Charilze Theron: Twarda sztuka

fot. BewPhoto

O swojej karierze i wynikających z niej dobrodziejstwach mówi, że to przywilej, który nigdy nie będzie dla niej czymś oczywistym. W przypadku innych gwiazd te słowa można by uznać za kokieterię, ale akurat w jej ustach brzmią wyjątkowo wiarygodnie.

Rozmawia: Jason Adams/The Interview People

(Wywiad pochodzi z archiwalnego numeru: Zwierciadło 9/2018)

Co jest pociągającego w filmach akcji?

Zawsze lubiłam ten gatunek. Szczególnie te wszystkie produkcje z Hongkongu, niektóre z nich są naprawdę świetne. Mnie, osobie, która przez lata tańczyła w balecie, fascynuje takie podejście do opowiadania historii – poprzez sceny wymagające dużego fizycznego wysiłku. Myślę, że my [tu na Zachodzie – przyp. red.] jesteśmy trochę w tyle, jeśli chodzi o taką narrację – zbudowaną na scenach walki, kaskaderskich popisach. Ale już na przykład David Leitch, kręcąc „Atomic Blonde”, wyraźnie nawiązuje do tego typu estetyki, co niezwykle mi się podoba. To było dla mnie nowe doświadczenie, różne od tego, z czym do tej pory miałam do czynienia.

Widziałem cię niedawno w ósmej części serii „Szybcy i wściekli” i zastanawiałem się, czy ciekawiej gra się czarne charaktery.

Te, które do tej pory grałam, przysporzyły mi wiele radości. We wspomnianych „Szybkich i wściekłych” chciałam, żeby moja bohaterka wydawała się całkiem rozsądna, a jednocześnie była przerażająca. No wiesz, żeby kojarzyła się z kimś, kto wyciągnąłby broń i wycelował we własną rodzinę, odstrzelił im głowy i nie poczuł nawet żalu. Z kolei królowa Ravenna [z „Królewny Śnieżki i łowcy” – przyp. red.] to już postać fantastyczna, a jednocześnie rola, która mnie szalenie wciągnęła. Aż miało się ochotę wziąć z niej przykład i po prostu wrzeszczeć na wszystkich naokoło, zachowywać się równie wstrętnie co ona. To jedyny raz, kiedy zdarzyło mi się coś podobnego.

Słyniesz z pełnego zaangażowania w role. Ale ja wciąż próbuję znaleźć tu jakiś klucz w doborze repertuaru. Podrążę wątek motoryzacyjny, bo podobno masz niezwykły stosunek do samochodów, a i filmów związanych w jakiś sposób z samochodami w twoim dorobku nie brakuje – „Szybcy i wściekli”, „Włoska robota”, „Mad Max”.

To prawda, temat jest mi szczególnie bliski. Wychowałam się wśród silników i części zamiennych. Mój ojciec był inżynierem, ale uwielbiał grzebać przy autach. Potrafił kupić starego forda i podrasować go, wmontowując silnik motocyklowy, robił różne podobne cuda. [Rynek motoryzacyjny w RPA był sparaliżowany sankcjami na nowe auta ze strony Zachodu, który w ten sposób wyrażał swój sprzeciw wobec apartheidu – przyp. red.]. Tata ewidentnie kochał samochody. I ja, dorastając w takiej atmosferze, mam motoryzację we krwi. Można powiedzieć, że wychowałam się w kulcie samochodów. Nie znam się co prawda na silnikach i tego typu pierdołach, ale autentycznie rozczula mnie widok ludzi pieczołowicie składających własne auta, wzrusza mnie takie podejście do motoryzacji. Zresztą ja sama kiedy miałam osiem lat, już umiałam prowadzić.

Jak sięgałaś do pedałów?

Byłam całkiem sporą dziewczyną [śmiech].

Już wtedy?

O tak! Zresztą pierwszym pojazdem, który prowadziłam, był tuk-tuk, który mój ojciec wylicytował na jakiejś aukcji. No wiesz, chodzi mi o takie niewielkie autko, których sporo widuje się w Azji, tylko że to akurat była wersja towarowa, coś jak miniaturowy pikap. Tata go podrasował: wyposażył w silnik motocykla krosowego. Jeździłam nim tu i tam po całej naszej farmie. Ładowałam na pakę nasze psy i brałam je nad jezioro, udając, że jestem psim taksówkarzem. Potem miałam też mnóstwo offroadowych motocykli i różnych innych pojazdów.

Nie bałaś się, że coś ci się stanie?

Czy sądzisz, że w tym wieku w ogóle myśli się w takich kategoriach? Żaden z moich kolegów nie miał takich możliwości jak ja. Wiedziałam, że mam superdzieciństwo, że dorastam w otoczeniu, w którym na wiele mi się pozwala. Wokół same farmy, żadnej policji, która mogłaby cię zatrzymać. Do dzisiaj uwielbiam prowadzić, kocham samochodowe wyprawy. Podróżowanie autem ma na mnie wyjątkowy wpływ, powiedziałabym, że terapeutyczny.

Także w fotelu pasażera?

Nie, nie lubię być wożona. I naprawdę nie chodzi o przejmowanie kontroli nad sytuacją. Po prostu jazda to dla mnie rodzaj medytacji, byleby nie była to jazda na tylnym siedzeniu. To dlatego staram się na plan zawsze jeździć sama.

Wspominając życie na farmie, tęsknisz za tamtą wolnością?

Oczywiście, że tak. Ale też czuję się wolna, mogąc dziś swobodnie przemieszczać się po świecie. To przywilej. Nigdy do tego nie przywyknę na tyle, żeby uważać to za coś oczywistego. Właśnie dlatego, że pamiętam swoje dorastanie. Kiedy się spogląda na mapę, od razu widać, że Republika Południowej Afryki jest u samego dołu, a nad nią góruje cała masa lądu. To kawał drogi, jeśli chcesz gdziekolwiek podróżować. A ja jako dziecko marzyłam o tym i śniłam. I pomyśleć, że faktycznie tego dokonałam – robię to, co robię, i widziałam to wszystko, co widziałam. Większość przyjaciół z moich rodzinnych stron wzięła śluby, mają dzieci i nigdy nie ruszyli się z Afryki. Tym bardziej czuję się wyróżniona, prowadząc takie, a nie inne życie.

Artykuł pochodzi z archiwum magazynu ZWIERCIADŁO

ZOBACZ AKTUALNE WYDANIE »