1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Spotkania
  4. >
  5. Douglas Stuart, zdobywca Nagrody Bookera: „Wychowałem się w domu bez książek”

Douglas Stuart, zdobywca Nagrody Bookera: „Wychowałem się w domu bez książek”

Douglas Stuart rocznik '76. Dorastał w Glasgow w dzielnicy Sighthill. Kiedy miał 16 lat, został osierocony przez mamę. Oparta częściowo na jego doświadczeniach powieść „Shuggie Bain” w 2020 roku przyniosła mu Bookera. W Polsce ukazała się nakładem Wydawnictwa Poznańskiego. (Fot. Clive Smith, materiały prasowe)
Douglasa Stuarta z bohaterem jego debiutanckiej, nagrodzonej bookerem powieści „Shuggie bain” łączy wiele, ale nie wszystko. Mimo pewnych różnic prywatna historia pisarza jest równie mocna i przemawiająca do wyobraźni, co fabuła tej wstrząsającej książki.

Kim jesteś? Wyszydzanym chłopakiem z Glasgow, z podupadającej robotniczej dzielnicy? Cenionym projektantem mody z Nowego Jorku?
Ha! To bardzo trudne pytanie. Zawsze uważałem siebie za osobę, która ma w sobie wiele tożsamości i nie pasuje do z góry przyporządkowanej szuflady. Zawsze czułem się niejednoznacznie, podwójnie, nawet jako dziecko. Kiedy jesteś queer, bardzo wcześnie podejmujesz próby zdefiniowania siebie: niby jesteś chłopcem, ale nie do końca.

Jak bardzo na tę niejednoznaczność wpłynął dom, w którym dorastałeś i którym to domem obdarowałeś bohatera swojej powieści, tytułowego Shuggiego?
Dorastałem w strasznej biedzie i pamiętam chwile, kiedy takie życie było bardzo trudne. Wtedy chciałem po prostu, żeby w domu nie było alkoholu, żebyśmy nie byli biedni, żeby sąsiedzi nie postrzegali mnie, mojego homoseksualizmu, jako czegoś godnego potępienia. Po prostu chciałem być normalny.

Potem było łatwiej?
Jako dorosły byłem już w stanie jakoś siebie zrozumieć, spojrzeć na tę niejednoznaczność jak na moją mocną stronę, na coś, co daje mi siłę. A teraz nie chcę się nigdzie dopasowywać. Wiem, że moja wewnętrzna podróż, jaką musiałem odbyć, żeby znaleźć się tu, gdzie jestem, była dużo dłuższa i trudniejsza niż jakakolwiek inna w moim życiu. Dziś chcę być pisarzem dla ludzi, którzy szukają opowieści robotniczych, queerowych, szkockich czy amerykańskich.

Jako nastolatek trafiłeś do college’u w Londynie, uczyłeś się krawiectwa, a potem zaproponowano ci pracę u najlepszych w amerykańskiej branży modowej: od Calvina Kleina po Banana Republic. Musiałeś się poczuć jak Alicja w krainie czarów.
To było trochę bardziej jak w „Czarnoksiężniku z krainy Oz”, kiedy okazuje się, kim naprawdę jest czarodziej [śmiech]. Bo Nowy Jork wydaje się wspaniały, ale to bardzo trudne i wymagające miasto do życia, a już branża modowa wcale nie jest taka czarująca. Jesteś ciągle w ruchu, cały czas spędzasz w biurze, projektując ubrania, zamawiając materiały, tworząc projekty. To wyczerpujące. Poza tym Nowy Jork nieszczególnie dobrze wpływał na moje poczucie wartości i bezpieczeństwa, odbywa się w nim nieustanny recykling młodych, zdolnych i kreatywnych. Przybywasz tu z postanowieniem, że zrobisz wszystko najlepiej jak potrafisz, i jednocześnie wiesz, że nikt ci nie pomoże, jeśli się potkniesz. Po Szkocji, gdzie miałem rodzinę, i po kameralnych studiach, gdy uczyłem się w bezpiecznym środowisku, Stany to był kulturowy szok.

Ta moda wyszła trochę niechcący? Marzyłeś o studiowaniu angielskiej literatury.
Chciałem zostać pisarzem jeszcze jako dziecko. Ale pisanie to nie było coś, czym zajmowaliby się chłopcy tacy jak ja. Z tej części świata, z tego sąsiedztwa.

To nauczyciele podpowiedzieli ci, żeby iść na włókiennictwo?
Tak, i zrobili to w moim najlepiej rozumianym interesie, wiedząc, że muszę sobie poradzić finansowo w życiu. Widzieli, że mają przed sobą dzieciaka z brakami w edukacji i że przyjdzie mu konkurować z lepiej przygotowanymi i wykształconymi po szkołach w Cambridge. Nie miałem z nimi szans. Włókiennictwo było bardzo pragmatycznym, ale też słusznym wyborem dla kogoś z artystycznymi ciągotami. No i wiedziałem, że ten kierunek wybierają głównie dziewczyny. Na moim roku na 15 dziewczyn przypadał jeden chłopak, więc dla mnie te lata nauki upłynęły w bardzo opiekuńczym, bezpiecznym i wspierającym środowisku. Uwielbiałem tamte zajęcia, to była nauka wolna od schematów, uprzedzeń. Spędziłem w szkole cztery lata, żyjąc w świecie kobiet, i to mnie bardzo wzmocniło. W świecie mężczyzn byłoby to niemożliwe.

Wyjechałeś pracować w Nowym Jorku, ale pisanie upomniało się o swoje.
Zacząłem pisać dość późno, bo we wczesnych latach dwutysięcznych. Drobne rzeczy, małe sztuki, jakieś opowiadania. „Shuggie…” pojawił się dopiero w 2008 roku – ale nie myślałem, że wyjdzie z tego powieść. Po prostu chciałem zapisać najbardziej sugestywne sceny z życia Shuggiego. Niektóre z nich były moimi wspomnieniami, inne zupełną fikcją.

Pracowałem nad tą książką dziesięć lat. Kolejne rozdziały pojawiały się nie po kolei, ale wiedziałem, co się wydarzy w każdym z nich, co zrobią czy powiedzą bohaterowie, ale także w jakiej scenerii to się będzie odbywać, jaka będzie pogoda, jakie będą mieć na sobie buty, co będą czuć. Potrafiłem to sobie od razu zwizualizować. Pewnie dlatego, że zawsze myślałem obrazami. U nas w domu może nie było pieniędzy na książki, ale opowiadaliśmy sobie historie. Nie mówiąc o tym, że dużą część wiedzy o świecie czerpaliśmy z telewizji.

„Wychowałem się w domu bez książek” – często to podkreślasz.
Jako dzieciak chodziłem z głową zanurzoną w światach, które nie istniały, dużo rysowałem. Moja wyobraźnia była moim najlepszym przyjacielem, dzięki niej radziłem sobie z rzeczywistością, ale muszę przyznać, że kiedy opowiadam, że dorastałem w domu bez książek, to robię to nie po to, żeby to potępić, ale żeby dać inspirację innym dzieciom, które być może dziś są w podobnej sytuacji.

Mogłeś napisać autobiografię, wolałeś wspomagać się fikcją. Dlaczego?
Fikcja była dla mnie naturalnym wyborem, bo z jednej strony przyniosła mi katharsis, a z drugiej – była lekcją empatii. Kiedy jesteś dzieckiem traumy, straty czy uzależnienia, po latach widzisz, że udało ci się przetrwać, ale możesz nie zdawać sobie sprawy, dlaczego ci się udało, jak to się stało. Na pewno dorosłem do tego, żeby zrozumieć, że to, co przeszła moja matka, czego doświadczyły ona i kobiety z jej otoczenia, było bardzo skomplikowane i perspektywa małego chłopca na pewno nie jest całą prawdą. Nigdy też nie oglądałem świata oczami dojrzałego mężczyzny, znałem go z punktu widzenia mojej matki i swojego – młodego geja. Chciałem pokazać mamę w otoczeniu ludzi takich jak ona, ale też pokazać uzależnienie z perspektywy jej rodziców, starszego syna, córki, jej męża czy zakochanego w niej mężczyzny. A do tego potrzeba było wyobraźni, wymyślania nowych rzeczy. Wydaje mi się, że udało mi się utkać z tego ciekawszą tkaninę, niż gdyby to były tylko zapiski z pamięci.

Za to z precyzją niemal publicystyczną opisujesz lata 80., wyjątkowo ponury okres dla szkockiej polityki i gospodarki.
W Szkocji bezrobocie wynosiło wtedy 26 proc., a w Glasgow przewidywana długość życia na niektórych osiedlach mieszkaniowych obniżyła się o 14 lat – dla piątego najbogatszego w tym czasie kraju na świecie to było bardzo dużo. Dopiero ostatnio okazało się, że rząd Margaret Thatcher, choć uznał wówczas Glasgow za miasto w zapaści gospodarczej, nie zamierzał w tej sprawie nic zrobić. To dlatego uważam, że nie można patrzeć na lidera, nie biorąc pod uwagę skutków jego decyzji, i nie boję się powiedzieć, że Thatcher w wyniku swoich gospodarczych decyzji zabiła wiele osób.

Zniszczyła też twoją rodzinę.
Lata 80. to moment przełomowy w szkockim społeczeństwie. Wcześniej było tak, że kobieta w wieku 16 czy 18 lat wychodziła za pierwszego faceta, z którym miała jakieś intymne relacje, zostawiała dom ojca, żeby przenieść się do męża, dostawała mieszkanie komunalne, wychowywała odtąd dzieci, a mąż przynosił pensję do domu. Może nie było w tym fajerwerków, ale tego się właśnie chciało, tak żyli wszyscy dookoła.

Aż pojawił się rząd Thatcher…
I nagle mężczyźni stali się bezużyteczni, kobiety musiały stać w kolejkach po kartki i starać się o chleb. A mimo to wciąż nie wolno im było przejąć kontroli i władzy. Nie miały dostępu do lepszej edukacji, nie mogły dostać lepszej pracy ani rozwijać się zawodowo, nie miały też dostępu do pomocy psychologicznej. No i w niemal każdej rodzinie ktoś walczył z uzależnieniem, a jeśli alkoholizm dotyczył kobiety, nie można było o tym rozmawiać.

Dlaczego?
Bo kiedy o tym mówiłeś, niszczyłeś kobiecie reputację, a tak naprawdę niszczyłeś jej życie… Mężczyznom łatwiej wybaczamy uzależnienie, więcej, uważamy je czasem za fajne i seksowne. Albo zabawne, jak w „Trainspotting”, kultowym filmie o grupie nastolatków uzależnionych od narkotyków. Inaczej jest, kiedy to kobieta ma problem, a jeszcze do tego matka! Ja, dorastając, robiłem wszystko, żeby utrzymać fakt uzależnienia mojej mamy w sekrecie przed innymi, przed sąsiadami. To tylko zwiększało moją samotność i poczucie krzywdy. Ten sam wstyd powstrzymywał moją matkę od szukania pomocy, ona także wiedziała, że to się nie może wydać. Dlatego udawała, że wszystko jest w porządku, choć ja i wszyscy wiedzieliśmy, że nie jest.

Banałem, ale i nieprawdą jest stwierdzenie, że w społecznościach klasy robotniczej zawsze panuje solidarność. Czasem ona jest, czasem jej nie ma, a czasem, owszem, jest, ale to przede wszystkim solidarność skierowana przeciwko komuś. I jeśli jesteś samotną matką, która pragnie czegoś więcej, a ponieważ nie ma na to szans, zwraca się w stronę alkoholu, a w dodatku masz także swobodniejszy stosunek do seksu – to społeczność cię odrzuca. „Shuggie Bain” to także opowieść o unieruchomieniu przez ubóstwo, bo Shuggie i jego matka Agnes nie mogą się wyrwać z kwadratu czterech ulic, nie stać ich na to. Adres zamieszkania staje się ich tożsamością.

Dla mnie to także historia miłości syna i matki, w której to syn zastępuje dorosłego.
Shuggie jest wspaniały, wierny, oddany, a jego miłość do matki jest bezkresna. Próbuje ją ratować, utrzymać razem rozpadającą się rodzinę i jeszcze poradzić sobie w społeczności, która go nie chce. Jest tym wykończony, mimo to bardzo długo wierzy, że może jutro będzie trochę lepsze niż dziś.

Poruszająco piszesz o wykluczeniu.
W środowisku, które opisuję, wszyscy mieli tak samo – mówimy o masowym alkoholizmie i rozpadających się rodzinach – ale Shuggie przez swoją orientację odstaje. Żyje w świecie bez języka, wszystkie epitety i rzeczowniki, jakie słyszy na swój temat, są pejoratywne – to ohydne wyzwiska i obelgi. Próbuje siebie zmienić. Tak żeby ten język go nie dotyczył. Próbuje zmienić to, jak chodzi, jak mówi, robi wiele, żeby nie być tak widocznym. Gdyby tylko mógł, byłby inny.

Dlatego to takie ważne, żeby zarówno w narracji literackiej, jak i w przestrzeni publicznej prawa gejów i lesbijek były jasne, a ich obecność widoczna. To daje dzieciom możliwość zrozumienia siebie, swojej tożsamości, zobaczenia, że są inni ludzie. To także szansa dla osób heteroseksualnych, żeby zobaczyli i zrozumieli, jaka może być przyszłość ich dzieci, z czym mogą mieć do czynienia.

Twoja książka to głos w sprawie dyskryminacji kobiet i osób nieheteronormatywnych? Wierzysz, że świat może się zmienić? Takie jest przesłanie?
Właściwie to głos także w sprawie zwykłych facetów. To prawda, że w Szkocji w latach 80. siła mizoginii była ogromna, ale także męskie wzorce były mocno zaburzone. Wszystkich tych mężczyzn nie uczono, jak kochać, jak być czułym, troskliwym, opiekuńczym, nie wolno im było wyrażać swojej kreatywności, mieli pracować, pić i się bić. Nie mogli przyjaźnić się z kobietami. To ciekawe, jak mocno ludzie trzymają się zasad, które ranią innych i ich samych.

Jeśli w coś naprawdę wierzę, to w to, że dzieci, które dorastają w niesprzyjających warunkach, wciąż mogą być, kim tylko chcą. Jestem na to żywym dowodem.

Douglas Stuart rocznik '76. Dorastał w Glasgow w dzielnicy Sighthill. Kiedy miał 16 lat, został osierocony przez mamę. Oparta częściowo na jego doświadczeniach powieść „Shuggie Bain” w 2020 roku przyniosła mu Bookera. W Polsce ukazała się nakładem Wydawnictwa Poznańskiego.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze