1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Seks
  4. >
  5. Narzeczony wciąż mieszka z mamą!

Narzeczony wciąż mieszka z mamą!

Może nigdy nie wyprowadzę się od rodziców – mówi szczerze Sławek. – Z nową partnerką jesteśmy razem zaledwie od roku. Minie pewnie parę lat, nim się zaangażuję. Wcześniej nie widzę sensu wiązania się z kimś tak na poważnie i na zawsze.

Według danych statystycznych Eurostatu prawie połowa mężczyzn i ponad 1/3 kobiet w wieku 25-34 lata wciąż mieszka z rodzicami i podobno liczba ta wciąż rośnie. Obok takich krajów jak Chorwacja czy Bułgaria w statystykach przoduje także Polska.

Czy są to single, którzy nie potrafią sobie nikogo znaleźć, więc czekają na lepsze czasy – bo tak jest wygodniej, bezpieczniej? Niekoniecznie. Wśród nich jest wiele osób, które – mimo życia w wieloletnich już związkach - wciąż nie podejmują decyzji o tym, by wyprowadzić się wreszcie od rodziców.

O co więc chodzi? Czy są po prostu ostrożne? Czy może nie mają odpowiednich warunków i środków finansowych, by ustatkować się we dwoje? A może te – z pozoru wyglądające jak stare, dobre małżeństwa – pary tak naprawdę wciąż nie potrafią dorosnąć i podejmować dojrzałych decyzji?

Razem, ale oddzielnie

Iwona zbliża się do trzydziestki, jej partner Bartek – jest już grubo po trzydziestce. Oboje są jedynakami, od zawsze mieszkającymi z rodzicami. Pracują, on - od lat w tej samej firmie, na stabilnym stanowisku, ona - właśnie rozkręca własny biznes. Poznali się w sieci i od początku przypadli sobie do gustu. Parą są od sześciu lat, na pierwszy rzut oka bardzo przeciętną.

Gdyby nie brak obrączek na ich palcach, mogłoby się wydawać, że to dobrze dogadujące się małżeństwo z całkiem pokaźnym stażem. Mieszkają osobno, więc pytam Iwonę, jak wygląda ich życie - tak na co dzień.

Raz w tygodniu wspólne zakupy, podczas których ustalają, jak spędzą najbliższy weekend. Umawiają się, czy zamówią pizzę, czy ugotują coś wspólnie i poleniuchują, czy może skoczą ze swoim wspólnym psem (na razie mieszkającym z Iwoną) gdzieś nad wodę. Od poniedziałku do piątku tradycyjna wymiana zdań, oczywiście w sieci, bo na wieczorne spotkania brakuje już sił i czasu. Raz w roku wspólne wakacje...

Dlaczego tak bliska sobie para żyje jakby razem, a jednak wciąż oddzielnie? Tym bardziej, że – jak twierdzi Iwona – obojgu od jakiegoś czasu to przeszkadza. I coraz częściej zdarza im z tego powodu pokłócić.

- Chyba każde z nas myśli, że drugiemu mniej na tym zależy, że mniej się stara, by coś zmienić – mówi. – Wychodzą z tego niepotrzebne kłótnie, bo gdy o tym rozmawiamy, okazuje się, że tak samo nam zależy, tylko inaczej to okazujemy. Ale jemu trudniej podjąć decyzję. Kilka lat temu był w długim – wydawałoby się – poważnym związku. Został bardzo zraniony i boi się, jest ostrożny. A po drugie - jest bardzo sentymentalny do miejsca, w którym mieszka, przywiązuje się do rzeczy i chyba musiał dojrzeć do myśli, że może coś zmienić. Choć ja jestem podobna, to chyba praktyczniej o tym myślę i chcę działać.

Iwona zapewnia mnie, że chce zmian i stara się o tym głośno mówić - partnerowi, rodzicom. Denerwują ją spotkania ze znajomymi - szczególnie tymi spotkanymi przypadkowo, którzy dawno temu założyli rodziny i wypytują, co u niej nowego. Stara się wtedy szybko urwać temat, a w jej głowie krąży tylko jedna myśl: jaki wstyd!

Równocześnie przyznaje, że być może, gdyby miała większe wsparcie, np. ze strony rodziców, łatwiej byłoby jej poczynić bardziej konkretne kroki.

- Rodzice nie ukrywają, że w sumie to najwyższa pora, żeby ich dziecko założyło własne gniazdko i zapewniają, że chętnie by mi w tym pomogli – mówi. – Ale potem szybko dodają, że w ogóle im nie przeszkadza moja obecność w domu i że będzie im bardzo smutno, jak się wyprowadzę, bo jestem ich jedynym dzieckiem. A mama mojego partnera twierdzi, że to on ma być szczęśliwy i zrobi, jak będzie chciał. Nikt nas więc szczególnie nie zachęca…

W pułapce "własnej" przestrzeni

Sławek ma prawie 35 lat. Też jest jedynakiem. Mieszka z rodzicami w dużym domu. Całe piętro należy do niego. Nigdy nie czuł potrzeby usamodzielniania się, bo uważa, że ma wystarczająco dużo przestrzeni. Z rodzicami nie wchodzi sobie w drogę.

Jego była narzeczona uważała jednak inaczej, choć na początku ich związku wydawało się, że oboje mają do sprawy mieszkania w domu rodzinnym podobne podejście. Jednak z każdym rokiem Ania coraz częściej poruszała sprawę jego wyprowadzki i pójścia na swoje. Gdy się w końcu oświadczył, wyprowadzka stała się dla niej numerem jeden, czego Sawek nie mógł zrozumieć.

- Próbowałem jej tłumaczyć, że przecież miejsca starczy dla nas wszystkich, poza tym finansowo to było idealne rozwiązanie – zapewnia mnie Sławek. – Po co mi kredyty albo płacenie obcym ludziom za wynajem? Problem w tym, że ona nie dogadywała się z moimi rodzicami, więc upierała się przy swoim. Była pewna, że damy sobie radę finansowo, skoro inni nasi znajomi dawali. Być może, ale po co ryzykować, włożyć w wyprowadzkę pracę, czas, pieniądze, żeby się potem okazało, że jest tylko gorzej?

Sławek chwali się, że ma dobrą pracę, nieźle zarabia. Wie, że gdyby musiał, usamodzielniłby się. Ale nie musi… Więc trzyma się swoich przekonań.

Kogo stać na samodzielność?

Po siedmiu latach narzeczona Sławka w końcu odeszła, co - jak wyznaje nieco skonsternowany - przyjął nawet z pewną ulgą. Od roku jest w nowym związku, który – póki co – nie wymaga od niego żadnych zmian, których domagała się poprzednia partnerka. Pytam więc, czy i tym razem zamierza czekać tak długo, aż dziewczyna się zniecierpliwi, czy nauczony doświadczeniem – wybierze dobro związku?

- Na tę chwilę jeszcze tego nie wiem, może nigdy nie wyprowadzę się od rodziców – odpowiada szczerze. – Z nową partnerką jesteśmy razem zaledwie od roku. Minie pewnie parę lat, nim się zaangażuję. Wcześniej nie widzę sensu wiązania się z kimś tak na poważnie i na zawsze. Przecież jest naprawdę dobrze. Po co to zmieniać?

Iwona, podobnie jak Sławek, przyznaje, że jest ze swoim chłopakiem w całkiem niezłej sytuacji - czeka na nich mieszkanie po babci, które do tej pory wynajmowali studentom. Nie chcą się jednak do niego wprowadzać. Wolą je sprzedać i kupić coś wspólnie w innym miejscu. Oboje uważają więc, że na tę chwilę nie stać ich na samodzielność.

- Marzy nam się mieszkanko w jakiejś zielonej i ładnej okolicy Warszawy, np. na warszawskim Ursynowie albo na Ochocie – mówi. – Widzieliśmy nawet kilka fajnych ogłoszeń, spotkaliśmy się z agentem, żeby zapytać o jakiś kredyt. Ale nas nie stać, bo za mało zarabiamy. W sumie moglibyśmy już dawno wynajmować, ale tam, gdzie byśmy chcieli, jest za drogo. Lepiej więc odczekać swoje i kupić własne.

Dlaczego samodzielni trzydziestolatkowie nie chcą podjąć decyzji o tym, by spróbować zamieszkać razem? Skoro największym problemem nie są finanse, to o co tak naprawdę chodzi? O wygodę, przyzwyczajenie, komfort wynikający z braku konieczności pamiętania o rachunkach czy zakupach? A może fakt, że wszyscy nasi bohaterowie są jedynakami, którym - nieco generalizując - trudniej podejmuje się samodzielne decyzje?

Jak przekonuje psycholog Maria Rotkiel z Poradni Poznawczo-Behawioralnej wszystkie te czynniki mogą mieć na to wpływ. Zatrzymuje się jednak przy czynniku, jakim jest fakt bycia jedynakiem.

- Taki jedynak może dużo swobodniej dysponować czasem wolnym, bywa, że w domu nie ma wcale obowiązków - bo przecież to dziecko – uważa psycholog. – Jeśli ma ochotę na spotkanie z partnerem, spotyka się. Jeśli nie, zostaje w domu. Kłótnie z rodzicami to "normalność" - nie każą się spakować i wyprowadzać. Zatem jest to duży komfort, bez konieczności zmian czy starań. Dla rodziców jedynaka staje się on centrum życia rodzinnego. Jego wyprowadzka jest na ogół dużym stresem. Matki często "trzymają" przy sobie synów, ich partnerki przedstawiają w nienajlepszym świetle, odraczają czas małżeństwa mówiąc "masz jeszcze na to czas". I synom często trudno się oprzeć takiej "opiekuńczości".

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Męska duchowość. Na czym polega i dlaczego jest tak ważna? - tłumaczy terapeuta

Jaką rolę w życiu mężczyzny odgrywa duchowość? Dlaczego mężczyzna powinien czerpać z niej siłę? (fot. iStock)
Jaką rolę w życiu mężczyzny odgrywa duchowość? Dlaczego mężczyzna powinien czerpać z niej siłę? (fot. iStock)
Duchowość to nie duchy. To nasze związki ze światem, z Naturą, z Życiem, z Bogiem, z ludźmi, z czymś większym od nas, co przerasta naszą osobowość, indywidualne cele. Poczucie uczestnictwa w całości życia daje radość i spełnienie. Mężczyźni potrzebują tego jak wody na pustyni – mówi Benedykt Peczko.

„Co sprawia, że w kryzysowych czasach tak dobrze prosperujesz?” – zapytałam zaprzyjaźnionego czterdziestoletniego mężczyznę. Odpowiedział bez chwili namysłu: „Bóg!”. O takich mężczyznach jeszcze nie rozmawialiśmy. Znam wielu mężczyzn, którzy się modlą, medytują, fundują sobie odosobnienie, kierują się wartościami. Jeden z nich, sprzedawca, poproszony na zebraniu zespołu, aby podzielił się tajemnicą swojego sukcesu, odparł: „Działam według wskazówek swojego lamy!”. Ten człowiek nie kopie dołków pod konkurencją, w kontaktach z kontrahentami jest otwarty, troskliwy, działa z intencją pożytku dla ludzi. Dlatego ci, którzy robią z nim interesy, czują się bezpiecznie, mają do niego zaufanie, chcą z nim pracować i polecają go innym. W ten sposób działa też wielu chrześcijańskich liderów i biznesmenów. Oni mówią: „módl się i pracuj, a reszta przyjdzie”. Uczestniczą w rekolekcjach, w dniach skupienia, należą do wspólnot wyznaniowych.

Gdzie oni są? Dlaczego tak mało o nich słychać? Widzimy raczej agresywnych, pozbawionych skrupułów, nastawionych jedynie na zysk zdobywców rynku, od których opędzamy się jak od natrętnych much. Ten styl jest tak wszechobecny, że gdy w jakimś momencie życia w mężczyznach rodzą się wątpliwości, pytają mnie, czy aby na pewno wszystko z nimi w porządku, czy są normalni. Znany psychoterapeuta i trener rozwoju osobistego John Seymour na swoich zajęciach prezentował listę działań, które generują sukces. Przebadani ludzie sukcesu wskazywali na wiele takich działań, jednak niektóre się powtarzały. Na przykład utrzymywanie bliskich relacji z ludźmi, przynależenie do grupy wsparcia, do grona przyjaciół, klubu, organizacji, gdzie panują otwartość i zaufanie, praktykowanie jakiejś ścieżki duchowej, działalność charytatywna, społeczna, systematyczne pomaganie cierpiącym, chorym. Miałem klienta, który raz w tygodniu spędzał kilka godzin w hospicjum. Mówił, że to pozwala mu zachować równowagę: „Dopiero teraz wiem, że moje życie jest pełne. Zapomniałem o tym, że są obszary tak samo ważne jak rozwój zawodowy, kariera, zabezpieczanie siebie i rodziny”. Okazuje się, że robienie czegoś tylko po to, by to robić, i obserwowanie, jak inni z tego korzystają, przynosi spełnienie. Wtedy wiemy, że samo istnienie, bycie ma wartość. Odzyskujemy równowagę między działaniem a byciem.

Chodzi więc o to, by wykonując pracę, mieć poczucie, że służy ona jakiejś wyższej wartości, większej całości. To zasadnicza sprawa. Czy pracuję tylko po to, by się utrzymać, czy także realizuję wartość, na przykład troszczę się o zdrowie innych, mam na względzie ich rozwój, bezpieczeństwo, ochronę. Dla mężczyzn taką wartością może być obrona kraju. W Internecie jest mnóstwo relacji z tak zwanych misji pokojowych. Żołnierze jadą, by służyć pokojowi, a na miejscu przekonują się, że nie chodzi o pokój, ale wręcz przeciwnie. Wtedy najczęściej ich system odpornościowy się załamuje. Gdy znika poczucie głębszego sensu, giną także zapał, motywacja, waleczność.

Jakiś czas temu byłem w Szwajcarii. Z samolotu widziałem czołgi, które wyjeżdżały z lasu. Nie wierzyłem własnym oczom. Co się dzieje? Szwajcaria to pokojowo nastawiony, neutralny kraj. Pytam szwajcarskich znajomych, o co chodzi, a oni mówią, że to szkolenie wojskowe, normalna sprawa. Na przykład kursy strzeleckie są organizowane na okrągło, biorą w nich udział wszyscy zdolni do służby wojskowej mężczyźni. W każdym domu w sejfie znajduje się karabin bojowy. W każdy weekend słyszałem strzelanie. Zwiedzając zabytki, widziałem ćwiczenia ze spadochronem, marsze na azymut itp. Szwajcarzy stawiają się na te szkolenia bez szemrania. Całe swoje życie do emerytury uczą się, jak bronić swojego kraju. Jaka w tym idea? To mały kraj. Gdyby najechało go mocarstwo, przypuszczam, że dosyć szybko by go zajęło. Ale wtedy za plecami okupant ma armię żołnierzy, wchodzi do jaskini lwa, wkłada głowę do ula. Dlaczego Szwajcarzy ponoszą taki wysiłek? W imię wartości. Tą wartością jest ich kultura, historia. Szwajcarię, czyli Confoederatio Helvetica, stworzyły trzy nacje – francuska, niemiecka i włoska. Postanowiły, że tworzą taki kraj, dbają o niego, chronią go.

W literaturze motywacyjnej wielokrotnie opisywany jest przypadek pewnego amerykańskiego agenta ubezpieczeniowego, który odniósł nieprawdopodobny sukces. Sprzedawał polisy na życie. Będąc w szpitalu, ciężko chory, trzy dni przed operacją ubezpieczył jeszcze pielęgniarkę i lekarza anestezjologa. Jak to możliwe? – pytano. Przypuszczano, że musiał znać jakieś pierwszorzędne techniki perswazyjne, mieć szczególnego rodzaju narzędzia wywierania wpływu, manipulacji. Był niski, łysawy, nosił okulary z grubymi szkłami, unikał kontaktu wzrokowego, zacinał się podczas mówienia. Badano, co powodowało, że był skuteczny, był czempionem sprzedaży bezpośredniej. Okazało się, że miał głębokie poczucie misji do spełnienia. Tą misją było ubezpieczenie wszystkich obywateli Stanów Zjednoczonych. Ale dlaczego? Żeby mogli być bezpieczni. On jako dziecko przeżył kryzys lat 20. Był świadkiem grozy. Ludzie wyskakiwali przez okna. Jego rodzice borykali się z poważnymi problemami. Wtedy postawił sobie taki cel: trzeba zrobić wszystko, aby uchronić ludzi przed ewentualnymi konsekwencjami kryzysów. Potem to realizował. Realizował wartość, która wykraczała poza osobiste cele, osobiste korzyści. Zarobił mnóstwo pieniędzy, których nigdy nie wydał.

Praca dla dobra publicznego, społecznego nas wzbogaca. Ale tę prawdę obrzydzano nam przez 40 lat poprzedniego systemu. Wyśmialiśmy prace społeczne dla ojczyzny. Wylaliśmy dziecko z kąpielą. Praca dla wspólnoty, społeczności lokalnej, kraju zanurza nas w większym systemie, buduje więź ze światem. To coś, co wykracza poza transakcję, wyobcowanie. Gdy takich działań podejmujemy się regularnie, możemy odkryć, że nie jesteśmy oddzieleni od tego, co poza nami. Że świat nie zamyka się w ciasnych granicach naszej osobowości. Być może odkryjemy też nasze połączenie ze Źródłem, z którego wszystko pochodzi.

Ważne są też nasze więzi z przodkami. Jesteśmy potomkami tych, którzy przeszli niebywale długą drogę i zgromadzili mnóstwo doświadczeń, z których my możemy korzystać. Ta łączność z większym systemem rodzinnym daje siłę, oparcie.

Czym jest duchowość? Mężczyznom kojarzy się raczej z duchami. Gdy czytamy książki popularnonaukowe, referujące ostatnie odkrycia z dziedziny kosmologii, fizyki kwantowej, biologii, wtedy coraz wyraźniej widzimy, jakim cudem jest świat, w którym żyjemy, i jakim cudem my jesteśmy w tym świecie. Odkrywanie cudu świata i naszego udziału w nim jest z całą pewnością doświadczeniem duchowym. Jednak duchowość definiowana jest na różne sposoby. Na przykład dla chrześcijanina to personalna relacja z Bogiem, z Kościołem jako wspólnotą wiernych. Psychologiczne rozumienie duchowości rozwinęli psychologowie egzystencjalni – Viktor Frankl, Irvin Yalom, także psychologowie transpersonalni. Duchowość w ich rozumieniu to obszar ludzkiego życia związany z poszukiwaniem i odkrywaniem ostatecznego, nadrzędnego celu i sensu. Z pytaniami: „Po co? Dlaczego?”. A takich pytań unika się w biznesie. Królują inne: „Jak zrealizować projekt? Jakimi środkami? Jakim kosztem?”. Pytania o sens, o znaczenie tego, co robię, czym się zajmuję, kim jestem, po co tu jestem, jakie jest moje miejsce w tym świecie, są pytaniami z poziomu duchowego. Poprzez takie pytania szukamy swojej najgłębszej tożsamości, rdzenia, wewnętrznej istoty. Tej tożsamości nie da się opisać, sfotografować, ująć w słowa. Jest poza rolami, które odgrywamy.

Realizując projekty biznesowe, nie dotykamy tych spraw. Ale gdy myślimy o projekcie, którym jest nasze życie, wtedy pytania o cel, sens i znaczenie domagają się uwagi. Bez odpowiedzi na nie jesteśmy jak dzieci we mgle, całkowicie zagubieni.

Wyobrażam sobie mężczyznę, który mierzy się z takimi pytaniami i chciałby się tym podzielić. To może być wielkie towarzyskie faux pas, narażenie na śmieszność, wykluczenie. Bo musielibyśmy wejść na obszar nieuświadomiony, wyparty, prześmiany właśnie, zdyskredytowany przez ideologie, mody, style, przez lata materialistycznej propagandy. To wszystko powoduje, że sfera duchowości jest obca i groźna, co najmniej niepokojąca, a często przerażająca. Dlatego tak cenne są wspólnoty ludzi wyznających podobne wartości, gdzie możemy swobodnie rozmawiać, dzielić się swoimi przemyśleniami, odkryciami, współodczuwać, dyskutować o inspirujących lekturach.

Z doświadczenia psychoterapeuty wiem, że trudno zgłębiać duchowe tematy, gdy mamy niepozałatwiane problemy emocjonalne, nie uwolniliśmy się od balastu trudnej przeszłości, nadużyć, przemocy, gdy mamy nierozwiązane konflikty wewnętrzne. Problemy nieuporządkowanego życia wyłaniają się na pierwszy plan, zajmują uwagę i wiążą energię. Najważniejsze pytania są w ukryciu, nie mogą się przebić. Gdy zrzucamy z barków kolejne obciążenia, poszerza się przestrzeń naszej wolności, uwalnia się energia, którą naturalnie kierujemy w stronę spraw wcześniej zaniedbanych.

Pytania o sens i znaczenie są kluczowe. Cóż z tego, że mamy świetny jacht albo okręt o napędzie atomowym i wszystkie środki techniczne potrzebne, żeby płynąć, rozwijać prędkość, gdy nie wiemy, dokąd płynąć, po co i dlaczego.

Niełatwa sprawa z tą duchowością. Na szczęście mężczyźni podejmują ten wysiłek: szukają, pytają, czytają, poszerzają swój indywidualny punkt widzenia, wzmacniają więzi z życiem, z większymi systemami. Biznesmen, który na trzy miesiące wycofuje się z życia zawodowego, żeby posłuchać siebie, skontaktować się z nowymi potrzebami, które doszły do głosu. Właściciel średniej firmy, który regularnie odbywa spotkania ze swoim mentorem duchowym. Pracownik korporacji, który zakłada ośrodki edukacyjne służące młodym ludziom. I tak dalej, i tak dalej. Wiele się zmienia.

  1. Psychologia

Czas na na drugą, wielką miłość

Drugi związek jest większą szansą na kolejną, a czasem właśnie na tę pierwszą miłość. Bo po odkryciu i przepracowaniu naszych deficytów, kompleksów, niekorzystnych wzorców jesteśmy gotowi na dojrzałą relację dorosły–dorosły. (Fot. Getty Images)
Drugi związek jest większą szansą na kolejną, a czasem właśnie na tę pierwszą miłość. Bo po odkryciu i przepracowaniu naszych deficytów, kompleksów, niekorzystnych wzorców jesteśmy gotowi na dojrzałą relację dorosły–dorosły. (Fot. Getty Images)
Rozstanie nie musi oznaczać końca świata. To szansa na stworzenie nowego związku, w którym będziemy bardziej w zgodzie ze sobą. Pod warunkiem że wcześniej odrobimy lekcję i wejdziemy w niego świadomi własnych potrzeb i wartości. Jak zacząć śnić swój własny sen o miłości, pytamy coach psychologii procesu - Agatę Gebhardt.

Często opiewamy pierwszą miłość i pierwsze zauroczenie, ale ono rzadko okazuje się tym na zawsze, więc wchodzimy w kolejny związek. Czy to znaczy, że łatwiej go zbudować, bo wcześniej przerobiliśmy lekcję pierwszego? Czy za każdym razem rozpoczynamy od nowa?
Może na początek warto znaleźć odpowiedź na pytania: Czym był ten pierwszy związek? Czy to była przyjaźń czy kochanie, czy zauroczenie, które z czasem minęło, ale ważne zobowiązania nie pozwoliły nam się rozstać? A może był jeszcze czymś innym: ucieczką, transakcją, układem? Nie brzmi to już tak romantycznie, prawda? Często przyczepiamy do pudełka z pamiątkami po pierwszej relacji tabliczkę „pierwsza miłość” albo inną, i kładziemy na najwyższej półce pamięci, z adnotacją „nie otwierać”. Ale warto je otworzyć, bo to niesie bezcenny dar świadomości, który zwiększa szansę na drugą miłość… a może właśnie pierwszą? Przyjmijmy więc, że rozmawiamy o ważnym związku, często sformalizowanym, ale nie do końca wiemy, czym on był, kto go tworzył i po co. Warto poszukać odpowiedzi na te pytania, bo jeśli wchodzimy w nowy związek, to jego jakość w dużej mierze zależy od tego, czego z poprzedniej relacji dowiedzieliśmy się o swoich potrzebach, wartościach, zachowaniach, reakcjach... I z jakimi przekonaniami na temat siebie i ogólnie relacji z niego wyszliśmy, jakie obietnice złożyliśmy sami sobie.

To znaczy…?
W rozmowach z kobietami, które zakończyły długoletnie, ważne dla siebie związki, nawet gdy są już w kolejnych, często pojawia się poczucie winy lub porażki, wątpliwości w postaci pytań: Czy mogę sobie zaufać, skoro już raz zawiodłam? Czy mogę zaufać drugiej osobie, skoro już raz zostałam zdradzona? Do głosu dochodzi też często Wewnętrzny Krytyk, który dodaje: Czy ja w ogóle potrafię kochać, być w związku? Jako coach wierzę w sens zadawania sobie ważnych, mocnych pytań, ale nie z miejsca krytyka – bo wtedy odpowiedzi zmierzają w stronę negatywnych ocen: jestem beznadziejna, inni są beznadziejni, związki są beznadziejne. Gdy zadajemy pytania z miejsca przyjaciółki w sobie, wtedy jest to dobra, konstruktywna rozmowa ze sobą. Jej konkluzja mogłaby brzmieć tak: „Teraz wiem, jaką ważną dla mnie wtedy potrzebę, wartość zaspokajałam. Chciałam, żeby on mnie docenił, chciałam być perfekcyjną żoną i matką, chciałam mieć rodzinę, chciałam zrobić karierę. I byłam, zrobiłam – i doceniam to niezależnie od opinii innych. Ale też dopiero teraz, z perspektywy czasu, widzę, jaka była tego cena: zaniedbałam siebie, zaniedbałam innych, umknęło mi to, co ważne. Nie zmienię przeszłości, ale mam wpływ na to, co teraz. Z tym doświadczeniem wiem już, jaki związek chcę zbudować”.

Bo przecież w relacje wchodzimy z różnych powodów...
Rozpoznanie osobistych powodów jest kluczowe. W psychologii procesu nazywamy to snami, które uwodzą. Zwykle uważamy, że uwodzi nas osoba, ale bardziej jesteśmy uwodzeni przez sen, jaki zaczynamy śnić na temat tej osoby i relacji z nią. Oczywiście jest on oparty na tym czymś, co w tej osobie jest i co pozwala nam go śnić i mieć nadzieję na jego spełnienie. Ale mimo stosowania różnych strategii na jego podtrzymanie – wcześniej czy później musimy się zbudzić. I najważniejsze jest, co – a właściwie kogo – zobaczymy obok po tym przebudzeniu. Jeżeli mamy bardzo wybujałą wyobraźnię, a realne przesłanki do ziszczenia się snu w tej osobie były mierne, to przebudzenie bywa trudne, a nawet bolesne. Często prowadzące do decyzji o rozstaniu...

A co dzieje się ze snem? Czy możemy go śnić w następnym związku z kimś innym?
Oczywiście, że tak! Ale przedtem polecam zadać sobie kontrolne pytania: Jaki to był sen? Czyj to był sen? I mieć odwagę przyznać, jeśli sen o małżeństwie, domu z kominkiem, dzieciach, kocie i psie – to był bardziej sen mojej matki lub przyjaciółki niż mój. Mieć gotowość, by usłyszeć: „Bo mama o tym marzyła, bo bałam się ich rozczarować, bo to takie fajne, bo chciałam, żeby przyjaciółki mi zazdrościły...”. Moment dotarcia do tej prawdy bywa trudny. Odkrycie, że może chodziło mi tylko o białą sukienkę i dobrą imprezę, ale bez krytykowania, tylko ze zrozumieniem dorosłej kobiety w sobie: ciepłej, kochającej, wyrozumiałej – jest tym, czego w tym momencie potrzebujemy najbardziej, bo cena przecież została już zapłacona. Warto przytulić siebie i powiedzieć: „Może nikt tego nigdy nie zrozumie, ale ja cię rozumiem”. I zapytać siebie: „A jaki jest ten mój prawdziwy sen? Jak go mogę teraz zrealizować?”.

Zatem co zrobić, żeby ten nowy związek stał się faktycznie nowym otwarciem, naszym ziszczonym snem?
Po pierwsze, zrozumieć, czym był ten pierwszy związek, i zrozumieć siebie. Po drugie, wybaczyć, bo samo uświadomienie bez zrozumienia i bez wybaczenia może nas jeszcze bardziej uwikłać w poczucie winy. Jedna z moich klientek zrobiła taki piękny, spontaniczny, rytualny gest – zmazała cytat, który napisała kilka lat temu na tablicy nad swoim biurkiem o dążeniu do doskonałości, a napisała własny, z serca „To, co robię, jest najlepsze na ten moment”. I to jest dobry początek nowego otwarcia – z tego miejsca możemy stworzyć związek „najlepszy dla nas na ten moment”.

Co może być sygnałem alarmowym, że jednak nieświadomie odtwarzam poprzednią relację?
Wierzę, że jeśli już sobie pewne rzeczy uświadomimy, ponazywamy, zrozumiemy, wybaczymy, czasem też przepracujemy na terapii, bo jeśli trzymają nas silne wzorce, to może to być niezbędne – to wtedy wybierzemy właściwego dla nas partnera. Ale pomimo to mogą się pojawić emocje, słowa, gesty – nasze lub tej drugiej osoby – które dobrze znamy i wiemy, że nie są one dobre dla relacji. Czasem jest to jak déjà vu.

Co możemy z tym zrobić?
Ja na przykład – kiedy to zauważam – pytam siebie: Czy chcesz się jeszcze trochę pooszukiwać, czy już jesteś gotowa się temu przyjrzeć? (śmiech) Lubimy się oszukiwać, ale poprzednie trudne doświadczenia są swoistym mementum, że to się nie opłaca. Jednak trzeba też uważać, żeby nie popaść w przewrażliwienie. Czasem coś, co jest podobne, nie jest tym samym. I przed tym chroni nas rozmowa – warto zakomunikować partnerowi wprost: „Słuchaj, doświadczyłam już czegoś takiego, nie chcę tego powtórzyć w naszej relacji. Porozmawiajmy”.

Rozmawiać, rozmawiać i jeszcze raz rozmawiać, z uważnością i ciekawością. Nie wierzę w dobre związki bez rozmów. Ale nie o książce czy filmie, co oczywiście też jest cenne, tylko o potrzebach, odczuciach, emocjach. Związek jest czymś żywym, zmiennym. Nie da się go ustawić dobrze raz na zawsze. I to jest piękne!

Na ile warto sięgać do przeszłości i pytać się nawzajem o to, co się zdarzyło wcześniej?
Ja kieruję się zasadą, którą stosuję też w coachingu: coach ma być ciekawy, a nie ciekawski. I tutaj jest dokładnie to samo. Na ile to, o co pytam, ma zaspokoić moją ciekawskość, za którą często jest postać krytyka – a na ile ta informacja jest ważna, znacząca dla zbudowania, rozwoju tej relacji? Takie rozmowy są trudne, wymagają uważności i szacunku dla siebie i drugiej osoby.

A co może być naprawdę fajnego w tym drugim związku?
Musi być dużo tego fajnego, bo też często sporo rzuca się na szalę – w taką sytuację uwikłane są przecież i inne osoby: dzieci, rodzina, przyjaciele, którzy również ponoszą koszty naszej decyzji. Największą rekompensatą jest nasza miłość, nadająca wyższy sens, wartość. Drugi związek jest większą szansą na kolejną, a czasem właśnie na tę pierwszą miłość. Bo po odkryciu i przepracowaniu naszych deficytów, kompleksów, niekorzystnych wzorców jesteśmy gotowi na dojrzałą relację dorosły–dorosły. Wtedy związek jest spotkaniem dwojga świadomych siebie osób, poszukujących nie kompensaty, nie dopełnienia, czyli nie drugiej połówki, ale kogoś, kto jest pełnym owocem. Wtedy razem możemy być kimś więcej, a nie kimś innym. Kimś, komu bliżej jest do postawy: „nie muszę być z kimś, ale chcę być z tobą. Chcę ci zaufać, otworzyć się. Mam gotowość podjęcia ryzyka pokazania siebie prawdziwej, nagiej nie w sensie fizycznym – co często jest łatwiejsze – ale w sensie osobowości”. Bycie z kimś, kto akceptuje mnie taką, jaka jestem, i taką mnie kocha, jest naprawdę czymś fajnym. Bo bycie w autentycznej relacji jest czymś najbardziej wartościowym. Z wiekiem zaczynamy rozumieć, że maski i fasady nie mają znaczenia, a odbierają nam szansę na prawdziwe uczucia. Każdy chce i też ma prawo być kochanym tak, jak tego potrzebuje, w zgodzie ze sobą. Kiedyś usłyszałam od jednej z moich klientek: „W tym związku mam to, co miałam najlepszego w poprzednim, i to, czego tak bardzo mi tam brakowało”. I myślę, że to jest to!

Agata Gebhardt
, coach psychologii procesu. Prowadzi indywidualne sesje coachingowe, warsztaty rozwojowe, wyjazdy z coachem. Wspiera kobiety i mężczyzn w budowaniu autentycznych relacji ze sobą oraz realizowaniu swojej misji życiowej. 

  1. Psychologia

Epidemia samotności - gdzie tkwią jej przyczyny? Rozmowa z Wojciechem Eichelbergerem

Coraz więcej kobiet ma problem z zaangażowaniem w związek. (Fot. Getty Images)
Coraz więcej kobiet ma problem z zaangażowaniem w związek. (Fot. Getty Images)
Kobiety często pytają: „Dlaczego jestem sama? Czemu nie mam dzieci?”. I odpowiadają: „Bo mężczyźni są do niczego! To dzieciaki, które chcą tylko grać, nurkować, jeździć na motorach albo bzykać się bez zobowiązań”. Czy tak jest? Może przyczyny epidemii samotności trzeba szukać gdzie indziej? – pyta Wojciech Eichelberger, psychoterapeuta.

Często słyszę od singielek: „Jestem sama, bo mężczyźni są do niczego”. I gdy poznaję ich ewentualnych partnerów, stwierdzam, że mają rację. Lepiej być samą niż z hipochondrycznym maminsynkiem czy uwodzicielem ze skłonnością do alkoholu.
Na początek może warto przypomnieć starą jak świat i mądrą przypowieść, którą powtarzam zawsze, gdy przychodzą do mnie ludzie skarżący się na niemożność znalezienia odpowiedniego – spełniającego określone wymagania – partnera lub partnerki. Szukają, próbują, lecz wszyscy, których spotykają, okazują się rozczarowujący. Jeśli przychodzi kobieta, opowiadam jej o pewnej zrozpaczonej kobiecie po trzydziestce, która przyszła do mędrca: „Szukam od lat mężczyzny, który by sprostał moim wymaganiom, i nie znajduję. Jestem bardzo zdeterminowana, ale nic z tego nie wychodzi”. Na to mędrzec: „Powiedz mi, jakiego mężczyzny szukasz?”. Kobieta jednym tchem: „Mądrego, silnego, zaradnego, szlachetnego, ciepłego, kochającego, wrażliwego, odważnego, pogodnego... no i pięknego”. Na to mędrzec: „Znajdziesz go bez trudu. Pełno takich”. Kobieta: „Jak to możliwe, że przez tyle lat nie spotkałam ani jednego?!”. Mędrzec: „Nie miałaś szans. Ale zdradzę ci stuprocentowy sposób, żeby go spotkać. Musisz mi tylko obiecać, że z niego skorzystasz, choć będzie cię to kosztować dużo trudu”. Kobieta po chwili namysłu: „Jeśli to jest stuprocentowy sposób, to biorę i obiecuję, że nie zmarnuję tego daru. Nie boję się trudnej drogi, gdy jestem pewna, że prowadzi do celu. To, co było moim udziałem do tej pory, było i trudne, i na dodatek bezowocne.” „Mądra odpowiedź” – pochwalił ją mędrzec i kontynuował: „Sposób jest prosty. Jeśli chcesz spotkać mężczyznę obdarzonego tak hojnie cnotami, które wymieniłaś, to… najpierw musisz je rozwinąć w sobie! Gwarantuję, że wtedy go spotkasz – bo złoto ciągnie do złota, a żelazo do żelaza”. Kobieta pokłoniła się mędrcowi i już chciała wyjść z pokoju, gdy ten dodał ciepło: „Jeśli już to wszystko zrobisz, a jakimś zrządzeniem losu jednak go nie spotkasz, to i tak będziesz czuła, że go spotkałaś”.

Jak kobiety reagują na tę przypowieść? Nie obrażają się?
Nie, bo wyczuwają natychmiast, że to właściwa, najlepsza odpowiedź na ich problem. Dalsza rozmowa staje się konstruktywna, bo o tym, czego innym brakuje, potrafimy rozmawiać bez końca, a niewielki mamy na to wpływ. Jeśli zaś zainteresujemy się tym, czego nam brakuje, to możemy coś z tym robić. Zamiast latać po świecie i Internecie, szukając odpowiedniego modelu, skupiamy się na nabywaniu tych kwalifikacji i cech, których poszukujemy w innych. A wtedy prędzej czy później spotykamy ludzi, którzy je posiadają. Potwierdzam to moim autorytetem i doświadczeniem.

Wczoraj czytałam książkę Lillian Glass „Toksyczni mężczyźni” i doszłam do wniosku, że jestem toksycznym mężczyzną!
Bo taką samą książkę można napisać o kobietach. Zarówno mężczyźni, jak i kobiety – jesteśmy niedoskonali. Rzadko rozwijamy w pełni nasz potencjał mądrości, wolności i miłości. Wolimy oglądać się na innych, skupiać na źdźble w oku bliźniego niż belce we własnym. Ale są też inne, kulturowo-systemowe powody, dla których trudno dziś kobiecie znaleźć właściwego mężczyznę. Przede wszystkim z antropologicznego punktu widzenia judeochrześcijańska i ekonomicznie rozwinięta część świata wchodzi w erę „nowego matriarchatu”. Antropolodzy twierdzą, że matriarchat istniał, dopóki nie została rozpoznana rola mężczyzny w zapłodnieniu. W owych czasach obowiązywał pogląd, że dzieci pojawiają się na świecie na zasadzie dzieworództwa. Mężczyźni swoje pożądanie musieli więc uznać za niezrozumiałe i zawstydzające. Mało tego – nie mieli racjonalnego ani moralnego tytułu do istnienia, bo nie współtworzyli życia. Wykorzystywani jako dodatkowe źródło erotycznej przyjemności (związki lesbijskie były w tamtych czasach bardziej cenione), do ciężkiej pracy i jako krwawe ofiary składane boginiom, marzyli, by pozbyć się bezużytecznych genitaliów i stać kobietami. Podobno dokonywali masowych rytualnych kastracji... No a potem, gdy prawda o zapłodnieniu wyszła na jaw, stworzyli patriarchat i przez ostatnie pięć tysięcy lat bezrozumnie odreagowywali swoje wielowiekowe upokorzenie.

I wydawało się, że raz na zawsze role się ustaliły. Ale sytuacja zaczyna się powtarzać. Dzięki pigułce kobiety uzyskały kontrolę nad swoją płodnością i dzietnością, a biotechnologia zapłodnienia może dawać kobietom złudzenie zdolności dzieworództwa. Udział mężczyzn nie jest już potrzebny, aby zachodziły w ciążę. Po co angażować się więc w skomplikowane, kosztowne i kłopotliwe emocjonalnie związki, skoro nasienie z banku spermy może być genetycznie sprawdzone i gwarantować pełny sukces prokreacyjny w wersji custom made.

Niech więc chłopaki oddają nasienie do banku i dadzą nam, kobietom, święty spokój. Tam przejdą prawdziwy casting atrakcyjności prokreacyjnej. Każdy będzie wiedział, ile dostał lajków i ile jest wart na tym rynku. Science fiction? Nie, to już się dzieje. Pewien dawca z Kalifornii został wybrany przez kilka tysięcy kobiet… A tymczasem zbiorowa świadomość mężczyzn wszystko to widzi i przeżywa, przeczuwając swoistą powtórkę z przeszłości.

Czyli jednak mamy kryzys męskości?
Mężczyznom nie jest łatwo się odnaleźć w tej sytuacji. Tym bardziej że wszystkie dotychczasowe, systemowe podpórki, służące zapewnieniu im dominującej pozycji w związku i uzależniające kobietę od męskiego patronatu, odchodzą w przeszłość. Nadszedł czas związków bez wspomagania. Nawet dzieci przestają odgrywać rolę kleju. Spoiwem nowych związków może być tylko wielkie, wzajemne uczucie, świetny dobór seksualny, partnerstwo, wzajemny szacunek i atrakcyjność społeczna. A tego żadna ze stron nie potrafi. Brak wzorców.

Poza tym dominujący styl życia sprawia, że osobowością naszych czasów staje się osobowość borderline, a ta jest zbudowana wokół niewiary w trwałość więzi i lęku przed porzuceniem. Wychowanie w atmosferze szybkich, radykalnych zmian miejsca zamieszkania, składu rodziny, statusu społecznego i majątkowego sprawia, że dzieciństwo to chaos i niestałość, która uczy, że nie warto się angażować, bo to się szybko kończy, a gdy się kończy, to boli.

Znam wielu mężczyzn, których związki trwają po dwa lata…
Dwa lata to jakaś magiczna cezura dla borderline’ów. Ale to samo się dzieje z kobietami, też mają kłopoty z zaangażowaniem. Często zachowują się podobnie jak mężczyźni. Bywają kunktatorskie, cyniczne i okrutne. I tak to się miele. Kobiety i mężczyźni – niezdolni do bliskości i miłości – nawzajem się o tę niezdolność oskarżają. I nie widać dobrego rozwiązania…

Z męskim zaangażowaniem jest kłopot. Mam tylko jednego kolegę, który dba o rodzinę i do dziecka w nocy wstaje. Reszta chce od kobiet brać. A wszystko, co sami mają, i w sensie finansowym, i emocjonalnym, ładują w karierę, w kupowanie gadżetów elektronicznych albo wizyty w agencjach...
„Nowy matriarchat” wpędza część mężczyzn w emocjonalny regres, a u innych konserwuje niedojrzałość. Zważmy, że stale wzrasta ilość chłopców wychowanych przez samodzielne matki singielki. Dzielna matka i brak wzorca dorosłego, odpowiedzialnego mężczyzny sprawiają, że wybierają sobie na partnerki kobiety podobne do ich matek, czyli silne i samodzielne. Oni przywykli, że wszystkim zajmuje się kobieta. Nie muszą zarabiać na dom, bo partnerki często lepiej sobie radzą – albo jakoś sobie radzą. Są przekonani, że ich rolą jest pozostać ładnie wyglądającym, opalonym, pachnącym, dostępnym seksualnie chłopcem. Krótko mówiąc, zamieniamy się rolami.

Znajoma lekarka medycyny estetycznej bez kłopotu znajduje mężczyzn, którzy będą modelami podczas zabiegów.
No właśnie. Jeszcze chwila, a będą wybory najpiękniejszego chłopca świata. Podejrzewam jednak, że tak ostentacyjne odwracanie ról może być przejawem nieświadomej męskiej przekory. Męska, zbiorowa podświadomość pełna jest archetypowych samców alfa: herosów odpowiedzialności, ciężkiej pracy, poświęcenia, milionerów, władców, zdobywców, papieży i zbawicieli.

Prawie wszyscy z nich przysparzali światu olbrzymich cierpień i zniszczeń i źle kończyli. Młodzi patrzą więc na stan dzisiejszego świata i pytają: do czego to wszystko doprowadziło?! Bycie kobietą lub chłopcem może im się w tej perspektywie jawić jako mniej zawstydzające i wygodniejsze.

Dokument Sławomira Grunberga (*)„Trans-akcja” to opowieść o mężczyźnie, który jedzie do Tajlandii, mekki transseksualistów, żeby zmienić płeć. Tam spotyka wielu podobnych sobie, m.in. amerykańskiego żołnierza pod czterdziestkę, ojca i eksmęża, który także chce zostać kobietą. Czy w tym wypadku to nie wyraz rozczarowania własną płcią, a nie transseksualizm?
Za czasów Freuda mówiło się o zazdrości kobiet o penisa, a teraz wygląda na to, że sytuacja się odwraca, mężczyźni kobietom zazdroszczą waginy. Prawdopodobnie działo się tak w matriarchacie z tych powodów, o których już mówiłem. Ale współcześni mężczyźni mają jeszcze jeden ważny powód, by nie chcieć być mężczyznami. Są słusznie obciążani i uświadamiają sobie odpowiedzialność za stan świata, za tysiąclecia upokorzeń i cierpień, które zafundowali kobietom, za wojny i pogromy, ludobójstwa. Za bezwzględną eksploatację przyrody. Młodzi mężczyźni się nie łudzą: bycie mężczyzną nie jest powodem do dumy... Widać to najwyraźniej w skandynawskich szkołach, gdzie silnie zaznacza się feministyczna interpretacja historii akcentująca zło, jakie patriarchat uczynił światu. Zapewne jest to słuszna interpretacja, ale jak się mały chłopiec tego nasłucha, to zaczyna po szkole chodzić pod ścianami i bynajmniej nie ma zamiaru czerpać wzorców z bohaterów męskiego etosu.

Trudno znaleźć umiar. Mój dziadek Stanisław walczył w legionach, więc też był zdolny do przemocy, ale czułam się przy nim bezpieczna. To mój dziecięcy ideał mężczyzny. Czy nie każdy ma kogoś takiego?
Przechodzimy okres ogromnej transformacji i nikt nie potrafi przewidzieć, w którą stronę to zmierza. Ale też budzi się w mężczyznach potrzeba szukania nowego etosu, pozytywnego wzorca męskości na te czasy. Dlatego mężczyźni coraz częściej przychodzą na terapię. Nie radzą sobie też z faktem, że ich społeczna rola jest niezdefiniowana, i z nowym modelem partnerstwa, który zaczyna dominować szczególnie w wielkich miastach...

Kobiety oskarżają mężczyzn o brak wrażliwości albo jej nadmiar, ale na własnym punkcie. Twierdzę, że mężczyźni boją się silnych kobiet. Mężczyźni mówią, że odstręcza ich nie inteligencja kobiet, ale agresja i chęć dominacji.
W wielkich miastach, gdzie robi się karierę i realizuje ambicje zawodowe, jest wiele agresywnych, rywalizujących z mężczyznami kobiet. Ich kłopot często tkwi w tym, że przyciągają albo podobnych, agresywnych mężczyzn, albo takich, którzy się na nich wieszają i pozwalają się lekceważyć. Wtedy mogą stworzyć związek zażarcie rywalizujących na wszystkich polach przeciwników albo układ sadomasochistyczny, gdzie mężczyzna będzie podporządkowanym (albo zbuntowanym) chłopcem, który prędzej czy później stanie się przedmiotem pogardy swojej partnerki.

I tak wracamy do początku naszej rozmowy. Jeśli chcemy stworzyć w dzisiejszych czasach transformacji trwały związek, to rzetelnie i odważnie zapytajmy samych siebie, czy aby posiadamy cnoty i właściwości, których wymagamy od innych. I wtedy zajmijmy się zmienianiem siebie, a nie kolekcjonowaniem pretensji i żalów innych. Jak ognia unikajmy pokusy przerzucania odpowiedzialności na „onych” i „one”. Zaprzestańmy tworzenia wygodnej, stereotypowej fikcji pod hasłem: „Nie mogę znaleźć partnera/partnerki, bo wszystkie baby są jakieś dziwne, a chłopy do niczego”.

  1. Psychologia

Wymyśliłam sobie ciebie

(Fot. iStock)
(Fot. iStock)
Zakochani idealizujemy partnera, a potem przeżywamy rozczarowanie. Czy tak musi być? Czy można od początku widzieć prawdziwego człowieka i uniknąć pomyłki? Co dzieje się z nami, kiedy minie faza zakochania, i jak należy wtedy postępować – zastanawia się Katarzyna Miller, psychoterapeutka.

Czasem, kiedy się rozstajemy, trudno nam powiedzieć, jaki właściwie był nasz partner. Bo zakochane stworzyłyśmy sobie jego wyidealizowany obraz. Tak daleki od oryginału, jakbyśmy wymyśliły sobie zupełnie innego człowieka niż ten żyjący obok nas. No a potem... ogromne rozczarowanie. Rozstanie albo życie obok siebie, a nie ze sobą. Co zrobić, żeby uniknąć takiego scenariusza?
Na tym właśnie polega czar zakochania, że nasz wybrany wydaje się nam rycerzem bez skazy. Wymyślamy sobie, jaki jest wspaniały, bo pierwszym etapem romantycznej miłości, podkreślam – romantycznej – zawsze jest idealizowanie! Zakładamy różowe, a nawet bardzo różowe okulary. Widzimy tylko zalety i lekceważymy wady. Czasem już samo to, że w naszym życiu singla po wielu nieudanych związkach lub bez związków zjawił się ktoś, uznajemy za niesamowite. A jeśli oboje przeżywamy ten rodzaj uniesienia, to nawzajem umacniamy się w tym, że nasze spotkanie jest cudem. Wynajdujemy wszystko, co w nas jest podobne. Oboje lubimy narty i czereśnie! Byliśmy w dzieciństwie chorzy na świnkę! Znajdujemy także dowody na to, że kieruje nami przeznaczenie, a nasza miłość ma jakiś wielki cel. Gdyby tego całego oczarowania i czarowania nie było, to byśmy się w ogóle ze sobą nie splątali...

Musimy odlecieć, żeby miłość mogła się narodzić?
Oczywiście! Spotykamy wielu ludzi, jednych lubimy mniej, innych bardziej. Dostrzegamy ich wady oraz zalety. Ale nie dostajemy przy nich amoku i nie latamy na randki, zapominając o przyjaciółkach czy pracy. Zakochani tak właśnie postępują, bo są w stanie kompletnego „oszołomstwa”. Endorfiny buzują. Większość ludzi uwielbia ten stan właśnie dlatego, że rzeczywistość wydaje się piękniejsza, wszystko jest możliwe! Nic nas wtedy nie martwi, bo nic nas nie obchodzi – oprócz tej jednej, jedynej osoby, o której tak naprawdę niewiele wiemy...

I tak sobie tylko latamy?
Parę miesięcy albo i ponad rok. Dłużej nie, choć gdy para widzi się tylko od święta, to taki stan może trwać i kilka lat. Ale kiedy zamieszkają razem, to te ich zachwyty niechybnie osłabną. No bo wtedy okaże się, że on otwiera okno, bo mu gorąco, a ona je zamyka, bo wciąż jej zimno! Ona kładzie się wcześnie, a on późno. Ona lubi mieć w domu kwiaty, a on mówi: „Po co naniosłaś tyle zielska?”. Ona proponuje: „Chodźmy w niedzielę na obiad do moich rodziców...”.

A on wścieka się i mówi, że nie pójdzie, bo wystarczy, że ona wciąż tam bywa!
Trafiła do mnie taka para, która po okresie zakochania zaczęła przeżywać ogromny konflikt z powodu jej przywiązania do rodziców i jego ogromnej niechęci do jego własnych. To, że ona prawie codziennie odwiedzała matkę, zaczęło mu przeszkadzać dopiero, kiedy zostali małżeństwem. Zapytał: „Co ty tak ciągle latasz do tych swoich rodziców?”. No, ale to nie pomogło, więc zaczął się irytować i nakręcać: „Wszystko, co jest w niej głupiego, to po nich! Jak nie będzie się z nimi spotykać, to będzie taka, jak sobie wymarzyłem! Taka, jak tego chcę!”.

A nie jest tak, że po wizycie u rodziców, teściów często dochodzi do kłótni?
Oczywiście, bo rozmaite problemy emocjonalne wynieśliśmy właśnie z rodzinnego domu. Ale przecież nie wystarczy tylko do rodziców „nie latać”, by te problemy zniknęły! Mój pacjent coraz bardziej się pieklił, a że nic z tego nie wynikało, to w końcu powiedział żonie: „Albo oni, albo ja!”. Postawił ją w strasznej sytuacji! I okazał się nieprawdopodobnie apodyktyczny. Tak jak był na początku nieprzytomnie w niej zakochany, tak potem stał się nieprzytomnie na nią wściekły.

Oboje byli sobą „rozczarowani”? Pomylili się, biorąc ślub, zwiodły ich różowe okulary?
Patrząc powierzchownie, można tak sądzić. Jednak tak naprawdę stało się dokładnie to, co miało się stać... Zacznijmy od tego, że nie przez przypadek zakochujemy się w tej właśnie osobie. Psychoanalityk Carl Gustav Jung powiedziałby, że do pełni swojego rozwoju każdy człowiek potrzebuje obu aspektów płci. Kobieta pierwiastka męskiego (siły, pewności, zimna, ciemności), mężczyzna – kobiecego (delikatności, czułości, ciepła, jasności). Dlatego kobieta zakochuje się w tym mężczyźnie, w którym dostrzega to, czego jej samej brakuje do pełni kobiecości. A mężczyzna zakochuje się w kobiecie, w której dostrzega to, czego jemu brakuje do pełni męskości.

Ale to psychologiczna wersja mitu o połówkach jabłka. A dziś chcemy być całymi jabłkami, bez uzupełniania się drugim człowiekiem!
Właśnie żeby być „pełnym jabłkiem”, czasem musimy coś przepracować, zyskać te braki psychiczne, których wychowanie nam nie dało. Jung widział powód naszego zakochania właśnie w tym pragnieniu dopełnienia siebie o nasze brakujące cechy. W naszym marzeniu o pełni.

Skąd zatem rozczarowanie zamiast „uzupełnienia”? Może to jednak nie było trafione zakochanie?
Absolutnie trafione! Jej był potrzebny niezależny i silny aspekt mocy, aby uniezależnić się od rodziców. A on tej niezależności miał aż nadto! Bo jemu właśnie brakowało umiejętności serdecznego bycia w rodzinie. Ten mężczyzna nienawidził swojego ojca, a na matkę był wściekły, bo go nie broniła przed agresją ojca. I dlatego ze swoją rodziną zerwał kontakty. Był niezależny, samodzielny i silny. Wierzył, że samo niekontaktowanie się z nimi wystarczy, aby uwolnić się od dziedzictwa wyniesionego z domu, wystarczy, by być innym niż jego ojciec tyran. Dlatego od żony także oczekiwał zerwania z rodziną. I ona się w nim zakochała, bo potrzebowała właśnie więcej niezależności od rodziny. Ale dokonanej nie pod przymusem, dlatego nadal do nich chodziła, a jej małżeństwo zawisło na włosku.

Mogli dać sobie dokładnie to, czego potrzebowali, dlaczego tak się nie stało?
Idziemy w miłość po to, aby rozwiązać dylematy i problemy, które nie zostały rozwiązane w naszej rodzinie. Ale dlatego nie zostały rozwiązane, że nikt ich rozwiązać nie umiał, więc nikt nas nie nauczył, jak to zrobić. A sam fakt bycia w związku nie wystarczy. Konfrontuje z problemem, ale nie jest narzędziem do poradzenia sobie z nim. Na szczęście ta para zamiast się rozstać, trafiła do mnie, czyli do psychoterapeutki, która takie narzędzie mogła im dać.

Czyli zakochujemy się „z sensem”, a czujemy się rozczarowani, bo to z własnym problemem nie jesteśmy w stanie sobie poradzić?
Tak, problemem podstawowym jest brak miłości. Temu mężczyźnie brakowało tego, żeby jego matka stanęła w jego obronie, nie pozwoliła ojcu go bić, obrażać, poniewierać nim. Pragnął, żeby wściekłość męża była dla niej mniej ważna niż dobro syna. Ale matka tego nie zrobiła, nie pokazała mu, że jest dla niej ważny, że go kocha. A więc on wymagał tego od swojej żony, żeby pokazała swojej rodzinie, że wybiera jego i tylko jego.

Chciał, żeby jego żona zrobiła to, czego nie zrobiła matka, bo wtedy poczułby się kochany?
Chciał od żony dostać to, czego nie dostał od matki. Pomogłam mu dostrzec, że jego wściekłość na żonę bierze się z wściekłości na własnych rodziców. Powoli, powoli zaczął to do siebie dopuszczać... Dostrzegł też, że z powodu swojego nieprzerobionego dziedzictwa stał się apodyktyczny i zimny jak jego ojciec. Przeraził się, że gdyby pojawiły się dzieci, mógłby być ojcem takim, jakim był jego ojciec...

A co dzięki terapii zrobiła jego żona?
To, czego pragnęła, czyli uniezależniła się od rodziców, stanęła na własnych nogach. Zdała sobie sprawę, że nie jest już córeczką, ale partnerką. To była praca dla niej: mniej z rodziną, a więcej z nim.

Kobiety w Polsce często mimo ślubu dalej latają do mamuś... A mąż? Ma być, ale kobieta nadal jest dzieckiem swojej rodziny. Dlatego kiedy mówi: „Chodź ze mną do moich rodziców”, mężczyzna mówi: „nie”. Bo tych rodziców jest za dużo.

Mamusie przychodzą do domów córek i wprowadzają swoje porządki: „To nie powinno być tak poukładane. To powinno być na wierzchu, a to w szufladzie. Przecież kupiłam wam komplet garnków, dlaczego go nie używacie?”. A wtedy córka, która już nie jest córeczką mamuni, ale dorosłą kobietą, może powiedzieć: „Nie będę nic zmieniać, to nasz dom, a garnki kupiliśmy inne”.

Trudno tak mamie czy teściowej powiedzieć....
A trzeba! „Dziękujemy bardzo za garnki, ale używamy tych, które sami kupiliśmy”. Tej kobiecie udało się przeciąć pępowinę, a temu mężczyźnie udało się przestać być despotą i uznać, że można mieć serdeczne kontakty z rodzicami.

Dzięki temu oboje wnieśli w tę miłość to, czego potrzebowali. Każde z nich trochę swojego oddało i zgodziło się wziąć trochę tego, co miał partner.

W miłości właśnie o to chodzi?
Zawsze. I warto to zrobić, bo po to na siebie natrafiamy. Właśnie to jest nam potrzebne do rozwoju. Tyle tylko, że nie mamy do tego narzędzi. Tak jak ta para.

Miłość nie jest więc ślepa! Tylko czasem potrzebne są narzędzia, żebyśmy mogli rozwinąć się jako ludzie i nauczyć się kochać?
Miłości brakuje prawie wszystkim. Ale też słowo „miłość” jest koszykiem, do którego wrzucamy wszystkie nasze niezaspokojone potrzeby i uczucia. A czego tak naprawdę nam brakuje? Potrzebujemy, żeby najpierw rodzice, a potem partner czy partnerka, nas widzieli. Nas, a nie swoje oczekiwania wobec nas. To jedna z najważniejszych rzeczy w miłości: żeby ktoś mnie widział, żeby mnie słyszał, żeby wiedział, co jest dla mnie ważne, i rozumiał, dlaczego pewne rzeczy zrobię, a innych nie zrobię nigdy. Nie dostajemy tej uważności i akceptacji w domu, jeśli rodzice wychowywali nas tak, żebyśmy byli tacy, jak oni sobie tego życzą. No i potem mamy mężczyznę, który mówi: „Wiesz, chciałbym, żebyśmy siebie traktowali bardzo uważnie, z szacunkiem i z wyjątkowością”. Tyle tylko, że on chce, żeby to ona tak traktowała jego. On jej już nie. Podobnie kobieta oczekuje  od mężczyzny, aby był wrażliwy na jej potrzeby i emocje, ale ona na niego już nie musi!

Chcemy tylko brać, a nie dawać?
Nie umiemy inaczej. Brakuje nam dobrego wzoru uważności na drugiego człowieka, jeśli jako dzieci żyliśmy w domu, gdzie było mniej niż więcej: zrozumienia, ciepła, serdeczności i praw. I odwrotnie: potrafimy widzieć i rozumieć drugiego człowieka takim, jakim rzeczywiście jest, jeśli sami dostaliśmy uważność i czułość. To jest ten dobry wzór. To też narzędzie, którego może nam brakować. Jeśli je mamy, po prostu czujemy, czy z tym mężczyzną będzie nam dobrze, bo to człowiek zrównoważony, odpowiedzialny, jak coś powie, to zrobi. Jak nie chce czegoś, to też powie wprost. Miło mówi o kobietach, fajnie traktuje swoją matkę! Dogaduje się z ojcem! Nie patrzymy na to z listą w ręku, ale po prostu wiemy, że możemy z nim być, bo będzie dobrym partnerem i dobrym ojcem dla naszych dzieci.

Taka lista to fajna rzecz! Zwraca uwagę na to, co szczególnie ważne, a co mogłybyśmy zlekceważyć, jak na przykład relacje łączące naszego ukochanego z jego matką.
Tak, ale żeby z takiej listy skorzystać, to znów: trzeba umieć rozpoznać, czy ta relacja jest dobra, czy zła. A to znaczy, że trzeba było doświadczyć dobrej relacji z własną matką, a więc mieć wzór do porównania. Taki wzór to jedno z tych narzędzi, których nam brakuje. Bez nich nie umiemy rozeznać, co jakie jest i czego tak naprawdę potrzebujemy. Dlatego tworzymy masę zmyśleń, marzeń, iluzji o tym, jaki jest ten, kogo chcemy kochać, czym jest miłość, no i czego od niej potrzebujemy. Marzenia nie wynikają z doświadczenia czy z wiedzy. Są odtrutką na brak miłości, brak dobrych doświadczeń i dobrych wzorów.

Im mniej uważności, akceptacji, czyli miłości, dostaliśmy, tym więcej w dorosłym życiu tworzymy iluzji, fantazji i idealizacji?
Iluzje powstają np. tak: mama i tata się kłócą, krzyczą na siebie, w powietrzu wisi groza. Dziecko cierpi, boi się, że dom się rozpadnie, czuje niebezpieczeństwo i często, żeby osłabić siłę tych uczuć, zaczyna uprawiać magiczne myślenie: „W moim domu nigdy tak nie będzie, ja będę rozumiała moje dzieci i mojego męża, będzie bezpiecznie”. Jeśli rodzice nie pogodzą się mądrze, nie wytłumaczą córce całej sytuacji, tylko, jak to zwykle bywa, wrócą do codzienności, to dziecko nie nauczy się, jak dobrze kończyć konflikty. No i kiedy spotyka „miłość” i dostaje od partnera zachwyt, uwagę i troskę, to ten niby-dorosły, ale wewnątrz ciągle dziecko, cieszy się, że jego marzenia właśnie się spełniają. Ale przy pierwszym konflikcie czy różnicy oczekiwań popada w ten znany z domu rodzinnego stan: lęk, napięcie i ogromne rozczarowanie, bo przecież miało być zupełnie inaczej. I nawet już było! I wtedy ma pretensje do partnera: „Ty mnie nie kochasz”.

Oskarża partnera, bo sam nie ma narzędzi do poradzenia sobie z konfliktem?
Właśnie. Te narzędzia, które są nam potrzebne, to nauka rozwiązywania konfliktów, nazywania emocji, posługiwania się nimi, komunikowania się. Jeśli tego nie umiemy, uciekamy w magiczne myślenie, w marzenia, w idealizacje. A wymarzyć możemy wszystko! „Idealne” uczucia, sytuacje, dobra materialne... Wszystko po to, żeby zagłuszyć to wewnętrzne napięcie i zagrożenie. No np.: chcemy ślubu na wyspie i chcemy jeszcze tę wyspę dostać w prezencie! Tak miała jedna z aktorek i my też tak chcemy, bo to cudowny dowód miłości! No i rozczarowanie mamy jak w banku, nawet gdyby jakiś milioner nam to dał! Bo wcale nie chodzi o ślub i wyspę, tylko o to, żeby ten drugi człowiek nas widział, poznał i zaakceptował razem z naszymi wariactwami. Aby trochę ustąpił ze swojego, a ja ze swojego, i żeby w ten sposób powstała trzecia jakość, czyli „my”.

  1. Psychologia

Zakochani w idei miłości, czyli bowaryzm XXI wieku

Bowaryzm, czyli fascynacja miłością rodem z filmów i wiara, że i nas może „to” spotkać, prowadzi często do spadku zaangażowania w aktualną relację. (Fot. iStock)
Bowaryzm, czyli fascynacja miłością rodem z filmów i wiara, że i nas może „to” spotkać, prowadzi często do spadku zaangażowania w aktualną relację. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Są ludzie tak zakochani w idei miłości, że trudno im zakochać się w samym człowieku. Prawdziwy związek nie spełnia ich romantycznych wyobrażeń, bo nie jest jak z książki lub filmu. Klasyczny syndrom pani Bovary ma się dziś całkiem dobrze. Jak go u siebie zdiagnozować i – co ważniejsze – jak krok po kroku zwalczyć?

Ma być bezgraniczna, pełna namiętności, obsesyjna... Wszystko, co odbiega od tego modelu, to żałosna podróbka. Tak właśnie pojmowała miłość Emma Bovary, bohaterka XIX-wiecznej powieści Gustawa Flauberta. Nic dziwnego, że czuła się niespełniona. I że nieustannie takiej miłości szukała. Mąż? Zbyt pospolity, by dać jej rozkosz, namiętność i upojenie – czyli to, za czym tak tęskniła, co tak zachwycało ją w książkach, które czytała. Póki nie wyszła za mąż, sądziła, że go kocha; zaczynała jednak przypuszczać, że pewno się myliła, bo szczęście, które powinno zrodzić miłość, jakoś nie zakwitło – czytamy u Flauberta. Owszem, z kochankami doświadcza przez chwilę upragnionych dreszczy. Ale też zazdrości, zaborczości, zależności. Wreszcie – porzucenia.

Określenie bowaryzm zostało użyte po raz pierwszy w 1892 roku, przez francuskiego filozofa Jules'a de Gaultiera, w jego rozprawie „Bowaryzm, psychologia w dziele Flauberta”. Dla samego pisarza termin ten oznacza zderzenie ideałów romantycznych z miałkością zastanej rzeczywistości. Współcześnie, bo w 2013 roku, francuski słownik „Le Grand Robert” odnotował po raz pierwszy czasownik bovaryser, który znaczy tyle co marzyć o innym losie, przeznaczeniu, bardziej od obecnego satysfakcjonującym. Cóż, mimo upływu czasu bowaryzm ma się całkiem nieźle... Choć przyjął nieco inne, współczesne rysy.

Niedorzeczny kult

Jak dziś zachowywałaby się Emma Bovary? Pewnie oglądałaby komedie romantyczne, może telenowele. I miała pretensje do partnera, że się za mało stara. Nie walczy, nie klęka, nie nadstawia głowy. Nie wspina się po balkonie, nie wydzwania domofonem... Osoby dotknięte bowaryzmem nie potrafią docenić prostych gestów. „Prosty” oznacza dla nich tyle co pospolity. Pragną szczytów wyrafinowania, oryginalności. Być może nawet książę z bajki nie spełniłby ich oczekiwań... Pewnie musiałby wyglądać jak Ryan Gosling. Na pewno nie mógłby chodzić do zwyczajnej pracy. Żadnej rutyny, żadnych problemów!

Ktoś, kto postrzega w ten sposób miłość, przeżywa swoje relacje głównie w głowie. Czuje się przyciągany przez niedostępnych, skomplikowanych partnerów – często myli te cechy z namiętnością i romantyzmem. W związkach trudno mu wyjść poza fazę zakochania. Partner „z ludzką twarzą” zwykle okazuje się za bardzo ludzki. To odkrycie prowadzi do rozczarowań i frustracji. Tak to jest, kiedy ideał sięga bruku... Jednocześnie osoby szukające idealnej miłości mogą odczuwać silny lęk przed porzuceniem (i rozpacz, kiedy do niego dojdzie). Prawdopodobnie doświadczyły jakiejś formy porzucenia w dzieciństwie, a w dorosłym życiu odczuwają deficyt miłości i rozpaczliwie potrzebują uwagi partnera.

Rzecz dotyczy nie tylko kobiet. Mężczyźni też potrafią zafiksować się na ideał (mniej czy bardziej romantyczny). I obrażać się na rzeczywistość, że nie potrafi go doścignąć.

Rozczarowanie samo w sobie jest naturalnym etapem w relacji. Jeśli wierzyć amerykańskiemu psychologowi Jedowi Diamondowi, takich faz w związku partnerskim jest pięć: zakochiwanie się (miłość romantyczna); przejście w związek; rozczarowanie; budowanie trwałego, dojrzałego związku i wreszcie etap o mocnej nazwie „siła dwojga zmienia świat” (kiedy para, jako prawdziwa wspólnota, realizuje wspólne cele). Wielu osobom trudno wyjść poza trzecią fazę, czyli rozczarowanie właśnie. Tymczasem dopiero gdy przez nią przejdziemy i zaczniemy pochylać się z czułością nad różnicami, nad tym, co wydaje się takie trudne do zaakceptowania, mamy szansę zbudować coś trwałego. Nie jest łatwo: trzeba wycofać projekcję, zintegrować własny cień. Być bardzo uczciwym wobec samego siebie.

Fascynacja miłością rodem z filmów i wiara, że i nas może „to” spotkać, prowadzi do spadku zaangażowania w aktualną relację. Tak przynajmniej wynika z badań przeprowadzonych przez dr. Jeremy’ego Osborna z Albion College. Niby niewinne, a jednak... Co zrobić więc z wszechobecnym kultem romantycznej miłości, który dyktuje nam, jak powinny wyglądać nasze związki? Profesor Bogdan Wojciszke w książce „Psychologia miłości” zauważa bez ogródek, że jest on równie rozpowszechniony co niedorzeczny. To tak jakby w czyjejś biografii skupić się na opisie czternastego roku życia i uznać go za reprezentatywny dla całości... Nic dziwnego, że kiedy romantyczne uniesienia bledną, czujemy się zagubieni. Nie doceniamy złożoności miłości. Zdaniem prof. Wojciszke jej trzy najważniejsze składniki to intymność, namiętność i zaangażowanie. Intymność polega na dbaniu o dobro partnera, na wzajemnym szacunku, zrozumieniu i wsparciu, na dzieleniu się przeżyciami. W namiętności chodzi przede wszystkim o emocje – nie tylko takie jak pożądanie, czułość i radość. Również o niepokój, tęsknotę, zazdrość (kluczowe jest pragnienie jak najpełniejszego połączenia z partnerem). Zaangażowanie oznacza, że gotowi jesteśmy wytrwać w relacji, pracować nad nią – nawet w niesprzyjających okolicznościach. Wszystkie te składowe podczas trwania związku zmieniają się, ewoluują. Nawet po wielu wspólnych latach wciąż jesteśmy w drodze.

Pochwała bliskości

Bowaryzm czy inaczej zauroczenie romantyczną miłością bierze się w dużej mierze z lęku przed bliskością. A ta – cóż – bywa mało widowiskowa... Jeśli jesteśmy uczepieni mitów o dwóch połówkach jabłka albo tęsknimy za chłopcem (czy dziewczyną) z plakatu, zawsze będziemy mieć w zanadrzu cały szereg „ale”. Zawsze coś będzie nie tak. Powiedzmy sobie szczerze: seks w domowym wydaniu rzadko przypomina sceny filmowe z tego rodzaju akcją. Przecież w filmach kobiety śpią w biustonoszach i budzą się rano z kompletnym makijażem! A pewne formy zalotów z komedii romantycznych w normalnym życiu podpadałyby pod stalking!

W prawdziwej relacji jest pot i ból głowy. Jest zmęczenie, „zły” nastrój. Jest nuda. Banał. Irytacja. Zniechęcenie. Są kryzysy. Odkrywasz rzeczy dotyczące drugiej osoby, które niespecjalnie przypadają ci do gustu. Ma kiepski gust literacki (muzyczny też taki sobie). Pije litry kawy (i zostawia brudne kubki). Brakuje mu poczucia rytmu. Kiedy się złości, jego głos nabiera piskliwego tonu. Wstaje o jakichś dziwnych porach, a jej fryzura wtedy – hm, jest nieobecna. Zdarza mu się jeść śmieciowe jedzenie (czasem nawet na stojąco!). To chyba wystarczy, żeby się do niego lub do niej zniechęcić? A z drugiej strony to znamię pod łopatką... Nikt inny nie ma takiego! Czyż nie przypomina centrum wszechświata? I czy nie anuluje wszystkich pozostałych niedoskonałości? Tylko miłość zna odpowiedź na takie pytania. Ta ludzka, ziemska. Zwyczajna.

Czy jesteś Panią Bovary?

Poniższe pytania mogą być pewną wskazówką w zrozumieniu, czy idealizujesz miłość:
  • Czy często odczuwasz melancholię?
  • Czy potrafisz docenić prostotę w relacji, drobne, czułe gesty? A może wciąż oczekujesz spektakularnych akcji – bukietów róż i fajerwerków?
  • Jak wygląda twoja narracja na temat partnera/partnerki – ta zewnętrzna i ta wewnętrzna? Sprawdź, ile tam krytyki, żalu, presji, różnych „ale” i „gdyby tylko...”.
  • Czy w dzieciństwie przeżyłaś/przeżyłeś porzucenie? Czy odczuwasz lęk przed byciem porzuconą/porzuconym? Potrzebujesz ciągłej uwagi i adoracji?
  • Co robisz, gdy pojawia się rozczarowanie? Chcesz uciekać, wycofać się? Czy jest w tobie gotowość, by przyjrzeć się bliżej niewygodnej sytuacji i emocjom, jakie w tobie uruchamia? Sprawdzić (również poprzez terapię), co stoi za twoim rozczarowaniem, jaka potrzeba nie została zaspokojona, czy jest szansa na przekroczenie tego progu?
  • Czy jesteś w stanie dostrzec, że to, co rozczarowało cię w partnerze/partnerce, jest czymś, czego nie akceptujesz w sobie? Może po prostu trudno ci przyjąć, że – przy całej swojej niezwykłości – jesteś też zwyczajna/y, omylna/y, słaba/y?
  • Jak wygląda intymność w twojej relacji? Czy dajecie sobie uczuciowe wsparcie, wymieniacie intymne informacje?
  • Czy w twojej relacji jest namiętność? Czy próbujesz narzucać jakieś kanony, bo „nie tak to powinno wyglądać”?
  • Co z zaangażowaniem, wytrwałością? Jesteś gotowa/y pracować nad relacją, czy stawiasz na „żyli długo i szczęśliwie”?
  • Jeśli kogoś kochasz, czy aby na pewno obiektem twojej miłości jest żywy człowiek, czy raczej twoje wyobrażenie o nim? Sprawdź – to wcale nie takie oczywiste...