Aby zdobyć trzecią nominację do Oscara w karierze, Benicio del Toro musiał wyrzucić Leonarda DiCaprio z jadącego samochodu i zatańczyć podczas policyjnego przeszukania. Dziecinna igraszka dla kogoś, komu już za szkolnych czasów przypięto łatkę sprawiającego kłopoty ancymona. Do tej pory po złotą statuetkę sięgnął raz – w 2001 roku, gdy na gali w Dolby Theatre triumfował „Traffic” Stevena Soderbergha. Czy „Jedna bitwa po drugiej” w reżyserii Paula Thomasa Andersona również przyniesie mu szczęście? Zanim poznamy werdykt Amerykańskiej Akademii Filmowej, sprawdzamy, czy młody del Toro od zawsze marzył o miejscu na aktorskim panteonie, czy może hollywoodzka sława przyszła do niego okrężną drogą.
Można zaryzykować stwierdzenie, że „portorykańskim Bradem Pittem”, jak zwykło się nazywać Benicio del Toro w jego ojczyźnie, nie zostaje się z przypadku. A jednak mało brakowało, żeby walczący dziś o Oscara aktor obrał zupełnie inną zawodową ścieżkę. Na świat przyszedł 19 lutego 1967 roku w San Juan w rodzinie o katalońskich i baskijskich korzeniach. Matka wywodziła się z wpływowego środowiska, ojciec – z mniej uprzywilejowanego, „ludzi ze wsi”, jak określił to sam del Toro. Oboje jego rodzice byli prawnikami i żywili nadzieję, że któryś z ich dwóch synów również będzie utrzymywać się ze sporządzania aktów notarialnych i reprezentowania klientów przed obliczem sądu. Jak wspominał przyszły gwiazdor na łamach „The Miami Herald”, aktorstwo jawiło się im jako „dziwaczne zajęcie bez przyszłości”. Uważali, że z występów przed kamerą trudno byłoby wyżyć, co stało się źródłem domowych napięć. Nie oznacza to jednak, że wizja wejścia w prawniczy świat była dla młodego Benicia jakkolwiek przerażająca.
– Nigdy nie byłem uprzedzony do tego pomysłu. Zawsze miałem przeświadczenie, że prawnicy – zwłaszcza karniści – robią na sali rozpraw coś podobnego do tego, co robią aktorzy na planie. Muszą przekonywać innych do swoich racji i w pewnym sensie to też moje zadanie. Z tym że nikt z moich najbliższych nie miał nic wspólnego z aktorstwem, śpiewem czy tańcem. Nie mieliśmy tradycji artystycznych, dlatego mój wybór ich zmartwił – tłumaczył.
Benicio del Toro: słodko-gorzkie dzieciństwo w Portoryko
Zanim Benicio Monserrate Rafael del Toro Sánchez – bo tak brzmi jego pełne nazwisko – zaczął na poważnie realizować plan podboju wielkiego ekranu, wiódł całkiem zwyczajne i wygodne życie w stolicy Portoryko. Z okresu „słodko-gorzkiego” dzieciństwa zapamiętał przede wszystkim grę w koszykówkę oraz filmy o potworach: „Frankensteina”, „Wilkołaka” czy „Potwora z Czarnej Laguny”, który to rozbudził w nim fascynację gadami i dinozaurami. Poza starszym o dwa lata bratem, Gustavem, towarzystwa dotrzymywało mu około dwudziestu kuzynów. Często wyjeżdżali razem na farmę za miasto, gdzie, aby zapewnić sobie rozrywkę, musieli polegać wyłącznie na własnej wyobraźni. – Tworzyliśmy własne światy. Wcielałem się w rolę Tarzana, a nasze psy stawały się niedźwiedziami albo lwami. Wszystkie te obrazy silnie mnie ukształtowały. Myślę, że czas między piątym a dziewiątym rokiem życia był dla mnie kluczowy – mówił po latach.
Gdy del Toro miał dziewięć lat, po długiej chorobie zmarła jego matka. Co zaskakujące, nie wywołało to w nim natychmiastowej rozpaczy. – Bardzo dobrze zniosłem jej śmierć. Kiedy takie rzeczy przytrafiają się w tak młodym wieku, przyjmuje się je po prostu jako fakt. To tak, jakby były nieodzowną częścią życia. Moje dzieciństwo było pełne sprzeczności. Było smutne, bo wiedzieliśmy, że mama umiera, że jest ciężko chora. A jednocześnie w domu panowała atmosfera szczęścia. Mama miała poczucie humoru. Czuliśmy, że nie boi się tego, co nadchodzi, że cieszy się życiem. Przecież wszyscy kiedyś umrzemy. Można zatracić się w tej myśli i nic nie robić, po prostu czekać na śmierć. A ona wcale się nie zatrzymała. Była twarda jak stal – wspominał po latach.
Jeszcze w Portoryko zapracował na miano mąciwody. W surowym ocenianiu zachowania chłopca przodowali zwłaszcza księża i zakonnice z katolickiej szkoły, do której uczęszczał. Jak sam opowiadał, mało który pedagog starał się naprawdę zrozumieć ucznia wywołującego wokół siebie ciągłe zamieszanie. Po latach stwierdził, że łamiąc panujące w placówce zasady, usiłował po prostu zwrócić na siebie uwagę. Nagany, które przynosił do domu, stały się jednak kością niezgody między nim a jego ojcem. Co gorsza, Benicio nie dogadywał się również z macochą. Ponieważ nic nie wskazywało na szybkie zażegnanie konfliktu, w wieku 13 lat ojciec pozwolił mu na wyjazd do szkoły z internatem w Pensylwanii.
Za propozycją wyjazdu stała jego matka chrzestna – jedna z najważniejszych osób w jego życiu. Sarah Torres Peralta była odnoszącą sukcesy prawniczką i bliską przyjaciółką jego matki. – Myślę, że rozumiała mnie znacznie lepiej niż mój ojciec. Miała bliską więź zarówno ze mną, jak i z moim bratem – opowiadał. To właśnie ona opłacała z własnej kieszeni pokaźne czesne w Mercersburg Academy i zachęcała braci do rozwijania swojego potencjału. – Powtarzała nam: „Idźcie na całość” – dodawał.
Benicio del Toro: aktorskie początki i ekranowy debiut
W Stanach Zjednoczonych nastolatek początkowo zmagał się z barierą językową oraz wszelkimi trudnościami, jakie niesie ze sobą przeprowadzka daleko od domu. Mimo to dość szybko odnalazł się w nowym środowisku – pielęgnował pasję do rock and rolla, zapisał się na zajęcia z malarstwa i trenował koszykówkę, co zapewniło mu szerokie grono znajomych. Do sportu miał przecież zacięcie od dziecka. Ściany jego dawnego pokoju zdobiły plakaty z wizerunkami ulubionych zawodników. W liceum rozważał nawet, by pójść w ich ślady i zająć się kozłowaniem piłki w pełni profesjonalnie, lecz plany kariery na boisku ostatecznie spaliły na panewce.
Choć miał napięty grafik, wciąż znajdował czas na wybryki, które z perspektywy lat ocenia jako wyjątkowo nierozsądne. Nienajlepsza opinia nie przeszkodziła mu jednak w kontynuowaniu nauki po liceum. Ignorując sugestie rodziny, zrezygnował z prawa na rzecz studiów biznesowych. Na drodze do zarządów spółek i świata wielkich finansów stanęło mu jednak przesłuchanie do uczelnianego spektaklu. Nie stawił się na nim z miłości do sztuki scenicznej. W rozmowie z „W Magazine” wyjawił, że zwyczajnie chciał prześlizgnąć się przez studia po linii najniższego oporu, a zajęcia aktorskie wydawały się łatwiejsze niż ekonomia czy zarządzanie. – Jako aktor, mój pierwszy komplement dotyczył grania martwego. Nauczyciel podszedł do mnie i powiedział, że jestem bardzo dobry, kiedy leżę na podłodze z zamkniętymi oczami – wspomina.
Benicio zmienił kierunek studiów, co nie spotkało się z entuzjastyczną reakcją bliskich. Ci nieustannie prosili go, aby miał w zanadrzu plan B na wypadek niepowodzenia w show-biznesie. Benicio był wobec siebie zdecydowanie bardziej wyrozumiały.
– Gdy w końcu zdecydowałem się zostać aktorem, nie wyznaczyłem sobie żadnego ostatecznego terminu na realizację tego celu. Nie powiedziałem: „Daję sobie pięć lat, a jeśli się nie uda, poszukam innej drogi”. Nie patrzyłem na to w ten sposób. Traktowałem to jak małżeństwo – tłumaczy.
Wkrótce rozpoczął naukę pod okiem uznanych nauczycieli – Stelli Adler i Arthura Mendozy – w Los Angeles, gdzie w tamtym czasie mieszkał również jego studiujący medycynę brat. Zanim nadeszły pierwsze sukcesy, przez rok zarabiał na utrzymanie, pracując na budowie. Po wielu „chudych latach” z odsieczą przyszły epizodyczne role w serialach, takich jak „Policjanci z Miami”, w których najczęściej obsadzano go w rolach dilerów i bandytów. Zanim trafił na kinowe afisze, pojawił się także w teledysku Madonny do utworu „La Isla Bonita”. Pod koniec lat 90. zaczął regularnie gościć na wielkim ekranie. Można było oglądać go m.in. w „Licencji na zabijanie”, gdzie zagrał drugoplanowego przeciwnika Jamesa Bonda. Reżyser John Glen wyjaśnił, że Benicio del Toro został wybrany do roli Daria, ponieważ był „wyluzowany, a jednocześnie groźny w pewien osobliwy sposób”.