1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Seks
  4. >
  5. Siedem etapów miłości według Deepaka Chopry - etap piąty: poddanie

Siedem etapów miłości według Deepaka Chopry - etap piąty: poddanie

Zobacz galerię 1 Zdjęć
Ten etap jest testem autentyczności naszych uczuć. Prawo PODDANIA głosi, że prawdziwie możemy poddać się miłości, która jest w nas i którą czujemy do siebie i do kochanka. Nie pomylmy tego z oddaniem się drugiej osobie.

Jak rozpoznać, czy prawdziwie poddaliśmy się uczuciom? Poprzez przyjrzenie się przeciwieństwu poddania. To uwiązanie, inaczej uzależnienie od drugiej osoby. Kiedy kogoś potrzebujemy, mamy oczekiwania, liczymy, że dzięki związkowi nasze życie będzie wyglądało tak a nie inaczej, nie poddajemy się miłości. Wówczas nasze wspólne życie przypomina kalkulację, rodzaj handlu wymiennego. Jak się wtedy zachowujemy?

  • Mniej lub bardziej świadomie stawiasz sobie pytania: „Co mogę dzięki temu zyskać?”, „Co mogę zdobyć dla siebie?”, „Chcę, żeby mój partner zapewnił mi poczucie bezpieczeństwa”, „Nie mogę bez niego żyć”. Kiedy tak myślisz, kieruje tobą lęk, który jest przeciwieństwem miłości. Masz względem partnera wymagania, żeby był na przykład bardziej męski lub zaradny albo odwrotnie - wrażliwy. Nie akceptujesz go takim, jakim jest. Chcesz żyć obrazem na jego temat, jaki w sobie nosisz. W ten sposób go zdradzasz.
  • Nie ma między wami zaufania. Jedna lub dwie strony kontrolują siebie nawzajem, za takim postępowaniem kryje się lęk przez porzuceniem, poczucie że nie jest się dość dobrym.
  • Przypochlebiasz się partnerowi, bo boisz się że gdy tego nie będziesz robić, on odejdzie. Podziwiasz go za to, do czego sama nie masz dostępu. Jeśli chwalisz go na przykład za zawodowe ambicje, sama potrzebujesz odnaleźć je w sobie. W ten sposób uciszasz swój wewnętrzny krytyczny głos kosztem drugiej osoby.
  • Manipulujesz, bo nie ufasz swoim uczuciom. Wydaje ci się, że musisz coś ukrywać, coś wymuszać, nalegać, błagać, kusić. A to z tego powodu, że boisz się odmowy, nie czujesz własnej wartości, nie wierzysz że możesz być kochana.
Kochankowie w stanie poddania wykazują pewne konkretne cechy:
  • Opierają się porywom gniewu i strachu. Czyli nie ranią się podczas awantur czy cichych dni. Ich gesty wobec siebie nie są podszyte lękiem, są szczere.
  • Mają w sobie dużo optymizmu. Wierzą, że wszechświat jest po ich stronie, że życie jest bezpieczne.
  • Wykazują wobec siebie otwartość. Rozpoznają uczucia swoje i drugiej osoby. Wystarczy spojrzenie czy wsłuchanie się w ton głosu ukochanej osoby i już czują o co chodzi.
  • Uważają, że wystarczy być sobą. Nie zakładają wobec siebie masek.
  • Ich miłość jest tkliwa, dużo w niej romantyzmu (ale nie sentymentalizmu), łagodności. Potrafią ją sobie okazywać.
Deepak Chopra twierdzi, że poddanie jest bardzo bliskie świętości. Duchowi nauczyciele ze Wschodu głoszą, że jesteśmy jednością, bo jesteśmy połączeni duchem. Wszystko co dajemy drugiej osobie, dajemy sobie i odwrotnie - miłość własna wraca do nas, bo wtedy ktoś inny nas nią obdarowuje. Dzieje się to za sprawą naszego połączenia. Dlatego wystarczy poddać się uniwersalnemu uczuciu miłości, a nie drugiej osobie. Samo oddanie się komuś powoduje coś w rodzaju niewolnictwa dwóch osobowości, to egocentryczny czyn, który oddziela nas od miłości. Prawdziwe poddanie powoduje utratę ego. To tak jakbyśmy tracili granice, które oddzielają nas od prawdziwego czucia siebie i ukochanej osoby.

Więcej w książce „Kamasutra i siedem duchowych praw według Deepaka Chopry”, wydawnictwo Septem

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Miłość symbiotyczna. Gdy jesteśmy uzależnieni od partnera

Musimy zrozumieć, że partner nie jest naszym życiem, tylko jego częścią. Całkowite zaabsorbowanie inną osobą prowadzi nie tylko do jej wymęczenia i w konsekwencji oziębłości, ale przede wszystkim szkodzi kochającemu „za mocno” partnerowi. (Fot. iStock)
Musimy zrozumieć, że partner nie jest naszym życiem, tylko jego częścią. Całkowite zaabsorbowanie inną osobą prowadzi nie tylko do jej wymęczenia i w konsekwencji oziębłości, ale przede wszystkim szkodzi kochającemu „za mocno” partnerowi. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 1 Zdjęć
„Chciałabym przebywać z nim cały czas, każdą wolną chwilę staram się poświęcić jemu. Cokolwiek bym robiła, muszę wiedzieć, że jest obok. Chcę zasypiać przy nim, budzić się i odpoczywać przy nim. Jest moim życiem. Niczego więcej nie potrzebuję”. Co myślicie o takim wyznaniu? Wielka miłość czy szaleństwo? Relacje z taką osobą mogą stać się prawdziwą próbą. Nawet jeśli ktoś uwielbia gruszki, po tygodniu gruszkowej diety za pewne będzie miał ich dosyć. Z czego więc wynikają i do czego prowadzą absorbujące relacje?

W zdrowym związku partnerzy potrafią istnieć osobno jako dwie różne istoty, mające inne zainteresowania, pragnienia i cele. Każdy z nich prowadzi w pewnym stopniu własne życie i jest świadomy swojej odrębnej tożsamości. Potrzebujemy jakiejś przestrzeni, miejsca, w którym moglibyśmy pobyć zupełnie sam na sam ze swoim ja; tak zwanej odskoczni w postaci hobby czy innych aktywności. Musimy zrozumieć, że partner nie jest naszym życiem, tylko jego częścią. Całkowite zaabsorbowanie inną osobą prowadzi nie tylko do jej wymęczenia i w konsekwencji oziębłości, ale przede wszystkim szkodzi kochającemu „za mocno” partnerowi.

Niedojrzałość emocjonalna wyraża się między innymi w niemożności bycia samemu, lękach przed samotnością i opuszczeniem. Jeśli nie nauczyliśmy się żyć w zgodzie z najbliższym i najlepiej znanym nam człowiekiem – sobą, to jak możemy zbudować relacje z kimś innym? Jeśli małżeństwo jest ucieczką od samotności, lekiem na nierozwiązane problemy, próbą poprawy własnego życia, wówczas jest duża szansa, że trudności nie pozwolą na siebie długo czekać. Partner nie sprawi, że nagle poczujesz się piękna, jeśli sama w to nie uwierzysz, nie wniesie w twoje życie urozmaicenia, jeśli sama nie zadbasz o wasz wspólny czas, nie uczyni, że twój pesymizm i czarnowidztwo nagle cię opuszczą, jeśli nie zaczniesz się uśmiechać. Zadbaj najpierw o siebie, o swój rozwój, swoją codzienność, stwórz własny niepowtarzalny świat i dopiero wtedy zaproś do niego partnera. Nie odcinaj się od przyjaciół, miej czas na rodzinę, nie zaniedbuj zainteresowań. Partner nie powinien być lekiem na wszystkie twoje problemy. Nie jest on też bezwarunkowo kochająca matką, ani psychoterapeutą czy telepatą, zgadującym twoje myśli i marzenia. Miłość jest wolnościowym związkiem dwojga niezależnych osób, a nie symbiozą.

Niestety, wiedza nie zawsze pomaga w budowaniu bezpiecznej i zdrowej więzi. Niektóre osoby potrzebują głębokiej pracy nad sobą oraz wsparcia specjalistów. Problemy tego typu rodzą się w naszym dzieciństwie, a konkretnie przed 3 rokiem życie, kiedy jest kształtowany styl przywiązania do opiekuna. Jednym z takich stylów, który jest odpowiedzialny za nadmierną absorbcję w związku, jest przywiązanie lękowo - ambiwalentne. Takie osoby czują ogromna potrzebę bliskości, są jakby „przyklejone” do swoich parterów, ale jednocześnie odczuwają lęk przed odrzuceniem. Im chęć bliskości jest większa, tym większy jest strach przed związkiem. Za przykład mogą posłużyć Dorosłe Dzieci Alkoholików, u których potrzeba bliskości jest bardzo duża, ale brakuje w tym wszystkim poczucia bezpieczeństwa. Są to często osoby o niskiej samoocenie, które nie wierzą w to, że zasługują na miłość. Stąd też pojawiają się ciągłe żądania deklaracji uczuć i dowodów zaangażowania w związek partnera. Zewnętrzny świat ukochanej osoby staje się zagrażający, gdyż odciąga on uwagę od partnera. Osoba o przywiązaniu lękowo - ambiwalentnym nie potrafi dzielić się małżonkiem z kimkolwiek innym i wymaga całkowitego, bezwarunkowego poświęcenia się. Takie relacje powodują u drugiej osoby niechęć i frustracje, co w konsekwencji jeszcze bardziej pogłębia lęk i obniża samoocenę partnera kochającego „za mocno”. Okazuje się, że wymagania nie są realne i druga osoba nie jest w stanie im sprostać. Takie relację są podobne do huśtawki, która rozpędza się sięgając swojej możliwie najwyższej pozycji i potem nagle spada w dół.

Jeśli wydaje ci się, że zauważyłaś sporo podobieństw we własnym zachowaniu, to jest to dobry moment na głęboką refleksję nad tym, jak wyglądają twoje relacje z partnerem. Czego się boisz? Co czujesz? Czego wymagasz? Czego potrzebujesz? Świadomość i akceptacja problemu zawsze jest początkiem zmiany na lepsze. Nie bój się przyznać przed sobą, że nie jesteś idealna, gdyż idealne relacje nie istnieją.

  1. Psychologia

Rozpamiętywanie w związku – sposób na zniszczenie relacji

Związki to jeden z najczęściej rozpamiętywanych obszarów. Wiele kobiet poślubiając partnera, tak naprawdę poślubia zmartwienia – to one przysłaniają im drugą osobę i relacje z nią. Co wpędza nas w pułapkę rozpamiętywania? (fot. iStock)
Związki to jeden z najczęściej rozpamiętywanych obszarów. Wiele kobiet poślubiając partnera, tak naprawdę poślubia zmartwienia – to one przysłaniają im drugą osobę i relacje z nią. Co wpędza nas w pułapkę rozpamiętywania? (fot. iStock)
Zobacz galerię 1 Zdjęć
Kobiety, które uzależniają wszystko od zadowolenia partnerów i podtrzymania związku z nimi, są szczególnie podatne na częste rozpamiętywanie. Niewielka oznaka niezadowolenia ze strony partnerów wpędza je w spiralę zmartwień: „Co to znaczy? Co on czuje? Co mogę zrobić, by to naprawić?”. W głębi serca mogą mieć za złe swoją zależność od partnera, a poczucie, że nie są doceniane za wszystko, co robią, napędza ich rozpamiętywanie – pisze Susan Nolen-Hoeksema w swojej książce „Kobiety, które myślą za dużo. Jak uwolnić się od nadmiernego myślenia i osiągnąć spokój”.

Kobiety, które uzależniają wszystko od zadowolenia partnerów i podtrzymania związku z nimi, są szczególnie podatne na częste rozpamiętywanie. Niewielka oznaka niezadowolenia ze strony partnerów wpędza je w spiralę zmartwień: „Co to znaczy? Co on czuje? Co mogę zrobić, by to naprawić?”. W głębi serca mogą mieć za złe swoją zależność od partnera, a poczucie, że nie są doceniane za wszystko, co robią, napędza ich rozpamiętywanie – pisze Susan Nolen-Hoeksema w swojej książce „Kobiety, które myślą za dużo. Jak uwolnić się od nadmiernego myślenia i osiągnąć spokój”.

Wśród respondentów naszych badań jednym z najpowszechniejszych tematów rozpamiętywania były relacje prywatne – z partnerami, małżonkami czy sympatiami. To, że związki tego rodzaju są często obiektem zmartwień, jest logiczne. Relacje prywatne leżą w samym centrum naszego poczucia tożsamości. Patrzymy na siebie przynajmniej w części oczami naszych partnerów, a oni świadczą o nas. Można więc zrozumieć, dlaczego martwimy się, co o nas myślą, w jakiej kondycji jest nasz związek, dokąd zmierza, dlaczego nasi partnerzy zachowują się tak, jak się zachowują, jak ich uszczęśliwić i co inni o tym wszystkim myślą.

Analizowanie relacji prywatnych to dobry pomysł, jeżeli prowadzi do identyfikacji problemów i podejmowania działań naprawczych albo jeżeli po prostu cieszysz się świadomością, że w twoim związku dzieje się fantastycznie. Rozpamiętywanie może jednak sabotować związek na każdym kroku – kiedy próbujemy wybrać partnera, chodzimy na randki, składamy sobie obietnice, kiedy mamy dzieci. Trendy historyczne, które doprowadziły do epidemii rozpamiętywania u obecnych pokoleń, sprawiają, że jest ono szczególnie niebezpieczne w kontekście związków.

Jeżeli nie wiemy, kim jesteśmy ani jakie są nasze fundamentalne przekonania, wybór dobrego partnera życiowego utrudniamy sobie już na początku. W powiedzeniu „przeciwieństwa się przyciągają” jest wprawdzie ziarno prawdy, w większości związków długoterminowych dwójka ludzi ma podobne przekonania i zainteresowania. Daje im to podstawę do podejmowania ważnych decyzji, na przykład na co wydawać pieniądze czy jak wychowywać dzieci. Dzięki temu mają też zrozumienie i szacunek dla swoich wzajemnych opinii i zainteresowań, a to ważne źródło zaufania i przyjaźni oraz podstawa dla wspólnych aktywności.

Kiedy jednak żyjemy w próżni wartości, zbyt łatwo dajemy się czasem przekonać opiniom innych (i mediów), jak poznać dobrego kandydata na partnera. Jeżeli poczucie uprzywilejowania wzięło nad nami górę – „Zasługuję na mnóstwo pieniędzy, przystojnego partnera i na to, by robić to, na co mam ochotę” – ograniczamy się do oceny potencjalnych partnerów na podstawie powierzchownych kryteriów, jak na przykład status społeczny, dochody, atrakcyjność albo to, jak bardzo irytuje naszych rodziców. Bez ustanku rozpamiętujemy, czy ta osoba spełnia nasze oczekiwania albo czy – jeżeli będziemy kontynuować związek – dostaniemy od życia to, czego chcemy.

Kiedy już wybierzemy partnera, możemy odkryć, że społeczna obsesja wywyższania się i doraźnych rozwiązań głębokich problemów emocjonalnych utrudnia budowę związku. W razie problemów łykamy antydepresanty, pijemy albo zaczynamy szybko rozważać separację czy rozwód. Jeżeli czujemy się w związku jak w pułapce albo seks nie do końca przynosi nam satysfakcję, zdrada wydaje się łatwym rozwiązaniem pragnienia zaspokojenia emocjonalnego i fizycznego. Jeżeli mamy za sobą rozpad kilku związków, przechodzimy z romansu w romans albo bezustannie kłócimy się z partnerem, to zaczynamy rozpamiętywać, co jest z nami nie tak, że nie udaje nam się utrzymać związku.

Nawet gdy nie mamy konfliktu z partnerem czy mężem, kultura zapatrzenia w siebie zachęca nas do nieustannego analizowania związku, weryfikowania jego stanu, rozważania zmian i odchyłów od normy i martwienia się o „spadek temperatury”. Kolorowe magazyny to źródło niekończących się quizów, które diagnozują stan naszych relacji, i nigdy jakoś nie udaje nam się w nich dostać najwyższej liczby punktów. Wyznacza się nam nieosiągalne standardy w każdej dziedzinie, począwszy od ilości i jakości uprawianego seksu po głębię relacji duchowej. Jeżeli brak nam silnych wartości, które pomogą w zrozumieniu relacji i docenieniu ich, jesteśmy szczególnie podatne na presję zewnętrzną i rozpamiętywanie, które jest jej skutkiem.

Kobiety znacznie częściej niż mężczyźni rozpamiętują relacje prywatne

Kobiety są podatne na rozpamiętywanie wszelkiego rodzaju relacji, w tym relacji z rodzicami i innymi członkami rodziny oraz związku z dziećmi.
Relacje z mężami i partnerami są szczególnie powszechnym powodem zamartwiania się, bo kobiety są często zależne od nich zarówno pod względem finansowym, jak i psychologicznym.
Wprawdzie jako grupa kobiety są dziś w znacznie większym stopniu niezależne finansowo od partnerów niż parędziesiąt lat temu, byt wielu kobiet i ich dzieci w dalszym ciągu uzależniony jest od dochodu mężczyzny. Tego rodzaju zależność motywuje kobiety, by akceptować wiele negatywnych elementów związku – od zdystansowania emocjonalnego po przemoc fizyczną czy seksualną. Kobieta tkwi w takim związku jak w pułapce, ale chce chronić siebie i dzieci, jest więc hiperwyczulona na oznaki niezadowolenia partnera – czy to z niej, czy w sensie ogólnym. Nie może sobie pozwolić na porzucenie go, a chce uniknąć przemocy, miarkuje więc każde słowo i kontroluje własne zachowanie z nadzieją, że go zadowoli, a przynajmniej uspokoi. Między interakcjami z partnerem próbuje wymyśleć sposoby, jak go ugłaskać – a może i jak go porzucić. Jeżeli jednak brak jej wykształcenia, umiejętności zawodowych i wsparcia otoczenia, a szczególnie gdy boi się reakcji partnera na próbę odejścia, będzie trwać przy nim, trzęsąc się ze strachu w jego obecności i rozpamiętując pod jego nieobecność.

Nawet gdy kobieta nie jest finansowo uzależniona od partnera, może być uzależniona psychologicznie. Być może potrzebuje jego akceptacji lub trwałości związku, by mieć o sobie dobre zdanie. Być może nie wie, jak określić własną tożsamość poza związkiem. Takie uzależnienie sprawia, że kobieta monitoruje każdy aspekt relacji – dlaczego on był dziś rano taki zły? Czy zrobiłam coś nie tak? Czy jest szczęśliwy w tym małżeństwie? Jak mogę sprawić, by był bardziej szczęśliwy? Naturalnie warto co pewien czas przyjrzeć się własnemu związkowi, ale gorączkowa analiza i chroniczne napady rozpamiętywania przynoszą więcej szkody niż pożytku. Przede wszystkim mogą partnera zniechęcić.

Psycholodzy Thomas Joiner z Uniwersytetu Stanowego Florydy i James Coyne z Uniwersytetu Pensylwanii opisali negatywne cykle interakcji, do których dochodzi, gdy jedno z partnerów nieustannie domaga się otuchy od drugiego. Niepewna siebie partnerka ciągle prosi o zapewnienia, że partner ją kocha i rozumie. Jej partner stara się dodać jej otuchy, ale to jej nie wystarcza, co może być dla niego źródłem frustracji i irytacji, a to z kolei napędza jej niepokój, więc w efekcie znowu pyta go w kółko, czy on ją na pewno kocha. On zaczyna się nad tym zastanawiać, ale może czuć się winny i przysięga, że ją kocha. Ona dostrzega jego irytację i ewentualne poczucie winy, martwi się jeszcze bardziej i wytyka mu, że jej zdaniem on jej jednak nie kocha. On irytuje się jeszcze bardziej i albo się wycofuje, albo wybucha. Cała rozmowa to dla niej doskonała pożywka do rozpamiętywania.

Nawet jeżeli zależność psychologiczna nie prowadzi do tak destrukcyjnych relacji z partnerem, może sprawić, że kobieta zacznie podejmować złe decyzje w sprawie związku. Podczas napadów rozpamiętywania może dostrzegać w relacji tylko problemy, a nie jasne strony, a przez to stracić motywację do pracy nad nią. To z kolei może sprawić, że zrezygnuje ze związku, który da się i warto ratować.

Rozpamiętywanie czasem też wiąże się z obwinianiem się i pogardą dla siebie samej. Kobieta może dojść do wniosku, że nie jest godna miłości albo niezdolna do stworzenia dobrego związku, a to prowadzi do różnorodnych zachowań autodestrukcyjnych, jak kompulsywne jedzenie, nadużywanie alkoholu, myśli samobójcze czy pozostawanie w złym dla niej związku, ponieważ jest przekonana, że nie stać jej na nic lepszego.

  1. Psychologia

"Kocham cię" i "odejdź". Współuzależnienie w związku

Zdaniem terapeutki Pii Mellody współuzależnienie w związku następuje wtedy, gdy jedna strona koncentruje się na partnerze i relacji, podczas gdy druga stara się unikać bliskości. (Fot. iStock)
Zdaniem terapeutki Pii Mellody współuzależnienie w związku następuje wtedy, gdy jedna strona koncentruje się na partnerze i relacji, podczas gdy druga stara się unikać bliskości. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 1 Zdjęć
Życie we współuzależniającym związku jest bardzo trudne. Ale ma też swoje ukryte korzyści. Emocje przesłaniają wszystko – z rzeczywistością na czele. A osoby współuzależnione nie chcą się z nią konfrontować. Szukają celu w drugim człowieku, łudzą się, że wypełni pustkę w ich życiu i rozwiąże problemy. Taka wizja miłości prowadzi tylko do cierpienia.

Współuzależnienie z boku może wyglądać jak zabawa w kotka i myszkę. Tymczasem tak naprawdę związek, w którym uruchamia się tego rodzaju dynamika, przypomina pole bitwy. Owszem, bywają momenty zawieszenia broni – czasem nawet długie i przyjemne. A potem znów: zwarcie, starcie, pogoń, ucieczka... przyciąganie i odpychanie, gonienie króliczka, toksyczne tango. Niektórzy nazywają to miłością. To właśnie o takich doświadczeniach opowiadają ckliwe powieści, rozdzierające serce piosenki, melodramaty, które śledzimy z zapartym tchem. Blisko i daleko. Szczęście i rozpacz. „Kocham cię” i „odejdź”. Niezwykłe porozumienie. Nieoczekiwane przeszkody. Jedno jest pewne: intensywność uczuć jest ogromna.

Osoby, które podejmują tę grę, sprawiają wrażenie, jakby odnalazły się w korcu maku. I rzeczywiście, przyciągają się według określonego klucza-wzorca. Zdaniem amerykańskiej terapeutki Pii Mellody, autorki książek „Toksyczna miłość” i „Toksyczne związki”, dochodzi do polaryzacji ról. Jedna strona koncentruje się na partnerze i relacji (często zaniedbując inne sprawy), podczas gdy druga stara się unikać bliskości, często oddając się jakiemuś uzależnieniu (choćby pracy). Pierwszą osobę Pia Mellody nazywa Nałogowcem Kochania, drugą – Nałogowcem Unikania Bliskości.

Dwoje nałogowców

Co sprawia, że ludzie wpadają w nałóg miłości? Nieuleczone rany. Nałogowcom Kochania zabrakło w dzieciństwie miłości i troski rodziców. Czuli się nieważni, porzuceni, zrozpaczeni. W dorosłym życiu żywią przekonanie, że nie można być bezpiecznym w świecie bez opieki drugiej osoby. Więc szukają jej rozpaczliwie, chcą do kogoś należeć. Ten wymarzony partner powinien spełniać określone warunki: ma być silny, ma ich wspierać i dopełniać. Bo Nałogowiec Kochania czuje pustkę, nienasycenie. Tęskni za zbawcą. Często nie jest świadomy tych dziecięcych fantazji. Tego, że nikt nie ma takiej mocy, by zbawić drugiego człowieka.

Nałogowcy Unikania Bliskości zwykle mają za sobą podobne doświadczenia. Też wychowali się w rodzinie, w której panowały dysfunkcjonalne układy, też noszą w sobie smutek i żal. Często byli nadużywani przez niedojrzałych rodziców, którzy wciągali ich do swojego związku. Traktowali jak powierników. Obciążali nadmierną odpowiedzialnością. Wykorzystywali na różne sposoby – jako pośrednika, monetę przetargową. To też forma porzucenia... Taka osoba czuła się przygnieciona intensywnością więzów, wyssana z energii. W dorosłym życiu bliskie relacje kojarzą się jej z usidleniem (albo omotaniem, wydrenowaniem, jak pisze Mellody). Tak, spragniona jest czułości, miłości. A jednocześnie przed nią ucieka...

Dwa cykle

Jak wygląda tango między Nałogowcem Kochania a Nałogowcem Unikania Bliskości? Wydają się dla siebie stworzeni! I w pewnym sensie są... Doskonale się uzupełniają – cykle emocjonalne, przez które przechodzą w związku, napędzają się wzajemnie. Spójrzmy najpierw na Nałogowca Kochania. Zaczyna się od fascynacji – zwykle pociąga go osoba silna (przynajmniej na pozór), zaangażowana w wiele spraw, świetnie sobie radząca. Więc euforia. Jest, jest wybawca! Jest szansa na miłość, bezpieczeństwo, na spełnienie dziecięcej fantazji – o rycerzu w złotej zbroi, o królowej. „Teraz już wszystko będzie dobrze” – ból, osamotnienie, pustka zostają złagodzone. Nałogowiec Kochania chce więcej – ujawnia kolejne potrzeby, próbuje je zaspokoić. Nie dostrzega, że osaczony partner tworzy dystans. Wreszcie dociera do niego bolesna prawda, jego fantazja blednie. Ale wciąż próbuje przekonać do siebie drugą osobę, zatrzymać ją. Wreszcie – gdy staje się to zbyt upokarzające – wycofuje się. I cierpi, jak po odstawieniu narkotyku. Ból, lęk, gniew... Emocje są potężne. Odzywają się pierwotne uczucia (towarzyszące porzuceniu w dzieciństwie), które w połączeniu ze świeżym rozczarowaniem, odtrąceniem, sprawiają, że Nałogowiec Kochania jest zdruzgotany. Bo bieżące emocje – twierdzi Mellody – nie są dla dorosłego człowieka tak trudne w obsłudze. Ale kiedy otwierają dawne rany... „Ten połączony ból jest naprawdę niezwykle intensywny i może wyzwolić przeżycia wahające się od depresji do chęci samobójstwa. Lęk może się wahać od niepokoju do paniki. Oburzenie – od poczucia zawodu do prawdziwej wściekłości. W tej fazie Nałogowiec Kochania myśli obsesyjnie o tym, jak zmusić partnera do powrotu albo jak się na nim zemścić. Cóż, zdarza się, że realizuje swoje plany. W pierwszym przypadku – jak łatwo się domyślić – cykl uruchamia się na nowo.

A ten drugi, unikający? Na początku pociągają go niedostatki i bezbronność Nałogowca Kochania, jego lęk przed porzuceniem. To daje mu przewagę, nadzieję na to, że będzie mógł kontrolować relację. Czuje się ważny, pożądany – jak wtedy, gdy po raz pierwszy okazało się, że może wspierać rodziców. Więc roztacza czar, uwodzi... I też wpada w euforię – w końcu stał się dla kogoś najwyższym autorytetem. Potem pojawia się dawny lęk przed omotaniem – emocje partnera są takie intensywne, potrzeby nienasycone... Nałogowiec Unikania Bliskości zaczyna go oceniać, bardzo krytycznie, spoglądać na niego z góry: jak można być takim nieporadnym, takim... zależnym! Żeby nie angażować się w związek, oddaje się jakiejś aktywności. Nie chce otworzyć się za bardzo, trzyma dystans. Jednocześnie czuje, że – z powodu narastających oczekiwań partnera – traci panowanie nad sytuacją. Dusi się. Do głosu dochodzą dawne rozdrażnienie i uraza, spowodowane obowiązkami wobec rodziców. To za dużo! Trzeba się ratować ucieczką... Więc wymyka się, wykręca, oddala – jest w tym naprawdę dobry. Tyle że po zaczerpnięciu oddechu zaczyna odczuwać tęsknotę, brak. Bo to jednak takie miłe być potrzebnym, adorowanym! Do tego to poczucie winy... Więc czasem wraca. A czasem nie. Jeśli wróci, można się spodziewać, że wcześniej czy później znów zacznie unikać, uciekać. Zdarza się też, że uczestnicy tej perwersyjnej gry na jakiś czas zamieniają się rolami... Tak czy inaczej ta dynamika jest fascynująca, porywająca. Również dla postronnego obserwatora...

Dwa lęki

Wiemy już, że „unikający” boją się bliskości – kojarzy im się ona z wykorzystaniem, wchłonięciem. Omotaniem. Uwieszeni na nich rodzice, ze swoimi potrzebami i frustracjami, odebrali im dzieciństwo. Czy można się dziwić, że dla takich osób bliski związek oznacza cierpienie? Że nie chcą brać odpowiedzialności za życie innych, za ich szczęście? Przecież nikt tego nie udźwignie... Ale sprawa jest znacznie bardziej skomplikowana, bo Nałogowiec Unikania Bliskości (którego potrzeby były lekceważone w dzieciństwie) boi się też porzucenia. I to ten (zwykle nieuświadomiony) strach sprawia, że szuka uwagi innych, że mimo oporów wchodzi w relacje... Tak naprawdę obie strony boją się tego samego – bliskości i porzucenia – tyle że odczuwają te lęki na innych poziomach. Świadomy lęk jednego partnera w przypadku drugiego pozostaje głęboko ukryty. Czego więc boi się podświadomie Nałogowiec Kochania? Bliskości! W przeciwnym razie po co miałby uparcie wybierać osoby, które nie chcą dopuścić do zbyt poufałych kontaktów? To się nazywa idealne zgranie intencji! „Ta sytuacja pozwala pozostawać obu na krawędzi związku, gdzie – przynajmniej przez pewien czas – mogą czuć się bezpiecznie, zaspokajając potrzeby partnera i unikając opanowania i wchłonięcia przez niego” – podsumowuje Mellody.

Chociaż na pozór różnią się bardzo – jeden namiętny, oddany, drugi zimny i zdystansowany – cierpią na tę samą chorobę. Współuzależnienie. Mają trudność w trafnym odczuwaniu własnej wartości (zwykle przejawia się to zaniżoną samooceną, ale może też przyjmować formy arogancji i megalomanii). Nie umieją zadbać o swoje granice (albo tworzą wokół siebie zasieki). Z trudem rozpoznają i wyrażają własną rzeczywistość, prawdę o sobie (nie wiedzą, kim naprawdę są, albo nie chcą się sobą dzielić). Nie potrafią więc też rozpoznać i zaspokoić swoich potrzeb i pragnień (mogą być zbyt zależni albo zbyt niezależni). I wreszcie: cechuje ich brak powściągliwości, umiaru – są tacy dramatyczni... Kiedy wchodzą w relację, bywają tak oszołomieni, że nie widzą naprawdę drugiej osoby. Podświadomie przypisują sobie nawzajem cechy rodziców. Przyciąga ich do siebie magnetyzm tego, co znajome, nadzieja na uleczenie dziecięcych ran. Inni ludzie (wolni od syndromu współuzależnienia) są dla nich po prostu nudni... Nie mają „tego czegoś”. Nie mają skłonności do autodestrukcji.

Destrukcja? Być może w tym momencie się zbuntujesz – przecież wiele par żyje w ten sposób. Może nawet większość. Czy to nie normalne? Nie – twierdzi Mellody. Nie daj się zwieść stereotypom – to nie miłość, to tylko intensywność emocji, powracających w pozytywnych i negatywnych cyklach. Są odmęty namiętności, chwile bliskości. A potem wymowna cisza. Albo zażarta walka. Obrazy, urazy, ośmieszanie, poniżanie. Uruchamiają się podstawowe lęki każdej ze stron. Zachowania jednego wywołują w drugim rozczarowanie i złość. Oboje pogrążają się w chaosie. I oboje – podkreśla terapeutka – są jednakowo odpowiedzialni za tę sytuację. Oboje się krzywdzą.

Dwie bomby

Wychodzenie ze współuzależnienia przypomina, zdaniem Mellody, proces dojrzewania. Uczysz się tego, czego nie nauczyli cię rodzice: jak właściwie odczuwać swoją wartość, jak wytyczać funkcjonalne granice, jak dbać o zaspokajanie potrzeb i pragnień, jak akceptować swoją rzeczywistość i przeżywać ją w sposób umiarkowany. Nie da się ukryć, nie są to łatwe procesy. Czasem trudno je przejść bez wsparcia terapeuty. Czasem wskazana jest tymczasowa separacja. A przynajmniej odstąpienie od pewnych zachowań – unikanie wszelkich kontaktów prowadzących do walki, krytyki, silnych emocji. Dobrze jest na jakiś czas poluzować więzi. Zejść partnerowi z drogi i zająć się swoim życiem.

Łatwo powiedzieć – zwłaszcza dla Nałogowca Kochania jest to wyzwanie na miarę rekordu olimpijskiego. W poszukiwaniu bliższego kontaktu z partnerem może próbować bombardować go intensywnymi emocjami czy zachowaniami. Pia Mellody wyróżnia dwa rodzaje bomb: „bomba gniewu” i „bomba uwodzicielskiego czaru”. Pierwsza polega na sprowokowaniu do walki, druga to prowokacja seksualna, ewentualnie manifestowanie bezradności. Oczywiście, w pewnych sytuacjach również Nałogowiec Unikania Bliskości sięga po tę broń. Jak powstrzymać się od takich zachowań? Jak nie dać się sprowokować? Tak samo jak unika się skutków wybuchu prawdziwej bomby – podpowiada autorka „Toksycznej miłości”. Po prostu zamknij usta i oddychaj głęboko przez nos!

Trudność w wychodzeniu ze współuzależnienia bierze się również stąd, że nie zawsze rozumiemy, na czym polega zdrowy, dojrzały związek. Że nie chodzi w nim o intensywność emocji i zachowań, raczej o poczucie bezpieczeństwa, spokój, pogodę. Zdaniem Mellody w zdrowym związku każdy widzi partnera realistycznie (nie stara się dopasować go do swoich marzeń). Każdy bierze odpowiedzialność za swój rozwój i emocje (starając się utrzymać je na poziomie dorosłego, nie dziecka). Każdy potrafi skupić się na rozwiązywaniu problemów. Negocjować i akceptować kompromisy. Komunikować się w prosty i bezpośredni sposób. Dużo? Tak. Dlatego osoby współuzależnione powinny też pamiętać o swojej skłonności do ekstremizmu. Być może, porzucając stare wzorce, będą oczekiwały więcej, niż to na dany moment możliwe. Więc znów – realizm. Wobec partnera, siebie, wobec życia...

Jak bliźniaki?

Przyglądając się dwóm nałogowcom, scharakteryzowanym przez autorkę „Toksycznej miłości”, nie mogłam się oprzeć wrażeniu, że znam tę historię z innych opracowań. Tak, bliźniacze dusze, o których tyle rozprawia się w różnych kręgach rozwojowych i ezoterycznych. Ich spotkanie wygląda podobnie jak nałogowców. Lgną do siebie od pierwszego momentu, czują, że „to jest to”, zachłystują się sobą. Cierpią. Jeden „bliźniak” zwykle kocha bardziej – jest ciepły, czuły, szybko się przywiązuje. To goniący (Chaser). Drugi sprawia wrażenie bardziej wyważonego – żeby nie powiedzieć chłodnego. To uciekający (Runner). Reszta też wygląda podobnie. Jest pogoń i ucieczka. I nierzadko zamiana ról. Ale być może jest coś więcej. Podobno cała zabawa służy znalezieniu równowagi między dawaniem i przyjmowaniem miłości... Ale czy warta jest zachodu?

Kiedy nad tym rozmyślałam, wyświetlił mi się na portalu społecznościowym pewien post. Niech posłuży za puentę: „Buddyzm mówi, że jeśli kogoś poznasz i twoje serce zaczyna mocno bić, a kolana miękną, spotkana osoba nie jest tą jedyną. Kiedy poznasz swoją bratnią duszę, nie będziesz czuła żadnego podniecenia, żadnego zdenerwowania. Tylko spokój”.

  1. Psychologia

"Jeśli tylko się postaram…" - kobiety w toksycznych związkach

Tłumacząc i broniąc partnera kobieta tak naprawdę broni siebie przed zmianą. Nie czuje dość sił, aby odejść. Pojawia się lęk: „Co ja zrobię, gdy będę sama?”.(Fot. iStock)
Tłumacząc i broniąc partnera kobieta tak naprawdę broni siebie przed zmianą. Nie czuje dość sił, aby odejść. Pojawia się lęk: „Co ja zrobię, gdy będę sama?”.(Fot. iStock)
Zobacz galerię 1 Zdjęć
„On ma zawsze rację. Muszę być taka, jaką on mnie chce. Wyglądam nie tak, jak trzeba, mówię nie to, co trzeba. Niewłaściwie się zachowuję. Już nie wiem, jaka mam być i co mam zrobić, żeby było dobrze”. Kobieta, która żyje w toksycznej relacji, traci własne życie, traci orientację, kim jest – mówi psychoterapeutka Janina Węgrzecka-Giluń.

Oto opowieść jednej z kobiet: „Leżałam na kanapie, mogło wyglądać, że śpię. Wszedł mój mąż z kolegą. Kolega zapytał, wskazując na mnie: "To twoja żona?". Mój mąż odpowiedział: "Takie byle co, ale żona". Trudno opisać, jak się czułam, jak zero, nikt”. Ta kobieta od lat znosi przemoc emocjonalną, pogardę. Trudno w to uwierzyć, ale jest profesorką na uczelni. Być może liczy na to, że jeśli będzie postępować tak, jak chce tego jej partner, coś się zmieni, związek się naprawi. Więc się stara. Być może czuje się winna sytuacji, w której się znalazła. Otoczenie może ją w tym utwierdzać, może usłyszeć od kogoś z rodziny czy znajomych: „A może to ty niewłaściwie postępujesz?”. Jeśli jest w relacji z mężczyzną o rysie psychopatycznym czy narcystycznym, może być jej trudno rozeznać się, w jakim jest położeniu. Tacy mężczyźni mają problem z odczuwaniem i nazywaniem własnych uczuć, nie potrafią też wczuć się w uczucia innych. Nie są skłonni, aby się w nie angażować. Zdarzają im się natomiast szczególnie na początku relacji gwałtowne uniesienia: „Tak cię kocham, zaufaj mi, tylko ze mną będziesz szczęśliwa, ja cię odgrodzę od zła tego świata”. Kobieta myśli: „Boże, co za miłość! On tylko o mnie myśli!”.

Romantyczna miłość jak w filmach. Cena poddania się takiej miłości jest wysoka: trzeba spełniać oczekiwania. Na przykład takie, żeby nigdzie nie chodzić bez niego, ograniczyć do minimum kontakty ze swoją rodziną i przyjaciółmi. Taki mężczyzna autorytarnie stwierdza, w co kobieta powinna się ubierać, co czytać, jak spędzać czas. Najlepiej, gdy spędza go tylko z nim, bo to dla nich najlepsze. „Gdzie będziesz chodzić? W naszym gniazdku jest najlepiej”. Robi wszystko, aby kobieta nie rozwijała swoich zainteresowań, nie pozyskiwała znajomych, bliskich ludzi, ponieważ to są siły, które mogą zagrozić jego pozycji. Chce ją mieć cały czas przy sobie, objaśnia jej świat, pokazuje, co dobre, a co złe, tym samym stwarza jej pozorne poczucie bezpieczeństwa. Świat na zewnątrz ich związku przedstawia jako wrogi i zagrażający. Jeśli kobieta ma wysoką pozycję społeczną, jest lekarką, dziennikarką, pracuje na uczelni, mężczyzna może być zazdrosny o jej sukcesy, może umniejszać jej osiągnięcia, ignorować je albo ośmieszać.

Czuje się zagrożony. Niech ona nigdzie nie chodzi, bo zacznie paplać o mnie, o tym, co ja robię, a z tego mogą być kłopoty, może jej na przykład przyjść do głowy głupi pomysł, żeby mnie rzucić. A przecież jest mi tak dobrze i wygodnie: sprząta, daje mi jeść, chodzi ze mną do łóżka, mówi i robi to, co ja chcę. A że mam na boku kogoś jeszcze, co jej do tego? Życie kobiety jest zamknięte w puszce, do której klucz ma mężczyzna; zamyka i otwiera, kiedy chce. Kobieta czuje się nieustannie do czegoś zobowiązana. Partner ma nad nią władzę, może nią manipulować, zarządzać jej życiem. Gdy nie spełnia jego oczekiwań, jest karana: on chowa się za murem obojętności. Jest jakby za zasłoną z pleksi, widać go, ale nie można do niego dotrzeć. Kobieta ma się starać, nie wiadomo jak długo, może kiedyś uda jej się nawiązać z nim kontakt, może on na to pozwoli, a może nie. Jeśli próbuje rozmawiać, wyjaśniać, szukać porozumienia, słyszy: „To wszystko przez ciebie”.

Czuje się winna. Jest szantażowana. Gdy zaczyna się wahać, czy z nim być, czy odejść, słyszy: „Jeśli ode mnie odejdziesz, zrobię sobie krzywdę”. I grozi: „Pożałujesz, jak mnie zostawisz”. Chodzi o to, aby kobieta miała przekonanie, że między nimi jest źle, ponieważ to ona zawiniła. Ludzie o rysie psychopatycznym w żadnym wypadku nie wezmą na siebie odpowiedzialności za to, co robią. To ona się beznadziejnie ubiera, porusza i zachowuje, jest głupia. Jest narażona na wyzwiska, poniżanie, obrażanie, dezawuowanie wartości osobistej. Także wśród ludzi, na imprezach towarzyskich mężczyzna pozwala sobie na niewybredne żarty, ośmiesza jej słabe strony. Tym samym umacnia swoją kontrolę i władzę. Im bardziej robi z niej ofiarę, tym bardziej ona czuje się słaba i bezradna. Gdy kobieta szykuje się do wyjścia, maluje się, ubiera, on dostaje ataków szału. Podejrzewa, że ona celowo ubiera się w taki sposób, żeby go zdradzić, oszukać. Ponieważ sam kłamie, uważa, że jego partnerka też kłamie. Kobieta mówi prawdę o tym, gdzie była i co robiła, ale tego typu mężczyzna będzie snuł daleko idące interpretacje, będzie nieustannie podważał jej wiarygodność, pokazując, że naraża ich związek na ryzyko. Z czasem kobieta uczy się kłamać, aby unikać awantur.

Nie widzi zagrożenia? Na początku może nie zauważać niczego niepokojącego, ponieważ on deklaruje miłość, dzwoni kilkanaście razy dziennie, twierdzi, że nieustannie się o nią martwi. Z czasem jednak kobieta zauważa, że czuje się jak w matni, pogrąża w toksycznej relacji. W toksycznej relacji nie mamy poczucia bezpieczeństwa. Związek oparty jest na niepewności, chaosie, rozpadzie prawdziwej więzi. W takim związku kobieta czuje pustkę i samotność, mimo że może być symbiotycznie zrośnięta z partnerem. Partner jest obok, ale nie ma dostępu do jego świata, wszystko jest pod jego kontrolą, jego potrzeby są najważniejsze. Ten związek miał kobietę zbawić, zaspokoić wszelkie potrzeby, a tymczasem tak się nie stało. Coraz częściej czuje się rozczarowana i zła, może też zacząć chorować. Jeśli nie zbuntuje się od razu, potem może być trudniej odejść, ponieważ traci siły zarówno fizyczne, jak i psychiczne. Jest uzależniona od miłości do niego, tłumaczy go: „On taki biedny. Sfrustrowany. Zdenerwował się w pracy. Koledzy mu zrobili przykrość, dlatego jest nieprzyjemny. Miał awansować, ale mu się nie udało”. Kobieta racjonalizuje, znajduje mnóstwo różnych powodów, żeby nie stracić związku. Nie chce się przyznać przed sobą, że jest w dramatycznej sytuacji, doświadcza upokorzeń, strat. Myśli: „No, może rzeczywiście ja jestem winna. Może nie powinnam podchodzić do niego i przeszkadzać mu, gdy czytał gazetę. Zdenerwował się przeze mnie. Może nie powinien aż tak krzyczeć, ale pewnie był bardzo zdenerwowany, skoro tak zrobił?”. Jest mnóstwo codziennych sytuacji, w których kobieta zarzuca sobie, że nie dość dobrze zrozumiała intencje partnera i on ma prawo być niezadowolony. Pociesza się: „Ale tydzień temu nie było tak bardzo źle, więc może za tydzień też nie będzie najgorzej?”. Tłumacząc, broniąc partnera, tak naprawdę broni siebie przed zmianą. Nie czuje dość sił, aby odejść. Pojawia się lęk: „Co ja zrobię, gdy będę sama?”.

Lęk przed samotnością. Kobieta jest bardzo samotna w takim związku, tylko tego nie widzi, bo ma mężczyznę. Dużą rolę odgrywają tu stereotypy społeczne. Na przykład przekonanie, że wartość kobiety zależy od tego, czy ma mężczyznę, czy nie. Często się z tym spotykam. Albo przekonanie wyniesione z domu rodzinnego: o mężczyznę trzeba dbać, bo jest jak dziecko. Albo to, że wygląd męża i to, jak on się zachowuje, świadczy o kobiecie. Gdy coś źle dzieje się w małżeństwie, kobieta może usłyszeć: „Może nie zasłużyłaś na lepsze traktowanie? Co złego robisz?”. To są, oczywiście, skrajne postawy, ludzie rozsądni tego nie powiedzą, jednak stereotypy, które panowały w rodzinie, nie zawsze łatwo wykorzenić. Niektóre kobiety czerpią poczucie bezpieczeństwa z samego faktu, że są żonami, że funkcjonują w tej roli. No i, oczywiście, zależność finansowa, znaczenie ma także wysoki status społeczny mężczyzny. Jestem w klatce, ale za to w złotej.

To są kobiety, które kochają za bardzo.

Myślą, że gdy przychylą mu nieba, wyręczą go ze wszystkiego, będą czujne na jego potrzeby – zapiszą do lekarza, zadzwonią do pracy, że on się spóźni, wybiorą mu krawat, majtki, zrobią obiad, jaki lubi, załatwią wczasy, to on będzie kochał. Przecież jestem taka dobra, tak bardzo się o niego troszczę, pokazuję, że go kocham, no to chyba mnie nie odrzuci? Dużą rolę odgrywają tu deficyty i urazy z dzieciństwa, destrukcyjne modele rodzinne. Jeśli dziewczynka była odrzucana przez rodziców, nie była kochana, musiała zasługiwać na miłość i o nią zabiegać, w dorosłym życiu powiela ten wzór. Staje się niewolnicą miłości, byle tylko nie zostać odrzucona.

„Jestem od niego uzależniona, jestem w potrzasku”. Kiedy rodzi się taka świadomość? To dla kobiety trudne do przyjęcia. Współuzależnienie kojarzy jej się z uzależnieniem od alkoholu, narkotyków, hazardu. A na tym ciąży rys społeczny, to jest samo dno. Musiałaby się przyznać do choroby, słabości, upadku, do tego, że sobie nie poradziła w życiu, że jest bezradna wobec potrzeby miłości i poczucia bezpieczeństwa. Mocne doświadczenie. To jak współuzależnienie od alkoholika. Cała rodzina skupia się na osobie uzależnionej, wierząc, że jeśli będziemy się dostatecznie starać, on wyzdrowieje. Ale w końcu staje się jasne, że choć się staram, jego zachowanie i tak się nie zmienia. Wtedy jest szansa, że dojdzie do głosu złość i bunt. Kobieta, która żyje w takim związku, nie ma wykształconej tożsamości związanej z istnieniem w świecie. Ma silną potrzebę przynależności do kogoś. Ma słabe granice, przepuszczalne, nie umie ich stawiać. Nie potrafi zareagować na przemoc słowną, autorytarność. Nie potrafi powiedzieć: „Nie zgadzam się”. Nie potrafi bronić swoich poglądów, łatwo można ją zepchnąć na dalszy plan. I choć kiedyś potrafiła wyrażać swoje myśli i potrzeby, z czasem traci taką zdolność. Zaczyna rozumieć, że to nie ona jest najważniejsza w tym związku.

Mężczyzna w swoim postępowaniu nie widzi niczego niewłaściwego? Ci o rysie narcystycznym są skupieni na sobie, na swoim wewnętrznym świecie i czujni na reakcje świata zewnętrznego wobec nich. Wydaje się, że tacy ludzie jako dzieci byli rozpieszczani, wszystko dostawali, dlatego teraz mają roszczeniową postawę wobec świata. Niekoniecznie. Mogło być tak, że doznali w życiu wiele cierpienia, krzywdy i bólu, i teraz za wszelką cenę próbują udowodnić sobie i wszystkim wokół, że jednak są coś warci, nie są zerem, nikim. Dlatego stawiają siebie na pierwszym miejscu, grają w teatrze jednego aktora, chcą być ważni i potrzebni, warci uwagi.

Rozpaczliwie walczą o siebie. Nie widzą i nie słuchają innych. Gdy mówimy coś do takiej osoby, ona od razu przerywa i zaczyna mówić o sobie, wtrąca swoje komentarze, pokazując siebie, swoje zdanie, swoje życie, pozycję, mądrość. Jej „ja” jest wyolbrzymione.

Co mówią takie kobiety, gdy przychodzą po pomoc? Czuję się samotna. Czuję wewnętrzną pustkę. On ma zawsze rację. Nie pomaga mi. Nie rozmawia ze mną wtedy, kiedy ja tego potrzebuję. Muszę być taka, jaką on mnie chce. Gdy robię to, co on chce, też nie jest zadowolony. Wyglądam nie tak, jak trzeba, mówię nie to, co trzeba, nie potrafię zachować się w towarzystwie. Zawsze przegrywam. Już nie wiem, jaka mam być i co mam zrobić, żeby było dobrze.

Kobieta już wie, że potrzebuje wsparcia – przełomowy moment. Pragnie ocalić resztki godności. Jednak boi się budować własne życie, ponieważ straciła nad nim kontrolę. Straciła orientację, kim jest. Słyszała tyle pogardliwych komunikatów na swój temat, że przestała w siebie wierzyć. Nie wie, czy jest wartościowa, czy nie, czy jest atrakcyjna, czy może się podobać. Budujemy program zmiany. Uświadamia sobie swoje stare wzorce; dlaczego tak bardzo się stara, dlaczego tak bardzo chce zasłużyć na miłość, dlaczego wykształciła tak nadmierną potrzebę związku z tym właśnie partnerem. Poznaje swoje ograniczenia, które pozwolą jej wyplątać się z sieci niezaspokojonych potrzeb, z pułapki, w której utkwiła.

Zmiana może być bolesna. Kobieta mówi: „No dobrze, ja zacznę się zmieniać. Ale co mam właściwie robić? Dokąd pójdę? Nie mam już żadnych znajomych ani przyjaciół. Kiedyś miałam, ale przestałam dbać o te relacje, bo mój partner chciał mnie tylko dla siebie. Wtedy mi się to podobało… Rodzina też nie chce się ze mną kontaktować, bo już tyle razy radzili mi, co mam robić, a ja ciągle robię to samo. Jak mam wyjść do świata? Kto mnie przyjmie?”. Przez lata słyszała przecież: „A kto ciebie zechce? Do niczego się nie nadajesz”. Stopniowo krok po kroku kobieta odbudowuje poczucie własnej wartości, nawiązuje relacje z ludźmi, uczy się akceptować siebie, także własne słabości i błędy. Uczy się radzić sobie z różnymi problemami, z kryzysami. Uczy się lubić i szanować siebie. W pierwszej kolejności jednak wzmacniamy zasoby, ustanawiamy granice, żeby mogła skutecznie ochronić siebie przed przemocą. Uczy się wyrażać niezgodę i radzić sobie z reakcją partnera. Musi też zobaczyć siebie, zanim powie „nie” partnerowi. Musi zrozumieć, na czym polega toksyczność związku, dlaczego w nim tkwi, i nie może się wyplątać, jakich potrzeb nie realizuje i jakie to ma skutki. Musi poczuć, że coś znaczy, że jest osobą, która może i powinna zawalczyć o swoje miejsce w życiu. Niekoniecznie związek musi iść na straty, ale kobieta musi przestać bać się wyrażać siebie. Przekraczanie lęków i ograniczeń wyniesionych z przeszłości może być przygodą w poszukiwaniu siebie i straconego szczęścia. Nie jesteśmy sami w świecie. Są instytucje, w których można uzyskać pomoc, są grupy dla współuzależnionych, można iść na terapię. Szczególnie pomocne są grupy, ponieważ zyskujemy wiedzę, że nie jesteśmy odosobnione w tym, czego doświadczamy i co przeżywamy, wiedzę o tym, w jaki sposób inni sobie radzą, wspólnotę. Źródła wsparcia to także nasze mocne strony, miłość płynąca od dzieci, od innych, zasoby finansowe, jeśli są. A także nasze marzenia, które czekają na spełnienie.

Janina Węgrzecka-Giluń terapeutka, trenerka, absolwentka Studium Terapii Uzależnień i Współuzależnienia. 

  1. Psychologia

Uwikłani w dramat. Jak uniezależnić się psychicznie od innych?

"Od setek, a nawet tysięcy lat nauczyciele duchowi na Wschodzie i Zachodzie, a od dziesiątków lat także psychoterapeuci, dają nam tę ważną wskazówkę: uwolnij się od swoich nadmiernych przywiązań, pożegnaj uzależnioną osobowość, odkryj własną pełnię". (fot. iStock)
Zobacz galerię 1 Zdjęć
Już teraz, w tej chwili, możemy czuć się dobrze, pełni i szczęśliwi. To jest główny motyw duchowych nauk. Jednak nasz uzależniony, uwikłany w dramat i lęk umysł każe nam wierzyć, że tak nie jest. Trzymamy się fałszywego przekonania, że bez niektórych osób i rzeczy nie możemy być szczęśliwi. W jaki sposób porzucić to przekonanie, uwolnić się od uzależnienia i zacząć żyć?

Nikt z nas nie przychodzi na świat jako niekompletna układanka – pisze w swojej książce „Leczenie uzależnionej osobowości” Lee Jampolsky, międzynarodowy autorytet w dziedzinie uzależnień. Przez wiele lat był uzależniony od alkoholu i narkotyków. Odkrycie wewnętrznej pełni stało się celem jego życia. Rodzimy się jako pełne istoty, którym niczego nie brakuje, twierdzi. W procesie społecznej, kulturowej i religijnej edukacji zaczynamy jednak wierzyć, że jesteśmy wybrakowani. Z tego przekonania rodzi się właśnie uzależniona osobowość. „Ponowne odkrycie naszej wrodzonej wewnętrznej pełni może wymagać cierpliwości i wytrwałości, ale ona naprawdę w nas jest – pisze Jampolsky. – Staraj się żyć, pamiętając o tej wielkiej prawdzie, a zobaczysz, jak bardzo zmieni się twoje życie.

Nie ta droga

Uzależniona osobowość odgradza od miłości, kieruje w stronę lęku. Wierzymy, że nie możemy być szczęśliwi bez pieniędzy, władzy, sukcesu, bez miłości konkretnych osób, bez rzeczy, na których nam zależy. Jesteśmy przekonani, że nasz wewnętrzny dobrostan jest uzależniony od tego, co na zewnątrz. Jak dalej przebiega ten wewnętrzny proces uzależniania się? Staramy się zdobyć osobę czy rzecz, na której nam zależy. Gdy już zostanie zdobyta, przywiązujemy się do niej. Następnie przeciwdziałamy jakiejkolwiek możliwości utraty zdobytego skarbu, przez co stajemy się jego więźniami. Nie wyobrażamy sobie bez niego życia. Sama myśl o stracie budzi lęk. Wtedy właśnie zaczynamy walczyć z całych sił: kontrolujemy ludzi i sytuacje. Manipulujemy, posuwamy się do przemocy, byle tylko utrzymać zdobycz. Walka jest wyczerpująca, pozostaje już niewiele czasu na prawdziwe przeżywanie pełni życia. Nie przyjmujemy do wiadomości, że nie jesteśmy w stanie kontrolować ani ludzi, ani zjawisk, ponieważ życie podlega nieustannej przemianie. Każde negatywne uczucie, jakiego doświadczamy, ma swoje bezpośrednie źródło w uzależnionej osobowości. Dochodzimy do absurdalnego stanu; ludzie i rzeczy, od których jesteśmy uzależnieni, do których się nadmiernie przywiązaliśmy, stają się dla nas zagrożeniem. Desperacko walczymy o osiągnięcie szczęścia, trzymając się ciężaru, który nas przygniata.

Dramat polega na tym, że jesteśmy przekonani, iż jest to jedyny sposób osiągnięcia szczęścia, a tymczasem ten sposób prowadzi nas prostą drogą do niepokoju, rozczarowania i smutku. To dlatego od setek, a nawet tysięcy lat nauczyciele duchowi na Wschodzie i Zachodzie, a od dziesiątków lat także psychoterapeuci, dają nam tę ważną wskazówkę: uwolnij się od swoich nadmiernych przywiązań, pożegnaj uzależnioną osobowość, odkryj własną pełnię. Dopiero wtedy będziemy w stanie cieszyć się, afirmować istnienie, kochać ludzi i wszystko inne bez lęku, walki, kontroli i bólu. Czym jest pełnia? Świadomością, że wszystko, za czym tęsknię, jest już we mnie.

Uwolnij się

„Oderwij się” – pisze Melody Beattie w książce „Koniec współuzależnienia” sprzedanej w kilkunastu milionach egzemplarzy na całym świecie. Ten z pasją napisany psychologiczny poradnik odniósł niebywały sukces dlatego, że jego autorka dokonała rzeczy – dla wielu z nas niemal niemożliwej – wyzwoliła się z uzależnienia od wszelkich możliwych chemicznych substancji i współuzależnienia od ludzi, których niosła na swoich barkach.

Współuzależnieniem nazywa przesadne zaangażowanie, które wytwarza stan chaosu zarówno wewnątrz nas, jak i wokół nas. Zamartwianie się i obsesyjne zajmowanie się kimś lub czymś tak pochłania nasze myśli, że nie czujemy siebie. Nie interesujemy się sobą. Przestajemy się o siebie troszczyć. Opuszczamy siebie.

Oderwanie nie jest chłodnym i wrogim zerwaniem więzów łączących nas z ludźmi, nie jest obojętnością na innych i ich problemy, nie jest bezmyślnym oddawaniem się przyjemnościom, nie jest wreszcie zrzuceniem ze swych barków prawdziwych obowiązków wobec innych. Nie jest także, oczywiście, rezygnacją z miłości. Oderwanie się, jak je rozumie Melody, jest uwolnieniem się od problemu lub osoby w duchu miłości. Odrywamy się od bólu, który sprawia nam obsesja, uzależnienie, pochłonięcie naszego „ja”. Uwalniamy się od niezdrowych i często bolesnych ingerencji i uwikłań w życie i obowiązki innej osoby oraz od problemów, których nie jesteśmy w stanie rozwiązać. Pozwalamy innym być sobą. Dajemy im swobodę decydowania o sobie i ponoszenia konsekwencji własnych wyborów. Tę samą swobodę dajemy także sobie.

Oderwanie się oznacza życie chwilą obecną. Pozwalamy, by nasze życie płynęło swobodnie. Nie staramy się wtłaczać go w żadne sztywne formy. Nie używamy siły, aby wpływać na bieg wydarzeń. Zapominamy o przykrych wspomnieniach i obawach o przyszłość. Staramy się jak najlepiej wykorzystać każdy dzień.

Oderwanie się wymaga wiary – w siebie, w ludzi, w naturalny porządek rzeczy i przeznaczenie. Wierzymy, że każda chwila jest odpowiednia i właściwa. Przyznajemy sobie prawo do cieszenia się życiem mimo nierozwiązanych problemów. Na przekór konfliktom ufamy, że wszystko będzie dobrze. Ufamy, że wszystkie sprawy, nawet te najbardziej bolesne, ułożą się z pożytkiem dla wszystkich. Gdy przestajemy się miotać i niepokoić, gdy wyzwalamy się spod przymusu ustawicznego martwienia się i kontrolowania, odzyskujemy zdolność rozwiązywania problemów i okazywania miłości bez ranienia siebie i innych.

Jak wyjść z zaklętego kręgu uwikłań?

Lee Jampolsky proponuje, abyśmy zadali sobie pytanie: W jaki sposób zmieni się moje postrzeganie świata i samego siebie, jeżeli dokładnie w tej chwili całą swoją energię skieruję na to, aby otworzyć się na miłość i okazać innym swoje współczucie i życzliwość? To ważne pytanie, bo w odpowiedzi na nie kryje się klucz do uzdrowienia naszej uzależnionej osobowości. W chwili gdy otwieramy się na miłość, zostają zasiane ziarna uzdrowienia. Rozwiązaniem jest zawsze miłość. Najpierw do siebie. Zmieniamy się, ucząc się kochać samych siebie. Nauczyciele duchowi proponują zazwyczaj uważne przyglądanie się, medytowanie nad źródłami uwikłania.

Filozof i mistyk Anthony de Mello w swoich słynnych książkach „Przebudzenie” i „Wezwanie do miłości” proponuje, aby wyobrazić sobie osobę, od której jesteśmy uzależnieni, i powiedzieć do niej: „Pozwalam ci być w pełni sobą, mieć własne myśli, zachowywać się w sposób odpowiadający twoim gustom. Nie chcę cię zmieniać. Jesteś wolny i ja jestem wolna”. Jeśli nasze serce oprze się tym słowom, to znaczy, że nadszedł czas, by poddać próbie fałszywe przekonanie, że bez tej osoby nie możemy żyć i nie możemy być szczęśliwi. Jeśli nasze serce szczerze wypowie te słowa, w tym samym momencie wszelka kontrola, manipulacja, poczucie bycia wyzyskiwanym, uczucie zależności i zazdrości przestanie istnieć. Staniemy się wolni i zdolni do miłości. Jesteśmy w stanie uwolnić się z najbardziej zależnej, toksycznej relacji, ponieważ naszym podstawowym ludzkim wyposażeniem jest potencjał przemiany. Siły życia, rozwoju i pełni w sposób naturalny kierują nas właśnie w tę stronę.