1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Spotkania

„Krzyczę, dzieląc się swoim doświadczeniem”. Rozmowa z pisarką Wiolettą Grzegorzewską

„Kiedy ktoś jest na dnie, liczy się każdy, nawet maleńki gest, ale taki, który nie zawiera oceny” – mówi Wioletta Grzegorzewska, polska pisarka publikująca za granicą jako Wioletta Greg. (Fot. Joanna Sidorowicz; materiały prasowe)
Słyszałam: „Nie musisz się o nic martwić, ty sobie pisz książki, ja się wszystkim zajmę, możemy żyć z mojego konta”. Ale kiedy powiedziałam: „Dość!”, zostałam z niczym. Dosłownie z niczym. Więc dokąd ma pójść taka kobieta? – pyta pisarka Wioletta Grzegorzewska. W najnowszej książce opowiada o tym, co nadal jest tematem tabu. O współuzależnieniu, przemocy domowej i trudnym procesie otrząsania się z nich.

„Wilcza rzeka” to historia kobiety, która jest ofiarą przemocy domowej. Nie ukrywa Pani, że to powieść w dużej części autobiograficzna, ale też że wcale nie miała Pani planu, by ją napisać.
Wszystko zaczęło się w 2020 roku, byłam świeżo po premierze innej książki, dotyczącej drugiej wojny światowej, i w ogóle nie zamierzałam nic na razie pisać. Chciałam odpocząć. Postanowiłam, że się przeprowadzę – mieszkałam wówczas na małej wyspie położonej na kanale La Manche, Isle of Wight. I w momencie kiedy byłam już spakowana i wszystko było ustalone, na świecie wybuchła pandemia. Władze wyspy zaczęły wspominać o kwarantannie i o tym, że promy przestaną kursować. To był moment, kiedy pisarski zmysł przemówił przeze mnie. Poczułam, że dzieje się coś niecodziennego, niepokojącego – trzeba zacząć pisać. Najpierw robiłam notatki w telefonie, każdego dnia powstawał fragment dziennika, który publikowałam na Facebooku. W pewnym momencie przyjaciele, czytelnicy, komentatorzy zaczęli mi mówić, żebym spróbowała to wydać, bo jest ciekawe, bo łapie świat na gorąco, w takim trudnym, niezwyczajnym momencie. Facebookowe wpisy stały się kanwą powieści. I tak jak Pani mówi, jest ona oparta na moim doświadczeniu.

Poza tym, że jest uchwyceniem tego wyjątkowego czasu, jest też, a może przede wszystkim, książką, która porusza bardzo ważny dla wielu kobiet temat – przemocy domowej. Czy jej pisanie było dla Pani też formą autoterapii, wyrzuceniem z siebie tego, co boli?
Tak, dzięki pisaniu o tym otworzyłam się. Po raz pierwszy. W poprzednich książkach o podobnym charakterze krygowałam się. Teraz pomyślałam, że jestem w drodze, mam status osoby bezdomnej, już nie mam się czego bać. Powiem wszystko, powiem o przemocy domowej, o współuzależnieniu, o biedzie. Wcześniej powstrzymywało mnie takie wryte w moją głowę poczucie wstydu. Ukształtowała mnie konserwatywna kultura polskiej prowincji, wedle której poprawna postawa to taka, kiedy nie mówi się o tym, co dzieje się w domu, niezależnie od tego, co się w nim dzieje. „Wiolka, nie rób wstydu” – słyszałam wielokrotnie. Coś we mnie pękło. Nareszcie. Poczułam, że dość już milczenia, że muszę opowiedzieć, bo to cenne doświadczenie, o którym kobiety muszą głośno mówić.

Wspomniała Pani o biedzie, o statusie osoby bezdomnej…
Tak, bo kiedy odważysz się uciec od przemocy domowej, w większości przypadków mierzysz się z biedą. Potworną biedą. Samotna matka musi jakoś zapłacić czynsz, nakarmić i ubrać dziecko. Zarobki polskiej pisarki to było zdecydowanie za mało, żeby utrzymać się w Anglii, nie mając własnego mieszkania. W pewnym momencie wylądowałam z córką na ulicy – i nie jest to przenośnia. Trafiłyśmy do schroniska. A tam zobaczyłam świat kobiet maltretowanych, ofiar przemocy domowej. Spotkałam matki z dziećmi, mniejszymi, większymi, kobiety w ciąży. Wiedziałam, że muszę pisać. Krzyczeć, że kobiety tak cierpią, krzyczeć o tym, co robi z nami system, co robi z nami patriarchat. Bałam się, ale tym razem nie dałam strachowi zwyciężyć.

Czego bała się Pani najbardziej, co poza wspomnianym wstydem jeszcze przerażało?
Bałam się reakcji ludzi, tego, że zostanę posądzona o nadmierny ekshibicjonizm. Bałam się też reakcji moich dzieci, ale porozmawiałam z nimi, i z synem, i z 14-letnią córką, oni mnie wsparli, dali mi pełne przyzwolenie. Jaka będzie reakcja ludzi, jeszcze do końca nie wiem, książka dopiero się ukazała, na razie nie spotyka mnie nic złego. Na razie mogę ocenić, że mój lęk był nieuzasadniony. Jak dotąd ludzie się przede wszystkim dziwią…

Czemu się dziwią?
Jak to możliwe, że pisarka nominowana do Bookera mieszka w schronisku dla kobiet. Bo w to rzeczywiście trudno uwierzyć… To jest niewyobrażalnie trudne doświadczenie, ja nadal nie wyszłam z zespołu stresu pourazowego. Wiem od psychoterapeuty, że wciąż czyha na mnie bardzo wiele niebezpieczeństw. Choćby to, że mogę być teraz – po długim czasie milczenia – za bardzo wylewna, bo moje reakcje są nasilone. Trudno, być może tak jest, ale ja czuję, że tą książką powiedziałam coś bardzo ważnego. I chcę wywlekać temat przemocy domowej w każdej możliwej przestrzeni. Chcę apelować, aby nie wypowiadać konwencji stambulskiej, te wszystkie ustawy, które chronią kobiety, dzieci, telefony zaufania – one ocalają życie. Chcę opowiadać także o tym, jak żyją kobiety w schroniskach. Ludziom może się wydawać, że to już wielkie zwycięstwo – uciekasz od kata, trafiasz do schroniska, więc jesteś bezpieczna. A to nie do końca tak wygląda. Życie w takim miejscu jest bardzo obciążające i funkcjonowanie takich placówek wymaga głębokich reform. Kobieta, która ucieka z dziećmi, powinna dostać pomoc w uzyskaniu mieszkania socjalnego.

Z tego, co wiem, Wy jesteście już blisko takiej decyzji.
Powiem to Pani i Czytelnikom „Zwierciadła”: wczoraj popłakałam się ze szczęścia, odebrałam telefon od urzędniczki z gminy, w której ubiegałam się o mieszkanie, z najlepszą wiadomością, jaką mogłam teraz dostać – mamy z córką mieszkanie tymczasowe! Będziemy mogły zostać tam jakiś czas i wreszcie być naprawdę bezpieczne. Czuję się, jakbym wychodziła z więzienia. Bo schronisko jest jak więzienie. Owszem, masz dach nad głową, ale… to właściwie wszystko. Do godziny 16–17 przebywa tam ktoś w rodzaju menedżera, a potem – wieczorem i w nocy – zostajesz już kompletnie sama. I nigdy nie wiesz, kto nocuje za ścianą. Tam trafiają również osoby z głęboko patologicznych, przemocowych warunków, które w związku z tym często same są przemocowe. Korzystają z rozmaitych używek. To nie jest miejsce dla dziecka. Poza tym do takiego domu zawsze może się dostać partner którejś z ofiar, i to też nie zdarza się wcale rzadko. Tam naprawdę nie jest bezpiecznie.

Przemoc domowa ciągle jest tematem tabu. Krąży wokół niej wiele mitów, jak ten, że dotyczy ona wyłącznie marginesu społecznego, patologii. Tymczasem Pani wspomina też o kobietach prezeskach, dyrektorkach, adwokatkach, które trafiają do schroniska. Trafia do niego także pisarka nominowana do Bookera… Każda z nas może się tam znaleźć.
Tak, bo tu nie ma znaczenia przynależność klasowa. Pamiętam rozmowę z jedną z kobiet, która powiedziała do mnie: „Jeszcze kilka tygodni temu chodziłam w ciuchach Diora, a teraz noszę dres z lumpeksu, mieszkam w przytułku”. Ona nie była w złej sytuacji finansowej, ona nie była niewykształcona, była „tylko” ofiarą przemocy domowej. Jeżeli nie będziemy temu złu przeciwdziałać, społeczeństwo będzie coraz bardziej chore. Chce podkreślić jeszcze raz – przemoc domowa może się zdarzyć w każdej rodzinie, niezależnie od pochodzenia, zasobności portfela, od wykształcenia czy piastowanego stanowiska.

Pani mówi dużo o swojej chorobie – o współuzależnieniu. Tu nasza konstrukcja psychiczna nie jest bez znaczenia, prawda?
Absolutnie tak. Mężczyzna przemocowy ma w sobie jakiś rodzaj detektora, wyczuwa potencjalna ofiarę, na przykład kobietę, która ma za sobą określoną historię z dzieciństwa. Ja nie dostrzegłam zagrożenia. A potem było tylko gorzej. Próbowałam bronić, chronić partnera, który pił. Myślałam, że pomagam, nie wiedziałam, ze szkodzę nam obojgu. Nie znałam działania tych wszystkich mechanizmów. Wypierałam, wybielałam, chowałam butelki, rodzinie opowiadałam, że u nas wszystko w porządku, dzieci też próbowałam okłamywać. Aż doszłam do ściany, bo u takiej kobiety dochodzi w końcu do całkowitej destrukcji, spadałam w przepaść razem z nim. I poznałam wiele dziewczyn, które przeszły przez to samo: jedna zachorowała na schizofrenię, inna próbowała popełnić samobójstwo, jeszcze inne dostały nerwicy lekowej, ja też ją mam. Dziś chodzę na terapię, fachowiec tłumaczy mi, co się ze mną stało. Bo ja naprawdę nie wiedziałam, że też jestem chora, że dzielę ten nałóg.

Mówi Pani często o wadze kobiecej solidarności. Bo bywa, że kobiety, które są ofiarami przemocy, słyszą od koleżanek, znajomych takie oceniające, a wręcz poniżające komentarze, typu: „No jak to, on cię krzywdzi, a ty nie odchodzisz?! Ja bym sobie na to nie pozwoliła”. To nie jest wsparcie, to nie jest wyraz solidarności.
To są takie „dobre rady”. Powiem Pani, że straszne dla kobiety w takiej sytuacji. Ona zwykle nie ma dokąd odejść, a poza tym często jest właśnie współuzależniona, w toksyczny sposób splątana z katem. Jest w matni, wypełniona wstydem po uszy. I taka „rada” odbiera jej resztki sił, jeśli w ogóle jeszcze jakimiś dysponuje.

Nie wolno oceniać kobiety, która tkwi w czymś takim, naprawdę nie wolno tego robić. Przemocowi partnerzy bardzo często działają według konkretnego schematu, manipulują, kłamią, kontrolują finanse w stu procentach. To jest osaczenie, pułapka. Ja też tego doświadczyłam, słyszałam: „Nie musisz się o nic martwic, ty sobie pisz książki, ja się wszystkim zajmę, możemy żyć z mojego konta”. A potem się okazało, że kiedy powiedziałam: „Dość!”, zostałam z niczym. Dosłownie z niczym. Wiec dokąd ma pójść taka kobieta?

Zostaje przytułek…
No właśnie, a to jest miejsce, które nazwałam domem niedoli. Jeśli koleżanka, przyjaciółka, siostra powiedziałaby: „Odejdź od niego, możesz przyjść z dzieckiem do mnie”, to co innego, to realna pomoc, wsparcie, solidarność, ale samo powiedzenie: „Odejdź, nie daj się tłamsić”, to nie jest rada, to wtórne poniżenie. I taka kobieta naprawdę jest w potrzasku. A czasem myśli też, że na nic więcej nie zasługuje.

Zwykle takie poczucie ciągnie się za nią przez całe życie. Ja sama także pochodzę z toksycznej rodziny. Powieliłam ten schemat. Na szczęście zatrzymałam się, zanim było za późno. Moja mama nie umiała odejść, nie zrobiła tego nigdy.

Kiedy ktoś jest na dnie, liczy się każdy, nawet maleńki gest, ale taki, który nie zawiera oceny.

Taki, który sprawi, ze poczuję, ze nie jestem kompletnie sama?
Właśnie tak. Mnie pomogła obca kobieta, zrobiła to… przez telefon. Kobieta z jednej z pomocowych organizacji, która kilka razy powtarzała mi, że muszę uciekać, bo moje życie jest zagrożone. Uświadomiła mi to w końcu, sprawiła, że do mnie dotarło, ale nie zostawiła mnie tylko z tym przekazem. Powiedziała, że załatwi mi miejsce w schronisku, bo te są oczywiście przepełnione, i rzeczywiście to zrobiła. „Wychodziła” mi to miejsce. Wyciągnęła do mnie rękę. Nigdy tego nie zapomnę. Ani razu mnie nie oceniła. Ocena powoduje, że wyczerpana kobieta zamknie się już zupełnie. Nie jestem psychologiem, nie chcę się wymądrzać, czasem myślę, że nie powinnam się wypowiadać, ale z drugiej strony o tym trzeba krzyczeć, bo tylko tak ocalimy kolejne kobiety i dzieci. Więc krzyczę, dzieląc się swoim doświadczeniem.
Kiedy słyszę, jak polski rząd obcina dotacje dla telefonów zaufania, dla organizacji wspierających ofiary przemocy domowej – jestem przerażona. W która stronę to wszystko zmierza? Gdzie skończymy jako społeczeństwo? To jest droga do piekła… Dlatego będę walczyć, będę mówić o tym, co mnie spotkało, choć głos mi drzy.

Wioletta Grzegorzewska, polska pisarka publikująca za granicą jako Wioletta Greg. W 2006 roku wyemigrowała do Wielkiej Brytanii. Jej „Guguły” znalazły się w finale Nagrody Literackiej Gdynia i Nagrody Nike. W przekładzie Elizy Marciniak jako „Swallowing Mercury” były nominowane do Nagrody Bookera. Najnowsza książka „Wilcza rzeka” ukazała się nakładem wydawnictwa W.A.B.

Share on Facebook Send on Messenger Share by email

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze