać. Tymczasem kiedy kochamy, bierzemy człowieka takim, jaki jest, a nie takim, jaki chcielibyśmy by był.

Jeśli wyobrażasz sobie, że seks to trzęsienie ziemi, i tak zawsze ma być - to się rozczarujesz. Super, jeśli ziemia kilka razy się zatrzęsie, w dodatku doświadczysz tego z człowiekiem, który ma być na całe życie, ale to jest coś, co bywa, a nie jest na stałe. Takie doświadczenia graniczne powodują, że otwieramy się psychicznie i fizycznie na drugiego człowieka, ale nie ma sensu oczekiwać, że tak będzie non stop.

Błędne wyobrażenia na temat seksu dotyczą tylko tego, że zawsze ma być kosmicznie, ale też tego, że kobieta ma czekać na rozkosz, a mężczyzna ma wiedzieć, jak ją wywołać. Do tego dochodzi brak dobrego kontaktu z własnym ciałem, czego też nie jesteśmy uczeni. A jak zauważa ekspertka, nie ma pracy z seksualnością bez pracy z ciałem. Ona sprowadza nas na ziemię. - Seks jest wielką wartością, ale ta wartość wynika z nas, jest naszą częścią, dlatego dobrze, żeby była pozbawiona poczucia wstydu czy winy - tłumaczy dr Długołęcka. - Na pewnym etapie otwarcia się na siebie możemy powiedzieć: "Tak, jestem istotą seksualną i odczuwam podniecenie. To mi się w seksie podoba, a to nie. Mogę czegoś chcieć lub nie, i to jest całkowicie OK. Zmieniam się i moje potrzeby się zmieniają. Umiem o tym opowiedzieć sobie samej, ale też ludziom, z którymi wchodzę w intymne relacje".

Ciało nie kłamie

W seksie często wszystko zaczyna się psuć od pierwszego zaniechania, przemilczenia, ukrycia prawdy o swoich odczuciach. Od tego pierwszego razu, kiedy udasz, że jest ci dobrze. - W ten sposób oszukujesz siebie i partnera, bo on nie wie, że nie sprawia ci przyjemności. A skoro już raz powiedziałaś, że coś jest OK, to nie możesz nagle stwierdzić, że jednak nie jest OK, więc brniesz dalej, wzmacniając i utrwalając błędne zachowanie u partnera. I nie wiadomo właściwie, kiedy się z tego wycofać - wyjaśnia dr Długołęcka.

-Mówimy tu o kobiecej perspektywie, ale tak samo wygląda to z męskiej. Jedno myśli, co drugie myśli, ale tak naprawdę nie wie. To niedomówienie się powiększa, ludzie się od siebie oddalają. Poza tym zmuszając się do niechcianych zachowań, powodujemy napięcia w ciele, które prowadzą do unikania bliskości w ogóle. Tak się tworzą zaburzenia seksualne i dysfunkcje. Seks, w którym zamieszkało zaniechani, jest tym rodzajem seksu, który może prowadzić do rozpadu całkiem fajnych relacji. Nie chodzi mi nawet o kłamstwo intencjonalne, przecież najczęściej nie mówimy prawdy, bo się wstydzimy, lub nie chcemy zrobić przykrości drugiej osobie.

Czyli udany seks jest ziemski, nie z kosmosu, i szczery. Ale szczery w sposób życzliwy, ciepły, oparty na komunikacie "ja". Nie: "ty czegoś nie robisz albo coś robisz", tylko "uwielbiam to, pragnę tego, potrzebuję" czy: "ja mam problem, ja się wstydzę, ja czuję się skrępowana". - Szczerość to powiedzenie komuś, że mamy jakąś tęsknotę, pragnienie albo że jest we mnie jakaś bariera, ale nie umiem jej jeszcze nazwać - mówi Alicja Długołęcka. - Że jest jakaś część mnie, z którą muszę dojść do porozumienia, ale sama, i nie chcę o tym nikomu na razie opowiadać. Jak już się z tym uporam, to wyjaśnię, ale byłabym wdzięczna gdybyś ty, jako partner mi w tym pomógł i gdybyśmy etapami nad tym pracowali.

Taka praca nie tylko zbliża partnerów, lecz bardzo często uzdrawia także inne obszary naszego życia. - Seks to relacja intymna, czyli wyjątkowa i bardzo terapeutyczna. Ciało wysyła wiele ważnych sygnałów, dlatego lubię z nim pracować - mówi ekspertka. - Seks jest oparty na bliskości i zaufaniu, dlatego jeśli ich brak między ludźmi, w tej sferze od razu będzie to zauważalne. Ale w seksie ujawniają się też nasze lęki i napięcia, i tu również mogą być ukojone.

Bezcenna wiedza o sobie

Nawet jeśli kobieta odkrywa przyjemność w relacji przypadkowej, której nie chce kontynuować, i nawet jeśli jej żałuje, to dzięki temu doświadczeniu może odkryć wiele rzeczy o sobie. - Wyobraźmy sobie, że kobieta jest w stałym związku i nagle ląduje w łóżku z kimś, o kim wie, że nigdy nie będzie chciała z nim być, ale w sensie erotycznym wydarza się między nimi coś niesamowitego, coś, czego oboje nie rozumieją - podaje przykład ekspertka. - To wcale nie oznacza, że ona ma od razu pakować walizkę i iść w świat, bo ani z jednym, ani z drugim nie jest w stanie być szczęśliwa - to jedynie informacja o niej samej. Otóż ten człowiek dotknął w niej jakiejś ważnej potrzeby i może - jeśli chciałaby pozostać w związku z partnerem, z którym jest i którego kocha - należałoby żyć w prawdzie i powiedzieć mu o tym, co odkryła. Nie o zdradzie, ale o tym, czego o sobie się dowiedziała. Chciałabym być dobrze zrozumiana: do takich odkryć nie dochodzi jedynie w trakcie romansu, często jest to rezultat wejrzenia w siebie, zmiany w życiu, emocjonalnego impulsu, skontaktowania się ze swoimi potrzebami, własnym erotyzmem.

Bo w związku, czyli także w seksie, trzeba co jakiś czas aktualizować informacje o sobie - wszyscy się przecież zmieniamy. I im bardziej od serca powiemy, na czym polega ta zmiana, to tym bardziej będzie to wartościowe dla związku i dla relacji seksualnej. I na odwrót, zmiany w innych sferach też przekładają się na jakość seksu. To, że on się od ciebie oddala, wcale nie musi oznaczać, że go już nie pociągasz, tylko że na przykład obawia się utraty pracy, ma spadek nastroju albo czuje się gorzej fizycznie.

Jak pracować nad seksualnością?

-Pierwszym krokiem, zwłaszcza dla kobiety, jest to, by pomyśleć tylko o sobie, dać sobie odrobinę przestrzeni w ciągu dnia, kiedy własna seksualność będzie ważna - mówi dr Alicja Długołęcka. - Nie jest tak, że mamy czuć się pożądane wyłącznie wtedy, kiedy partner nas skomplementuje albo ktoś na ulicy się za nami odwróci i popatrzy z uznaniem, nie - seksualność jest wewnątrz nas. Warto to źródło znaleźć i nauczyć się je karmić.

Co to znaczy? Że robimy kolejny krok - w stronę własnej wyobraźni. Każdego co innego rozbudza, ale to nasza jednostkowa i niepowtarzalna wyobraźnia porusza ciało - w ten sposób możemy się z nim skontaktować i dopiero wtedy poprzez ciało pracować nad seksualnością. Trzeci krok to podarowanie sobie realnego czasu na to, co zmysłowe i pobudzające. Praca nad swoją seksualnością to tak naprawdę praca nad odbieraniem życia wszystkimi zmysłami. Nie tylko dawaniem i obdarzaniem, ale też przyjmowaniem, chłonięciem.

-Bądźmy wdzięczni naszemu ciału za to, że jest sensualne, czyli seksualne, bo dzięki niemu, ale i poprzez nie przeżywamy najcudowniejsze momenty, które wiążą się z przeżywanie świata, a więc także relacji z innymi ludźmi - mówi dr Alicja Długołęcka.

Dr n. hum. ALicja Długołęcka: pedagożka i edukatorka seksualna. Wykładowca na Wydziale Rehabilitacji w Warszawie, gdzie prowadzi zajęcia z psychosomatyki i rehabilitacji seksualnej. Wykładowca na Podyplomowych Studiach Wychowania Seksualnego na Uniwersytecie Warszawskim.

Newsletter

Psychologia, związki, seks, wychowanie, świadome życie
- co czwartek przegląd najlepszych artykułówZapisz się

  1. Seks

Wielkie kochanice. Kim były? Jaką miały wiedzę o mężczyznach?

Francois Boucher, Madame de Pompadour (Jeanne-Antoinette Poisson; 1721-1764) – markiza, metresa króla Francji Ludwika XV. Organizatorka rautów i balów na dworze królewskim w Wersalu, protektorka artystów, pisarzy i filozofów (fot. BEW)
Francois Boucher, Madame de Pompadour (Jeanne-Antoinette Poisson; 1721-1764) – markiza, metresa króla Francji Ludwika XV. Organizatorka rautów i balów na dworze królewskim w Wersalu, protektorka artystów, pisarzy i filozofów (fot. BEW)
Kleopatra, Katarzyna Wielka, madame de Pompadour, madame Récamier... Potrafiły zauroczyć mężczyzn, ale były nie tylko kochankami. Kobiety, którym udało się przebić do podręczników historii, były wybitnymi znawczyniami ludzkiej duszy. Czego możemy się od nich nauczyć? - wyjaśnia psychoterapeutka Katarzyna Miller.

Zacznijmy od Kleopatry. Była jedną z najlepiej wykształconych kobiet swoich czasów. Miła w obejściu, wręcz ujmująca. Ale, jak pisze Plutarch, urodziwa nie była.
Kobieta, dla której mężczyźni tracą głowę, nie musi się wszystkim podobać. Ale powinna emanować czymś szczególnym. Uroda dla mądrych ludzi nie jest kwestią rysów twarzy czy młodości. Ale tego, co promieniuje z wnętrza człowieka. Jak kobieta ma błysk w oku, żywe ruchy, jest ciekawa świata, ma coś do zrobienia w życiu, to jest ujmująca. I o wielu znanych kobietach mówiono, że ujmowały wiedzą, wdziękiem.

Madame Récamier na portrecie pędzla Davida ma małe oczy i długi nos...
I dlatego nie ma się co przejmować, jeśli nie wyglądamy jak modelka. Zez, trochę krzywy nos czy nogi – to nawet może być nasz feblik, czyli coś, co bierze. Wielkie kochanice były przede wszystkim żywymi osobami. Traktowały siebie jak bohaterki swojego życia. Przeżywały prawdziwe emocje, znały swoje potrzeby i miały plany. Zdobywały mężczyzn nie tylko seksualnością, lecz także umiejętnością rozmowy o tym, co ich interesowało. Tajemnica tkwiła w tym, że wnosiły w relacje z mężczyznami dokładnie to, czego oni potrzebowali, marzenie o idealnej kobiecie, czyli kochance-przyjacielu.

Kleopatra z Juliuszem Cezarem grała w kości, jeździła na polowania. Z Markiem Aureliuszem chodziła w nocy po mieście przebrana za służącą, piła i bawiła się.
Przy kobiecie, która w pełni jest człowiekiem, bo ma rozwinięty nie tylko kobiecy, ale i męski aspekt osobowości, mężczyzna nie musi być nadmiernie męski. Może stawać się ludzki. Rozwijać wrażliwość, czułość, opiekuńczość. A Kleopatra, podobnie jak inne kochanice, musiała dysponować na równi intuicją i rozumem. Przeżywać prawdziwe uczucia, ale też nad nimi panować. Trzeba tu wspomnieć o królowej Elżbiecie, która właśnie panując nad emocjami, stworzyła kwitnące państwo. Umiała siebie powściągać, choć jej ojciec Henryk VIII był seksoholikiem i mordercą. I to ona wydźwignęła swój kraj.

Czyli panowania nad emocjami warto się uczyć.
Wielkie kobiety wiedzą, czego chcą i jak to osiągnąć. Potrafią opanować to, co się nazywa kobiecą emocjonalnością i co zwykle przeszkadza nam zrealizować plany. Pracując z kobietami, często podkreślam: Macie cudowny dostęp do uczuć. Ale więcej myślcie! Zastanawiajcie się, jak osiągnąć cel. Korzystajcie z doświadczeń. Myślcie o tym, co czujecie i dlaczego właśnie to, zamiast ślepo ulegać emocjom. Zastanówcie się też: kim jest ten mężczyzna? A nie tylko: czego ja od niego chcę? Zakochanie sprawia, że nie widzimy człowieka, tylko nasze wyobrażenie o nim. Ale mądre kobiety, nawet kiedy są zakochane, widzą, jaki naprawdę jest ten, którego kochają. Tymczasem my pozwalamy, by sterowały nami uczucia: kiedy mężczyzna przynosi kwiaty, jesteśmy szczęśliwe. Spóźnia się – martwimy się. Uśmiecha się – żyjemy! Odwraca – znikamy. Takie kobiety nazywa się kobiecymi, ale one rezygnują z wpływu na swoje życie. A mężczyźni i tak tracą głowę dla tych, które im imponują. Dla kochanic.

Plutarch pisał, że Kleopatra potrafiła pochlebstwami uwieść każdego. Czy była wielką manipulantką?
Często mówię kobietom: „wasi mężczyźni potrzebują zachwytu, tak jak i wy. Chcą, żeby mówić im miłe, ale prawdziwe rzeczy”. W sztuce „Apollo z Bellac” narrator poucza bohaterkę, że każdy mężczyzna uwierzy w to, że jest piękny. Ja myślę, że uwierzy w to, że się podoba. A mądra kobieta potrafi dostrzec jego mocne strony. Zrozumieć też, czego on się boi, czego pragnie. Dlatego on czuje się w jej towarzystwie luksusowo.

Ale czy to uczciwe?
A czemu ma być nieuczciwe wspieranie tego, co w mężczyźnie dobre? Każdy coś takiego ma. Kiedy słyszę: „Mój mąż akurat nie”, mówię: „To niemożliwe, gdyby miał tylko wady, nie byłabyś z nim”. No, ale kiedy kobieta odkryje, że jednak jej mąż ma jakieś zalety, to znów dziwi się: „To ja jeszcze mam pracować i nad tym, żeby on czuł się dobrze!?”. No tak! Bo po pierwsze: ktoś musi zacząć. A po drugie: jak on będzie się czuł dobrze, to ty też, bo najprawdopodobniej będzie dla ciebie milszy.

Wielkie kochanice potrafiły osiągać swoje cele, panując nad emocjami. Czy tylko dzięki temu były niezwykłe?
Miały poczucie wpływu na swoje życie. Potrafiły poczekać na to, czego chciały. Postarać się. Dostrzec związek między swoimi działaniami a tym, czy uda im się zdobyć to, czego pragną. Wiedziały, że niekoniecznie musi im się udać, ale że warto zrobić to, co możliwe, żeby się udało. Tymczasem wiele kobiet myśli, że one nic nie mogą, że wszystko zależy od mężczyzny. Jeśli on nie kocha, to koniec. Kochanice wiedziały, że warto zrobić coś, żeby jednak pokochał. Potrafiły planować: „najpierw poznam go, zaciekawię i już będę trochę bliżej celu”. Były cierpliwe i skupione na realizacji swoich zamierzeń, gdy tymczasem wiele kobiet tego nie potrafi – od dziecka jesteśmy uczone godzić się na to, co los nam przyniesie.

Kobiety, które walczą o miłość, są przedstawiane jako czarne charaktery. Bo o miłość się nie walczy. Ona przychodzi, mówiąc metaforycznie: jak tchnienie anioła.
Nie anioła, tylko mężczyzny. Bo jak on pokocha, to jest miłość. Jak nie, to nie ma. Tak czuje większość kobiet. A to, że kobiecie nie wolno starać się o kogoś, to patriarchalny mit. Sposób na ogłupienie, zrobienie z kobiet biernych istot, które same nie podejmują żadnych działań, pozwalają mężczyznom się wybrać. Wielkie kochanice nie dały się ogłupić. Wiedziały, że mają wpływ na to, kiedy i jaką miłość przeżyją, że mogą wybrać mężczyznę. Madame de Pompadour zdobyła Ludwika XV, a Kleopatra nie tylko uwiodła Cezara, ale i Marka Aureliusza.

No właśnie! Uwiodły. My o ich sile ducha, a tymczasem o Kleopatrze mówili, że w swoich strojach i klejnotach wyglądała jak bogini.
To nie była dziewczyna z ulicy, którą mężczyzna dostrzega, bo ona jest śliczna. Kiedy spotkała Cezara, była królową Egiptu. Olśniewała. Umiała wykorzystywać swoje atuty. Ale w tym nie ma nic złego. Przeciwnie, takie zachowanie podpowiada nam rozum.

Rozum rozumem, ale piszą, że Kleopatra była też królową oralnej miłości.
Dla mężczyzn to ma ogromne znaczenie. I nie chodzi tylko o szczególną technikę seksualną. Dla nich ich penis, kogut, tygrys to oni sami. Dlatego ważne jest, jak kobieta go traktuje. Czy go kocha? Czy może się brzydzi? Czy chce brać do ust? Jeśli tak, to mężczyzna czuje, że ona go naprawdę chce. Seks z taką kobietą to dla niego niezwykłe przeżycie. Ale nie tylko. Związek z kobietą, która go przyjmuje, docenia i która dzięki niemu jest szczęśliwa, staje się dla mężczyzny sensem życia.

Katarzynę Wielką po śmierci Aleksandra Łanskoja pocieszało dwóch kochanków.
Katarzyna była seksoholiczką. Wybierała kochanków spośród gwardzistów, kierując się wypukłością ich rozporka. Czasem jednego, czasem kilku na jedną noc. Była chyba jedyną znaną kobietą w historii, która korzystała z władzy dla uciech seksualnych. Jawnie czyniła rozpustę. Oczywiście, nieustająca pogoń za seksem to ucieczka. Ale jest coś imponującego w tym, że w czasach, kiedy kobiety nie miały żadnych praw, ona je sobie dała. Zaakceptowała swoją rozbuchaną seksualność. Od niej też możemy się jednak czegoś nauczyć, tego, że mamy prawo do bycia jawnie istotą seksualną. A nas nadal przeraża to, że inni mogliby o naszej seksualności wiedzieć i mówić. Nie bójmy się, seksualność jest zaletą kobiety.

Katarzyna poznała Łanskoja, mając 50 lat. A madame de Pompadour była już żoną i matką, kiedy na balu maskowym poznała Ludwika XV.
Kobieca seksualność rozwija się w nieskończoność, a więc im kobieta starsza, tym bardziej jest otwarta na seks i silniej go przeżywa. Wie już też, że z mężczyzną ma się dobrze czuć. Nie fantazjuje o tym, że on ma być wysoki i niebieskooki. Zdradzone kobiety często dziwią się, jak ich mąż mógł odejść do kobiety starszej i brzydszej niż one. Nie ma czemu się dziwić. On po prostu spotkał interesującą, fascynującą towarzyszkę, partnerkę.

Czyli podejście do życia też było ich tajemnicą. Słynne: „żyjemy hucznie i wesoło, a po nas choćby potop…”, przypisuje się madame de Pompadour.
Nie chodzi o hedonizm, tylko o to, by to, co teraz się dzieje, było najważniejsze. Mistrzostwo życia polega właśnie na tym: jak idę na bal, to po to, by się bawić. Jak się kocham, to tylko to się liczy. A jak rozmawiam, to po mistrzowsku. Francuzi nazywają to „esprit”, ten błysk, celność riposty. Damy, które tak jak madame de Pompadour czy Récamier prowadziły w Paryżu salony, były erudytkami. Bywali u nich Wolter, Diderot, Monteskiusz, Chateaubriand. Miały ambicje, by kształcić się i rozwijać. I sięgać po władzę! Stawały się przecież kochankami władców, żeby rządzić. Mieć wpływ na los swój i swojej rodziny, zdobyć majątek, pozycję. Od wielkich kochanic powinnyśmy się nauczyć, że mamy rządzić swoim życiem, kierować się ambicją, sięgać po to, czego pragniemy, także po władzę.

No właśnie ambicja! My się jej boimy. Słyszymy, że nasza ambicja jest zła, krzywdzi dzieci, rozbija rodzinę.
Mówimy tak, gdy komuś zazdrościmy tego, do czego dzięki ambicji doszedł. Nasze życie spełnia się właśnie wtedy, gdy zdobywamy to, na czym nam zależy. Dziś naszym największym problemem jest to, że nie sięgamy po władzę polityczną. Bo nam wmówiono, że tylko te, których nikt nie kocha, pchają się do góry. I tak „ambitna” ma się łączyć z „nieatrakcyjna, samotna”.

Ale skoro ambicja nam nie szkodzi, to czemu wiele ambitnych kobiet jest samotnych?
Jak się kobieta zajmie pracą, to na bok idzie seks. Rodzice coraz chętniej wspierają ambicje intelektualne córek, ale nadal nie wspierają ich rozwoju seksualnego. I dlatego kobiety nadal mają kłopot z równowagą. Nieświadomie zakładają, że albo kariera, albo seksualność. Skąd mogą wiedzieć, że nie muszą wybierać. Tylko po cichutku mówi się, że Curie-Skłodowska miała kochanka, a gdy Piotr zginął pod kołami dorożki, znalazła nowego partnera. Była seksualną kobietą. W szkołach nie uczy się nas, że Konopnicka pisała świńskie wierszyki. Mamy pseudowyzwolenie, bo nadal obowiązuje podział na żony i ladacznice, tyle że w wersji: albo naukowczyni, albo kochanka. A trzeba być kobietą całą gębą. Istotą intelektualną, kreatywną i seksualną. Wielkie kochanice takie były. Żyły intensywnie na każdym poziomie.

Newsletter

Psychologia, związki, seks, wychowanie, świadome życie
- co czwartek przegląd najlepszych artykułówZapisz się