Jodie Foster: Mężczyźni bardzo mnie interesują

123rf.com

Minęły ponad trzy lata, od kiedy zdecydowała się na coming out i na gali Złotych Globów otwarcie powiedziała o swojej orientacji. Emocje opadły, a Jodie Foster znowu, tak jak lubi, postrzegana jest przez pryzmat swojej pracy. Tym bardziej, że reżyserek jest w Hollywood niewiele, a ona coraz lepiej czuje się po drugiej stronie kamery.

Z filmem zetknęła się pani po raz pierwszy już jako małe dziecko. W wieku 53 lat ma pani za sobą bardzo długą karierę – jako aktorka, reżyserka i producentka. Jak wygląda filmowy świat z takiej perspektywy?

Kiedy po raz pierwszy pojawiłam się na planie, miałam trzy lata – moja mama była od początku przekonana, że będę aktorką i regularnie chodziła ze mną na castingi. Wygląda na to, że miała rację… Jestem w tym zawodzie od 50 lat, więc na własne oczy widziałam zmiany zachodzące w środowisku filmowym. Miałam wiele szczęścia, poznałam osobiście największe legendy amerykańskiego kina, pracowałam z reżyserami takimi, jak Martin Scorsese, David Fincher i Bob Zemeckis, czy z młodym Robertem De Niro. Rady, które dawali mi najwięksi mistrzowie Hollywood, służą mi do dziś.

Chrztem bojowym była dla pani rola młodocianej prostytutki w „Taksówkarzu” Martina Scorsese. W 1976 roku film wywołał skandal na festiwalu w Cannes, ale zdobył Złotą Palmę.

Miałam wtedy 13 lat i moja obecność w Cannes nie była przewidziana. Jednak moja mama nalegała, żebym towarzyszyła ekipie. Nie chciałam opuszczać Ameryki, tym bardziej że w dniu wyjazdu straciłam mojego ukochanego psa. Nazywał się Napoleon i bardzo go kochałam. Ale to właśnie pobyt w Cannes sprawił, że narodziłam się jako aktorka. Po skandalu wywołanym przez film byłam jedynym dostępnym członkiem ekipy – wszyscy, łącznie z Martinem Scorsese i Robertem De Niro, chowali się w oddalonym hotelu Cap d’Antibes. Z racji wieku nie zdawałam sobie sprawy z sytuacji – ponieważ mieszkałam w samym centrum, chodziłam na plażę i zajadałam się lodami, no i chętnie odpowiadałam na wszystkie pytania. Inna rzecz, że zdjęcia do „Taksówkarza” były dla mnie trochę jak wycieczka do Disneylandu – nie wiedziałam, na czym polega praca prostytutki, a końcowa scena masakry, tak przerażająca na ekranie, oznaczała dla mnie wspomnienie oblewania się zabarwioną na czerwono wodą…

Był moment, kiedy wydawało się, że wybierze pani zupełnie inną drogę. Pod koniec lat 70. zrobiła pani przerwę w karierze i zapisała się na literaturę na Uniwersytecie Yale. Ale potem powróciła pani do Hollywood.

Przez chwilę zastanawiałam się, czy nie poświęcić się pracy na uniwersytecie. Ale czułam, że kino mnie woła. W pewnej chwili zrozumiałam, że tylko na planie mogę identyfikować się z tym, co robię. Lata spędzone na uniwersytecie były jednak jednymi z najpiękniejszych i najbogatszych okresów mojego życia, choćby z tego względu, że w Yale żyłam jak anonimowa studentka. Dzisiaj nie byłoby to możliwe.

W znanym ze swojej mizoginii Hollywood stała się pani jedną z najbardziej wpływowych postaci. Czy wciąż tak trudno jest tam być kobietą?

Hollywood na pewno zmieniło się na lepsze. Kiedy byłam dzieckiem, nie widywałam na planie kobiet, oczywiście, poza aktorkami, które grały moje matki. Wszyscy członkowie ekipy byli mężczyznami, pamiętam, że atmosfera na planie często była bardzo konfliktowa. Kiedy kobiety powróciły – jako producentki, scenarzystki, scenografki, kostiumografki – wszystko się zmieniło. Mówię „powróciły”, ponieważ – chociaż niewielu o tym pamięta – w początkowej epoce Hollywoodu zajmowały bardzo poważne stanowiska. Kierowały studiami, samodzielnie kręciły filmy. Kto wie, że pierwszy film dźwiękowy nakręciła kobieta?! [Chodzi o Alice Guy, która jako pierwsza wprowadziła dźwięk do filmu, jeszcze przed „Śpiewakiem jazzbandu” z 1927 r., uważanym za pierwszy dźwiękowy film – przyp. red.]. Kiedy mężczyźni zdali sobie sprawę, że kino może przynosić wielkie pieniądze, całkowicie przejęli władzę i nie oddawali jej przez następne dziesięciolecia. Obecnie kobiety traktowane są w Hollywood dużo lepiej, chociaż wciąż niechętnie powierza się im realizację filmów, szczególnie wysokobudżetowych produkcji. Mam nadzieję, że mój „Zakładnik z Wall Street” okaże się sukcesem i przekona, że potrafimy reżyserować także wielkie spektakle. Reżyseria to ostatni męski bastion, ale wszystko wskazuje na to, że jednak i on w końcu runie.

Artykuł pochodzi z archiwum magazynu ZWIERCIADŁO

ZOBACZ AKTUALNE WYDANIE »