1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Spotkania
  4. >
  5. Jake Gyllenhaal: Rewolucjonista mimo woli

Jake Gyllenhaal: Rewolucjonista mimo woli

fot. BewPhoto
fot. BewPhoto
Aktorem jest świetnym. I ma niezłą intuicję do filmów: przynajmniej o dwóch, w których zagrał, mówi się dziś, że są kultowe. Najnowszy – „Okja” – to też miało być aktorskie wyzwanie. A wyszła z tego rewolucja.

(Wywiad pochodzi z archiwalnego numery: Zwierciadło 8/2017)

Festiwal Filmowy w Cannes, 19 maja 2017 roku. W programie „Okja”, kolejny pokaz prasowy jednego z filmów ubiegających się o Złotą Palmę. Skończyło się na wielkich emocjach i trwającej do tej pory dyskusji na temat przyszłości kina. Czy ma ono szansę przetrwać w takim kształcie, w jakim trwało od czasów braci Lumière’ów?

Wróćmy jednak do canneńskiego pokazu filmu Joona Ho Bonga. Poszło o buczenie i okrzyki niezadowolenia na widowni. Na początku buczano z powodu wielkiego logo Netflixa wyświetlanego przed projekcją. Potem było jeszcze gorzej – pierwsze kilka minut filmu pokazano w niewłaściwym formacie, na ekranie widać było tylko część obrazu. W świat poszła plotka, że dzieje się coś niepokojącego. Po zakończonym seansie organizatorzy festiwalu wydali co prawda specjalne oświadczenie, że zawiniły tu problemy techniczne, ale pogłoski o sabotażu już zdążyły się rozprzestrzenić. Głos zabrał też sam Pedro Almodóvar (hiszpański reżyser był w tym roku przewodniczącym canneńskiego jury), który z jednej strony niby uspokajał nastroje, a z drugiej – wypowiedział słowa, które także poszybowały w świat: „Byłby to paradoks, gdyby film, który wygra nasz festiwal, nie trafił do kin”.

Wyjaśnijmy: producent „Okjy”, amerykański gigant Netflix, platforma streamingowa, na której oglądać można VoD (wideo na życzenie), to ucieleśnienie zmian, które zachodzą na naszych oczach. Niegdyś podobne platformy kojarzyły się po prostu z internetowymi wypożyczalniami. Dziś są na rynku filmowym poważnymi graczami. Produkują przede wszystkim świetne seriale, ale coraz częściej przeznaczają wielkie budżety na filmy kinowe. Kinowe tylko z nazwy, bo nie obejrzymy ich przecież w sali kinowej (nie licząc branżowych pokazów dla wybrańców), tylko na ekranie własnego telewizora czy laptopa. I właśnie o to toczy się cała awantura. Wkrótce może się okazać, że takie przybytki jak kina stracą rację bytu. Na canneńskim festiwalu już zapowiedziano, że w przyszłym roku każdy obraz zgłoszony do konkursu obowiązkowo musi być wyświetlany w kinach we Francji. To zrozumiałe, że filmowcy boją się zmian, zwłaszcza że trudno przewidzieć, jak mocno zachwieją one starym porządkiem. Tylko czy (r)ewolucja nie jest przypadkiem nieuchronna? Może branża zamiast się przed nią bronić, powinna zacząć wymyślać siebie na nowo. W ostatecznym rozrachunku chodzi o widzów, nawet arcydzieło nie ma racji bytu, jeśli nikt go nie zobaczy.

A publiczność chce oglądać takie filmy jak „Okja”. To nakręcona z fantazją opowieść z mocnym, ekologicznym przekazem. Jake Gyllenhaal gra tu przebrzmiałą gwiazdę telewizyjnych programów przyrodniczych na usługach korporacji, która głosi piękne hasła o ekologii i etycznym traktowaniu zwierząt, a w rzeczywistości ukrywa genetyczne eksperymenty mające obniżyć koszty produkcji mięsa. W laboratoriach powstaje nowy gatunek – superświnia. Na próbę hodowana „na wolności”, na koreańskiej wsi, w gospodarstwie, w którym mieszka pewna bardzo dzielna dziewczynka…

Sam aktor bardzo zaangażował się w projekt koreańskiego reżysera i podkreśla, że kinowi producenci nie chcieli zaryzykować i wyłożyć na niego pieniędzy. Także temat filmu jest mu bliski. Gyllenhaal dał się poznać jako zaangażowany w ochronę środowiska aktywista, walczy o nagłaśnianie skutków zmian klimatycznych, krążą legendy o jego radykalizmie w kwestiach segregacji śmieci i recyklingu. A po godzinach zajmuje się hobbystycznie stolarką i zdrową kuchnią. Nawet jeśli gra mocno niepokornych bohaterów, poza ekranem trudno byłoby go nazwać rewolucjonistą. Zwyczajnie robi swoje. Media są wobec niego bezradne, bo poza dobrymi rolami nie mają o czym pisać. Nie wiadomo nawet, czy Jake z kimkolwiek się spotyka. Kiedyś, kiedy był związany z Kirsten Dunst, potem Reese Witherspoon, a wreszcie z Taylor Swift, można było jeszcze umieścić gdzieś ich wspólne zdjęcie, ale dzisiaj, po tylu latach, można co najwyżej wracać do wątków rodzinnych – opisując go jako cudowne dziecko Hollywoodu, syna scenarzystki i reżysera, brata aktorki Maggie Gyllenhaal. O rewolucji w kinie się nie wypowiada, najwyraźniej uznaje, że to nie jego kompetencje, tak jak inni patrzy, co przyniesie czas. A o „Okjy” mówi jak o ważnym doświadczeniu, które zmieniło jego pogląd na pewne sprawy.

To prawda, że zdecydowałeś się zagrać w filmie Joona Ho Bonga, nie czytając nawet scenariusza?

Tak właśnie było! Widziałem jedynie rysunek filmowej superświni, czyli Okjy – Bong jest artystą wizualnym, więc wszystko musi być rozrysowane. Pamiętam, że przy okazji naszego spotkania opowiedział mi w kilku zdaniach o tym pomyśle i wspomniał o zaangażowaniu Tildy Swinton. Bez owijania w bawełnę zapytałem go zatem, czy ma dla mnie jakąś rolę. I faktycznie, tak bardzo chciałem z nim pracować, że w tamtym momencie nie czułem potrzeby, żeby przeczytać scenariusz. Za to kiedy to się w końcu stało, byłem mocno poruszony. Spodobała mi się ta historia przyspieszonego dorastania młodziutkiej bohaterki, w klimacie podobna nieco do „Labiryntu fauna” Guillerma del Toro.

Ciekaw jestem, jak wyglądały twoje przygotowania do roli. Jak budowałeś postać Johnny’ego Wilcoxa?

Pamiętam, że Bong pokazywał mi mnóstwo różnych dziwacznych filmików na YouTube i wiele postaci, które w ten czy inny sposób próbują przykuć naszą uwagę i sympatię. To był punkt wyjścia. Johnny nie był jednak wzorowany na kimś konkretnym. Nawet w kwestii dość ekstrawaganckiego ubioru. Choć szorty, jakie musiałem nosić, zdawały się coraz krótsze i krótsze [śmiech]. Ciekawie było też, kiedy usłyszałem, jakim głosem powinien mówić mój bohater. Bong narysował mi gitarę i wskazał na tę część gryfu, z której co prawda można wydobyć dźwięk, ale w zasadzie w ogóle się z niej nie korzysta. „To jest właśnie głos Johnny’ego” – powiedział wyraźnie rozbawiony.

Na początku miałem problem z tym, żeby cię rozpoznać. Jesteś aktorem, który nieustannie się zmienia, metamorfozy to dla ciebie kwintesencja zawodu, który wykonujesz?

Wydaje mi się, że wielu aktorów za wszelką cenę stara się jednak pozostać w swojej strefie komfortu. U mnie jest dokładnie odwrotnie. Kiedy jest zbyt wygodnie, czuję się źle. Dotyczy to nie tylko postaci, w którą mam się wcielić, ale przede wszystkim tego, o czym film traktuje. Tak było w przypadku „Okjy”. W Bongu podobało mi się, że od samego początku chciał zrobić coś innego, oryginalnego. Być może właśnie dlatego studia hollywoodzkie, do których trafił ten scenariusz, powiedziały „nie”. Zainteresował się tym dopiero Netflix, dając nam pełną wolność i swobodę twórczą.

Jesteś w takim momencie kariery, że możesz sobie pozwolić na eksperymenty.

Nie wiem, czy tak bym to nazwał. Pracując, chcę się jednocześnie dobrze bawić, a Bong jest jedną z najzabawniejszych osób, jakie kiedykolwiek miałem okazję poznać. Poza tym, ma swoją wizję, której stara się być wierny. A jednocześnie pozwala nam, aktorom, na ryzyko. To coś, co cenię w reżyserach najbardziej.

Sporo w tym filmie karykatury, błazenady, a ja kojarzę cię jednak z poważniejszymi rolami. Do czego bliżej ci poza ekranem? Jesteś typem człowieka, któremu w towarzystwie uśmiech nie schodzi z twarzy?

Raczej nie. Każdy pewnie postrzega mnie trochę inaczej, a ja nie odczuwam dyskomfortu z powodu tego, że ludzie nie do końca wiedzą, jaki jestem. Mój zawód sprzyja zaskoczeniom. Niedawno na przykład skończyłem pewien projekt sceniczny i wiem, że ludzie byli potwornie zaskoczeni tym, że tam śpiewam [Gyllenhaal robi aluzję do swojego udziału w musicalu „Sunday in the Park with George” na Broadwayu – przyp. red.]. Choć przecież robię to całe życie, wprawdzie może nie profesjonalnie… Jest więcej takich rzeczy.

Miałeś taki moment, kiedy doszło do ciebie, że już udowodniłeś, co miałeś udowodnić, i chcesz w swoim życiu zawodowym coś zmienić?

Każdy dochodzi do takiego punktu, w którym zastanawia się, czy robi coś wbrew sobie, czy idzie ścieżką, jaką dalej chce podążać. „Okja” to dobry punkt wyjścia do takich rozważań, bo z Bongiem znamy się od dłuższego czasu. Odbyliśmy wiele rozmów na temat różnych projektów, ponieważ byliśmy przekonani, że chcemy ze sobą współpracować. Ale z tego czy innego powodu aż do teraz się to nie udawało. I tu dochodzimy do sedna, prawdziwą wartość współpracy z ludźmi, którzy szczerze tego chcą i w ciebie mocno wierzą, odkryłem stosunkowo niedawno. Niby to coś oczywistego, a jednak potrzebowałem czasu, żeby dokonać takiego odkrycia. Show-biznes w dużej mierze polega na ciągłej pogoni za rozgłosem. Tam, gdzie jest szum medialny, są pieniądze. Tymczasem dużo ważniejsza jest praca z kimś, kto w stu procentach w ciebie wierzy. Z kimś, w kogo towarzystwie po prostu dobrze się czujesz. Razem tworzycie zgraną drużynę, dzięki czemu nie masz oporów, żeby podążać za wizją reżysera. Co więcej, sprawia ci to dużą frajdę.

Wcześniej tak nie było?

Nie chodzi o to, żeby demonizować moje wcześniejsze wybory, ale faktycznie nie wszystkie były trafione. Dlaczego? Bo nie byłem pewny swojego artystycznego instynktu. Aż przychodzi w życiu taki moment, kiedy zdajesz sobie z niektórych rzeczy sprawę. Bonga poznałem dziesięć lat temu w Los Angeles, choć dużo zabawniej było podczas naszego drugiego spotkania w Nowym Jorku. Jakaś para uprawiała wtedy seks na dachu niedaleko miejsca, w którym byliśmy. Bong podszedł do okna i po prostu krzyknął do mnie: „Hej, Jake, patrz na to”. Z nim nie można się nudzić [śmiech].

Mówisz sporo o pracy, a co pozwala ci osiągnąć równowagę w życiu pozazawodowym?

Pewnie cię trochę rozczaruję, ale powiem o dość oczywistych rzeczach. Na pewno najważniejsza jest rodzina. Dużo spokoju dają mi też przyjaciele. I znowu muszę wrócić do tematu aktorstwa, bo kiedy czujesz, że poprzez swoją pracę wyrażasz to, kim naprawdę jesteś i co chcesz światu powiedzieć, daje ci to wiele luzu w życiu prywatnym. Kiedy patrzę w przeszłość, widzę, że miałem pewne cele do zrealizowania, i z perspektywy czasu mogę powiedzieć, że w dużej mierze udało mi się je osiągnąć.

Przeprowadzka z Los Angeles do Nowego Jorku to jeden z tych życiowych przełomów, o których wspomniałeś?

Do pewnego stopnia na pewno. Choć wydaje mi się, że było wiele rzeczy w moim życiu, które mocniej na mnie wpłynęły. Gdy miałem 30 lat, po długim okresie wspólnego życia moi rodzice zdecydowali się rozwieść. Może po prostu odkryli życie, jakie zawsze chcieli wieść, a z jakichś powodów nie było im to dane? Oczywiście, kochali swoje dzieci i chcieli dla nich jak najlepiej, ale to była tylko część ich codzienności. To wydarzenie pociągnęło za sobą kolejne zmiany w najbliższej rodzinie. Bo skoro jedni postanowili w końcu wyrazić to, co naprawdę czują i myślą, to inni też uznali, że mają na to przyzwolenie. Pozwoliło mi to wiele zrozumieć. Wszyscy dążymy do stworzenia jakichś relacji – z innym człowiekiem czy otaczającym nas środowiskiem. Nie zawsze jest to łatwe, o czym też mówi „Okja”. Na przykładzie głównej bohaterki widzimy, że dorastanie to bolesny proces. W takim samym stopniu skomplikowany co fascynujący. Jedyną pewną rzeczą są w nim relacje z tymi, których cenimy. Powinniśmy je pielęgnować i walczyć o nie tak mocno, jak tylko potrafimy.

Ważnym tematem „Okjy” jest ekologia, poszanowanie naturalnego środowiska, zwierząt.

Nie wiem, czy nazwałbym go lekcją, ale ten film z pewnością mówi o kilku bardzo ważnych rzeczach. To historia, jaką znamy bardzo dobrze, opowieść o bohaterze, który kocha coś tak bardzo, że za wszelką cenę stara się odnaleźć zgubę. Zaskakująca jest jednak odwaga reżysera pokazującego młodemu widzowi brutalne mechanizmy rządzące dzisiejszym światem. Drapieżny kapitalizm, który coraz mocniej ingeruje w naszą codzienność. Mam wrażenie, że obecnie kino familijne stara się raczej uciec od takich tematów, a nawet jeśli nie, to podaje je w lekkiej, żartobliwej formie. A przecież dzieci są inteligentne, można mówić im o trudnych rzeczach. Nie wszyscy mają tyle odwagi, by pokazywać im to tak wprost – że świat, chociaż piękny, jest jednocześnie i brutalny.

Słowo „świat” kojarzy się z tym, co jest gdzieś tam, daleko. A może czas nazwać rzeczy po imieniu: coraz bardziej niepokojąca jest rzeczywistość wokół nas.

Wielu moich rodaków wspominało ostatnio o tym, że chce przenieść się do Kanady. Jasne, można tak zrobić, choć wydaje mi się, że właśnie teraz jest najlepszy moment, żeby pracować tak ciężko, jak tylko możemy, próbować wyrazić swoje zdanie i przez to coś zmienić. Ostatnią rzeczą, o której powinno się myśleć, jest ucieczka. Mamy teraz w USA elektryzujący czas. Może to tylko moje zdanie, ale wydaje mi się, że ludzie stają się coraz bardziej świadomi, a przez to zaangażowani. I nie tylko w skali kraju czy nawet miasta, ale i mniejszych wspólnot, jak chociażby dzielnica. To może być inspirujące.

A kino? Ono też ma moc zmieniania rzeczywistości?

Myślę, że nie ma lepszego momentu, żeby przekazać tę wiadomość, która zawarta jest w „Okjy”. Ten film może zmienić punkt widzenia na to, jak traktujemy to, co nas otacza, ale i siebie nawzajem. Temat to jedno, ale równie istotny jest czas, kiedy film zostaje skonfrontowany z publicznością. W dzisiejszych czasach zewsząd jesteśmy zalewani informacjami. Jedne z nich są prawdziwe, inne nie. Artyści zawsze powinni zajmować głos w sprawie. To czyni sztukę ważną.

 

Jake Gyllenhaal: rocznik 1980; amerykański aktor filmowy i teatralny. Syn reżysera Stephena Gyllenhaala i scenarzystki Naomi Foner, brat aktorki Maggie Gyllenhaal. Jego najgłośniejsze role to te w filmach: „Donnie Darko”, „Tajemnica Brokeback Mountain”, „Zodiak”, „Wolny strzelec”, „Jarhead...”.

 

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Zwierciadło

Słodka niespodzianka pod choinkę

(Fot. iStock)
(Fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Rozpakowywanie prezentów to jeden z tych momentów, na który w czasie świąt czekają nie tylko dzieci. Upominki, to przecież dowód na to, że o sobie pamiętamy i chcemy sprawić sobie przyjemność.

Jednym ze sprawdzonych pomysłów na prezent od Świętego Mikołaja jest małe co nieco, czyli paczuszka pysznych słodkości. Ucieszą się z niej zarówno małe łasuchy, jak i dorośli smakosze. Słodycze spod choinki smakują wyjątkowo, zwłaszcza jeśli mają kojarzące się ze świętami smaki - pomarańczy, wanilii i przypraw korzennych. Dekoracyjne opakowanie ozdobione bożonarodzeniowymi motywami tabliczkę czekolady, pudełko pralinek, czy paczkę cukierków przemieniają w wyjątkowy słodki prezent.

Wybierając słodkości pod choinkę trudno pominąć siłę tradycji – są marki, które od lat kojarzą się z jakością i smakiem. Jedną z nich jest E.Wedel. Marka, jak co roku, przygotowuje z okazji świąt specjalną edycję swoich kultowych produktów, wzbogacając je o dodatki takie jak pomarańcza, cynamon, wanilia i żurawin. Z okazji Bożego Narodzenia, znane wedlowskie produkty otrzymają nową, świąteczną szatę graficzną.

Są wśród nich , Torcik Wedlowski, kultowe Baryłki i duże tabliczki czekolady – gorzka z żurawiną, mleczna z cząstkami pomarańczowymi oraz czekolada Cookie, w dwóch świątecznych smakach: korzennym i Orange Mocha. W tegorocznej ofercie Mieszanka Wedlowska, cukierki Pierrot i świąteczne pralinki opakowane będą w nietuzinkowe puszki w kształcie kuli, dzwonka i choinki. Dzięki temu mogą także stanowić idealną świąteczną ozdobę.

Słodkości dla najmłodszych

Dzieciom czas oczekiwania na Boże Narodzenie można umilić kalendarzem adwentowym E.Wedel. W ozdobnym pudełku podzielonym na 24 okienka znajdują się czekoladki w dwóch smakach w kształcie Buźki Krówki. 
Na Mikołajki lub pod choinkę można sprawić im zestawy słodyczy na przykład: pudełko z opaską w kształcie rogów Renifera - bohatera motywu graficznego, Domek Krówki, a także czekolady mleczne z chrupiącymi kawałkami wafelków i chrupek lub z kawałkami pianek marshmallow. Świąteczne produkty dla dzieci E.Wedel ozdobiono postaciami Renifera, Mikołaja, Bałwanka oraz Znajomej Krowy Kucharza.

 

Produkty z portfolio świątecznego E.Wedel są w sprzedaży od początku listopada.

  1. Zwierciadło

Stwórz atmosferę Świąt. Inspiracje od marki Fyrklövern  

Zobacz galerię 23 Zdjęcia
Święta to przede wszystkim wyjątkowa atmosfera, spotkania z bliskimi oraz pyszne potrawy. Smakowanie ich to również delektowanie się pięknem odświętnie nakrytego stołu. Zainspiruj się propozycjami marki Fyrklövern - specjalistą w dziedzinie dekoracji stołu - i stwórz świąteczną aranżację, która oczaruje twoich gości!

ÅSA’S WINTER 

Rajskie jabłuszka, pomarańcze, granaty i pachnące gałązki to elementy doskonałe na świąteczny stół! By całość wyglądała bajecznie warto wybrać perfekcyjną zastawę, która spełni nasze oczekiwania co do dekoracji stołu i zachwyci wszystkich gości! Po raz pierwszy w Polsce, w cudownej aranżacji świątecznej, prezentujemy Serwis ÅSA’S WINTER, zaprojektowany przez skandynawską artystkę Anne Rooslien. Najwyższej jakości, trwała porcelana skaleniowa, urzekające, ręcznie litografowane zdobienia oraz wyjątkowy design tworzą ponadczasowy serwis obiadowy! Dzięki zastawie, dekorowanej skrzatami – wykreowanymi przez znaną w Skandynawii Åsę Götander, uzyskasz wspaniałą zimowo-świąteczną atmosferę. Porcelanę możemy umyć w zmywarce i odgrzać w niej dania korzystając z kuchenki mikrofalowej – to dodatkowy atut tego eleganckiego serwisu.

SANTA CHRISTMAS

Do świątecznej dekoracji stołu warto wybrać nastrojowe świece, serwety i oczywiście doskonałą porcelanę. Serwis SANTA CHRISTMAS ręcznie zdobiony platyną, skrzącymi się płatkami śniegu oraz uroczymi krasnalami to spełnienie świątecznych marzeń zarówno dzieci jak i dorosłych. Klasyczny design kolekcji wypełniają kolorowe, ręcznie malowane wizerunki skrzatów i zwierząt w zimowej scenerii. Pełne fantazji i artystycznego kunsztu, tworzą ciepły i radosny klimat, podkreślając wyjątkową atmosferę świąt.

ÅSA’S CHRISTMAS

Skrzaty i dekor wzbogacony elementami z 18-karatowego złota to przewodnie elementy Serwisu ÅSA’S CHRISTMAS. Zastawa z motywem uroczych ludków idealnie ozdobi świąteczny stół i stworzy atmosferę bajkowego klimatu przywołując wspomnienia beztroskiego dzieciństwa. To serwis, który przykuwa wzrok oryginalnym kształtem przypominającym pofałdowane śnieżne zaspy, na których zagościły urocze skrzaty. Ośnieżone choinki dekorowane prawdziwym złotem stanowią ekskluzywny element ozdobny! Gałązki, pierniki w kształcie serca, gwiazdy z jabłek czy złote szyszki w kieliszkach to elementy dekoracyjne, które komponują się idealnie z tym eleganckim serwisem.

ÅSA’S CHRISTMAS WHITE

Porcelana Åsa’s Christmas White zachwyca klasycznym designem i ręcznie malowanymi krasnalami w białych i srebrnych kapturkach. Serwis przepięknie prezentuje się w monochromatycznym stylu, gdzie na drewnianym stole w odcieniach szarości układamy zielone gałązki przyprószone śniegiem, szyszki i pachnące pierniki.

VICTORIA 

Drewno, pachnący świerk, nastrojowe lampki i przepyszne potrawy podane na luksusowej porcelanie skandynawskiego projektu pomogą nam stworzyć perfekcyjną atmosferę w czasie świąt! Serwis Victoria zachwyca delikatną formą, a zdobienia z 18-karatowego złota nadają mu królewskiego splendoru. Czerwona serweta przyprószona sztucznym śniegiem, pomarańcze, goździki i soczyste, czerwone jabłka w zimowej okrasie w połączeniu z elegancką porcelaną Victoria tworzą dekorację stołu w iście królewskiej aranżacji. Ta zastawa to świetny wybór zarówno na święta jak i inne okazje, jej klasyczny i elegancki design sprawia, że będzie pasowała na każdą uroczystość.

CELEBRATION

Świąteczny stół stanowi doskonałe pole do popisu dla miłośników dekoracji wnętrz. Spektrum możliwości jakie możemy zastosować jest nieograniczone. Pachnące gałązki świerku, złote świece, kryształowe wazony, eleganckie serwety czy też subtelne herbaciane róże i złote sztućce będą prezentować się perfekcyjnie w otoczeniu porcelany Celebration. Serwis o lekko falistym kształcie z ręcznie nanoszonymi platynowymi zdobieniami zachwyca subtelnością i elegancją.

Zobacz więcej na: ,

  1. Zwierciadło

Herbaty Newby - doskonały prezent pod choinkę

Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Kolekcja światowej sławy projektanta mody Matthew Williamson dla Newby to idealny prezent na Święta dla każdej wielbicielki najwyższej jakości herbaty oraz mody.

Przepiękne puszki skrywają w sobie 3 wyjątkowe herbaty: Maharaja’s Breakfast (czarna herbata Assam), Exotic Earl Grey (herbata z olejkiem z gorzkiej pomarańczy i płatkami róży) oraz Jasmine Rose Garden (zielona herbata z różą i jaśminem). Do wyboru będzie także pudełko zawierające wszystkie 3 produkty.

Najwyższej jakości liście herbaty wraz z kwiatowymi dodatkami, ukryte w pięknych opakowaniach będą idealnym prezentem dla bliskiej osoby, a także przyjemnym uzupełnieniem każdego dnia.

Produkty dostępne są na stronie 

  1. Zwierciadło

Rodzina patchworkowa: Jak przeżyć święta?

Rodzina patchworkowa podczas Świąt Bożego Narodzenia musi się zmierzyć z dużym wyzwaniem nie tylko logistycznym, ale przede wszystkim emocjonalnym. (Fot. iStock)
Rodzina patchworkowa podczas Świąt Bożego Narodzenia musi się zmierzyć z dużym wyzwaniem nie tylko logistycznym, ale przede wszystkim emocjonalnym. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
O czym pamiętać, o czym zapomnieć w świąteczny czas – zastanawia się Wojciech Eichelberger, współautor książki „Patchworkowe rodziny. Jak w nich żyć”, która ukazała się nakładem Wydawnictwa Zwierciadło.

Znam dobrze funkcjonujący w ciągu roku patchwork, który rozpruwa się w czasie świąt. Wszyscy zbierają się w jednym miejscu i od razu wybucha awantura. Ostatnio zaczęło się od wyrzutu, że były mąż spóźnił się pół godziny.
Zaczyna się zazwyczaj od błahych spraw – że ktoś czegoś nie kupił, nie zrobił, powiedział o jedno słowo za dużo. To kropla, która przelewa czarę goryczy.

Czyli to preteksty. Co się za nimi kryje?
Zamiatane pod dywan sprawy, niewyjaśnione żale i pretensje, nierozwiązane problemy, do których boimy się wracać. Ale one wcześniej czy później wybuchają, na przykład właśnie w czasie świąt.

Może to i dobrze, bo wreszcie możemy się z nimi skonfrontować.
Porządny kryzys jest dobrym początkiem zmiany. Oczywiście, może mieć pozytywne konsekwencje tylko wtedy, kiedy jego destrukcyjną siłę będziemy potrafili konstruktywnie wykorzystać. Kryzys pokazuje to, czego brakuje w systemie, więc nie ma się co obrażać, tylko trzeba podjąć trud dogadania się i przemiany.

A może dobrym pomysłem jest niespotykanie się w święta zwaśnionych stron? Pewna matka (teściowa, babcia) wymyśliła, że Wigilia odbędzie się według grafiku, w którym każdemu wyznaczyła towarzystwo i godzinę wizyty, z zapasem czasowym, żeby najbardziej zwaśnieni zdążyli się minąć i na siebie nie powpadali. Ta pani jest dumna z autorskiego rozwiązania.
W Wigilię nie chodzi o to, aby się nawzajem unikać. Ale Wigilia sama z siebie nie jest w stanie uczynić nas świętymi. Droga do świętości, czyli do otwartego serca, wymaga od nas podejmowania wysiłku i ryzyka. O tym warto pamiętać. Jeśli jednak nie stać nas jeszcze z jakichś powodów na wysiłek i ryzyko spędzenia Wigilii z ludźmi z naszego rodzinnego systemu, których nie lubimy, bo na tym etapie nasze resentymenty są dla nas ważniejsze niż religijne nakazy, to trudno. Może następnym razem. Więc owa pani z twojego przykładu robi dobrą robotę. Przynajmniej jej serce stanowi przestrzeń, w której skłóceni i zaślepieni ludzie wirtualnie się spotykają. Chwała jej za to.

Ona naprawdę chce dobrze.
W patchworkowym systemie taka osoba odgrywa doniosłą rolę kleju, nici i agrafki. Każdy może do niej przyjść, bo wie, że spotka się z miłym przyjęciem, a ona pozostanie bezstronna. Może też odgrywać rolę rodzinnej skrzynki pocztowej i przekazywać skłóconym stronom ważne informacje. Po jakimś czasie dzielna babcia będzie mogła zrobić krok dalej i skrzyknąć wszystkich członków skłóconego patchworku w jedno miejsce, na przykład przy okazji swoich jubileuszowych urodzin, informując ich o tym, że to jest jej święto, więc zaprasza wszystkich, których kocha, i prosi o to, by wszelkie konflikty na ten czas zawiesić, tak jak kiedyś w dobrej przeszłości ustawały wojny, gdy trwała olimpiada.

Święta są szczególnie ważne dla dzieci, które potem całe życie pamiętają Świętego Mikołaja, choinkę. Więc choćby ze względu na nie dobrze jest zadbać o atmosferę tych dni – pozytywną, przesyconą dobrymi emocjami. O czym jeszcze pamiętać, przygotowując święta?
Boże Narodzenie to dla patchworkowego systemu doskonała okazja i zarazem trudny sprawdzian tego, czy przestrzegana jest w praktyce święta zasada wszelkich patchworków: wszystkie dzieci są nasze. Praktyczna troska o sprostanie tej zasadzie może sprawić, że same święta przestaną być tylko rodzinnym rytuałem objadania się i obdarowywania prezentami, ale ujawnią swój głęboki duchowy wymiar. Bo święta zapraszają każdego do „królestwa nie z tego świata”, czyli do takiego wymiaru istnienia, w którym jednoczą się przeciwieństwa, zasypywane są przepaści dzielące zantagonizowane strony. Gdzie wszystko ujawnia swoją świętą, wspólną z całym istnieniem prawdziwą naturę, gdzie w jednolitej świetlistej przestrzeni rządzą: miłość, szacunek i cisza. A z tego punktu widzenia chciwość, nienawiść, konflikty, resentymenty i wojny jawią się jako wielka, przerażająca egzystencjalna pomyłka i strata czasu. Patchworkowa rodzina jest z pewnością trudniejszą, a przez to lepszą okazją do praktykowania świętości niż stawianie na wigilijnym stole pustego talerza dla symbolicznego zbłąkanego wędrowca. Więc jeśli dojrzali dorośli chcą udzielić patchworkowym dzieciom ważnej duchowej lekcji, to święta Bożego Narodzenia są do tego doskonałą okazją. Będzie się do czego odwoływać przez całą resztę roku.

Gdybyśmy jeszcze mimo konfliktów potrafili spektakularnie przebaczyć sobie nawzajem przy dzieciach, to byłaby dopiero lekcja. 
O tak. Sam fakt, że ludzie podchodzą do siebie i składają sobie dobre życzenia, chociaż jeszcze dzień wcześniej sobie złorzeczyli, to wspaniała nauka dla wszystkich, a szczególnie dla dzieci. Ale nie tylko nauka. Także chwila zasłużonego wytchnienia. Bo dla dzieci najważniejszą wartością i najlepszą glebą do wzrastania jest bezpieczna, harmonijna, spójna społeczność, której członkowie odnoszą się do siebie z szacunkiem i miłością.

Wszystkie niezałatwione problemy i relacje, których rodzina patchworkowa nie przerobiła, wylewają się zwykle „na świąteczny stół”. (Ilustr. Tomasz Wawer) Wszystkie niezałatwione problemy i relacje, których rodzina patchworkowa nie przerobiła, wylewają się zwykle „na świąteczny stół”. (Ilustr. Tomasz Wawer)

Marzeniem dziecka z rozbitej rodziny jest to, żeby mama była z tatą, nawet jeśli nie na zawsze, to chociaż w święta. Czy wspólny wyjazd rozwiedzionych rodziców z ich dziećmi to dobry pomysł?
Pomysł bardzo dobry, ale przy innych okazjach niż święta. W patchworkowej rodzinie dorośli często mają dzieci z dwoma, a nawet z trzema partnerami. Jak te rodziny obsłużyć w kilka dni świąt? Widziałem wielu ojców i wiele matek, którzy z obłędem w oczach starali się pojawić w ciągu kilku godzin na dwóch albo trzech wigiliach w oddalonych od siebie miejscach, wszędzie pozostawiając za sobą żal i zniecierpliwienie. To nie ma sensu. Lepiej organizować wspólnie z innymi chętnymi z tego samego systemu duże rodzinne spędy wigilijne. Natomiast wyjazdy rodziców z biologicznymi dziećmi w uroczystej, świątecznej atmosferze, z dekoracjami mogłyby dawać wspólnym dzieciom nadzieję, że ich rodzice będą znowu razem.

A spotkanie świąteczne obu zwaśnionych rodzin w którymś z domów?
W sytuacjach konfliktu powinni raczej spotkać się na neutralnym gruncie.

Dlaczego?
Jeśli ludzie, którzy niedawno się rozstali, spotykają się w domu, który przesiąknięty jest wspólnymi przeżyciami, a każdy jego fragment jest jakby pamiątką w muzeum ich wspólnej przeszłości i przywołuje jakieś wspomnienia, to trudno się w nim racjonalnie porozumiewać w sprawach bieżących i przyszłych.

Znajoma rozwódka, która ma w miarę poprawne stosunki z byłym mężem i jego żoną, nie chce ich zapraszać ani odwiedzać, a tym bardziej organizować wspólnych świąt, bo obawia się zmiany status quo.
Dorośli i odpowiedzialni ludzie, którym przyszło żyć w patchworkowym systemie, powinni podejmować decyzje służące porozumieniu i zgodzie, a nie jątrzeniu. Skoro patchworkowa rodzina jest faktem, to róbmy wszystko, żeby wykorzystać jej potencjał. Budujmy, a nie dzielmy, troszczmy się o część wspólną, a nie bójmy się na zapas. Nie traktujmy patchworku jako dopustu bożego czy tragedii, którą będziemy się nieustannie karmić i którą będziemy celebrować do końca życia. Egoistyczna troska o status quo swojego zakątka prędzej czy później się zemści. Przetrwanie patchworku w ogromnej mierze zależy od tego, jak szybko dorośli zdadzą sobie sprawę z tego, że wszystko jest w nim ze sobą powiązane.

Owa kobieta zakłada, że jeśli spotka się z rodziną byłego, to odżyją urazy.
Jeśli unikamy kontaktów, to siłą rzeczy komunikujemy się w sprawach błahych i nudnych, a tak naprawdę tracimy czas i potencjał, jaki drzemie w głębinach patchworkowego oceanu. Więc przy każdej okazji, zamiast marzyć o na zawsze minionym status quo, zróbmy cokolwiek, aby wzmacniać patchworkowe szwy.

Może zaapelujemy do patchworków – dajcie się zainspirować świętom!
Apelujemy: wykorzystujcie je do tego, żeby przełamać niechęć, wrogość, urazy. Róbcie to dla siebie i dla wszystkich patchworkowych dzieci. Dajcie im przykład, jak układać relacje mimo trudnej przeszłości.

Czy są jakieś przeciwwskazania do wspólnych świąt rozwiedzionych partnerów?
Jeśli mamy spotykać się po to, żeby się kłócić, a przy okazji ranić uczucia naszych dzieci, to lepiej się nie spotykać. Święta są okazją do propagowania dobrych uczuć i dobrych życzeń. Jakże są teraz deficytowe.

A do obdarowywania się prezentami?
Dobrze jest zachować w tym umiar. Najwspanialszymi prezentami dla patchworkowych dzieci są dojrzałe i mądre zachowania dorosłych, szczególnie te objawiające się w przekraczaniu negatywnych uczuć i postaw wobec byłych partnerów, byłych teściów, zięciów czy synowych. Gdy dziecko widzi, że dorośli, których kocha, trudzą się, by przełamać urazy i żale, bo chcą zbudować nową, bezpieczną społeczność rodzinną, to mu serce rośnie i dusza się śmieje. Ono nie chce się truć złymi emocjami i nastawieniami rodziców. Superprezentem w obecnych czasach są czas i uwaga, które poświęcamy drugiej osobie.

O czym jeszcze pamiętać przy okazji świętowania?
Żeby to nie był prosty rytuał. Żeby nie przedobrzyć, czyli pamiętać o zasadzie, że nasza wolność kończy się tam, gdzie zaczyna się wolność drugiego człowieka. Na przykład chcę kogoś uściskać i przytulić, ale wiem lub czuję, że ta osoba tego nie lubi. Trzeba to uszanować. Albo mam przemożną chęć zadania jej pytania, bo chcę zaspokoić swoją ciekawość, a ona wyraźnie się krępuje albo daje sygnał, że nie ma ochoty poruszać tego tematu. No to nie pytam, wycofuję się, ewentualnie przepraszam. W psychologii nazywa się to szanowaniem granic drugiej osoby. W dodatku dzisiaj powinniśmy też uważać na rozmowę o poglądach.

Nie tylko w rodzinach patchworkowych lepiej chyba nie poruszać tematów politycznych?
Poruszać można, ale bezpiecznie jest ograniczać się do wypowiadania swoich poglądów, nie atakując przekonań drugiej osoby. Unikać fraz takich jak: „w przeciwieństwie do ciebie”, „nie zgadzam się...”, „twoje poglądy są…”, „jak można tak…” itp. Każdy z nas ma prawo do własnych sądów. Nie należy próbować zmieniać zdania innych, bo to tylko wzbudzi opór.

Co robić, żeby zapobiec kłótni na tym tle?
Zacząć trzeba od wysłuchania i zrozumienia tego, co usłyszeliśmy. Dopiero potem można zastanowić się, czy ktoś chce być przekonany do innego poglądu, czy forsując swoje zdanie, nie naruszam granicy jego wolności.

Dobrze jest wykrzesać z siebie ciekawość tego, co ktoś myśli.
Ciekawość tego, co ktoś ma do powiedzenia, pomaga zrozumieć siebie nawzajem, a o to chodzi w rozmowie. W dyskusjach o poglądach najpierw jedna osoba przedstawia swoje zdanie, potem druga, następnie pierwsza dzieli się wątpliwościami co do przekonań oponenta, potem robi to druga.

Tylko trzeba się zdobyć na intelektualny wysiłek.
Także emocjonalny. Aby taka rozmowa była możliwa, muszą się postarać obie strony. Prowadząc w ten sposób dyskusję, szukamy pomostów i wzajemnego zrozumienia, nie zamykamy się w swoim jedynie słusznym widzeniu świata. Otwarta postawa w patchworkowych rodzinach to jeden z podstawowych warunków ich przetrwania, bo różnorodność poglądów, wyznań, stylów życia itd. bywa w patchworku ogromna. W klasycznych rodzinach tak się dobieramy, żeby w sprawach światopoglądowych za bardzo nie iskrzyło, ale w patchworkach ta kwestia zupełnie wymyka się spod kontroli. To może dotyczyć również poglądów w sprawie sposobu obchodzenia świąt.

  1. Zwierciadło

Czy prezent daje więcej radości obdarowanemu czy darczyńcy?

Komu prezenty sprawiają największą radość? (fot. iStock)
Komu prezenty sprawiają największą radość? (fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Wolimy dawać prezenty czy je otrzymywać? Czy istnieje prezent uniwersalny odpowiedni dla każdego? O naszych problemach, wyborach i motywacjach związanych z obdarowywaniem bliskich mówi dr Ewa Jarczewska-Gerc, psycholog społeczny z Uniwersytetu SWPS.

Zróżnicowanie preferencji, upodobań, gustów, marzeń i potrzeb sprawia, że znalezienie idealnego prezentu pasującego do każdego wydaje się niemożliwe. Zadanie to staje się jeszcze trudniejsze, gdy weźmiemy pod uwagę realia względnego dobrobytu, które pozwalają zaspokoić znaczącą większość ważnych życiowych potrzeb. Prezenty, które przekazujemy sobie z okazji świąt Bożego Narodzenia, w coraz większym stopniu przestają pełnić funkcję uzupełniającą stan gospodarstwa domowego i stosunkowo rzadko służą wspieraniu rodzinnego budżetu.

W czasach, gdy większość towarów jest łatwo dostępna, dobrem, którego brak odczuwamy coraz mocniej staje się bliskość i uwaga. Doświadczamy deficytów dotyczących przede wszystkim dostrzegalnych wymiarów pozytywnych uczuć takich jak dotyk, przytulenie, możliwość bycia razem i spędzania ze sobą czasu. Oczywiście wiele osób ma konkretne pragnienia dotyczące np. nowego modelu telefonu czy torebki, jednak niejednokrotnie w toku rozmowy o rzeczywistych potrzebach okazuje się, że o wiele lepszym pomysłem na prezent będzie wspólny bilet do kina, wyjazd lub spacer. Również dzieci warto wcześniej zapytać jakiego rodzaju prezenty niepochodzące ze sklepów chciałaby otrzymać. Kolejnym krokiem może być sporządzenie listy tego rodzaju podarunków i ustalenie, które z nich są dla córki lub syna najważniejsze i dlaczego.

Otrzymywanie prezentu często wiąże się z uczuciem radości u osoby obdarowanej. Jednak wyniki badania przeprowadzone przez psycholog Larę Aknin z Simon Fraser University w Kanadzie jednoznacznie wskazują, że w sytuacji, gdy dochodzi do wręczenia prezentu, o wiele większego zadowolenia doświadczają wręczający podarunek. W celu zbadania poziomu satysfakcji obu grup, badaczka przeanalizowała wyniki Światowego Sondażu Gallupa przeprowadzonego w latach 2006 – 2008 na próbie 234 917 osób reprezentujących 120 państw. Wyniki otrzymane przez jej zespół wskazują, że niezależnie od regionu, pochodzenia i posiadanych dochodów, samopoczucie badanych było lepsze, gdy przeznaczali swoje pieniądze na potrzeby innych, a nie zaś na własne.

Choć nie wydaje się to oczywiste, radość z otrzymanego prezentu może łatwo zastąpić przykrość, jeśli podarunek przewyższa możliwości finansowe osoby obdarowanej. Efekt ten wynika m.in. z silnie zakorzenionej w życiu społecznym reguły wzajemności. W sytuacji, gdy otrzymujemy zbyt drogi podarunek odczuwamy dyskomfort i napięcie związane z kulturową zasadą odwdzięczenia się ofiarodawcy równie wartościowym prezentem. Pojawia się poczucie winy i uczucie przykrości wynikające z faktu, że nie stać nas na równie drogi dar.

Nietrafiony prezent wyzwala innego rodzaju reakcje i wiąże się przede wszystkim z ujawnionym lub zatajonym niezadowoleniem. Do pewnego wieku najmłodsi odbiorcy prezentów świątecznych, nie kryją się z wyrażaniem emocji i opinii, gdy podarunki nie spełniają ich oczekiwań lub są zupełnie inne niż te opisane w liście do Świętego Mikołaja. Z czasem jednak dzieci przyswajają zasady życia społecznego w tym zakresie i uczą się ukrywania uczucia zawodu lub niechęci. To na ile dorośli decydują się na ujawnienie prawdziwych uczuć w sytuacji otrzymywania niechcianego prezentu, zależy od rodzaju relacji z ofiarodawcą.

Najtrudniej tego rodzaju sytuacje znoszą osoby, które łączy silna więź oraz przekonanie o znajomości gustów np. matki i córki. Rozczarowanie spotyka zarówno matki, które są pewne swoich wyborów gwiazdkowych dotyczących np. odzieży, biżuterii dla córek, jak i córki, które były pewne, że ich podarunki z pewnością ucieszą mamy. Złotym środkiem pomiędzy bezpośrednią krytyką nietrafionego prezentu, a radością pokrywającą niezadowolenie jest dyplomacja. Warto zadbać o to, aby pozostać w zgodzie z własnymi odczuciami, a jednocześnie wyrażać je z szacunkiem wobec dobrych chęci i intencji ofiarodawcy. Zawsze warto dziękować, jak również nadmienić, że w razie czego, następnym razem, służymy pomocą w zakresie wyboru wymarzonego prezentu.

W przypadku problemów z podjęciem decyzji odnośnie prezentu świątecznego, wybierzmy to, co najlepiej wyraża naszą miłość do drugiej osoby. Postarajmy się ofiarować innym ciepło, bliskość, zrozumienie i akceptację – tego rodzaju prezenty nigdy nie wychodzą z mody, pasują do każdego. Okazujmy sobie miłość, nie tylko na Święta ale każdego dnia.

Dr Ewa Jarczewska-Gerc zajmuje się psychologią motywacji, efektywnością i wytrwałością w działaniu oraz symulacjami mentalnymi (materiały prasowe Uniwersytet SWPS).