1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Spotkania

Życie z pasją. Rozmowa z Anną Bałenkowską, autorką powieści „Zaginiona wiolonczelistka”

Anna Bałenkowska (Fot. Karolina Chaberek)
Skąd czerpie inspiracje, co ją zatrzymuje i dlaczego pianistka postanowiła oddać się pisaniu książek? 

Z wykształcenia jesteś pianistką, ale bardzo intensywnie zajmujesz się pisaniem. Podobno robiłaś to od zawsze, odkąd zaczęłaś składać litery – pisałaś. Mówiłaś w którymś z wywiadów, że w swoich notatkach z dzieciństwa odnalazłaś zdanie: „Będę pisarką”.
Nie pamiętam, ile dokładnie miałam lat, kiedy zaczęłam układać pierwsze nieporadne, jeszcze niepoprawnie zdania, ale od zawsze robiłam to z wewnętrznej potrzeby. Najpierw pisałam ręcznie – pamiętniki, wiersze – każdą możliwą formę. Potem pojawił się w domu pierwszy komputer, natychmiast otwierałam magiczny plik Word i działałam. To właśnie w jednym z takich wczesnych dokumentów odnalazłam po latach deklarację, że w przyszłości będę pisarką.

Wracasz czasem do tego, co napisałaś, będąc nastolatką?
Robię to bardzo rzadko, raczej przypadkiem. Czasem szukając czegoś w moich licznych folderach, natknę się na bardzo starą rzecz. Wtedy zdarza mi się ją otworzyć i na chwilę powrócić do dawnego tekstu z sentymentem.

Znajdujesz tam siebie?
Bardzo się zmieniłam, bo myślę, że o to pytasz. Mam poczucie, że ostatnie kilkanaście lat mojego życia było tak intensywne – tyle razy zmieniałam ścieżki, prace, miejsca zamieszkania, poznałam wiele osób – że po tamtej dziewczynie mało jest już śladów.

Choć muszę przyznać, że w tych dawnych, odnajdywanych po latach tekstach sporo jest przemyśleń o życiu i świecie, którymi może niekoniecznie zaprząta sobie głowę każda nastolatka. Jest też i miłość, ujęta dość infantylnie, bo pisana z punktu widzenia poszukującej jej dziewczyny.

Dziś nadal lubię pisać o uczuciach, ale to już jest zupełnie inna perspektywa. Myślę, że mniej we mnie naiwności, a mój świat nie dzieli się tylko na to, co czarne i białe. Nie ma w nim tylu twardych stwierdzeń typu: „nigdy”, „na pewno”, „na zawsze”. I tę perspektywę siłą rzeczy da się wyczuć w tym, co teraz piszę.

Mogłoby się wydawać, że na muzykę i pisanie nie ma wystarczająco przestrzeni w życiu jednej osoby. Obie te dziedziny zajmują dużo czasu, ponadto i muzykiem, i pisarzem jest się chyba całym sobą. Jak to łączysz?
Rzeczywiście są to pasje, które pochłaniają bardzo wiele czasu, ale też uwagi, serca, jednej i drugiej trzeba się oddać. Widzę, że w moim przypadku odbywa się to często kosztem domowych obowiązków, czasem snu. Wcześniej, kiedy byłam młodsza, pisaniu poświęcałam po prostu każdą wolną chwilę.

Podobno młodzież chodząca do szkoły muzycznej nie ma wolnych chwil. Tak samo jak student kierunku muzycznego.
Co prawda czasu nie możemy rozciągnąć, ale to od nas zależy, jak go wykorzystamy. Zauważam, że większa liczba zajęć sprzyja lepszej organizacji. Kiedyś proces pisania traktowałam jako formę odpoczynku. Od kiedy zapragnęłam, by moje teksty nie lądowały jedynie w szufladzie, zaczęłam poświęcać im więcej uwagi i skupienia. Łączenie pasji wymaga ode mnie pewnego rygoru, ale staram się pamiętać, że to moja decyzja i wtedy nie mam poczucia straty czy przeświadczenia, że czemuś zbyt mocno się poświęcam.

Zastanawiam się teraz, czy małą Anię widział ktoś kiedyś na podwórku, na trzepaku czy na rowerze…?
To prawda, na podwórku za często nie bywałam. Jedynie wakacje u babci na Mazurach to był czas, kiedy swoje notatki zabierałam nad jezioro, tam pisałam i wtedy mogłam pozwolić sobie na przerwę na kąpiel czy chwilę zabawy z rówieśnikami. Od zawsze starałam się, by mój czas zawsze był dobrze zagospodarowany, można powiedzieć, że prawie co do minuty.

Miewasz takie myśli, że może coś przez to jednak straciłaś, że brak luzu, beztroski coś Tobie zabrał, także jako osobie piszącej?
Nie mam takiego poczucia, bo jak już wspomniałam, był to mój świadomy wybór. Jedyne, co sobie odrobinę wypominam, to fakt, że od zawsze byłam nadambitna, na zbyt wielu rzeczach mi zależało i narzucałam sobie zbyt wiele dyscypliny. Myślę, że czas studiów udało mi się wykorzystać, jak mogłam najlepiej, i kiedy tylko pojawiała się możliwość wyjazdu, na przykład na stypendium, korzystałam z niej. Zaczęłam podróżować. Pamiętam, że pierwsze zagraniczne wyprawy były bardzo emocjonujące, ale z czasem stały się czymś, bez czego nie wyobrażam już sobie życia. W Walencji po raz pierwszy zamieszkałam właśnie w ramach programu stypendialnego. I stamtąd, poza sezonem, zwiedzałam świat. Od tego czasu moje życie, choć czasem szybkie, choć czasem bywa ciężko, jest naprawdę wspaniałe. Myślę, że mam z czego czerpać jako osoba, która pisze.

Mówisz „choć czasem bywa ciężko” – rozumiem, że masz na myśli pęd?
Tak. Nawet dziś miałam sen, w którym musiałam być w dwóch miejscach jednocześnie. Myślę, że osoby prowadzące intensywny tryb życia dobrze znają ten problem. Mam jednak ten plus, mamy go oboje – mówię także o moim mężu, który jest kompozytorem – że nasza praca jest jednocześnie pasją.

Chciałam zapytać teraz, jak poznałaś męża, ale domyślam się, że w szkole…
Tak, masz rację, poznaliśmy się w szkole muzycznej. Ale dzięki temu, że mamy podobną historię, tę samą pasję, rozumiemy się. Mój mąż bardzo wspiera mnie także na polu pisarskim. Dzięki temu, że sam zajmuje się tworzeniem, doskonale rozumie moje oddanie pracy literackiej.

Jesteś typem samotniczki?
Generalnie nie, choć rzeczywiście, kiedy piszę, potrzebuję się odciąć, być tylko z moimi bohaterami. Ale na co dzień zdecydowanie czerpię energię od ludzi.

Czy potrafisz uchwycić moment, kiedy pojawia się pomysł na książkę?
Często zarys, pomysł na nową historię, przychodzi do mnie w nieoczekiwanym momencie. Potem szczegółowo go rozpisuję i stopniowo dobudowuję całą resztę, tak jak w przypadku „Zaginionej wiolonczelistki”, która jest wielowątkową i wielowarstwową powieścią.

Zauważyłam, że często pomysły przychodzą do mnie, kiedy jestem wypoczęta, na przykład podczas podróży. Choć w przypadku krótszych form, takich jak opowiadania, zdarzało się, że inspiracją był jakiś cytat czy stało się nią przeczytane gdzieś jedno zdanie. Ono mnie zatrzymało, zaciekawiło i zaraz przychodziła myśl, że wychodząc od niego, można opowiedzieć całą, złożoną historię.

Inspirują mnie też ludzie, interakcje pomiędzy nimi. W tym wszystkim działa pewien „wyzwalacz”, którego niekiedy nie dostrzegam na samym początku, a który sprawia, że nie mogę się doczekać, aż zacznę pisać.

Za każdym pomysłem idziesz, czy są takie, które porzucasz?
Tych silnych nie porzucam, choć czasem jest tak – jak tym razem – że jeden pomysł przysłania drugi. Zaczynam coś pisać i nagle przychodzi koncepcja, która w danej chwili jest mocniejsza, i odkładam tę poprzednią na jej korzyść.

Który etap, który moment w pisaniu książki jest dla Ciebie najprzyjemniejszy? Ten, kiedy pojawia się pomysł, czynność pisania czy może chwila, kiedy praca się kończy i wyłania się efekt końcowy? Są pisarze, którzy mówią, że samo pisanie jest dla nich wręcz męczące, nie ma nic wspólnego z procesem twórczym, po prostu trzeba nastawiać zegarek na konkretną godzinę, iść do biura i mozolnie, w pocie czoła budować kolejne zdania.
Ten najprzyjemniejszy moment to zdecydowanie chwila, gdy w głowie rodzi się zarys całości i kolejne elementy układanki wskakują na swoje miejsca. Lubię także ten czas, kiedy już prawie wszystko jest gotowe. Ale nie powiem, samo pisanie przynosi mi również wiele satysfakcji. Nie potrzebuję się do niego zmuszać. Z góry zakładam, że to proces, który wymaga czasu, dokładnie tak jak w drugiej dziedzinie, którą się zajmuję. Staram się przy tym być cierpliwa i wytrwała.

Jakie znaczenia ma dla Ciebie sam język, rytm zdań, niektórzy nazywają to wręcz melodią. Czy dla muzyka rytm zdania ma znaczenie szczególne?
Zdecydowanie tak. Na pierwszym etapie nie zwracam na to szczególnej uwagi, najpierw chcę przekazać myśli, które chodzą mi po głowie. Ale co jakiś czas czytam dłuższe fragmenty na głos i wtedy rzeczywiście słucham, jak w warstwie językowej brzmi to, co napisałam. Zamieniam poszczególne słowa, szukam synonimów. To samo robi zresztą mój mąż kompozytor – czyta fragment i mówi: „Ania, myślę że to słowo nie brzmi tu najlepiej” albo czasem przestawia szyk zdania, nadając mu zupełnie inną „melodię”.

W języku szukam też piękna, ale jednocześnie staram się pilnować, by przypadkiem nie zniechęcić czytelnika zbyt kwiecistymi opisami. Pamiętam na przykład, że fragmentami, nad którymi dłużej pracowałam, były sceny miłosne. Chcę uniknąć infantylizmu, wulgarności, nienaturalności. Przyznam, że to wyzwanie. Podobnie wiele czasu poświęcam muzycznym opisom i doznaniom bohaterów podczas scenicznych występów. Zależy mi, by czytelnik mógł zrozumieć ich emocje i pomiędzy słowami usłyszeć muzykę.

Wspomniałaś, że poza muzyką i pisaniem w Twoim życiu ważne są podróże. Często się przemieszczasz, na ile ważna jest dla Ciebie ta różnorodność, zmienność widoku z okna?
Podróże nazywam przedłużeniem życia, tak je odbieram. Nowi ludzie, nowe krajobrazy, zwyczaje – czerpię z tego jako człowiek, jako muzyk i ktoś, kto pisze historie.

Kiedy pojawiam się w nowym miejscu, nigdy pierwszych kroków nie kieruję tam, gdzie wysyła mnie przewodnik. Odwiedzam zabytki i muzea, ale zawsze zależy mi przede wszystkim na tym, by poczuć atmosferę miasta, miasteczka czy wioski. Wieczorne spacery, bez mapy, bez celu, jedzenie, smaki – to pozwala poczuć klimat danego miejsca. W końcu przez smaki także poznaje się świat. I właśnie w takich okolicznościach jednocześnie czuję, że żyję, odpoczywam, ale też czerpię inspirację – obserwuję ludzi, ich interakcje i… po czasie mam prawie gotowy pomysł na kolejną książkę!

Share on Facebook Send on Messenger Share by email
Zaginiona wiolonczelistka Anna Bałenkowska Zobacz ofertę promocyjną
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze