fbpx

Czy to pruderia?

Flsh Press Media

Niesłusznie mylimy ją z zahamowaniem czy wstydliwością. Czasem z prawem do intymności. Jak ją rozpoznać? Jak się jej pozbyć? Bo najwyższy czas spakować jej walizki!

Słownikowa definicja pruderii mówi, że jest to udawana i przesadna wstydliwość, zwłaszcza gorszenie się sprawami seksu. Dla kontrastu, zahamowanie jest naszą osobistą granicą, której nie potrafimy swobodnie przekroczyć. Kiedy się do niej zbliżamy, czujemy lęk, wstyd, zażenowanie, poczucie winy, niewłaściwość swego zachowania, czasem obrzydzenie. Pruderia to kłamstwo, że ta granica faktycznie jest. Osoba pruderyjna nie przekracza jej, dopóki jest poddana społecznej cenzurze. Powstrzymuje się przed działaniem w obawie: „co ludzie powiedzą”. Ale kiedy wie, że nikt jej nie obserwuje albo że jej czyny nigdy nie wyjdą na jaw, robi coś, co otwarcie potępiała. Bo ona tylko usiłuje się „sprzedać” jako ktoś cnotliwy, ale naprawdę cnotliwa nie jest. Deklaruje, że seks jest zły, ale chętnie go uprawia, bywa, że nie stroniąc od udziwnień… Natomiast osoba zahamowana w obu obszarach czuje autentyczną trudność: zarówno w mówieniu o seksie, jak i w jego uprawianiu.

Żeńskie imię zobowiązuje

Choć zdarzają się pruderyjni mężczyźni, to jednak zdecydowanie bardziej pruderyjne są kobiety. Nic dziwnego: od wieków żyły w społecznie generowanym przeświadczeniem, że pewne sprawy przystoją tylko mężczyźnie. Jeszcze do niedawna nie do pomyślenia było, żeby kobieta inicjowała seks, mówiła, na co ma ochotę, miała własne łóżkowe potrzeby i pomysły czy domagała się zaspokojenia w sypialni. Przez wieki kobieca przyjemność nie była traktowana jako coś istotnego – ale dostarczanie jej mężowi było obowiązkiem. Co więcej, uważało się, że cnota polega na wstydliwości, zahamowaniach i właśnie braku przyjemności. Kobieta, która lubiła seks, uważana była za rozwiązłą. A ta, która otwarcie dążyła do stosunku lub miała wielu partnerów – wręcz za dziwkę. To mężczyzna dyktował, kiedy się kochać, w sposób bardziej lub mniej subtelny.

Teraz role się nieco odwróciły. Społeczna cenzura dopuszcza coraz więcej. Współczesne kobiety potrafią być bardziej odważne w swoich pomysłach, otwarcie inicjować seks i to nie tylko w ramach stałego związku. Co więcej, często decydują się na przygody na jedną noc, nastawione wyłącznie na przyjemność. Jednak wciąż rzesze kobiet zachowują się zupełnie inaczej i pozwalają sobie na więcej, kiedy czują, że nie są oceniane. W przeciwnym razie zaczynają taksować swoje zachowania pod kątem „przystoi – nie przystoi” i wybierają to pierwsze, choć mają wewnętrzną gotowość do diametralnie innego zachowania. Trudno się dziwić, skoro w wielu domach wciąż wobec dziewcząt i chłopców panują podwójne standardy: córka ma być w domu z powrotem o dwudziestej, bo zbyt późne eskapady zagrażają jej niewinności i bezpieczeństwu. Natomiast syn może wrócić po północy, bo przecież młody mężczyzna „musi się wyszaleć”.

Ptaszek i sikorka

Dlaczego jesteśmy pruderyjni? Bo wynosimy to z domu. Nie znam ani jednego, w którym rodzice mówią do dziecka: „Kochanie, masz już 18 lat i warto byłoby, żebyś zaczął już życie płciowe”. Takich domów nie ma. Dla rodziców zawsze jest za wcześnie, nawet jeśli potomek jest już po dwudziestce. Seks pojawia się w życiu naszych dzieci ciągle nie w porę, bo lepiej, by się uczyły. Każdy rodzic chce widzieć swoje dziecko jako „nieskażone seksem”. Już samo to sformułowanie wiele mówi – tak jakby seks był czymś, co może pokalać, uczynić nieczystym. Nic dziwnego, że nie potrafimy o nim swobodnie rozmawiać, jak o czymś naturalnym, czymś, co jest częścią naszego ludzkiego dziedzictwa, nieodłączną sferą życia. Skoro nie udaje się to nam nawet z partnerem, jak może się sprawdzić w przypadku naszych dzieci? A przecież kiedyś będziemy musieli z nimi o tym porozmawiać, już czteroletnie pociechy są ciekawe, czym się różni chłopczyk od dziewczynki. Z tego wprawdzie możemy wybrnąć dość łatwo, tłumacząc urokliwie, że chłopczyk ma ptaszka, a dziewczynka sikorkę. Tylko że kolejne pytanie, które nas czeka, brzmi: „Skąd się biorą dzieci?”. I tu już nie będzie łatwo. Będziemy się jąkać, czerwienić. Dobrze, jeśli powiemy dziecku prawdę w sposób symboliczny, na przykład opowiadając historię o nasionku mamusi, które podlewa tatuś i które wtedy rośnie. Gorzej, jeśli wymyślamy bajki o bocianach i kapuście, bo dla dziecka, które szybko doda dwa do dwóch, jest to pierwszy sygnał, że zapytało o coś, o co lepiej nie pytać. Bo kiedy trzeba przejść do konkretów, zaczynamy czuć się niewygodnie. Do naszego zawstydzenia dokłada się jeszcze ogromne poczucie odpowiedzialności: bezradnością napełnia nas własna niewiedza, co można powiedzieć dziecku, żeby zrozumiało, a czego nie mówić, żeby nie wzbudzić u niego obrzydzenia, nie przestraszyć, zniechęcić czy zablokować. Tym bardziej, że są to treści, które zapadają w pamięć.

Kulturowo wszystko, co wiąże się z płciowością, jest owiane tajemnicą. Matki czują się skrępowane, uświadamiając dziewczynkę w sprawie jej fizjologii i mówiąc, że będzie kiedyś miała miesiączkę i z czym to się wiąże. A córka czując jej zakłopotanie, wyciąga wnioski, że to sprawy trudne i wstydliwe. Trzeba udawać, że ich nie ma. To działa zresztą w obie strony: dzieci niechętnie widzą swoich rodziców jako istoty seksualne. Przecież mama, która w dzieciństwie pieściła i dotykała całego ich ciała, jest od czułości, a nie od seksu. Już prędzej tata, ale też niekoniecznie. Autorytet w sprawach seksuologii, prof. Zbigniew Izdebski przeprowadził badania, z których wynika, że konieczne jest wprowadzenie rozsądnej edukacji seksualnej w szkołach, bo ani rodzice nie chcą rozmawiać o tym z dziećmi, ani dzieci z rodzicami.

 

Łóżkowi szyfranci

Całą sprawę utrudnia fakt, że kiedy już dochodzi do rozmowy o seksie, nasze słownictwo okazuje się niezwykle ubogie. Mamy do dyspozycji albo sformułowania medyczne, łacińskie i naukowe, albo wulgaryzmy czy infantylizmy. W granicach związku ludzie sobie z tym radzą, wymyślając związane z seksem własne miłosne szyfry, określenia dla genitaliów, typowe tylko dla danej pary. Swoją ochotę na poranny seks można np. zaanonsować stwierdzeniem: „Chciałabym, żeby rano obudził mnie nie kogut, a cietrzew” – i dla kochanków wszystko jasne. Jeśli posługujemy się swoim miłosnym tajnym językiem i przywołujemy obrazy dotyczące tylko naszej dwójki w obecności osób trzecich, dodatkowo czujemy siłę tego, co nas łączy.

Obecnie panuje moda na publiczne rozmowy o seksie – jej odbicie znajdujemy chociażby w popularnych serialach. Staramy się mówić o seksie otwarcie, czasem opowiadając nawet o technicznych detalach. To wymaga odwagi i jeśli jesteśmy na to gotowi – w porządku. Ale nie każdy, kto tego odmawia, musi być zaraz pruderyjny. Są osoby, które nie rozmawiają o erotyzmie, ponieważ dla nich jest to strefa intymna. Starają się, żeby seksowi towarzyszyła odpowiednia sceneria i nastrój. A jeśli już zabierają głos, to raczej używając sformułowania „kochaliśmy się”, niż „uprawialiśmy seks”. Takie osoby będą unikać rozgłaszania szczegółów o swoim pożyciu. I trzeba to uszanować. Dla nich erotyka i wszystko, co się z nią wiąże, są zarezerwowane wyłącznie dla partnera – i to też w porządku. Jest wyrazem wierności wyznawanym zasadom, delikatności i skromności. Nie pruderii. Zdecydowanie warto rozmawiać o seksie w związku – by ustalić, czy oboje mamy ochotę na to samo lub powiedzieć partnerowi, co lubimy, a czego nie. Chwaląc „dobre momenty”, zapewniamy sobie kolejną dawkę tego, co lubimy, a rozmawiając o problemach, korzystnie wpływamy na jakość naszego życia seksualnego – bo kiedy w łóżku jest dobrze, mniej nas irytują zostawione na środku pokoju skarpetki…

Seks to seks

Do spraw seksu mamy dość krańcowe podejście: albo jesteśmy w nich bardzo „do tyłu”, albo bardzo „do przodu”. Albo zahamowani czy pruderyjni, albo przesadzamy z wyzwoleniem. Trudno nam traktować erotykę i seksualność jako coś naturalnego, jako jedną z podstawowych potrzeb. Cały czas przyjmujemy jakieś postawy, zamiast być zwyczajnie sobą. Dlaczego?

Z jednej strony, trudno w tej dziedzinie mówić o jakiejś normie, z drugiej – rzadko się zdarza, żeby ludzie żyjący w związku spotkali się w tym samym miejscu, by ich granice seksualne były podobnie zakreślone. Zawsze jedno z nich jest bardziej wyzwolone. Jednak psychologowie uważają, że związkom partnerskim dobrze robi, gdy jedno z partnerów jest w czymś tylko odrobinę „do przodu”, bo za duży dystans jest niemożliwy do nadrobienia i zniechęca do „doganiania”. Bardziej wyzwolony partner nie powinien zatem zawstydzać, żeby druga osoba nie poczuła, że to świat, do którego ona nie ma wstępu.

Pruderia i unikanie nazywania pewnych spraw po imieniu może też stać się źródłem nieporozumień. Nie chcąc przyznać, że ulegamy fascynacji erotycznej, która bywa silna, wręcz porywająca, nazywamy ją miłością.
W społeczeństwie, w którym nie daje się zielonego światła związkom opartym wyłącznie na pociągu fizycznym, ludzie wolą powiedzieć: „kocham cię”, zamiast: „fascynujesz mnie, bardzo pociągasz”. Wtedy sami ze sobą czują się lepiej. Bo łatwiej się rozgrzeszyć, że np. rozbiliśmy swoje małżeństwo z powodu uczucia niż pożądania.
Nie wiemy lub nie chcemy wiedzieć, że popęd może mieć tak wielką siłę. Gdybyśmy byli bardziej otwarci, mówili o seksie w sposób naturalny, przyznawali, że jest zwykłą potrzebą – nie wypieralibyśmy się tej sfery życia. I wszystkim wyszłoby to na zdrowie.

?>