Doświadczenie w łóżku: ilu kochanków powinna mieć kobieta?

fot. iStock

Gdy chodzi o seks i miłość, lepiej nie być za dobrą z algebry. Nie podliczajmy. Kiedy spotkamy tego, z kim chcemy być, czy prawda o naszej przeszłości może zagrozić miłości? Mamy kłamać? Nie, ale też nie mówmy całej prawdy – radzi Katarzyna Miller, psychoterapeutka.

Ilu partnerów seksualnych mają kobiety, które spotykasz podczas terapii?

Od jednego do 60, zdarza się, że i 200. Już się nie dziwię, kiedy o 70 partnerach mówi dziewczyna, która nie jest ani „zrobiona”, ani specjalnie wyzywająca. Odwrotnie nawet! Jest skromna, urocza, miła. Ba! Wręcz wydaje się niewinna! Ale też przyczyny, dla których ta liczba jest tak duża, bywają rozmaite. Zazwyczaj związane są z czasem i przeżyciami. Bywa, że kobieta musi się sprawdzić, bo jest młoda i jeszcze nie wie, jaki może mieć wpływ na mężczyzn. Czasem odwrotnie, musi odzyskać swoją seksualność. Ma już trochę doświadczeń, ale została boleśnie porzucona, odrzucona. I teraz chce zobaczyć, czy może być nadal chciana. Idzie więc do łóżka z wieloma mężczyznami, bo tak – nieświadomie zazwyczaj – chce odzyskać siebie seksualną. A może została zdradzona? Zawiedziona przez mężczyznę, którego kochała i któremu wierzyła, teraz chce odwetu?

Na niewiernym kochanku chce się zemścić, śpiąc z innymi?

To jej odwet na wszystkich mężczyznach. Kieruje nią ślepa, nieświadoma siła, przekonanie: „Ja już nikomu nie uwierzę! Tyle się wycierpiałam! Więc teraz wy będziecie cierpieć”. I idzie do łóżka z każdym mężczyzną, który wyda się jej ciekawy, a potem go rozkochuje i porzuca. Robią tak też zranieni mężczyźni. Znam takiego pana, który przez 12 lat bardzo kochał żonę i był jej wierny, ale od czasu porzucenia przez nią zaczął podrywać mężatki. Szedł z nimi do łóżka, a później robił tak, żeby ich mężowie się o tym dowiedzieli. Na przykład zostawiał pudełko z prezerwatywami pod poduszką, krawat w łazience. Kiedy mu powiedziałam, że robi to nieświadomie, ale z potrzeby odwetu, był naprawdę zdziwiony… Świadomość tego, co robimy, pozwala nam zazwyczaj wyhamować. Odzyskać kontrolę.

Kiedy jednak trafia się do łóżka z 50. kochankiem, trudno się nie połapać, że jednak coś jest u mnie inaczej niż u koleżanek?

Tak, można się nie połapać. Bo też świadomie zawsze mamy jakąś racjonalizację na podorędziu. Na przykład możesz być przekonana, że poszukujesz tego jedynego. Albo że masz taki temperament. Albo że mężczyźni myślą tylko o seksie, więc tak naprawdę racjonalne jest to, co robisz. Albo że to oni cię porzucają, bo nie widzisz, jak ich prowokujesz. Na przykład nie wracając na noc czy romansując w ich obecności. Ale też zazwyczaj jest tak, że przy którymś kochanku czujemy, że już. Że ten nasz ból został ukojony, wyrwa w sercu zalepiona. Uspokajamy się. No i wtedy dopiero spotykamy tego jedynego. Bo tak naprawdę przejawia się to w naszym ciele, zachowaniu i inni nieświadomie to odbierają. Gdy więc jesteśmy w trybie „odwet” czy „badam swoją moc”, nie podejdą do nas ci poważnie myślący, a i my się nimi też nie zainteresujemy.

Łatanie dziury w sercu czy badanie swojej mocy albo jej odzyskiwanie poprzez liczbę kochanków ma pewnie jakieś koszty, choćby nie najlepsze zdanie na swój temat?

Nie ma zazwyczaj. Ale jeśli czujemy jakieś niejasne zarzuty wobec siebie, a pewnie jest to echo krytyki kogoś bliskiego, to sobie pomyślmy: „Robiłam tak, bo inaczej nie mogłam”. My nie żyjemy według zasad moralnych, jakie mamy w głowie czy nawet w sercu. Tak naprawdę to, co myślimy i czujemy, to wierzchołek góry lodowej. Kierują nami ciemne, głęboko ukryte moce. Dlatego kiedy dziewczyna sobie udowodni, czego potrzebuje, uspokaja się.

Co zrobić, kiedy dopiero po 87. trauma przerobiona, i bach! Jest miłość! Czy powiedzieć mu, którym jest numerem?

Po co? Co by mu to dało dobrego? To nie jego sprawa, co było. Poza tym zacząłby się porównywać, zastanawiać, czy jej sprosta, czy przypadkiem ona go nie wykorzystuje? Nie czułby się pewny jej uczuć, nawet jeśli ona byłaby ich pewna. Mógłby pomyśleć, że skoro tak zachowywała się wcześniej, to to się nie zmieni. Mało tego, pomyślałby sobie, że to dziwka. Albo że jej nie wolno, choć jemu tak!

Emancypacja to pic?!

Nie, ale mężczyzna będzie się po takim podliczaniu gorzej czuł. A może przestanie z nią sypiać? Taka informacja może zrobić bardzo silne wrażenie na nim, trudno nawet przewidzieć jakie.

Znajoma po dwóch latach bycia w udanym związku zapytała partnera, który znał jej przeszłość, kiedy się z nią ożeni. Wówczas usłyszała, że z takimi kobietami mężczyźni się nie żenią…

Liczby zawsze działają na wyobraźnię, zwłaszcza mężczyzny. Nie szastajmy więc nimi. Ale to też nieprawda, że „z takimi kobietami mężczyźni się nie żenią”. Żenią się, ale niektórzy lubią im „przyłożyć”, wykorzystując wiedzę, jaką na ich temat mają. Znam też takie związki, w których kobiety pracujące jako prostytutki znalazły partnerów. I nie dlatego ci mężczyźni czują się z nimi szczęśliwi, że mają superseks – co, oczywiście, ma znaczenie – ale dlatego, że mają normalne życie.

Moja przyjaciółka okłamała partnera, że przed nim było tylko pięciu, a nie zgodnie z prawdą – 55.

Moim zdaniem najlepiej powiedzieć: „Mam jakieś doświadczenie i dlatego wiem dobrze, że ty jesteś najfajniejszy, dlatego wybieram ciebie, bo z tobą mi najlepiej”.

A jeśli on zapyta, bo są tacy dociekliwi, jak ci było z byłym?

Nie mówić o byłych. Nie porównywać, nawet kiedy on prowokuje. To obrzydliwe. Chamskie. A szczerość do bólu i stwierdzenie: „Tamten mi to robił lepiej”, mogą sprowokować jedynie bolesną odpowiedź: „To sobie wróć do tamtego!”.

Jeśli kobieta odpowie: „Z tobą mi lepiej niż z innymi… najlepiej…”, to też źle?

To fajne, zwłaszcza gdy mówi to dorosła kobieta i, oczywiście, mężczyzna się domyśla, że miała innych. Odradzam, jeśli to młoda dziewczyna, bo jak ona powie: „Lepiej mi z tobą niż z innymi”, to może być dla niego niepokojące. Ale też, gdy jesteśmy młode, mniej prawdy o sobie mężczyznom mówimy, mniej siebie pokazujemy. Bo nie wierzymy, że jesteśmy warte miłości, śliczne, pokuśne. Więc udajemy bardziej doświadczone, bardziej chętne czy też odwrotnie – mniej doświadczone i mniej uległe. To zależy od tego, którą wersję uznajemy za właściwszą. Tymczasem szczerość, która jest niezbędna, to szczerość ciała i zmysłów wobec tego obecnego i to ona ma moc. Pamiętam, kiedy powiedziałam jednemu panu: „Wiesz, ja już nie mam ochoty na spotkania z tobą”. Na co usłyszałam: „No i bardzo dobrze! Bo mi dziś jedna dziewczyna powiedziała: »Mam na ciebie ochotę!«. Bardzo mi się to spodobało”. Mnie też, bo to jest sytuacja, w której mężczyzna nie musi zdobywać, a kobieta sygnalizuje, że go lubi, że on się jej podoba. W seksie jak w miłości masz się obnażyć – to słowo klucz. Masz się pokazać, nie pilnować, nie kontrolować. Obnażenie to jednak nie opowiadanie o sobie wszystkiego. Zachowaj wstrzemięźliwość w zwierzeniach
– twój partner to nie przyjaciółka. Otwieraj się cieleśnie, bo to twój kochanek. Ale żeby tak było, potrzebne jest ci zaufanie do siebie. Do swojej naturalnej zwierzęcości, spontaniczności. No, niestety, mamy ze spontanicznością kłopot w życiu w ogóle. Z przyjmowaniem i dawaniem, szczególnie w seksie…

Bo mamy kompleksy. I ja mam, i on ma…

Czasami powiedzenie: „Wiesz, ja też się czegoś tam boję czy wstydzę, ale razem możemy sobie z tym poradzić”, pomaga. Powiedzenie: „Nie masz być doskonały, nie masz być wyczynowiec. Ja uwielbiam się z tobą delikatnie dotykać i sobie leżeć. Nie musi ci wiecznie stać i nie musisz mi go wpychać cały czas, bo wcale mnie to nie pociąga. Tak między nami, to się niewielu kobietom podoba. My mamy ciała erogenne. Oczywiście, waginy też. Lubimy ten rodzaj miziania, dopieszczania, rozwibrowania wszystkich komórek ciała. I seks wtedy jest najfajniejszy, bo ciało jest czulsze, przygotowane”. To szczerość ciała i zmysłów, a nie mózgu i algebry! Ta pierwsza jest nam potrzebna w seksie i miłości. Ale czy są takie sytuacje, że jednak właśnie ta szczerość mózgu i faktów jest konieczna? Poznali się na grupie terapeutycznej. Ona po rozwodzie, on biseks. Pokochali się, bo pod wieloma względami bardzo sobie odpowiadali. Postanowili się pobrać i być wobec siebie uczciwi – jeżeli się nie uda, to się rozstać. No i się nie udało. Jeszcze pierwsze miesiące były jako takie, bo się sobą cieszyli, ale później on już zdecydowanie nie chciał z nią sypiać, tylko z facetami, a ona zaczęła cierpieć, tak po prostu. Rozstali się, bo byli wobec siebie uczciwi. Podziękowali sobie za to, co sobie dali. Po jakimś czasie zaczęli się z powrotem przyjaźnić, byli sobie bliscy i w życiu sobie pomagali… I to mi się bardzo podobało. Taka szczerość.

Właśnie, przyjaźń. Kobiety zwierzają się swoim mężczyznom…

O nie! Nie należy faceta traktować jak przyjaciółki, bo nią nie jest. Jak się nie ma przyjaciółek, to się różne intymne rzeczy gada partnerowi. Kiedy mówimy mu wszystko, nie będziemy mieć związku na całe życie. Bo mężczyzna ma nas wtedy jak na widelcu. A kobieta musi być troszkę dalej od niego, musi stanowić kształt, który on widzi z boku, żeby go podziwiać, pożądać, zachwycić się. Nie chce kogoś wybebeszonego. Nudne to jest dla niego.

Czy kobiety rywalizują, jeśli chodzi o liczbę kochanków?

Nie zauważyłam. Na moich warsztatach widać co innego. Jeśli któraś z kobiet przyzna się, że miała wielu kochanków, powiedzmy 70, wtedy grupa się ożywia, inne kobiety pytają, jak dała radę, jak to jest itd. Wyglądają na zaciekawione. A niektóre wtedy dopiero mówią, ile one miały. Ale, oczywiście, nie wszystkie się zwierzają, i to jest OK.

A ilu potrzebujemy mieć kochanków?

Tylu, żeby było nam dobrze. Można za pierwszym razem trafić na tego, który sprawi, że całe moje ciało będzie doświadczać seksu. A można mieć ich wielu i tego nie doznać. Kiedy więc słyszę, jak kobiety narzekają: „Ja miałam tylko męża, ale mi z nim jest dobrze”, to mówię: „gratulacje!”. Kiedy inna mówi: „No i po co mi było tylu tych mężczyzn, czy ja nie mogłam od razu trafić na Adama?”, odpowiadam: „Nie mogłaś najwidoczniej, bo byś go wtedy nie doceniła”. Podkreślam: „Nie zazdrośćcie innym, nie narzekajcie na swój los, bo jest tak, jak może być”. „Shirley Valentine” to taka piękna opowieść o tym, jak nieszczęśliwa, niespełniona żona pojechała do Grecji. Tam została zaproszona na łódź i uwiedziona przez właściciela knajpki, którą odwiedzała. Była wypoczęta, obkomplementowana, że taka jest piękna, że ma tak niezwykłe ciało… I przeżyła najcudowniejszy seks swojego życia! I kiedy potem okazało się, że on to samo mówi kolejnej dziewczynie, tylko się uśmiechnęła, bo była zadowolona, że dostała od niego tak wiele. Otóż samą siebie dzięki niemu pokochała i to chyba najlepsza odpowiedź na pytanie, ilu trzeba nam kochanków. Ano tylu, żeby siebie samą pokochać.

 

KATARZYNA MILLER
psycholożka, psychoterapeutka, pisarka, filozofka, poetka. Autorka wielu książek i poradników psychologicznych, m.in. „Instrukcja obsługi mężczyzny”, „Seksownik” i „Chcę być kochana tak jak chcę”

Artykuł pochodzi z archiwum magazynu ZWIERCIADŁO

ZOBACZ AKTUALNE WYDANIE »