Autopromocja
WOS - 6 - desktop
WOS - 6 - desktop
  1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Spotkania
  4. >
  5. Rodzina widziała w nim prawnika, on marzył o koszykówce. Jak Benicio del Toro został oscarowym aktorem?

Rodzina widziała w nim prawnika, on marzył o koszykówce. Jak Benicio del Toro został oscarowym aktorem?

(Fot. Christopher Polk/2026GG/Penske Media via Getty Images)
(Fot. Christopher Polk/2026GG/Penske Media via Getty Images)
Aby zdobyć trzecią nominację do Oscara w karierze, Benicio del Toro musiał wyrzucić Leonarda DiCaprio z jadącego samochodu i zatańczyć podczas policyjnego przeszukania. Dziecinna igraszka dla kogoś, komu już za szkolnych czasów przypięto łatkę sprawiającego kłopoty ancymona. Do tej pory po złotą statuetkę sięgnął raz – w 2001 roku, gdy na gali w Dolby Theatre triumfował „Traffic” Stevena Soderbergha. Czy „Jedna bitwa po drugiej” w reżyserii Paula Thomasa Andersona również przyniesie mu szczęście? Zanim poznamy werdykt Amerykańskiej Akademii Filmowej, sprawdzamy, czy młody del Toro od zawsze marzył o miejscu na aktorskim panteonie, czy może hollywoodzka sława przyszła do niego okrężną drogą.

Można zaryzykować stwierdzenie, że „portorykańskim Bradem Pittem”, jak zwykło się nazywać Benicio del Toro w jego ojczyźnie, nie zostaje się z przypadku. A jednak mało brakowało, żeby walczący dziś o Oscara aktor obrał zupełnie inną zawodową ścieżkę. Na świat przyszedł 19 lutego 1967 roku w San Juan w rodzinie o katalońskich i baskijskich korzeniach. Matka wywodziła się z wpływowego środowiska, ojciec – z mniej uprzywilejowanego, „ludzi ze wsi”, jak określił to sam del Toro. Oboje jego rodzice byli prawnikami i żywili nadzieję, że któryś z ich dwóch synów również będzie utrzymywać się ze sporządzania aktów notarialnych i reprezentowania klientów przed obliczem sądu. Jak wspominał przyszły gwiazdor na łamach „The Miami Herald”, aktorstwo jawiło się im jako „dziwaczne zajęcie bez przyszłości”. Uważali, że z występów przed kamerą trudno byłoby wyżyć, co stało się źródłem domowych napięć. Nie oznacza to jednak, że wizja wejścia w prawniczy świat była dla młodego Benicia jakkolwiek przerażająca.

– Nigdy nie byłem uprzedzony do tego pomysłu. Zawsze miałem przeświadczenie, że prawnicy – zwłaszcza karniści – robią na sali rozpraw coś podobnego do tego, co robią aktorzy na planie. Muszą przekonywać innych do swoich racji i w pewnym sensie to też moje zadanie. Z tym że nikt z moich najbliższych nie miał nic wspólnego z aktorstwem, śpiewem czy tańcem. Nie mieliśmy tradycji artystycznych, dlatego mój wybór ich zmartwił – tłumaczył.

Benicio del Toro: słodko-gorzkie dzieciństwo w Portoryko

Zanim Benicio Monserrate Rafael del Toro Sánchez – bo tak brzmi jego pełne nazwisko – zaczął na poważnie realizować plan podboju wielkiego ekranu, wiódł całkiem zwyczajne i wygodne życie w stolicy Portoryko. Z okresu „słodko-gorzkiego” dzieciństwa zapamiętał przede wszystkim grę w koszykówkę oraz filmy o potworach: „Frankensteina”, „Wilkołaka” czy „Potwora z Czarnej Laguny”, który to rozbudził w nim fascynację gadami i dinozaurami. Poza starszym o dwa lata bratem, Gustavem, towarzystwa dotrzymywało mu około dwudziestu kuzynów. Często wyjeżdżali razem na farmę za miasto, gdzie, aby zapewnić sobie rozrywkę, musieli polegać wyłącznie na własnej wyobraźni. – Tworzyliśmy własne światy. Wcielałem się w rolę Tarzana, a nasze psy stawały się niedźwiedziami albo lwami. Wszystkie te obrazy silnie mnie ukształtowały. Myślę, że czas między piątym a dziewiątym rokiem życia był dla mnie kluczowy – mówił po latach.

Gdy del Toro miał dziewięć lat, po długiej chorobie zmarła jego matka. Co zaskakujące, nie wywołało to w nim natychmiastowej rozpaczy. – Bardzo dobrze zniosłem jej śmierć. Kiedy takie rzeczy przytrafiają się w tak młodym wieku, przyjmuje się je po prostu jako fakt. To tak, jakby były nieodzowną częścią życia. Moje dzieciństwo było pełne sprzeczności. Było smutne, bo wiedzieliśmy, że mama umiera, że jest ciężko chora. A jednocześnie w domu panowała atmosfera szczęścia. Mama miała poczucie humoru. Czuliśmy, że nie boi się tego, co nadchodzi, że cieszy się życiem. Przecież wszyscy kiedyś umrzemy. Można zatracić się w tej myśli i nic nie robić, po prostu czekać na śmierć. A ona wcale się nie zatrzymała. Była twarda jak stal – wspominał po latach.

Jeszcze w Portoryko zapracował na miano mąciwody. W surowym ocenianiu zachowania chłopca przodowali zwłaszcza księża i zakonnice z katolickiej szkoły, do której uczęszczał. Jak sam opowiadał, mało który pedagog starał się naprawdę zrozumieć ucznia wywołującego wokół siebie ciągłe zamieszanie. Po latach stwierdził, że łamiąc panujące w placówce zasady, usiłował po prostu zwrócić na siebie uwagę. Nagany, które przynosił do domu, stały się jednak kością niezgody między nim a jego ojcem. Co gorsza, Benicio nie dogadywał się również z macochą. Ponieważ nic nie wskazywało na szybkie zażegnanie konfliktu, w wieku 13 lat ojciec pozwolił mu na wyjazd do szkoły z internatem w Pensylwanii.

Za propozycją wyjazdu stała jego matka chrzestna – jedna z najważniejszych osób w jego życiu. Sarah Torres Peralta była odnoszącą sukcesy prawniczką i bliską przyjaciółką jego matki. – Myślę, że rozumiała mnie znacznie lepiej niż mój ojciec. Miała bliską więź zarówno ze mną, jak i z moim bratem – opowiadał. To właśnie ona opłacała z własnej kieszeni pokaźne czesne w Mercersburg Academy i zachęcała braci do rozwijania swojego potencjału. – Powtarzała nam: „Idźcie na całość” – dodawał.

Benicio del Toro: aktorskie początki i ekranowy debiut

W Stanach Zjednoczonych nastolatek początkowo zmagał się z barierą językową oraz wszelkimi trudnościami, jakie niesie ze sobą przeprowadzka daleko od domu. Mimo to dość szybko odnalazł się w nowym środowisku – pielęgnował pasję do rock and rolla, zapisał się na zajęcia z malarstwa i trenował koszykówkę, co zapewniło mu szerokie grono znajomych. Do sportu miał przecież zacięcie od dziecka. Ściany jego dawnego pokoju zdobiły plakaty z wizerunkami ulubionych zawodników. W liceum rozważał nawet, by pójść w ich ślady i zająć się kozłowaniem piłki w pełni profesjonalnie, lecz plany kariery na boisku ostatecznie spaliły na panewce.

Choć miał napięty grafik, wciąż znajdował czas na wybryki, które z perspektywy lat ocenia jako wyjątkowo nierozsądne. Nienajlepsza opinia nie przeszkodziła mu jednak w kontynuowaniu nauki po liceum. Ignorując sugestie rodziny, zrezygnował z prawa na rzecz studiów biznesowych. Na drodze do zarządów spółek i świata wielkich finansów stanęło mu jednak przesłuchanie do uczelnianego spektaklu. Nie stawił się na nim z miłości do sztuki scenicznej. W rozmowie z „W Magazine” wyjawił, że zwyczajnie chciał prześlizgnąć się przez studia po linii najniższego oporu, a zajęcia aktorskie wydawały się łatwiejsze niż ekonomia czy zarządzanie. – Jako aktor, mój pierwszy komplement dotyczył grania martwego. Nauczyciel podszedł do mnie i powiedział, że jestem bardzo dobry, kiedy leżę na podłodze z zamkniętymi oczami – wspomina.

Benicio zmienił kierunek studiów, co nie spotkało się z entuzjastyczną reakcją bliskich. Ci nieustannie prosili go, aby miał w zanadrzu plan B na wypadek niepowodzenia w show-biznesie. Benicio był wobec siebie zdecydowanie bardziej wyrozumiały.

– Gdy w końcu zdecydowałem się zostać aktorem, nie wyznaczyłem sobie żadnego ostatecznego terminu na realizację tego celu. Nie powiedziałem: „Daję sobie pięć lat, a jeśli się nie uda, poszukam innej drogi”. Nie patrzyłem na to w ten sposób. Traktowałem to jak małżeństwo – tłumaczy.

Wkrótce rozpoczął naukę pod okiem uznanych nauczycieli – Stelli Adler i Arthura Mendozy – w Los Angeles, gdzie w tamtym czasie mieszkał również jego studiujący medycynę brat. Zanim nadeszły pierwsze sukcesy, przez rok zarabiał na utrzymanie, pracując na budowie. Po wielu „chudych latach” z odsieczą przyszły epizodyczne role w serialach, takich jak „Policjanci z Miami”, w których najczęściej obsadzano go w rolach dilerów i bandytów. Zanim trafił na kinowe afisze, pojawił się także w teledysku Madonny do utworu „La Isla Bonita”. Pod koniec lat 90. zaczął regularnie gościć na wielkim ekranie. Można było oglądać go m.in. w „Licencji na zabijanie”, gdzie zagrał drugoplanowego przeciwnika Jamesa Bonda. Reżyser John Glen wyjaśnił, że Benicio del Toro został wybrany do roli Daria, ponieważ był „wyluzowany, a jednocześnie groźny w pewien osobliwy sposób”.

Kate Moss, Johnny Depp i Benicio del Toro na festiwalu filmowym w Cannes w 1998 roku (Fot. FocKan/WireImage) Kate Moss, Johnny Depp i Benicio del Toro na festiwalu filmowym w Cannes w 1998 roku (Fot. FocKan/WireImage)

Benicio del Toro: od przeciwnika Jamesa Bonda do oscarowej nominacji

Następnie zdobył angaż w reżyserskim debiucie Seana Penna „Indiański biegacz” i wrócił do współpracy z Glenem przy „Kolumbie odkrywcy”. Partnerował Jeffowi Bridgesowi i Isabelli Rossellini w psychologicznym dramacie „Bez lęku”, wystąpił u boku Roberta De Niro w „Fanie” oraz Kevina Spaceya w „Szkole Buddy’ego” i „Podejrzanych”. Ten ostatni tytuł przyniósł mu nagrodę na Independent Spirit Awards w 1995 roku. To sprawiło, że zaczęto oferować mu „lepsze i ciekawsze projekty”. W kolejnych latach uznanie widzów i krytyków zaskarbił sobie m.in. rolą w surrealistycznej komedii „Las Vegas Parano” z Johnnym Deppem i Christiną Ricci.

– „Podejrzani” to był bardzo dobry film, a ja miałem w nim duży udział […] Fakt, że produkcja została ciepło przyjęta i odniosła kasowy sukces, sprawił, że ludzie zaczęli szanować mnie jako aktora i doceniać moją pracę – przyznał. Mimo to nie uniknął szufladkowania. W porównaniu z imigrantami z innych krajów Ameryki Łacińskiej startował z korzystnej pozycji. Jako Portorykańczyk nie potrzebował zielonej karty, by pracować i mieszkać w Stanach Zjednoczonych, mógł też bez problemu odwiedzać pozostających w ojczyźnie bliskich. Bolało go jednak, że dyrektorzy castingu często widzieli w nim niekoniecznie dobrze nakreślone postaci Latynosów. – Rzecz jasna nie mam problemu z graniem takich bohaterów per se, robiłbym to, gdyby byli lepiej napisani – tłumaczył.

– Czuję dużą odpowiedzialność jako latynoski aktor pracujący w Hollywood. Proszę jednak, by nie postrzegać mnie wyłącznie przez pryzmat pochodzenia. To, że nazywam się Benicio del Toro, nie znaczy, że należy traktować mnie jedynie jako aktora hiszpańskojęzycznego – podkreślał.

Na początku nowego milenium było jasne, że Benicio del Toro jest na wznoszącej fali. W 2001 roku rolą w dramacie sensacyjnym „Traffic” Stevena Soderbergha wywalczył Oscara dla najlepszego aktora drugoplanowego. Zagrał w nim Javiera Rodrigueza – meksykańskiego policjanta, który stara się zachować własny kodeks moralny w samym środku nasilającej się wojny narkotykowej. Drugą szansę na najbardziej pożądaną statuetkę w branży miał trzy lata później, gdy ponownie znalazł się w centrum uwagi za sprawą „21 gramów” Alejandro Gonzáleza Iñárritu. Zarówno on, jak i nominowana w kategorii pierwszoplanowej Naomi Watts musieli tym razem obejść się smakiem. Nagrody powędrowały wówczas do Tima Robbinsa za „Rzekę tajemnic” i Charlize Theron za „Monster”.

(Fot. David McNew/Getty Images) (Fot. David McNew/Getty Images)

Na przestrzeni lat grywał postaci małomówne, wewnętrznie skonfliktowane, enigmatyczne, a zarazem zdecydowane w działaniu. Często w udziale przypadały mu role twardzieli z mroczną przeszłością – stróżów prawa i tych, którzy stoją po drugiej stronie barykady. W swoim dorobku ma też biografie. W „Escobar: Historia nieznana” wcielił się w bodaj najsłynniejszego barona narkotykowego w historii, a w „Che – rewolucja” zagrał Ernesta Guevarę. Ci, którzy pracowali z nim na planie, wielokrotnie zwracali uwagę na jego nietypowe metody pracy. Improwizując, zamiast dodawać od siebie nieuwzględnione w scenariuszu kwestie, woli skracać dialogi i usuwać zbędne słowa. Mowa ciała i mimika są dla niego ważniejsze niż tekst. Sean Penn określił go jako „wielkiego artystę, niezrównanego pod względem pomysłowości w rozwijaniu postaci”.

Benicio del Toro: życie prywatne z dala od fleszy

Poza planem zdjęciowy także trzyma język za zębami. O życiu prywatnym mówi niechętnie. Wiadomo, że w 2011 roku na świat przyszło jego jedyne dziecko – Delilah Stewart del Toro. Miał wtedy 44 lata i – jak sam oceniał – był to świetny wiek na zostanie rodzicem. – Byłbym okropnym ojcem w wieku 26 lat. Chodziłem co wieczór do pubów, na dyskoteki i imprezy – wyznał. Matką Deliah jest aktorka i modelka Kimberly Stewart, córka muzyka Roda Stewarta. Już w czasie ciąży rodzice dziewczynki nie byli w związku, ale postanowili wspólnie, ramię w ramię, ją wychowywać. – Staram się trzymać z dala od światła reflektorów. Bycie ojcem zmienia wszystko. Myślę teraz o przyszłości innej istoty ludzkiej, którą kocham – mówił w wywiadzie dla „The New Zealand Herald” w 2016 roku.

Del Toro nigdy nie stanął przed ołtarzem. Gdy dziennikarz „Esquire” zapytał go o ewentualne małżeństwo, przyznał, że „nie do końca rozumie sformalizowane związki”. – Byłem zakochany kilka razy. Jednak kiedy wchodzisz w relację i zakochujesz się, stajesz się bardzo emocjonalny i niestabilny, co powoduje mnóstwo dramatów, a to nie jest dobre – dodał. O jego partnerkach wiadomo niewiele. W latach 1988–1992 był w romantycznej relacji z włoską aktorką Valerią Golino, którą poznał na planie familijnej komedii „Pee-wee Herman w cyrku”. – Kiedy miał 22 lata, był najpiękniejszym chłopcem na ziemi. Nadal jest świetną osobą, uwielbiam go – wspominała Włoszka, gdy ponownie spotkali się w 2013 roku na festiwalu w Cannes. W 2004 roku pojawiły się plotki o jego zaręczynach z aktorką Sarą Foster – córką kompozytora Davida Fostera. Podobno spotykał się także z Catherine Keener czy Lindsay Lohan, ale wszelkie doniesienia na ten temat pozostają w sferze domysłów.

Benicio del Toro,, Chase Infiniti, Leonardo DiCaprio, Teyana Taylor i Sean Penn, obsada „Jednej bitwy po drugiej” (Tim P. Whitby/Getty Images for Warner Bros. Pictures) Benicio del Toro,, Chase Infiniti, Leonardo DiCaprio, Teyana Taylor i Sean Penn, obsada „Jednej bitwy po drugiej” (Tim P. Whitby/Getty Images for Warner Bros. Pictures)

Wygląda więc na to, że po dziś dzień najtrwalszą przysięgę złożył – a jakże – aktorstwu. W jego filmografii, obok głośnej dziś „Jednej bitwy po drugiej”, widnieją tytuły takie jak „Fenicki układ” i „Kurier Francuski z Liberty, Kansas Evening Sun” Wesa Andersona, dwie części „Sicario”, kultowy „Przekręt” Guya Ritchiego oraz wielkie blockbustery: „Avengers: Wojna bez granic”, „Thor: Mroczny świat” czy „Gwiezdne wojny: Ostatni Jedi”. Kto wie, być może jeśli w marcu wespnie się na scenę po drugiego Oscara, nie usłyszy już od prawniczej rodziny, że pora skończyć z „fanaberiami”. Jedna statuetka to dla nich najwyraźniej było za mało. – Po tym, jak wygrałem Oscara za „Traffic”, moja matka chrzestna trzy dni później powiedziała: „Byłbyś doskonałym prawnikiem. Możesz zapisać się na studia wieczorowe. Mógłbyś w tym osiągnąć wielkie rzeczy” – śmiał się del Toro.

O tym, kto wzbogaci swoją kolekcję o nową nagrodę Amerykańskiej Akademii Filmowej, dowiemy się już 16 marca.

Źródła: Gabriel de Lerma, „This Is My Life”, beniciodeltoro.ca; Alex Bilmes, „Benicio Del Toro: The Thinking Man's Hollywood Badass”, esquire.com; Jordan Hoffman, „Benicio del Toro's family was still nervous about his career choice days after winning Oscar for Traffic: 'You'd be a great lawyer’”, ew.com [dostęp: 04.02.2026]

Share on Facebook Send on Messenger Share by email
Autopromocja
Autopromocja

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE