1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Spotkania

Piotr Trojan: „Jestem ciekawski, nie boję się też odkrywać, że się myliłem”

Piotr Trojan aktor, scenarzysta i reżyser. Ceniony za swoją wszechstronność oraz wyjątkową wrażliwość. Dwukrotny laureat nagrody Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni za pierwszoplanową rolę męską w „25 lat niewinności. Sprawa Tomka Komendy” oraz w „Johnnym”, który właśnie wszedł na ekrany kin. Piotra można zobaczyć także na mniejszym ekranie, w serialu „Szadź”. (Fot. Magdalena Michalak)
„Staram się łapać dystans, bo gdy on jest, problemy kurczą się do minimalnych rozmiarów. Przychodzi myśl, że to drobiazgi liczą się w życiu, że chodzi o to, by umieć rozsmakować się w kawie, którą pijesz” – mówi Piotr Trojan. Aktor złoty, a skromny. Z 47. FPFF w Gdyni wrócił z nagrodą za główną rolę męską w filmie „25 lat niewinności. Sprawa Tomka Komendy”.

Długo czekałeś na swoją szansę. Mówiłeś, że wiele razy słyszałeś po castingu: „Piotrek, byłeś świetny, ale rolę dostaje ktoś inny”.
Tak, to był trudny czas. Wiele razy czułem, że poszło naprawdę dobrze, wydawało mi się, że już to mam, a potem słyszałem: „Panu dziękujemy”. W pewnym momencie pomyślałem, że może jest ze mną jak z alkoholikiem – sam jest przekonany, że nie ma problemu, ale skoro wszyscy inni dookoła mówią, że problem jest, może należy ich posłuchać… Jeśli z każdej strony przychodzi odmowa, nikt nie chce dać mi szansy, to może ci inni mają rację. Mimo że ja zawsze słyszałem „nie” na trzecim etapie, gdy już miałem scenariusz, często też charakteryzację, już witałem się z gąską, ale na koniec dnia musiałem się z nią pożegnać. W końcu postanowiłem, że trzeba jednak z aktorstwem na jakiś czas skończyć, poszedłem do szkoły Wajdy na reżyserię.

Uwierzyłeś, że nie nadajesz się na aktora?
Ta robota to moja pasja, ale – zwyczajnie – z czegoś musiałem się utrzymać. Głęboko w środku nie zwątpiłem w siebie, tym bardziej że w teatrze szło mi dobrze, zdobywałem nagrody; kiedy udało mi się zagrać jakiś epizod w kinie, także słyszałem, że to było świetne, pytano mnie: „Dlaczego nie widzimy cię w dużej roli?”. Dlatego tak trudno było mi podjąć decyzję o przynajmniej tymczasowym odpuszczeniu. Życie zmusiło mnie, by to zrobić. W swoje zdolności nie przestałem wierzyć, ale przestałem wierzyć, że na tym rynku jest dla mnie miejsce. Duże role dostawały wciąż te same osoby, słyszałem tłumaczenie, że to one przyciągają widza do kina, a poza tym: „Film jest drogi, nie zaryzykujemy, czy podołasz”. Przecież taki sposób podchodzenia do sprawy powoduje, że koło się zamyka…

Jednak znalazł się w końcu reżyser, który zaryzykował. U Jana Holoubka zagrałeś główną rolę, wcieliłeś się – z dużym sukcesem – w postać Tomka Komendy w filmie „25 lat niewinności. Sprawa Tomka Komendy”.
Zawsze będę Jankowi wdzięczny, że dał mi tę szansę, że się odważył. Bardzo intensywnie przygotowywałem się do tego castingu, zresztą jak zawsze. Nigdy nie szedłem butnie, na zasadzie: „Patrzcie, mam talent!”. Tę rolę czułem wybitnie, czułem, że ona jest dla mnie. Pracowałem z całych sił i bardzo długo czekałem na odpowiedź. Spotykaliśmy się wiele razy, zdążyliśmy się już zaprzyjaźnić, a ciągle nie było decyzji. Kiedy w końcu okazało się, że wybrano mnie, nie mogłem uwierzyć. Chciałem świętować, ale kompletnie ścięło mnie z nóg, opadłem z sił. Tydzień spędziłem w łóżku, tyle czasu schodziło ze mnie napięcie, stres. Ale kiedy już się podniosłem, pomyślałem: „Teraz wam wszystkim pokażę, na co mnie stać!”. Choć skłamałbym, mówiąc, że nie bałem się tak trudnej, obciążającej psychicznie roli…

Na co Cię stać – pokazałeś. A jak poradziłeś sobie ze wspomnianym obciążeniem psychicznym? Jak radzisz sobie, by udźwignąć swoich bohaterów? Dostajesz trudne emocjonalnie role – teraz Patryka Galewskiego w filmie „Johnny”; to opowieść o księdzu Kaczkowskim, grasz jego podopiecznego, który ma za sobą trudną przeszłość. W serialu „Szadź” także trudny bohater…
Dziś mam już większe doświadczenie, jest mi łatwiej, potrafię się zdystansować. Czas na planie „25 lat niewinności…” był ciężki. Pamiętam, że kiedy byłem już strasznie spięty, a nawet sparaliżowany, na bok wzięła mnie Agata Kulesza (grająca matkę bohatera) i powiedziała tak: „Piotrek, nie pomożesz Tomkowi, jedyne, co możesz zrobić, to najlepiej jak potrafisz zagrać tę rolę, więcej nie zrobisz”. Absolutnie miała rację. Na planie był sam Tomek, momentami wybiegał zdenerwowany, była też jego rodzina – bardzo to przeżywałem. Agata powtarzała, żebym pamiętał o środkach, których używam, pokazywała mi, jak ona prowadzi postać, że ma coś w rodzaju trzeciego oka – kiedy jest ujęcie, wchodzi się całym sobą w daną scenę, ale potem, wychodząc z niej, trzeba skontrolować właśnie, jakich użyło się środków. To były bardzo mądre i cenne dla mnie uwagi.

Marzyłbym, żeby w szkołach aktorskich było coś takiego jak system mistrzowski. Jeśli kogoś cenię, jeśli cenię jego aktorstwo, to chcę podążać właśnie jego drogą, bo ona jest mi zwyczajnie bliska. Praca z Agatą bardzo dużo mi dała. Kiedy w filmie „Johnny” pracowałem nad postacią Patryka Galewskiego, używałem jej rad. Bo w przypadku tej roli też łatwo nie było. Śmierć, umieranie – temat tabu. Dużo czasu spędziłem w hospicjum, także z Patrykiem, jego rodziną, z książkami księdza Kaczkowskiego. Kiedy przygotowuję się do roli, znikam z życia. Odcinam się od znajomych, rodziny, od wszystkiego, co „moje”, po to, by nic nie zakłócało procesu stawania się danym bohaterem.

A potem pada ostatni klaps na planie i co wtedy? Jak wracasz do życia po takiej „nieobecności”?
Stopniowo, zaczynam od zajęcia się domem, bo on wygląda zwykle jak opuszczony po takich kilku miesiącach. Przywracam też „normalny” rytm, za którym zresztą podczas kręcenia filmu tęsknię. Mam na myśli takie zwyczajne rzeczy: że wstajesz i kładziesz się spać o podobnej porze, jesz to, na co masz ochotę, także o stałej porze, i tak dalej. Próbuję uregulować to, co zostało kompletnie rozregulowane. Bardzo pomaga mi sport. Staram się wyrzucać z siebie emocje poprzez aktywność fizyczną, dużo biegam. I z pewnością nie bez znaczenia jest także fakt, że mam za sobą kilkuletnią psychoterapię. Ustawiła mnie. Do dziś mam w sobie mądrość tych spotkań. Terapeutka prowadziła mnie także w trakcie pracy nad postacią Tomka Komendy. Pamiętam, że kiedy rok temu miałem gorszy okres, wróciłem na kilka spotkań. To wystarczyło.

Potrzebowałeś tylko przypomnienia…
Dokładnie tak. Terapeutka powiedziała mi: „Piotrek, ty to wszystko wiesz, masz już w sobie te mechanizmy”. Potrzebowałem jedynie „pstryczka”, który tę siłę i wiedzę na nowo wyzwoli.

Podobno na terapię poszedłeś przypadkiem, raczej z ciekawości…
Tak, mam przyjaciółkę terapeutkę. Podczas wakacyjnego wyjazdu, na moją prośbę, płynącą właśnie z ciekawości, także tej aktorskiej, opowiadała mi o różnych nurtach terapii. Poszedłem wtedy na początku na terapię Gestalt. Kręcą mnie te nasze wszystkie ludzkie zawiłości, więc szukam, szperam.
Niedawno jechałem na festiwal filmowy Dwa Brzegi. Dwa tygodnie przed wyjazdem, zupełnie przypadkiem, trafiłem w Internecie na podcasty Katarzyny Miller. Poruszył mnie bardzo sposób, w jaki opowiada o radości życia. Rozsmakowałem się w tym, więc słuchałem namiętnie. I nagle przyjeżdżam do Kazimierza Dolnego na festiwal i na kogo trafiam? Na Katarzynę Miller! Objawiła mi się, stanęła przede mną, a ja osłupiałem. Czułem się, jakbym zobaczył gwiazdę Hollywood, z którą marzyłem porozmawiać. To było cudowne spotkanie. Mam w sobie ciekawość życia, a coś takiego jak terapia interesuje mnie podwójnie – prywatnie i zawodowo! Pamiętam, że w terapii Gestalt nie podobały mi się pewne elementy, na przykład odgrywanie ról. Nie umiałem tego zrobić jako Piotr Trojan, od razu włączał się aktor. Powiedziałem terapeutce, że to nie jest metoda dla mnie, bo ja potrafię zawodowo, w sekundę, wybuchnąć śmiechem, w sekundę się rozpłakać. Musimy inaczej pracować, bo w moim przypadku w tej metodzie pierwsze skrzypce zagra właśnie zawodowiec, który oszuka, a efektu nie będzie. Jednak w skuteczność psychoterapii, w jej mądrość, bardzo wierzę, ona mnie fascynuje.

W ogóle dużo rzeczy mnie fascynuje, jestem ciekawski, nie boję się też odkrywać, że się myliłem. Tak na przykład było w przypadku mojego zetknięcia z hospicjum. To miejsce zawsze kojarzyło mi się z brakiem miłości. Wydawało mi się, że do hospicjum trafiają osoby, których bliscy postępują na zasadzie: nie kocham, nie chcę mieć kłopotu – oddaję. Bardzo się myliłem. Przekonałem się, że może być wręcz odwrotnie, że ci bliscy tam są, często odwiedzają, a oddają nierzadko z bólem serca, z poczucia bezradności, bo w domu nie są w stanie fachowo się zaopiekować, ulżyć w bólu, tak jak można zrobić to właśnie w hospicjum. Podobnie było z terapią, po niej też na wiele rzeczy otworzyły mi się oczy. Wcześniej niewiele wiedziałem na przykład o stawianiu granic, a to jest bardzo ważne, w życiu i w mojej pracy.

Czy terapia pomogła Ci także polubić siebie? Wspominałeś o tym, że kiedyś za sobą nie przepadałeś, nie lubiłeś swojego ciała, brzmienia swojego głosu.
Na pewno mi pomogła, ale w tym obszarze wiele zrobił też sam czas, wraz z jego upływem jest lepiej. Znaczenie na pewno ma też fakt, że ktoś wreszcie polubił to, co mi się wydawało takie słabe. Usłyszałem już wiele razy, że i ten głos, i to ciało są okej, że jestem taki, jaki jestem, i nie muszę być jak inni uśmiechnięci, których „spotykamy” w social mediach. Bo ja taki zupełnie nie umiem być.

Jaki nie umiesz być?
Nie umiem koloryzować swojego życia, ulepszać go na pokaz. Pamiętam, że złożyłem moim znajomym życzenia na nowy rok, żeby ich codzienność w rzeczywistości wyglądała tak jak na Instagramie. Bo zauważyłem pewną prawidłowość – im więcej pięknych obrazków w social mediach, tym w gorszej formie jest dana osoba, kiedy spotykam ją na żywo, gdy umawiamy się na kawę.
Agent przekonuje mnie, żebym wrzucał posty; zdaję sobie sprawę z tego, że to jakiś fragment mojej pracy, sposób komunikowania się z widzami, wiem, że ludzie są ciekawi, co u mnie, ale nigdy nie przekroczę pewnych granic. Po pierwsze – prywatność, dla zdrowia psychicznego, chcę zostawić dla siebie. Po drugie – nie chcę udawać kogoś, kim nie jestem, czy pokazywać życia, którego nie wiodę. Chętnie podzielę się ciekawostkami z planu, tyle mogę zrobić.

Rozumiem, że masz problem, by udawać, że jest lepiej, niż jest…
Zdecydowanie tak. Pani Maja Komorowska powiedziała kiedyś coś, co bardzo mi się spodobało: „Gwiazdami na co dzień to my nie jesteśmy, ale trudno się do tej myśli przyzwyczaić”.

Mówiąc o higienie, wymieniłeś terapię, sport, ale chyba podróże są też dla Ciebie ważnym sposobem na reset.
Kocham. Właśnie wróciłem z Włoch. Kiedy tam byłem, wyglądałem o pierwszej w nocy przez okno i widziałem, jak starsze panie śmieją się, sączą wino, dyskutują. Myślałem sobie: „Boże, kobieto, to ty nie będziesz jutro o siódmej rano stała w kolejce do lekarza, jak to się dzieje u nas?!”. Inny świat. Oni celebrują życie, całe rodziny tak funkcjonują – idzie mięśniak z blondynką pod rękę, a z drugiej strony jego babcia z wózkiem i prawnuczkiem. Wybierają się wspólnie na plażę. Czy to nie jest piękne? Ja tego w ogóle nie znam z naszej rzeczywistości. Kiedy dwa lata temu pojechałem nad nasz śląski zalew Chechło-Nakło z mamą, żeby popływać, w takiej konfiguracji byliśmy tylko my! Uwielbiam południowy spokój, luz, wolniejsze tempo. Ale fascynuje mnie też na przykład Azja. Kiedy wybieram się w podróż, wsiąkam w atmosferę, przyglądam się ludziom i z automatu pojawia się dystans. Myślę: „Piotrek, ty i te twoje problemy, czym one są?! Kogo tu obchodzi twoje aktorstwo, twoje niewygrane w castingu role czy dochodzenie do siebie po tych, które dostałeś!”. Kłopoty kurczą się do minimalnych rozmiarów. Powietrze z balonika uchodzi. I przychodzi myśl, że to drobiazgi liczą się w życiu, że chodzi o to, by umieć rozsmakować się w kawie, którą pijesz, bo aktorstwo – jasne, uwielbiam, ale czy ja wiem, co będzie za pięć lat?!

Share on Facebook Send on Messenger Share by email

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
Reklama
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze