1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Zdrowie
  4. >
  5. Czy wiesz, co jesz? Poznaj podstawowe zasady zdrowego odżywiania

Czy wiesz, co jesz? Poznaj podstawowe zasady zdrowego odżywiania

Jeśli chcesz zadbać o zdrowie swoje i swoich bliskich, zacznij od świadomego kupowania produktów spożywczych. (fot. iStock)
Jeśli chcesz zadbać o zdrowie swoje i swoich bliskich, zacznij od świadomego kupowania produktów spożywczych. (fot. iStock)
Wielu ludzi uważa, że wiedzą, jak się zdrowo odżywiać, znają się na dietach i dietetyce, pomimo że zasady żywienia poznają głównie za pośrednictwem mediów.

Zdrowe odżywianie stało się modne, więc na każdym kroku spotykamy się z  reklamami, w których znane osoby wychwalają niesamowite właściwości odżywcze różnych produkowanych masowo artykułów. Ponieważ media wciąż cieszą się dużym zaufaniem, często wpadamy w  pułapkę reklam, wierząc, że przemysłowo wytwarzane soki, jogurty, margaryny, zupy instant, oleje, wędliny, majonezy, batoniki to najlepsze rzeczy, jakie możemy sobie wyobrazić. Do tego dochodzą reklamy leków i  suplementów diety, które zgodnie z  oświadczeniami producentów zapewniają nam zupełną bezkarność – możemy jeść właściwie wszystko, pod warunkiem że będziemy zażywać odpowiedni suplement wspomagający np. pracę wątroby. Niestety, w  realnym życiu tak nie jest. Gdyby te reklamy były prawdziwe, nie istniałyby choroby ani problemy z nadwagą i otyłością. Prawda jest jednak taka, że dając się skusić obietnicom łatwego życia, szybkiego spadku masy ciała, zachowania zdrowia albo poprawy samopoczucia, dajemy się zwieść. W  dużych ilościach te produkty mogą okazać się szkodliwe dla zdrowia.

Zrób to sam

Najlepsze jedzenie to takie, które przyrządzimy samodzielnie ze świeżych, dobrej jakości półproduktów, których droga od producenta do naszej kuchni jest najkrótsza. Jeśli chcemy być zdrowi, na co dzień powinniśmy omijać półki sklepowe z  produktami przetworzonymi i  unikać jedzenia fast foodów. Wiele moich pacjentek jest przerażonych, kiedy podczas pierwszych konsultacji dochodzą do wniosku, że właściwie nie wiadomo, co jeść, bo wszystko, co do tej pory jadły i czym karmiły swoją rodzinę, jest niezdrowe. Ale aż tak źle na szczęście nie jest. Wystarczy poznać parę zasad robienia zakupów – jedna z takich podstawowych umiejętności to czytanie etykiet, aby uniknąć popełniania najpoważniejszych błędów.

Szczególną czujność zalecam, kiedy mamy do czynienia z  pięknie opakowanym produktem. Bardzo często atrakcyjne opakowanie idzie w parze ze skomplikowaną technologią produkcji, która znajduje odzwierciedlenie w liście trudnych do wymówienia nazw chemicznych, wypisanych na etykiecie. I  to powinna być już pierwsza wskazówka – jeżeli nie potrafisz rozszyfrować nazw składników produktu, po prostu pozostaw go w sklepie! Producenci zapewniają nas, że te składniki znajdują się na liście dozwolonych dodatków do żywności, ale nie wiemy, jakie ilości tych substancji przyswajamy i w jakim stopniu właśnie nam mogą zaszkodzić.

Co jest w środku?

Bardzo uczulam na pięknie wybarwione sztucznymi barwnikami produkty, które cieszą oczy i  przyciągają wzrok – jest to oczywista manipulacja. Jej ofiarami mają paść przede wszystkim dzieci. Niestety, te piękne kolory to syntetyczne dodatki, które wzmagają zachowania nadaktywne, wywołują alergie, stwarzają ryzyko zachorowania na raka. I tak barwnik E129, czyli czerwień allura – zakazana w  niektórych krajach, takich jak Belgia, Szwajcaria, Australia czy Norwegia – może nasilać objawy astmy i wywoływać nadpobudliwość psychoruchową u dzieci. Niestety, sklepy spożywcze często nie ułatwiają rodzicom życia i  umieszczają te łakocie w  najbardziej widocznym miejscu, czyli na poziomie wzroku dziecka. Dlatego radzę, żeby na zakupy wybierać się bez dzieci. I  pamiętajcie, by NIGDY nie nagradzać dziecka słodyczami! Otrzymując je jako nagrodę, np. za dobre zachowanie, dziecko zaczyna myśleć, że cukierki są bardziej wartościowe niż inne posiłki.

Słodycze to poza barwnikami głównie cukier. Wszyscy już wiedzą, że cukier szkodzi i  wiedzą o  tym także producenci, którzy wykorzystują naszą niepełną wiedzę o  składnikach przetworzonej żywności. Na etykietach widzimy napis: „zero cukru”, myślimy „OK”. Ale zamiast niego używane są sztuczne substancje słodzące, takie jak na przykład aspartam. Dodaje się go do ponad 6 tys. produktów spożywczych i  środków farmakologicznych. Znajdziemy go w  słodkich napojach typu light, ale także w zwykłych napojach, sokach oraz w jogurtach, płatkach śniadaniowych czy gumach do żucia. Jest też składnikiem leków, a  swoją popularność zawdzięcza naturalnej słodyczy. Według badań jest aż 200 razy słodszy od cukru, a  przy tym nie dostarcza kalorii. Na tym jednak jego zalety się kończą. Aspartam (E951) stanowi przyczynę 75 proc. niepożądanych reakcji na dodatki do żywności, zgłaszanych do amerykańskiego Urzędu ds. Leków i  Żywności, takich jak bóle głowy, pogorszenie samopoczucia, skurcze mięśni, przybieranie na wadze, depresje, bezsenność, zaburzenia wzroku, wysypki, utrata słuchu, trudności w oddychaniu, napady apopleksji, nowotwory. Ale jak tu żyć bez słodyczy?

Zamiast kolorowych napojów przyzwyczajajmy dzieci do picia wody z dodatkiem cytryny i  miodu. Dużo zdrowszym rozwiązaniem będzie również sporządzenie soku samodzielnie w domu ze świeżych owoców. Odrobina miodu powinna sprawić, że dziecko będzie przepadało za takim koktajlem. Polecam pieczone jabłka, gruszki lub owocowe sałatki. Propozycją zdrowszą niż wysokokaloryczne desery będzie także sok owocowy 100-proc., zamrożony i  podany w  formie lizaka. Zamiast kupować lody, zróbmy sorbety.

Tak jak łatwo zastąpić cukier i  słodziki, tak też łatwo możemy zastąpić substancje wzmacniające smak, czyli na przykład kolejnego przestępcę chemicznego: glutaminian sodu. Znajdziemy go w kostkach rosołowych, zupkach i  potrawach instant, mieszankach przypraw, sosach i słoikach z  gotowymi daniami. Według badań długofalowe skutki częstego używania glutaminianu sodu to między innymi: nadpobudliwość, zaburzenia hormonalne, uszkodzenie siatkówki oka, zaburzenia przewodnictwa nerwowego i  wzrost ryzyka otyłości. Szczególnie niebezpieczny może okazać się dla osób na niego nadwrażliwych oraz dla astmatyków i dzieci. Glutaminian sodu występuje w produktach jako E621 – wzmacniacz smaku i  zapachu o aromacie grzybo- i  mięsopodobnym. Jak możemy go zastąpić? Zioła, zioła i  jeszcze raz zioła. Świeże mają niesamowity aromat, wzbogacają potrawy i wydobywają z  nich to, co najlepsze. Niech w  twoim domu nie zabraknie szałwii, która dzięki zawartości licznych związków aktywnych działa antydepresyjnie, antybakteryjnie, przeciwzapalnie i  antyseptycznie. Zawiera witaminy A, C, witaminy z grupy B, minerały, takie jak wapń, magnez, potas, sód, cynk i żelazo. Szałwia obfituje także w lotne olejki i  fitozwiązki, m.in. kwas rozmarynowy, kamforę, taniny i  flawonoidy. Miej też zawsze świeżą bazylię zawierającą antybakteryjny eugenol, który przeciwdziała skurczom brzucha, nudnościom i  biegunkom. Bazylia wspomaga pracę układu pokarmowego, działa przeciwpasożytniczo i  zapobiega wzdęciom.

Unikaj też produktów z długim terminem przydatności do spożycia, bo to oznacza, że użyto tam konserwantu, takiego jak np. benzoesan sodu (E211). Jest on stosowany między innymi w: napojach, sokach, przetworach, konserwach, deserach, przyprawach czy sosach. Przy większym stężeniu może powodować uwalnianie histaminy, a  co za tym idzie – objawy alergiczne. Związek ten w połączeniu z powszechnie występującym kwasem askorbinowym (witaminą C) tworzy benzen – substancję rakotwórczą. Ponadto badania wykazują związek spożycia benzoesanu ze wzrostem agresji i  nadpobudliwości u dzieci. Nie ma co ukrywać: robienie zakupów w dzisiejszych czasach to dosłownie rosyjska ruletka. Pamiętaj, że produkt spożywczy, który prawie nigdy się nie psuje i  zbyt pięknie wygląda, powinien być podejrzany – nie wystarczy czytanie etykiet, trzeba mieć po prostu wiedzę o tym, co nas odżywia, a  co truje. Co prawda trochę więcej czasu poświęcisz na robienie zakupów i  przygotowywanie posiłków, ale za to nie będziesz truć siebie i  swoich bliskich – to się naprawdę opłaca.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Zdrowie

Dobre śniadanie to podstawa - przykłady do naśladowania i do wykreślenia z jadłospisu

Odżywcze śniadanie dostarcza energii i gwarantuje dobre samopoczucie przez większą część dnia. (Fot. iStock)
Odżywcze śniadanie dostarcza energii i gwarantuje dobre samopoczucie przez większą część dnia. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 7 Zdjęć
Śniadanie to najważniejszy posiłek w ciągu dnia. Od niego zależy nasze samopoczucie, poziom energii, kreatywność oraz to, jak radzimy sobie z codziennością. Niby wszyscy to wiemy. Tymczasem wiele osób traktuje ten posiłek po macoszemu, zwłaszcza w czasie pandemii, kiedy życie wielu z nas wywróciło się do góry nogami.

Pandemia znacząco wpłynęła na nasze samopoczucie. Smutek, lęk, napięcie, bezradność i wreszcie zmęczenie towarzyszą nam od rana już od roku. To są typowe objawy przewlekłego stresu. Możemy je łagodzić wprowadzając zdrowe nawyki, również te dotyczące diety, na przykład zaczynając dzień od dobrego odżywczego śniadania. Jakie powinno być?

Śniadanie - energia i dobry humor

Podstawą dobrego dnia jest…. dobre śniadanie. Brzmi jak banał? No to posłuchajcie: śniadanie to nie tylko poranny zastrzyk energii, ale także uzupełnienie mikro i makroskładników, które zużyliśmy w nocy na regenerację organizmu. Właściwie skomponowane wpływa na dobre samopoczucie w ciągu dnia, aktywizując produkcję dopaminy i serotoniny, czyli tak zwanych hormonów szczęścia. Dzięki śniadaniu mamy nie tylko dobre samopoczucie, ale lepszy metabolizm.
Osoby, które pomijają śniadania, spożywają w ciągu dnia więcej kalorycznych potraw, przez co szybciej tyją.
Regularne jedzenie śniadań wpływa na lepszą koncentrację, zapamiętywanie, zdolność uczenia i rozwój intelektualny. Mózg do efektywnej pracy potrzebuje paliwa – tym paliwem jest glukoza. Dostarczamy jej sobie w postaci węglowodanów złożonych. Jeżeli pominiemy poranny posiłek, którego podstawą powinny być właśnie te składniki, mózg nie dostanie odpowiedniej dawki glukozy i w godzinach południowych będziesz odczuwać senność, spadek koncentracji, osłabienie pamięci i… niechęć do całego świata.

Śniadanie najlepiej jeść, zgodnie z rytmem dobowym, pomiędzy godziną 6 a 10 rano, najlepiej w ciągu dwóch godzin po obudzeniu – wtedy układ pokarmowy zaczyna pracę i następuje wydzielanie enzymów trawiennych. Jeżeli nie zjemy rano śniadania – nadmiar kwasu żołądkowego może powodować zgagę, nadkwasota, refluks, nadżerki, a nawet wrzody żołądka.

Osoby, które codziennie spożywają śniadania mają o 16% mniejsze ryzyko rozwoju nadciśnienia tętniczego, o 18% zespołu metabolicznego, 19% cukrzycy typu 2 i o 20% otyłości w porównaniu do osób jedzących śniadanie wyłącznie 3 razy w tygodniu.
Śniadanie powinno dostarczać całkiem sporo kalorii: ok 500-600 kcal (przy średnim dziennym zapotrzebowaniu na 2000 kcal), co stanowi  25-30% zapotrzebowania energetycznego. Ta dawka kalorii chroni przed gwałtownym spadkiem cukru w ciągu dnia, a co za tym idzie zapobiega poczuciu zmęczenia i ospałości koło południa.

A co zrobić, jeśli nie czujesz rano głodu i nie masz apetytu? To problem bardzo wielu osób. Przyczyny trzeba poszukać w ostatnim posiłku z poprzedniego dnia. Najczęściej jest to zbyt obfita kolacja - część pokarmu nie zostaje strawiona i zalega w przewodzie pokarmowym dając niestrawność i złe samopoczucie.

Śniadanie jak symfonia

Jak komponować śniadanie? Nie jest to zbyt skomplikowane -  trzeba przestrzegać dwóch zasad: wzajemne proporcje składników i różnorodność. Rzecz w tym, by dostarczać sobie składniki w odpowiedniej ilości, a przy tym nie dublować ich źródeł.

50% powinny stanowić owoce i/lub warzywa – dostarczają organizmowi wielu witamin, zwłaszcza witaminy C, niezbędnej dla odporności, i składników mineralnych. Regularnie zjadane warzywa i owoce zmniejszają ryzyko chorób układu krążenia i nowotworów. Są również źródłem błonnika. Dodatek owoców i warzyw zwiększa objętość posiłku i urozmaica posiłek. Owoce do zadań specjalnych to maliny, dzika róża i czarna porzeczka. Dostarczają wielu składników mineralnych jak np.: potas, magnez, wapń i żelazo, witamin z grupy B oraz witaminy E, ale również antyoksydacyjnych flawonoidów działających przeciwzapalnie. Idealnym  pomysłem na stworzenie śniadaniowej miksu witaminowo – mineralnego będą koktajle. To doskonałe uzupełnienie dla kanapek, jajecznicy czy owsianki.

Alternatywą dla świeżych owoców są mrożone lub suszone np. żurawiny, rodzynek lub daktyli albo wykorzystać domowe konfitury.
25% talerza śniadaniowego powinny zająć produkty białkowe, takie jak sery, jajka, mięso i strączki, które dostarczają energii, budują komórki, są istotne dla budowania odporności. Mleko, kefir, jogurt i sery są również bogate w wapń, element budowy kości i zębów, niezbędny też do prawidłowego funkcjonowania mięśni i serca. Obowiązkowa porcja wapnia na śniadanie to szklanka mleka, 150 g jogurtu naturalnego czy plaster sera. Nabiał to także witaminy z grupy B, A i D, minerały: magnez, potas i cynk, a także kwas linolowy. Mięso, jaja, ryby stosuj wymiennie – należy ich zjadać maksymalnie 120 g (dwa jaja).

Kolejne 25% to produkty pełnoziarniste czyli pieczywo (razowe, graham), płatki zbożowe (owsiane, żytnie, gryczane, jaglane), musli, otręby. Produkty te są źródłem błonnika pokarmowego, który daje uczucie sytości, dba o sprawną pracę jelit oraz węglowodanów złożonych, które są trawione i wchłaniane do krwi powoli, a tym samym stopniowo dostarczają energii organizmowi. Dzięki temu nie dochodzi do nagłych wahań poziomu glukozy (cukru) we krwi, jak ma to miejsce w przypadków spożycia węglowodanów prostych (inaczej cukrów prostych) po zjedzeniu drożdżówki czy tostu z dżemem. Produkty z pełnego przemiału zawierają wiele witamin, szczególnie z grupy B, ważnych dla układu nerwowego, oraz składników mineralnych, w tym cynk i magnez.

Ważnym składnikiem zdrowego śniadania jest tłuszcz, gdyż to w nim rozpuszczają się cenne witaminy A, D, E i K. Jego dodatek sprawia, że danie jest smaczniejsze i pełniejsze. Ważne, aby najczęściej wybierać roślinne pokarmy, gdyż tłuszcze pochodzące z tego źródła mają korzystny wpływ na organizm, m.in. pomagają obniżyć poziom cholesterolu LDL. Zawarte są w olejach roślinnych, oliwie, orzechach, nasionach i pestkach, a także w awokado i maśle orzechowym. Myśląc o zdrowych tłuszczach w śniadaniowym menu trzeba wymienić łososia. Jest on pełen zdrowych kwasów tłuszczowych omega-3, które, jak wykazano, zmniejszają stany zapalne, obniżają ciśnienie krwi i zmniejszają czynniki ryzyka wielu chorób. Poza tym łosoś to dobre źródło białka, a także potasu, selenu i antyoksydantów.

Propozycje zdrowych śniadań

Muesli z owocami (truskawki, jagody, maliny), płatki migdałów z  jogurtem naturalnym, sok pomarańczowy, woda z cytryną i imbirem - takie śniadanie jest szczególnie zalecane osobom cierpiącym na zaparcia, gdyż zawiera mnóstwo błonnika regulującego pracę jelit.

(Fot. iStock) (Fot. iStock)

Zielony twarożek (szczypiorek, natka pietruszki, rzeżucha), kromka chleba żytniego, herbata - takie śniadanie bogate w kwas foliowy i witaminę E, przyda się przyszłym mamom, gdyż zielone warzywa są bogate w kwas foliowy oraz witaminę E.

Dobre śniadanie to podstawa - przykłady do naśladowania i do wykreślenia z jadłospisu Dobre śniadanie to podstawa - przykłady do naśladowania i do wykreślenia z jadłospisu

Omlet z warzywami, musli z owocami i serkiem waniliowym, kawa zbożowa z mlekiem  - takie śniadanie jest bogate w pełnowartościowe białko i dlatego jest polecane sportowcom i osobom pragnącym zwiększyć masę mięśniową.

Dobre śniadanie to podstawa - przykłady do naśladowania i do wykreślenia z jadłospisu Dobre śniadanie to podstawa - przykłady do naśladowania i do wykreślenia z jadłospisu

Awokado zapiekane z jajkiem, sałatka z pomidora i ogórków herbata ziołowa sok świeżo wyciskany- śniadanie polecane osobom odchudzającym się, którym szczególnie zależy na pozbyciu się tłuszczu z brzucha.

Dobre śniadanie to podstawa - przykłady do naśladowania i do wykreślenia z jadłospisu Dobre śniadanie to podstawa - przykłady do naśladowania i do wykreślenia z jadłospisu

Kasza manna na mleku 2 proc. z owocami jagodowymi (jagody, poziomki, maliny) dodaje energii na cały dzień, ponadto zawiera duże ilości substancji o działaniu antyoksydacyjnym i zwalczającym wolne rodniki-idealne śniadanie da dzieci czy osób starszych.

Dobre śniadanie to podstawa - przykłady do naśladowania i do wykreślenia z jadłospisu Dobre śniadanie to podstawa - przykłady do naśladowania i do wykreślenia z jadłospisu

Śniadania, o których lepiej zapomnieć

Jedzone w biegu, na stojąco, albo w samochodzie w drodze do pracy... Byle co, byle szybciej. Takie śniadania nikomu nie służą. Dobrej energii nie da nam ani ciężkostrawna jajecznica na boczku, ani słodka drożdżówka, która tylko wzmoże apetyt na coś słodkiego. Podobnie jak apetycznie wyglądający chrupiący croissant czy tost z dżemem. Popularna kiedyś zupa mleczna,  parówki czy odgrzany kawałek pizzy "z wczoraj" to również nie to, co nam potrzebne rano dla zdrowia.

 

  1. Zdrowie

Marzec Miesiącem Świadomości Raka Jelita Grubego – rusza ogólnopolska kampania „Nie miej tego gdzieś”

Korzystajmy z badań profilaktycznych, które oferuje nam współczesna medycyna (Ilustr.: mat. pras.)
Korzystajmy z badań profilaktycznych, które oferuje nam współczesna medycyna (Ilustr.: mat. pras.)
Na raka jelita grubego każdego dnia umierają w Polsce 33 osoby. Dlaczego aż tyle? – Z powodu zbyt późnego wykrywania choroby. – Musimy zacząć się badać, bo wczesne wykrycie raka jelita grubego to niemal stuprocentowa możliwość wyleczenia go – mówi Iga Rawicka, wiceprezes Fundacji EuropaColon Polska. Rak jelita grubego jest trzecim najczęściej występującym nowotworem wśród mężczyzn i drugim wśród kobiet.

Raka jelita grubego można łatwo zdiagnozować, jednak często jest on wykrywany w stadium zaawansowanym. Polacy zwykle idą do lekarza dopiero, kiedy czują poważne dolegliwości. Warto pamiętać, że rak jelita grubego może rozwijać się bez żadnych objawów (nawet przez 10 lat). Tymczasem jego wczesne wykrycie daje dużą szansę na wyleczenie.

Żeby rozpoznać raka jelita grubego wystarczy jedno badanie, jakim jest kolonoskopia. Niestety Polacy boją się tego badania – mówi prof. Jarosław Reguła kierownik Kliniki Gastroenterologii Onkologicznej Narodowego Instytutu Onkologii im. Marii Skłodowskiej-Curie oraz Centrum Medycznego Kształcenia Podyplomowego w Warszawie.

Od 2000 r. w Polsce funkcjonuje bezpłatny, finansowany przez Ministerstwo Zdrowia program przesiewowej kolonoskopii. Zaproszenie do wykonania badania wysyłane jest do osób powyżej 55 roku życia. Jak wygląda odzew? – Aktualnie na zaproszenie odpowiada zaledwie 17 proc. Dla porównania na zaproszenie do innego rodzaju badania przesiewowego (test na krew utajoną w stolcu) w Niderlandach, Słowenii, kraju Basków czy Belgii zgłasza się około 70 proc. osób, a w krajach skandynawskich nawet do 80 proc.

- W ankiecie przeprowadzonej wśród osób, które nie skorzystały z zaproszenia na zaproszenie i nie zgłosiły się na badanie przesiewowe, wiele odpowiedziało, że nie ma objawów, więc nie widzi potrzeby, żeby się badać. Tymczasem badania profilaktyczne powinno się wykonywać zanim jakiekolwiek objawy się pojawią. Bo polipy, z których najczęściej powstaje rak, a także sam rak we wczesnym stadium, przez wiele lat przebiegają bezobjawowo – mówi prof. Reguła, który uważa też, że główną przyczyną takich statystyk jest wciąż jeszcze niewystarczająca świadomość i poziom edukacji społeczeństwa.

Inna grupa ankietowanych deklaruje z kolei, że nie chce poddać się kolonoskopii z obawy przed bólem podczas badania lub uważają, że badanie jest krępujące. Eksperci podkreślają jednak, że opinie te od dawna mają charakter mitów, bo większość badanych może skorzystać ze znieczulenia, a personel medyczny jest wyszkolony tak, by zminimalizować nieprzyjemne wrażenia pacjentów.

Kolejnym powodem może być potraktowanie tematu jako pewnego tabu: – Nie czujemy się komfortowo rozmawiając o biegunkach, zaparciach, krwawieniu z odbytu, bólach brzucha, osłabieniu czy zmęczeniu. Ale musimy pokonać wstyd, bo to on nas zabija – mówi Iga Rawicka, z Fundacji EuropaColon Polska, organizator kampanii „Nie miej tego gdzieś. Wszystko na temat raka jelita grubego”.

Kampania nieprzypadkowo ruszyła w marcu – jest to miesiąc, który Parlament Europejski w 2008 roku ustanowił „Miesiącem Świadomości Raka Jelita Grubego”.

Prof. Jarosław Reguła i dr hab. n. med. Barbara Radecka będą w trakcie kampanii „Nie miej tego gdzieś” wyjaśniać tematy związane z profilaktyką i leczeniem raka jelita grubego. Prof. Jarosław Reguła i dr hab. n. med. Barbara Radecka będą w trakcie kampanii „Nie miej tego gdzieś” wyjaśniać tematy związane z profilaktyką i leczeniem raka jelita grubego.

Warto poznać historię swojej rodziny, bo około 10 procent wszystkich nowotworów to nowotwory dziedziczne. Pamiętajmy jednak, że przyczyna powstawania pozostałych 90 procent nowotworów wiąże się z czynnikami niezależnymi od dziedziczenia. Zła dieta, otyłość, brak ruchu, nadużywanie alkoholu i palenie papierosów. Wszystko to podwyższa ryzyko zachorowania na raka jelita grubego – mówi Iga Rawicka.

– Zależność między otyłością a ryzykiem zachorowania na wszystkie nowotwory, nie tylko jelita, jest wprost proporcjonalna. Im większe BMI tym większe ryzyko zachorowania. Dlatego zdrowa dieta, aktywność fizyczna, rezygnacja z papierosów i alkoholu, są czynnikami kluczowymi dla naszego zdrowia – podkreśla prof. Jarosław Reguła.

Fundacja EuropaColon Polska organizując kampanię „Nie miej tego gdzieś”, chce zwrócić uwagę na problem lekceważenia przez Polaków ryzyka zachorowania na raka jelita grubego. Dr hab. med. Barbara Radecka z Opolskiego Centrum Onkologii podkreśla, że rak jelita grubego należy do nowotworów, które rozwijają się powoli, a jego rozwojowi można zapobiec we wczesnej fazie.

– Niemal każdy rak jelita grubego był kiedyś małym polipem. Taki polip nie daje o sobie znać. Podczas profilaktycznej kolonoskopii może on jednak zostać znaleziony, a co więcej - usunięty. Możemy więc w łatwy sposób zapobiec rozwojowi raka – mówi dr Radecka. Dodaje, że skuteczność leczenia raka jelita grubego (mierzona m.in. odsetkiem osób przeżywających 5 lat od rozpoznania choroby) na świecie i w Polsce systematycznie się poprawia. Wyniki leczenia zależą przede wszystkim od zaawansowania choroby w chwili jej rozpoznania. Wczesne wykrycie to szansa na pełne wyleczenie. – Spośród pacjentów, u których rozpoznajemy chorobę we wczesnym stadium i stosujemy radykalne leczenie, pięć lat przeżywa 80-90 procent. Natomiast spośród osób, u których rozpoznajemy raka z przerzutami, tylko 10 do 20 procent. To ogromna różnica! – podkreśla dr Radecka.

Kampania „Nie miej tego gdzieś. Wszystko na temat raka jelita grubego” będzie się też koncentrować na innych kwestiach, związanych z podniesieniem skuteczności leczenia pacjentów z zaawansowanym rakiem jelita grubego. W Kampanii nie zabraknie porad ekspertów zajmujących się żywieniem, jak dr n. med. Aleksandry Kapały, autorki książki „Dieta w chorobie onkologicznej” czy porad psychoonkologów. Wszystkie te informacje – przydatne zarówno dla pacjentów, ich bliskich i opiekunów, jak i osób, które chcą zadbać o swoje zdrowie, będą sukcesywnie publikowane na stronie kampanii. W ramach kampanii zaplanowano też otwarte dla wszystkich zainteresowanych spotkania online z ekspertami na profilach społecznościowych Fundacji EuropaColon Polska. Partnerem wspierającym Kampanię jest firma Pierre Fabre Medicament Polska. Kampania ma potrwać do końca 2021 roku, a jej główne odsłony zaplanowane są na marzec oraz wrzesień - 27 września przypada Światowy Dzień Przerzutowego Raka Jelita Grubego. Patronat nad kampanią objął Narodowy Instytut Onkologii im. Marii Skłodowskiej-Curie, Państwowy Instytut Badawczy.

  1. Kuchnia

Kasze – zdrowe dodatki do potraw

Fot. Fanny Hansson
Fot. Fanny Hansson
Proponuję trzy sposoby przyrządzania bogatych w białka roślin zbożowych i pseudozbóż. Warto o nich pamiętać, gdy chcemy żeby zupy, sałatki i wrapy były bardziej pożywne lub też próbujemy wzbogacić któryś z przepisów – pisze Therese Elgquist, autorka książki „Zdrowe zielone proteiny”.

Proponuję trzy sposoby przyrządzania bogatych w białka roślin zbożowych i pseudozbóż. Warto o nich pamiętać, gdy chcemy żeby zupy, sałatki i wrapy były bardziej pożywne lub też próbujemy wzbogacić któryś z przepisów – pisze Therese Elgquist, autorka książki „Zdrowe zielone proteiny”. 

Gotowanie sorgo w mleku kokosowym, aby je potem doprawić imbirem i cytryną, to prosty sposób, żeby je „uszlachetnić”. Owies nazywam „owsem jogi”, ponieważ gotowałam go albo smażyłam w rozgrzewających przyprawach w czasie moich podróży, gdy pełniłam funkcję „kucharza jogi”.

Kokosowe sorgo z imbirem i cytryną

  • 200 ml sorgo, najlepiej namoczonego
  • 1 łyżeczka mielonego imbiru
  • 1 ekologiczna cytryna, sok i skórka
  • 100 ml mleka kokosowego
  • 300 ml wody
  • szczypta nieoczyszczonej soli morskiej lub kamiennej
Gotuj sorgo z imbirem, cytryną i solą w mleku kokosowym i wodzie przez 30-35 minut, aż zrobi się miękkie; odstaw, żeby odparowało; wymieszaj z tartą skórką cytryny.

Złoty owies jogi z magicznymi przyprawami

  • 200 ml owsa spożywczego
  • 2 łyżki oleju kokosowego tłoczonego na zimno
  • 1 łyżeczka ziaren gorczycy
  • 1 łyżeczka ziaren kminku
  • 1 łyżeczka ziaren kolendry
  • 1 łyżeczka mielonej kurkumy
  1. Ugotuj owies zgodnie z przepisem na opakowaniu.
  2. Rozgrzej olej w garnku albo w woku; dodaj przyprawy i podsmażaj, aż zaczną podskakiwać; dodaj owies i wszystko dokładnie wymieszaj.
Uwaga: Najlepiej używaj całego owsa albo – dla odmiany – łuskanego; należy pamiętać, żeby go przed użyciem namoczyć.

Ziołowa komosa ryżowa z cebulą sałatkową i ciecierzycą

  • 200 ml białej komosy ryżowej
  • 1 puszka gotowanej ciecierzycy (230 g)
  • 100 ml mieszanych, grubo siekanych świeżych ziół
  • 2 pokrojone w plastry cebule sałatkowe
  1. Ugotuj komosę ryżową według przepisu na opakowaniu; odstaw, żeby ją schłodzić; mieszaj widelcem.
  2. Opłucz ciecierzycę i razem z ziołami i cebulą sałatkową wymieszaj delikatnie z komosą ryżową.

  1. Zdrowie

GMO – czy jest się czego bać?

Z badań przeprowadzonych wśród ludzi młodych wynika, że połowa z nich nie ma pojęcia, co to są rośliny GMO, ale aż 70 procent z tych niemających pojęcia jest przeciwko ich uprawie (fot. iStock)
Z badań przeprowadzonych wśród ludzi młodych wynika, że połowa z nich nie ma pojęcia, co to są rośliny GMO, ale aż 70 procent z tych niemających pojęcia jest przeciwko ich uprawie (fot. iStock)
Mało co, wywołuje dziś w Polakach tyle emocji. Generalnie jesteśmy przeciwnikami GMO, choć niektórzy nie mają pojęcia, co te literki oznaczają. A wielu spośród tych, którzy co wiedzą, że chodzi o Genetycznie Modyfikowane Organizmy, nadal nie ma pojęcia, na czym ta modyfikacja polega. Polacy są organizmom genetycznie modyfikowanym z zasady przeciwni, i to niezależnie od wieku i wykształcenia.

Spory o to, czy GMO nam szkodzi czy też nie, toczą się na forach naukowych i w przeciętnych polskich rodzinach, choć GMO już otacza nas ze wszystkich stron. A podziały czasem przebiegają przez środek stołu, przy którym zbiera się rodzina na niedzielnym obiedzie.

Tymczasem człowiek zmienia świat roślin i zwierząt od tysięcy lat. Pszenica, która dziś jest podstawą naszego wyżywienia, niewiele ma wspólnego z tą sprowadzoną kiedyś z Azji Mniejszej. Jest znacznie bardziej plenna, odporna na wiele chorób, zdolna wytrzymać trudniejsze warunki klimatyczne, a z jej ziarna można uzyskać więcej mąki. Dzisiejsza krowa naprawdę nie przypomina tura, od którego przecież pochodzi. To człowiek, krzyżując rasy, wybierając potem najlepsze osobniki i rozmnażając je, doprowadził do obecnego wyglądu krowy. Różnica między tym krzyżowaniem gatunków i ras, czyli ingerencją człowieka w życie zwierząt i roślin niemal od zarania świata, a tym, co robimy dziś przy pomocy genów, polega tylko na szybkości i precyzji przemian – tłumaczy genetyk prof. Piotr Węgleński.

Czy my dziś w Polsce żyjemy ciągle bez GMO? Krótko mówiąc, czy dyskutujemy o przyszłości, czy o świecie, który już nas otacza? Prof. Piotr Węgleński: To nie przyszłość, świat jest pełen organizmów genetycznie modyfikowanych. Nie mówimy przecież tylko o żywności. Mamy leki GMO, mamy ubrania. Gdybyśmy chcieli zrealizować hasło Prawa i Sprawiedliwości „Polska wolna od GMO”, to stalibyśmy się krajem nudystów, bo wszystko, co jest zrobione z bawełny, pochodzi z bawełny GMO. Nie ma dziś innej.

Spieramy się o to, czy dopuścić uprawianie np. genetycznie modyfikowanej kukurydzy, ale czy wszystkie rośliny, które nas otaczają i uważamy je za zdrowe, czyli wolne od GMO, nie zostały już zmodyfikowane? A jeśli tak, to czym się różnią od tej kontrowersyjnej kukurydzy? Niczym. Myślę, że opór, jaki budzi żywność GMO, w dużej mierze bierze się z fatalnej nazwy: genetycznie modyfikowana. Ja bym czegoś takiego do ust nie wziął. Tak jak nie chciałbym jeść chemicznie modyfikowanej żywności. Otóż, po pierwsze, my nie modyfikujemy żywności, tylko rośliny, z których się ją wytwarza. A po drugie, od dziesięciu tysięcy lat człowiek zmienia rośliny i zwierzęta, i to bardzo skutecznie.

Przecież nasza pszenica, ta dziś powszechnie przez polskich rolników uprawiana, ma niewiele wspólnego tą, którą sprowadziliśmy z Azji Mniejszej. Krok po kroku, przez tysiące lat, poprzez krzyżowanie odmian, selekcję najlepszych osobników, uzyskaliśmy te odmiany, jakie dziś mamy – znacznie bardziej plenne i wytrzymałe na niesprzyjające warunki.

Człowiek tą metodą nie tylko krzyżował odmiany tego samego gatunku, ale także różne gatunki. Mieliśmy wybitnego naukowca prof. Wolskiego, który był twórcą m.in. pszenżyta. Skrzyżował dwa gatunki, nie „po bożemu”, one się same nie skrzyżowały, zrobił to naukowiec.

To była manipulacja genami? Tak, tylko dokonana poprzez krzyżowanie osobników, czyli np. usuwano pręciki z kwiatu i przynoszono pyłek z  innego osobnika. Dawniej wśród tysięcy potomstwa skrzyżowanych osobników szukaliśmy takiego, który nam najbardziej odpowiada, odpowiada celowi, jaki chcieliśmy osiągnąć. Teraz przeprowadzamy zabiegi na poziomie DNA. Możemy dodać roślinie konkretny gen, dokładanie taki, jaki chcemy.

Szybciej dochodzimy do celu. Dużo szybciej i precyzyjniej. Na przykład, w krajach, gdzie ryż jest głównym pokarmem, ludzie zapadają na ślepotę, bo do tego doprowadza brak witaminy A, która w ryżu nie występuje. Więc naukowcy ze Szwajcarii skonstruowali odmianę ryżu, zwaną złotym ryżem, do którego dodali gen, odpowiadający za wytwarzanie witaminy A. Nasiona takiej odmiany ryżu rozdawano za darmo rolnikom w biednych rejonach Azji. Ten ryż jest zresztą największym wrogiem przeciwników GMO, gdyż nie da się oskarżyć jakiegoś zachodniego koncernu, który sprzedaje nasiona GMO, by zbić fortunę. Badania nad wytworzeniem tego ryżu przeprowadzono za pieniądze rozmaitych organizacji typu FAO, a nie prywatnych koncernów. Złoty ryż jest dobrodziejstwem dla ludzi, co budzi wściekłość organizacji typu Greenpeace, bo tu nie ma się do czego przyczepić.

Co złoty ryż spowodował? Ludzie, którzy go jedzą, przestali zapadać na ślepotę. Ale podobnych wynalazków jest bardzo dużo. Dotyczą nie tylko roślin. W Meksyku modyfikuje się samce komarów, by w tych strefach, gdzie malaria jest wszechobecna, zapładniały samice, ale by nie były zdolne do stworzenia potomstwa, i tak ogranicza się rozprzestrzenianie malarii.

Mleko, które codziennie pijemy, pochodzi też od zmutowanej krowy? Nie zmutowanej technikami inżynierii genetycznej, lecz takiej, która na drodze licznych mutacji i selekcji wygląda zupełnie inaczej niż jej przodkowie. Nasza krowa pochodzi prawdopodobnie od tura. Poprzez krzyżowanie i selekcję doprowadziliśmy do wyodrębnienia ras mlecznych i ras mięsnych, który stały się jakby fabrykami mleka lub mięsa. Obecna krowa mleczna żyje inaczej niż nawet ta przed kilkudziesięciu laty, daje więcej mleka, ma inny kościec itd. Tyle tylko, że ta modyfikacja odbyła się nie poprzez wszczepianie genów, a krzyżowanie bydła przez hodowców.

To może lęki społeczeństw wynikają z tego zbyt szybkiego tempa. Dawniej dochodziliśmy do nowych osobników stopniowo, latami, mieliśmy czas oswoić się ze zmianami, choćby z tym, że krowy dają coraz więcej mleka, a teraz ... To nie zawsze trwało latami. Na przykład skrzyżowano żubra z krową i już w pierwszym pokoleniu otrzymano mieszańca zwanego żubroniem. Taki mieszaniec sam w przyrodzie nie powstał.

No tak, ale ludzie nagle dowiadują się, że ubrania bawełniane wykonano ze zmutowanej bawełny. Słyszą o modyfikowanych ziemniakach, czują się osaczeni. To może ich przerażać. A dlaczego nas nie przeraża, że trzydzieści lat temu nie było telefonów komórkowych, a dziś prawie każdy ma taki telefon w kieszeni? Świat cały czas się zmienia, unowocześnia, nie należy się tego bać. Spory wokół genetycznie modyfikowanych organizmów, energetyki jądrowej, gazu łupkowego, in vitro, nawet wokół katastrofy smoleńskiej – wszystkie one mają wspólny mianownik – specjaliści mówią jedno, a opinia publiczna urabiana przez polityków i część mediów wierzy w coś innego. Zauważmy, że przeciwko GMO jest społeczeństwo europejskie, amerykańskie już nie.

My, Europejczycy, mamy odmienne podejście do innowacji. Powiedziałbym nawet, że przez stulecia do USA wyjeżdżali z Europy ludzie najbardziej przedsiębiorczy, niebojący się wyzwań, nowoczesności, a na naszym kontynencie pozostawali ludzie podatni na wpływy religijne, rozmaite ideologie, zacofani – tacy, którzy nie chcieli zobaczyć rzeczy takimi, jakie są. Doszło do swego rodzaju negatywnej selekcji. Dlatego dziś w USA konsumenci nie boją się żywności z GMO, bo rozumieją, że nie ma się czego bać, i mają zaufanie do swoich uczonych.

Koronny argument przeciwników GMO jest taki, że możemy dziś z całą pewnością powiedzieć, że znamy skutki GMO, lub ich brak, w dalszej perspektywie. Nie możemy powiedzieć, że nie zaszkodzą one następnym pokoleniom, choćby wywołując nowe choroby cywilizacyjne. Może pan powiedzieć z przekonaniem, że nie boi się takiej żywności? Tak. Mogę powiedzieć, że się nie boję. Nie dlatego, że wierzę w jej nieszkodliwość, tylko dlatego że czytam. Proszę zauważyć, że przeciwnicy GMO nigdy nie zacytowali raportu Komisji Europejskiej, która wydała 200 mln euro z naszych podatków na badania nad skutkami GMO. Trwały one dziesięć lat, od 2001 do 2010 roku. I konkluzja tego raportu jest taka, że żywność i pasze dla zwierząt są absolutnie bezpiecznie. W USA jedzą taką żywność od 20 lat. Ten raport KE potwierdza raporty amerykańskie, np. Food & Drug Administracion.

My w Polsce badań nad skutkami GMO nie prowadziliśmy, robiliśmy badania nad paszami w Instytucie Weterynaryjnym w Puławach i wyniki też są jednoznaczne – pasze z takich roślin niczym nie różnią się od pasz z roślin niemodyfikowanych. Ja, jako biolog, wiem, że one nie mogą się niczym różnić, bo w roślinie jest około 40 tysięcy różnych genów, a my dodajemy jeden. I wiemy dokładnie, co to jest za gen, czy może powodować jakieś choroby, na co może wpływać. Sprowadziliśmy sobie do Europy ziemniaki, Kolumb je przywiózł. To było coś nowego, nieznanego na naszym kontynencie, a przyjęło się, jakby tu rosło od zawsze. Co chwila pojawia się coś nowego – grejpfruty, kiwi, awokado, brokuły. Rozmaite mieszańce, których poprzednie pokolenia nie znały. Jedno mogę powiedzieć: te modyfikacje, jakich się teraz dokonuje, są niesłychanie starannie sprawdzane, kontrolowane pod kątem ich wpływu na zdrowie człowieka i zwierząt.

Ale czy jesteśmy w stanie przewidzieć, jak wpłyną na następne pokolenia? Jesteśmy. Cała wiedza przyrodnicza, zwłaszcza ta z XX wieku, mówi nam, że jeśli GMO nam teraz nie szkodzi, to nie zaszkodzi również przyszłym pokoleniom. Śmiech mnie ogarnia, kiedy słyszę jak tzw. eksperci, często ludzie z tytułami profesorskimi np. z dziedziny medycyny, wypowiadają absurdy. Na przykład, że może nam zaszkodzić mięso drobiowe, jeśli kurczak był karmiony soją modyfikowaną, jakby ten gen z soi mógł sobie przeskoczyć do kurczaka, a potem do naszych genów. To jest absolutnie niemożliwe.

Pan to mówi jako genetyk? Tak jest. Inżynierią genetyczną zajmuję się prawie czterdzieści lat. Byłem na pierwszej konferencji poświęconej GMO w Kalifornii, w 1975 roku, na której uczeni przedstawili wyniki pierwszych doświadczeń nad mieszaniem genów i zastanawiali się, czy to nie doprowadzi do jakichś niebezpiecznych skutków. Było około stu pięćdziesięciu uczonych z całego świata i kilkuset dziennikarzy – trzy dni dyskutowaliśmy. Duży wpływ na przebieg tej konferencji miała wypowiedź Jamesa Wattsona, noblisty od spirali DNA, który był doradcą rządu USA do spraw broni biologicznej. Wattson wygłosił wtedy następujące stwierdzenie: „Gdybym mógł powiedzieć, co my mamy w naszych magazynach, to państwo w ogóle nie zajmowalibyście się ewentualnymi niebezpieczeństwami związanymi z nowo tworzonymi organizmami. Bo mamy tyle świństwa, że każdego mieszkańca planety możemy zabić na osiem różnych sposobów. A Rosjanie mają drugie tyle”.

Podczas tej konferencji ustalono zasady, które nadal w Stanach obowiązują. Chodzi o to, by tak prowadzić prace w inżynierii genetycznej, by uważać na najbardziej niebezpieczny element doświadczenia. Czyli jeśli robimy insulinę w drożdżach, to można takie doświadczenia przeprowadzić nawet w szkole, bo ani insulina, ani drożdże nie są niebezpieczne. Ale jeśli chcemy zrobić szczepionkę przeciwko wirusowi HIV, to potrzebne są zabezpieczenia najwyższej klasy, bo wirus ten jest bardzo niebezpieczny i na jego geny musimy bardzo uważać.

W USA ciągle tych zasada się przestrzega. Natomiast Europa pod wpływem różnych organizacji pozarządowych i proekologicznych wymyśla wszelkie możliwe ograniczenia, także tam, gdzie to jest zupełnie zbędne.

Nie ma ucieczki od dalszych eksperymentów? Nie ma.

Po co to robimy? W  świecie medycznym choćby po to, by wynaleźć szczepionki przeciwko nowotworom. W żywności – by walczyć z głodem. Norman Borlaug, laureat pokojowej nagrody Nobla za wyhodowanie pszenicy „meksykanki”, która spowodowała tzw. zieloną rewolucję w Indiach, czyli zlikwidowała głód, niesłychanie ostro zaatakował Greenpeace za ataki na GMO i wręcz uznał tę organizację za przestępczą, gdyż utrudnia ratowanie przed głodem wielu mieszkańców naszej planety. Borlaug otrzymał swoją pszenicę, wykorzystując metody tradycyjne. Dzięki nim można było wykarmić siedem miliardów ludzi, a metody, które obecnie się stosuje, pozwolą na wykarmienie dziesięciu miliardów ludzi.

Czyli GMO to po prostu oznacza więcej żywności? To oznacza znacznie więcej żywności. Ale też paliwa. Brazylijczycy po to wycinają lasy tropikalne, by zwiększyć powierzchnię upraw roślin przeznaczonych na biopaliwa. Jeśli dzięki GMO stworzymy rośliny, które będą dużo szybciej rosły, miały dużo więcej składników potrzebnych do biopaliw itd., to uratujemy tysiące hektarów lasów tropikalnych.

Przecież nic w przyrodzie nie ginie. Jeśli dzięki GMO stworzymy roślinę odporną na jakąś konkretną chorobę i dzięki temu zwiększymy jej plony, to za chwilę okaże się, że atakuje ją inny wróg i plony znowu spadają. I będziemy tworzyć kolejną roślinę odporną na tę nową chorobę. Oczywiście. To samo jest z antybiotykami i człowiekiem. Flemming wynalazł penicylinę, ona uratowała miliony ludzi, ale potem pojawiły się szczepy organizmów odpornych na penicylinę, więc wymyślono następne antybiotyki, potem kolejne. To samo będzie z roślinami.

Skoro tego wyścigu nie możemy wygrać, to może nie warto się ścigać? To zły wniosek. Ten wyścig wygrywamy. Proszę zobaczyć, o ile dłużej dziś żyjemy niż żyli ludzie w XIX wieku. Dzieje się tak dzięki temu że człowiek ściga się z naturą, wprowadza w życie swoje odkrycia naukowe.

Ekolodzy twierdzą, że tymi eksperymentami niszczymy w naturze bioróżnorodność.

To ja zacytuję pewnego rolnika, który kiedyś powiedział mi tak: jak sieję pszenicę, to ja nie chcę mieć na polu żadnych maków, chabrów, pięknych kolorowych kwiatuszków, nie chcę bioróżnorodności. Ja chcę mieć tylko pszenicę.

My zapominamy o tym, jak bardzo zmieniliśmy naszą planetę. Teraz sześćdziesiąt procent lądów stałych, nie licząc tego, co znajduje się pod lodem, przeznaczonych jest na cele rolnicze. Reszta to pustynie, suche stepy, dżungle, góry, miasta. Nasza planeta dziś nie przypomina tej, po której hasali nasi przodkowie. Te zmiany są konsekwencją wzrostu zaludnienia. By wykarmić rosnącą liczbę ludności, trzeba było zwiększać obszary rolne. Mimo to nadal panuje głód np. w Etiopii, Sudanie, a powiększać obszarów rolnych już się nie da. Dlatego uprawa roślin z GMO jest odpowiedzią na problemy głodu i m.in. właśnie z tego powodu poparli je uczeni z Papieskiej Akademii Nauk. To naturalnie wywołało ogromną niechęć do nich tzw. Zielonych. Ale wszystkie poważne instytucje naukowe to popierają, nie ma ani jednej, która byłaby przeciwna modyfi kowaniu organizmów.

Ale jest wielu uczonych, na których powołują się przeciwnicy GMO, uczonych, którzy wskazują na niebezpieczeństwa z tym związane. Jest dokładnie czterech uczonych cytowanych przez przeciwników GMO. Dr Arpad Pusztai ze Szkocji, dr Irina Ermakova z Rosji, dr Eric-Giles Seralini z Francji i J. Zentek z Austrii.

Prace zespołów tych uczonych zostały zdyskwalifikowane przez poważne gremia naukowe, które wykazały podstawowe błędy metod doświadczalnych i nieprawidłową interpretację wyników. Np. prace Pusztaia zdyskwalifikowała specjalnie powołana komisja Royal Society. Już przestano cytować pana Jeffreya Smitha, nauczyciela tańca z Iowa, który powiedział, że jeśli 1500 joginów będzie jednocześnie lewitować, to się świat zmieni. Smith napisał dwie książki: „Nasiona kłamstwa” i  „Genetyczną ruletkę”. To właśnie książką „Nasiona kłamstwa” były minister środowiska pan prof. Szyszko wymachiwał w Sejmie, twierdząc, że są tu dowody na szkodliwość GMO. W tę książkę uwierzyli też lekarze z Instytutu Onkologii w Gliwicach – prof. Chorąży i dr Katarzyna Lisowska, która stała się jednym z bardziej żarliwych przeciwników GMO.

„W Indiach 10 tysięcy rolników popełniło samobójstwo”. To też wymysł? W rolnictwie indyjskim zachodzą teraz poważne zmiany, następuje komasacja gruntów, to rodzi różne frustracje wśród farmerów. Możliwe, że dochodzi tam do samobójstw. Jednak nie ma to nic wspólnego z GMO.

To kto występuje przeciwko GMO? Ludzie niedoinformowani, niemający wiedzy, a także fundamentaliści, którzy uznają GMO, razem z aborcją i eutanazją, za zbrodnię przeciwko ludzkości.

Drugim rodzajem przeciwników są szlachetnie oburzeni, zwykle młodzież, którzy protestują przeciwko elektrowniom jądrowym, zabijaniu wielorybów, fok i  tego typu zjawiskom. Z badań przeprowadzonych w Polsce wśród młodych ludzi wynika, że połowa z nich nie wiedziała, co to jest GMO, ale aż siedemdziesiąt procent było przeciwko i deklarowało gotowość wyjścia na ulice, by protestować. Tacy ludzie zwykle zasilają organizacje typu Greenpeace.

Jest też trzecia grupa – to cyniczni politycy, którzy tę niewiedzę ludzi i lęk przed groźnie brzmiącą nazwą wykorzystują dla celów politycznych, budują na tym poparcie dla swoich partii.

Dlaczego wrogiem przeciwników GMO stała się amerykańska firma Monsanto? Bo pierwsi wpadli na pomysł zarabiania na nasionach roślin genetycznie modyfikowanych.

A może Monsanto zapłaciło za badania nad roślinami GMO i uzyskało takie wyniki, jakie chciało, po to, by czerpać z tego zyski? Firmy nie płacą za badania, płacą za produkt. Chcą na przykład otrzymać odmianę ziemniaków odpornych na stonkę ziemniaczaną. Firma płaci więc za produkt, a od stwierdzenia tego, czy on jest bezpieczny dla ludzi i zwierząt, są różne niezależne agencje. One mają to badać.

Ale jeśli wprowadzimy uprawy roślin genetycznie modyfikowanych, to rolnicy będą skazani na kupowanie nasion, właśnie od firmy Monsanto, a one są znacznie droższe od zwyczajnych. A kto ich do tego zmusza? Mają wybór. To jest jak z gazem łupkowym. Gazprom chyba jest bardzo przeciwny temu, by wydobywano gaz łupkowy, bo boi się utraty rynku zbytu na swój gaz. Tak samo europejscy dostawcy niemodyfikowanego ziarna nie lubią firm Basf i Monsanto, które sprzedają ziarno modyfikowane, i dlatego rzucają pod ich adresem różne oskarżenia, insynuacje, straszą tą żywnością itp. Popatrzmy na to, jak na grę, jaka toczy się między wielkimi producentami nasion o rynki zbytu.

Mimo protestów „szlachetnie oburzonych” i „cynicznych polityków” Sejm uchwalił ustawę o nasiennictwie, która dopuszcza w Polsce uprawy roślin GMO. Co prawda z pasami ochronnymi wokół tych pól, ale wiele roślin, np. rzepak, jest wiatropylnych i ich pyłek będzie się przenosić z wiatrem na znaczne odległości. To może prowadzić do niekontrolowanego krzyżowania się roślin GMO z innymi roślinami. To bardzo dobrze, Greenpeace powinno się cieszyć, bo zwiększy się bioróżnorodność.

To pan sobie robi żarty, panie profesorze. Nie. Ja tylko wskazuję na brak logiki. Jeśli przeciwnicy GMO najpierw martwią się, że pola będą zbyt jednorodne, a zaraz potem obawiają się krzyżowania roślin i powstania nowych odmian, to dla mnie jest nielogiczne.

Ja nie widzę niczego niebezpiecznego w GMO. Kiedyś ludzie podróżowali konno, potem pociągami napędzanymi węglem, dziś elektrycznymi, a niedługo będziemy jeździć pociągami na energię słoneczną. To się nazywa postęp.

A  co z argumentem, że tak naprawdę rośliny GMO nie rozwiążą problemu głodu. Bo plony z tych roślin są najpierw bardzo wysokie, ale po pewnym czasie zaczynają spadać i są podobne jak w przypadku tradycyjnych roślin. Otóż nie. Teraz jest tak, że plony odmian skrzyżowanych metodą tradycyjną po pewnym czasie spadają, i to jest naturalne zjawisko. Zwykle przy organizmach heterozyjnych w pierwszym pokoleniu mamy bujne potomstwo, a potem jest gorzej. Tak jest teraz z naszymi roślinami. Dzięki GMO my tworzymy takiego mieszańca, który stale daje obfite plony, ma takie cechy genetyczne.

Tworzymy roślinę z genem, który daje jej odporność na pewne owady, np. ziemniaki odporne na stonkę albo kukurydzę na omacnicę prosowiankę. I zobaczmy, jakie są skutki lęków przed GMO: na południu Polski omacnica zniszczyła uprawy kukurydzy, ale już parę kilometrów dalej, za czeską granicą, kukurydza udała się wspaniale. Bo Czesi nie boją się GMO i uprawiają kukurydzę zmodyfi kowaną, która jest na omacnicę odporna.

No właśnie. Jeśli za południową miedzą mamy Czechów, którzy się nie przejmują i uprawiają rośliny genetycznie modyfikowane, to czy my w Polsce możemy uznać, że GMO nas nie dotyczy? Nie. Stanowimy część świata. Europa jest nastawiona przeciwko GMO. Obowiązuje myślenie, że to amerykański wynalazek, a my, tu, w Europie, jesteśmy mądrzejsi i go nie wprowadzimy. Ale to walka skazana na przegraną. Szczególnie kiedy na wielką skalę wejdą leki oparte na GMO. Myślę, że jesteśmy już bardzo, bardzo blisko produkcji szczepionek przeciwnowotworowych.

Jakieś osiem lat temu widziałem wyniki badań przeprowadzonych w Seattle w USA, kiedy testowano te szczepionki nie na myszach czy królikach, ale na ludziach. Były trzy grupy ochotników, po pięćdziesiąt osób każda, gdzie testowano szczepionki przeciwko rakowi płuc, jelita grubego i rakowi piersi. Ten zabieg polegał na takiej modyfikacji komórek naszego układu odpornościowego, by one szkoliły limfocyty do zwalczania komórek nowotworowych. Otóż w przypadku raka płuc i jelita otrzymano w stu procentach pozytywne rezultaty, natomiast szczepionka nie zadziałała w ogóle na raka piersi, tu nie trafi ono z właściwym zabiegiem. Za dziesięć lat te szczepionki będą powszechnie dostępne.

Prof. Piotr Węgleński jest genetykiem, członkiem korespondentem Polskiej Akademii Nauk. Autor kilkudziesięciu prac naukowych i podręczników genetyki. Pionier inżynierii genetycznej w Polsce. W latach 1999-2006 rektor Uniwersytetu Warszawskiego.

  1. Zdrowie

Nasze biedne jelita. Skąd biorą się dolegliwości układu pokarmowego i jak z nimi walczyć?

– Zespół jelita drażliwego jest sklasyfikowaną przez Światową Organizację Zdrowia (WHO) chorobą – wyjaśnia mi dietetyczka Aleksandra Szewczyk – to zespół czynników dających objawy ze strony układu pokarmowego. (Fot. iStock)
– Zespół jelita drażliwego jest sklasyfikowaną przez Światową Organizację Zdrowia (WHO) chorobą – wyjaśnia mi dietetyczka Aleksandra Szewczyk – to zespół czynników dających objawy ze strony układu pokarmowego. (Fot. iStock)
Refluks, przewlekłe zaparcia, wrzody czy bóle woreczka żółciowego – rynek farmaceutyczny żyje takimi tematami. Skąd się biorą dolegliwości układu pokarmowego – docieka dziennikarka Ewa Nowak i jako terapię poleca więcej wyrozumiałości dla naturalnych odruchów.

Obudziłam się z palącym bólem żołądka. Chciałam zostać w domu i porozczulać się nad sobą, ale już dawno umówiłam się ze znajomymi. Uzgodnienie terminu, który odpowiadałby wszystkim, zajęło nam jakiś tydzień, więc nawet nie próbowałam przekładać. Z dobrą, choć nieco skwaśniałą, miną poszłam.

Jedna z koleżanek przyszła ze szwagierką, która okazała się, niestety, spostrzegawcza i zaraz wzięła mnie na spytki. Powiedziałam, co mi jest, więc rozpoczął się konkurs na diagnozę. – A piecze cię? Masz zgagę? Wzdęcie? Rozwolnienie? Gdzie cię boli? Niedobrze ci? Czujesz ucisk? A masz zaparcie? Może stolec z krwią? – znalazłam się w krzyżowym ogniu pytań. Szwagierka koleżanki zebrała wywiad i z triumfem oznajmiła, że mam zespół jelita drażliwego (ZJD). Wszystko się zgadza. Ona też to ma i jej mama, i jej siostra, i jej znajoma, więc jest pewna. Jak większość Polaków, którzy na coś chorowali, miała w małym palcu nie tylko kompendium wiedzy na temat swojej dolegliwości, ale i źródło pisane pod ręką. Wyjęła z torebki bestseller „Zdrowe jelita” Kimberly A. Tessmer i przeczytała taki oto fragment:

„ZJD dotyka aż do 20 procent dorosłych, z czego zaledwie 5–7 procent jest odpowiednio zdiagnozowanych, ponieważ wiele osób nie szuka pomocy lekarza. Dolegliwość ta dotyczy kobiet (dwa razy częściej niż mężczyzn) i zwykle występuje u osób poniżej 45. roku życia”.
Na odchodnym, z troską patrząc mi w oczy, dodała: – Miło było, ale nie zaniedbaj tego. Nieleczone kończy się rakiem. To równie niebezpieczne jak rak piersi. I ze słowami: „oddaj, gdy przeczytasz”  – wręczyła mi książkę.

Bardzo drażliwy zespół

– Zespół jelita drażliwego jest sklasyfikowaną przez Światową Organizację Zdrowia (WHO) chorobą – wyjaśnia mi dietetyczka Aleksandra Szewczyk – to zespół czynników dających objawy ze strony układu pokarmowego.

Na ZJD składają się skłonności, których przyczyna nie jest jednoznacznie ustalona, oraz zła dieta. Aleksandra Szewczyk precyzuje, że chodzi o za tłustą, za ostrą, za słodką, wzdymającą, pozbawioną błonnika pokarmowego, zbyt obfitą lub podrażniającą specyficzną florę jelitową dietę, czyli szkodzić może nam praktycznie wszystko.  – Jednak powodem do niepokoju nie jest jednorazowa dolegliwość, ale problemy trwające co najmniej trzy miesiące – uspokaja Aleksandra Szewczyk, zapewne widząc moją przerażoną minę.

Uff, odetchnęłam, że mój przypadek to jednak nie ZJD. Ale temat już mnie zainteresował, więc drążę. Parszywość zespołu jelita drażliwego polega na tym, że diagnozuje się go poprzez wykluczenie innych dolegliwości. Gdy wszystko inne jest w porządku, a ty wciąż masz wzdęcia, biegunki, zaparcia, bóle i wymioty – to masz ZJD.

„Leczenie – czytam u Kimberly A. Tessmer – polega zwykle na połączeniu zmian w diecie, leków, suplementów takich jak probiotyki, regularnych ćwiczeń i radzenia sobie ze stresem”. Aleksandra Szewczyk całkowicie się z tym zgadza: – Twoje wnętrzności kochają ruch, potrzebują lepszego dokrwienia.

Ruch jest terapią w każdym schorzeniu, nawet pokarmowym, a może zwłaszcza w pokarmowym. Kiedy biegasz, tańczysz – treść przewodu pokarmowego w sposób naturalny się rusza, wędruje ku dołowi. – Ruch pomaga także przy refluksie, bo kiedy podskakujesz, ulana treść żołądka opada i obszar kontaktu kwasu i zasady zdecydowanie się zmniejsza – wyjaśnia Aleksandra Szewczyk.

Zatem, jeśli cierpisz na ZJD, rusz się, zmień dietę i być może rozważ konsultację z terapeutą, bo drażliwość jelit ma zwykle związek z podrażnionym układem nerwowym. O lekach już nie wspomnę. Jestem po czarnej stronie mocy i odkąd przestałam jeść mięso, leków nie potrzebuję żadnych, ale rozumiem, że lekarze i dietetycy myślą inaczej. Ja mam ADHD – więcej ruchu mi nie potrzeba, ale jestem ciekawa, jaka dieta jest w ZJD zalecana.

Okazuje się, że nie ma żadnych gotowców, bo każdy pacjent to w zasadzie inna choroba, ale oczywiście istnieją obszary produktów, które są korzystne i niekorzystne dla nas wszystkich. Do tych pierwszych należy m.in. jogurt, owsianka, mielone siemię lniane, żurawina, banany oraz zioła: imbir, kolendra, koper włoski, kmin rzymski, a nawe pieprz cayenne, który łagodzi dolegliwości. W grupie niekorzystnych znajdują się np. białe pieczywo, syrop glukozowo-fruktozowy, alkohol,  słodkie napoje i sztuczne substancje słodzące czy czerwone mięso.

Aleksandra Szewczyk dodaje, że gdy objawy się powtarzają, należy obowiązkowo prowadzić dziennik, w którym zapisuje się, co się zjadło, o jakiej porze, w jakiej atmosferze, z kim oraz jakie poruszające wydarzenia poprzedzały posiłek lub następowały po nim. Ponieważ odmian ZJD są trzy typy: biegunkowy, zaparciowy i mieszany – należy też zapisywać kondycję i daty oddawania stolca. To pozwoli precyzyjnie ustalić tryb pracy z pacjentem.

Nieproszone towarzystwo

Wieczorem pojechałam do cioci. Żołądek bolał mnie nadał, a na dodatek miałam refluks. – Uporczywa, nieleczona zgaga – potem wytłumaczy mi Aleksandra Szewczyk – prowadzi do choroby refluksowej, czyli zaburzenia pracy dolnego zwieracza przełyku, co powoduje, że kwaśna treść żołądka styka się z zasadowym środowiskiem przełyku i wywołuje niezwykle silny ból. Skłonność ta występuje zwłaszcza u osób nadużywających alkoholu i chorujących na cukrzycę.

Po drodze kupuję rzodkiewki. Ich pH – tak samo jak suszony owoców czy jogurtu – działa neutralizująco na zetknięcie się kwaśnej treści żołądka z zasadowym środowiskiem przełyku.

Osobiście uważam, że mam ten refluks po podłej kawie na mieście. Żeby zneutralizować objawy: ostre pieczenie i ból tak silny, jakby rozrywano mi żebra (prawie jak przy zawale), robię sobie sodę z ciepłą wodą i myję rzodkiewki.

Ciocia jest kulturalną osobą, ale widzę, że robi dziwne miny i w końcu nie wytrzymuje: – I ty myślisz, że masz to po kawie? Taka mądra dziewczyna… Ludzie lubią myśleć, że coś im nawaliło w organizmie, a lekarze i dietetycy jeszcze ich w tej bzdurze podtrzymują. Ale ja to rozumiem. Łatwiej jest myśleć, że się ma refluks albo wrzody niż uświadomić sobie, że w moim życiu jest coś, czego nie mogę strawić.

Ciocia robi sobie mocną herbatę, słodzi trzy łyżeczki, odłamuje kawał czekolady i gryząc z rozkoszą, patrzy na mnie z pobłażaniem. – Każdy miałby refluks po tak „miłym” spotkanku – mruczy pod nosem. – Nastraszyła cię i to ci się teraz ulewa. Ty się lepiej zastanów, po czym cię ten żołądek tak bolał. Stało się coś?

Przez chwilę myślę, że ciocia żartuje, ale w tym momencie doznaję iluminacji. Oczywiście, że refluks to nie tylko reakcja nerwicowa, ale… rzeczywiście „coś się stało”. Coś, czego nie mogę strawić i aż mi się ulewa, gdy o tym pomyślę. W głowie wraca do mnie wczorajszy dzień i pewna prośba kolegi. Dlaczego się zgodziłam? Znowu dałam się wkręcić w coś, na co nie mam ochoty...

Jako środek rozkurczowy stosuję telefon do znajomego. Dzwonię i mówię, że nie przyjadę. Niech on się tym sam zajmie. Mówi, że jasne, nie ma sprawy, ale słyszę, że jest zły. Rozumiem to – jest nieprzyzwyczajony do moich „fochów”. Spociłam się ze strachu przed własnym kolegą.

Wypompowana jak po maratonie siadam na fotelu cioci i… nie boli. Nic mi nie jest! Środek rozkurczowy zadziałał jak złoto. – Podstawowym czynnikiem wywołującym refluks jest jednak stres. Żadne jedzenie, tylko reakcja nerwicowa – mówi Aleksandra Szewczyk.

Może pacjentów należy więc pytać: jakie niezałatwione sprawy leżą pani na wątrobie?

Pies i przemoc na jelitach

Po kilku dniach kolega zadzwonił, by powiedzieć, że świetnie sobie poradził. Dobre relacje więc nie ucierpiały. Bez bólu i bez zgagi pojechałam oddać książkę. W tramwaju obok mnie siedział pies. Jak to pies, puszczał bąki i bekał. To mi się skojarzyło ze spotkaniem, podczas którego pożyczyłam „Zdrowe jelita”. Przypomniałam sobie, że moja szwagierka ani razu nie była w toalecie, a siedziałyśmy trzy godziny. Poza tym co chwila przykładała do ust chusteczkę. Zapytałam ją o to.

– Ja nie bekam, no coś ty! I nigdy się nie załatwiam poza domem. Nie umiem, kiedy wiem, że ludzie mogą mnie usłyszeć. Tak mnie wychowano – wyznała.

Nasza kultura jest wyjątkowo represyjna dla układu pokarmowego. Chamstwo jest dopuszczalne, ale spróbuj beknąć, pryknąć lub pójść do toalety i wydawać odgłosy.

– Najczęstszą przyczyną zaparć i niestrawności nie jest przecież to, co zjedliśmy, ale właśnie powstrzymywanie się od oddania stolca  – bo brudno, bo słychać, bo ja tylko w domu, bo papieru nie ma – mówi Aleksandra Szewczyk.

Może jednak to nie dieta, genetyka, brak ruchu czy stres, ale uporczywe znęcanie się nad naszym przewodem pokarmowym jest tajemnicą zespołu jelita uciśnionego?

Aleksandra Szewczyk, dietetyczka, absolwentka SGGW w Warszawie.

Jak uszczęśliwić jelita?

Nasze życie, nasza głowa, nasz przewód pokarmowy są jednym i tym samym. Z tym podejściem zgadza się autorka „Zdrowych jelit”, która radzi, jak w kilku krokach zadbać o swój żołądek.
  • Jedz bardziej naturalnie – ogranicz żywność przetworzoną i obróbkę termiczną;
  • Zwiększ dzienne spożycie błonnika;
  • Ogranicz spożycie cukru;
  • Wybieraj pełne ziarna;
  • Osiągnij i utrzymuj prawidłową wagę;
  • Zmień tryb życia na przeplatany odpoczynkiem i ruchem;
  • Naucz się zarządzać stresem. Może psychoterapia powinna być pierwszym krokiem, od którego zaczynamy leczyć problemy z układem pokarmowym?
Kimberly A. Tessmer „Zdrowe jelita. Leczenie odżywianiem”, wyd. Vivante

Dieta FODMAP

  • Nazwa pochodzi od słów: fermentujące oligo-di-monosacharydy oraz poliole (alkohole wielowodorotlenowe). Zalicza się do nich laktozę, fruktozę, fruktany, alkohole cukrowe (m.in. niektóre słodziki) i galaktany.
  • Dieta eliminacyjna FODMAP zalecana jest nie tylko w leczeniu zespołu jelita drażliwego, ale i w łagodzeniu objawów nieswoistego zapalenia jelit (choroba Crohna i wrzodziejące zapalenie jelita grubego).
  • Metoda została opracowana przez naukowców z Monash University w Melbourne, którzy podkreślają, że może być stosowana jedynie pod kontrolą dyplomowanego dietetyka. Przez pierwsze 2–6 tygodni dieta jest bardzo restrykcyjna i wykluczająca, a potem stopniowo wprowadza się do niej z powrotem niektóre produkty.