Irena Santor: Wyśpiewać siebie

Fot. BewPhoto

Dama polskiej piosenki. Słuchają jej kolejne pokolenia. Ale nie puszcza oka do publiczności. Mówi: – tylko taka jestem, nie inna. „Zwierciadłu” opowiada o świecie, który ukrywa za piosenkami.

(Wywiad pochodzi z archiwalnego numeru: Zwierciadło 12/2017)

Kiedykolwiek próbowano panią zmienić?

Może czasami próbowano poddać mnie jakiejś modzie. Ale doskonale wiem, co do mnie nie przylega. To ja muszę utożsamić się z materiałem, który dostaję, mieć prawo zinterpretować go tak, jak chcę. Ulepić go na obraz i podobieństwo swoje. Nie zgadzam się z reżyserami, którzy próbują zmusić mnie do swojej koncepcji, chcą, by nastąpiło całopalenie. Teraz mnie zmienią. O nie. To nie ze mną, mam rogatą duszę. Najistotniejszym osiągnięciem w tej pracy jest rozpoznawalność – własna barwa głosu, własny styl, własna intymność, czyli sposób postrzegania świata. To się składa na indywidualność. Na moich koncertach pojawiają się młodzi. Choć nie kłaniam się im nowymi aranżami, słuchają tego, co i jak śpiewam. Przychodzą do garderoby, mają zdziwione oczy. Bo jak to, ja, taka starsza pani, a ich przekonałam. Mówią, że to fajne było, bo jakieś. To potwierdzenie, że jeszcze przez chwilę mogę śpiewać.

Édith Piaf, Frank Sinatra, Irena Santor… Przecież stworzyliście spójne światy, w które się wierzy bez względu na wiek odbiorcy czy rodzaj muzyki, jakiej słucha.

Dawniej ktoś pytał, dlaczego nie śpiewam jak Aretha Franklin. A dlaczego miałabym tak śpiewać? Po pierwsze, nie umiem, po drugie, ona już jest. Największy błąd, jaki czasem robią młodzi artyści, to powielanie innych.

Walc embarras” zaśpiewała pani po Barbarze Krafftównie, ale to pani interpretacja przetrwała.

Oglądałam w telewizji Kabaret Starszych Panów. Basia śpiewała tę piosenkę przepięknie, ale jak walczyk. Powiedziałam do męża: „Jaka cudna piosenka, chciałabym ją zaśpiewać, ale inaczej, tak szeroko!”. Potem wybrano tę piosenkę na pierwszy festiwal w Sopocie i mnie ją przydzielono. Byłam taka szczęśliwa.

Pamięta pani, co czuła, kiedy ją śpiewała?

Pamiętam, jak ta piosenka mnie niosła. Była taka wielka, balowa… Uważam, że zyskała na tej interpretacji. I istnieje do dzisiaj. Ja też zyskałam, bo zostałam nagrodzona.

Śpiewa ją pani inaczej?

To ta sama wielka piosenka, ale już trochę łagodniejsza, może bardziej liryczna, śpiewana z dystansu. Patrzę na siebie, tę młodą, tańczącą na tamtym balu, ale stoję już w przedpokoju i oglądam ją przez ramię.

Rzadko sięga pani po cudzy repertuar, ale zdarza się pani śpiewać piosenki Édith Piaf. Ona spalała się na scenie, zabijała. A co się z panią dzieje, kiedy pani śpiewa?

Ona śpiewała siebie, w ten sposób walczyła o życie. „Proszę, mogę w tej jednej chwili umrzeć, ale taka jestem. Chcecie mnie, proszę bardzo, ale tylko taką”. Ja śpiewam dokładnie tak samo. Chcecie mnie, proszę bardzo, ale tylko taką. Owszem, Piaf śpiewa mocno, wyraziście. Ja mam swoje półtony, półdźwięki, półprawdki. Jestem Słowianką, nie dam sobie tego wyrwać. Ale intencja bycia na scenie jest ta sama. Ona śpiewa o miłości i ja śpiewam, ale mogę tę miłość i rozstanie odczuwać zupełnie inaczej.

Zakochuje się pani w swoich piosenkach?

Do pewnego stopnia. Piosenka zaśpiewana dziś i za miesiąc może być zupełnie inna. Wpływa na to energia publiczności. Mam z nią porozumienie, choć nawet jej nie widzę. Jestem tremiara. Na tremę chorowałam wiele lat. Ślady zostały. Dlatego udawałam, że patrzę na widownię, ale jej nie widziałam. Jednak wszystko czułam. Czasami na koncercie chłód, jakby topory siedziały. Myślę: „Jak się do nich dobrać, rozbroić?”. Zakładam trochę grubszą skórę i śpiewam, przyjmą czy nie. Ale śpiewam siebie. Tylko siebie. Daję wam siebie na pożarcie. Zróbcie, co chcecie. Może to moja przekora? Ale przecież zależy mi na ich zdobyciu. Różnica między brawami jest tak czytelna, że od razu wiadomo, co znaczą. Kiedy słyszę, że widzowie są już po mojej stronie, mam poczucie zwycięstwa. Przyszliście, chcieliście mnie słuchać. O, jak mi dobrze na świecie!

Walczy pani o złudzenia, o marzenia – o tym są pani piosenki.

I o dalszym ciągu. Nie umiem się zgodzić na to, że pewnego dnia mnie nie będzie.

Że wyjdzie pani również z przedpokoju?

Nie rozumiem, jak można przestać być. Mogę mieć kłopoty z życiem, nawet wielkie, ale zrobię wszystko, żeby istnieć. Mnie istnienie bardzo kręci. Popełniam błędy, ale nadzieja, że jutro może znajdę ten odpowiedni ton, ten wyraz, akcent i powiem: „No tak, znów coś zyskałam, dowiedziałam się czegoś o sobie”. Mnie życie jest potrzebne.

Na koncertach mówi pani za Tuwimem: „Ja śpiewam piosenki […] ludziom na pocieszenie” [cytat z utworu „Ja śpiewam piosenki” z repertuaru Ordonki].

A jest lepszy powód wychodzenia na scenę? Jeżeli moje śpiewanie coś komuś da, coś pozwoli zapamiętać, zapomnieć, przeżyć…

A sobie śpiewała pani na pocieszenie?

Brałam byka za rogi, jeżeli w życiu źle się działo. Walczyłam z przeciwnościami, z chorobą… Pocieszać siebie? To nie ja.

A śpiewanie było ucieczką?

Tak. Śpiewałam nawet wtedy, kiedy już wszystko pod stopami leżało i myślałam: „Nie przejdę przez to gruzowisko”. Ale zaraz kolejna myśl: „Idź, powolutku, może nie dojdziesz na sam szczyt, ale pójdziesz tam, gdzie zdołasz”.

Kiedy przyjechała pani do Warszawy, wokół było gruzowisko.

Był 1951 rok, przyjechałam do Mazowsza. Warszawa była miastem, które leżało w gruzach. Ludzie przez nie przeskakiwali, biegli gdzieś, coś mieli do załatwienia, gdzieś żyli w tym chwilę wcześniej umarłym mieście. Dzisiejsza aleja Jana Pawła II to był tak zwany dziki zachód, cały w gruzach, stały jeszcze wypalone domy. Czasem w tych zgliszczach paliło się światełko, był dym, może ktoś coś gotował na prowizorycznej kuchence. Jeździliśmy tą ulicą do Hali Mirowskiej na koncerty. To był jedyny ocalały budynek, w którym można było dać koncert. Ludzie siedzieli na ławach, bo nie było krzeseł.

A pani śpiewała w tych gruzach „Ej, przeleciał ptaszek”…

A ludzie słuchali jak zaczarowani, jak przeleciał w kalinowy lasek… Takiej rzewnej piosenki słuchali… I siwe piórka na nim zadrżały… Ona tęskni za ukochanym i nie wie, czy będzie jej wolno z nim być. On jest daleko… Kochanie, niech płyną do ciebie moje łzy…

Miała już pani za sobą wiele smutku. Ojciec dawno nie żył, mama była ciężko chora.

Mieszkaliśmy przed wojną w Solcu Kujawskim, wówczas ładnym miasteczku, dziupli nad Wisłą otoczonej wielkimi lasami. Mieszkali w nim Polacy i Niemcy. Już na początku wojny zaczęły się aresztowania Polaków. Jeszcze przed okupacją ojciec powiedział swojemu „przyjacielowi” Niemcowi, że jak wejdzie Hitler, to ojciec będzie pierwszym, który się z nim rozprawi. Wojna wybuchła. Moi rodzice uciekli na wieś do dziadków, do Papowa Biskupiego. Ale ojciec denerwował się, mówił, że nikomu nic złego nie zrobił, że musi wrócić. Widzę, jak idzie drogą, jest już daleko, ale jeszcze odwraca się do mnie i macha. Pojechał do Solca pociągiem. Nawet do mieszkania nie doszedł. Niemcy zamknęli 48 Polaków w więzieniu… Katowali ich, a ten „przyjaciel” pilnował, żeby ojca bolało bardziej, żeby cierpiał. Zapamiętał mu dawną groźbę. Ojciec był bardzo hardy. Mam to po nim. Myślę, że nie był łagodny delikates. Nawet nie wiem, gdzie jest jego grób. Nawet ślad nie został. Niektóre rodziny tamtych ofiar wiedzą, gdzie są groby ich bliskich…

Znała pani tego człowieka?

Tak, z imienia i nazwiska. Całą okupację mieszkał w Solcu.

Wybaczyła pani?

Jestem chrześcijanką, więc powinnam wybaczyć. Ale mam z tym kłopot. Zachowałam pamięć i ona, proszę pana, nie umie wybaczyć. Nie ma powodu, żeby ludzie zabijali. Nie rozumiem tego. Nie akceptuję, że ktoś uważa siebie za Boga i może odebrać innemu życie.

Kiedy dowiedziała się pani, co się stało?

Wtedy nie wiedziałam, miałam pięć lat. Zostałam jeszcze u dziadków. Pewnego dnia mama po mnie przyjechała. Dowiadywałam się z biegiem lat, czasem coś po cichutku mówiła, ostrzegając, że nie wolno nikomu powtarzać.

Ma pani wspomnienia związane z ojcem?

Pamiętam, jak uparłam się, że chcę w procesji sypać kwiatki. Byłam za mała i siostry zakonne mnie nie zaakceptowały. Zrobiłam w domu piekło. Mama, krawcowa, całą noc szyła mi sukienkę. Tata zabrał mnie na łąkę nad Wisłą i zrywaliśmy kwiaty. Kiedyś się zgubiłam, cały Solec mnie szukał. Wszyscy bali się, że gdzieś nad Wisłę poszłam i się utopię. Ojciec był flisakiem, wiedział, jak niebezpieczna jest rzeka. A przecież cały Solec był nad Wisłą. To tata mnie znalazł. Niósł mnie na barana. Byłam taka dumna i blada, że widzę Solec z ramion mojego ojca.

Jak sobie radziła mama?

Była po kobiecemu mocna. I bardzo pracowita. W Solcu wymordowano większość mężczyzn, zostały kobiety z dziećmi. Przymuszano je do pracy, np. przy kopaniu fundamentów pod fabrykę broni. Mam zdjęcia, na których mama i jej koleżanki kopią te doły. Inne były kartki żywnościowe dla Niemców, inne dla nas. Żyliśmy bardzo biednie. I ta krawiecka igła mamy pracowała dzień i noc, bauerki, bogate niemieckie chłopki, się u nas obszywały, czasem przynosiły kawałek masła, trochę sera, jajka, bo nie mogłyśmy dostać z naszych kartek. Mama zachorowała na gruźlicę. Po wyzwoleniu jako jedna z pierwszych wyjechała do sanatorium w Piechowicach. To przedłużyło jej życie.

Artykuł pochodzi z archiwum magazynu ZWIERCIADŁO

ZOBACZ AKTUALNE WYDANIE »