1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Zdrowie
  4. >
  5. Komu grozi cukrzyca? Osobom z nadwagą

Komu grozi cukrzyca? Osobom z nadwagą

Każdy, kto ma nadwagę, siedzący tryb życia czy cukrzycę w rodzinie, powinien zbadać sobie poziom cukru we krwi. (Fot. iStock)
Każdy, kto ma nadwagę, siedzący tryb życia czy cukrzycę w rodzinie, powinien zbadać sobie poziom cukru we krwi. (Fot. iStock)
To już epidemia. Tym groźniejsza, że długo rozwija się w ukryciu, nie dając żadnych sygnałów. Jak z nią walczyć? Są nowe leki. Są pionierskie badania. Ale najważniejsze – zdaniem diabetologa profesora Leszka Czupryniaka –  to pamiętać, że cukrzyca typu 2 jest prostym powikłaniem nadwagi.

Podobno zmniejszenie masy ciała o 7 proc. chroni przed rozwojem cukrzycy typu 2 lepiej niż farmakologia. Czy to prawda? Co zyska pacjentka z podwyższonym cukrem, idąc do lekarza diabetologa?

Zdrowie, bo na początkowym etapie cukrzycy typu 2 poziom cukru może wrócić do normy bez leków. I wszyscy wiedzą, jak to zrobić: ruszać się i mniej jeść. Cukrzyca typu 2 to, jak mówimy my, lekarze, proste powikłanie nadwagi. Mechanizm powstawania jest prosty: stężenie glukozy we krwi jest jak prąd w kablu, w którym płynie energia elektryczna. W tym wypadku tą energią jest glukoza. U zdrowych ludzi stężenie glukozy (jak natężenie prądu) ma stałą wartość. Waha się między 80 a 90 mg/dl i w tej ilości glukoza płynie do wszystkich komórek, dostarczając im energię. Człowiek to organizm stworzony do zachowywania energii, a więc gdy jemy za dużo i nie ruszamy się, nadmiar kalorii zamienia się w tłuszcz i zostaje zmagazynowany – na czasy, gdy pożywienia zabraknie. Ale dziś nam go nie brakuje, bo jest tanie, łatwo dostępne i kaloryczne – więc tyjemy. Komórki tłuszczowe się powiększają i w końcu nie mogą wchłaniać więcej glukozy. Jej nadmiar gromadzi się więc we krwi i wchodzi do komórek wyściełających naczynia krwionośne, tzw. komórek śródbłonka. I nadmiar glukozy je uszkadza, po prostu – w pewnym uproszczeniu – od nadmiaru energii eksplodują!

A więc tak cukrzyca uszkadza naczynia krwionośne. To jedno z podstawowych powikłań, które w konsekwencji wywołuje towarzyszące cukrzycy choroby?

Hiperglikemia, czyli zbyt wysoki cukier, prowadzi do uszkodzenia, do niewydolności wielu narządów, takich jak nerki, serce czy oczy. Najczęściej spotykanym powikłaniem mikronaczyniowym cukrzycy jest retinopatia cukrzycowa, czyli choroba siatkówki oka. Cukrzycy często towarzyszy też nadciśnienie tętnicze. A pojawiający się na kolejnych etapach rozwoju tej choroby tzw. zespół stopy cukrzycowej to jedno z powikłań prowadzących do amputacji, związane właśnie z długotrwałym i masywnym uszkodzeniem naczyń i nerwów obwodowych. Jeśli jednak na początkowym przedcukrzycowym etapie rozwoju choroby pacjent się odchudzi, jego komórki tłuszczowe zmniejszą się i zaczną z powrotem wchłaniać glukozę jak u osób zdrowych.

Poziom cukru we krwi wróci do normy i naczynia krwionośne przestaną pękać?

Dlatego tak ważna jest zmiana diety i ruch – na początek 20, 30 minut dziennie tego, co sprawia nam przyjemność: jazda na rowerze, marsz, nawet taniec. Dobrze jest zrobić codziennie 10 tys. kroków. Zainstalować w telefonie aplikację do mierzenia kroków, kupić kartę miejską, a samochód zostawić pod domem. Regularna aktywność fizyczna nie tylko spala kalorie, ale też – nawet 24 godziny po jej zakończeniu – poprawia wrażliwość tkanek na insulinę. Cukrzyca jest powikłaniem nadwagi – dowodzi tego choćby to, że wszyscy nasi pacjenci ją mają, mniejszą lub większą. Kiedy więc widzę, że pacjent jest zainteresowany zmianą stylu życia, a poziom jego cukru nie jest bardzo wysoki, to mu mówię o diecie i ruchu, nie zapisuję leków, ale zapraszam na kolejną wizytę za dwa, trzy miesiące: „Jak pani, pan schudnie, to wyniki się na pewno poprawią”.

Zalecenia medyczne każą rozpoczynać leczenie od farmakologii, ale jeśli od razu przepiszę tabletki, to efekt psychologiczny jest taki, że pacjent nic nie zmieni. Już coś dla siebie zrobił: przyszedł do doktora, bierze tabletkę. Może więc jeść, jak jadł. Chciał pigułkę, żeby żyć dalej tak, jak żył. Dlatego, niestety, tylko ok. 10 proc. pacjentów z nowo rozpoznaną cukrzycą typu 2 jest w stanie tak zmienić swoje życie, żeby schudnąć, i w ten sposób obniżyć stężenie glukozy we krwi.

Dlaczego tylko 10 proc. pacjentów chudnie, skoro wszyscy wiedzą, że dieta może cukrzycę zatrzymać?

Chorujemy zawsze w samotności, nawet jak jesteśmy otoczeni rodziną. W wypadku cukrzycy ma to szczególne znaczenie. W swojej praktyce miałem niewiele przypadków, kiedy pozytywna zmiana stylu życia choremu się powiodła, a wówczas zawsze była w nią zaangażowana cała rodzina. Pamiętam przypadek sprzed trzech lat. Zgłosił się do mnie trzydziestoparoletni informatyk z niewielkiego miasteczka, ważący ponad 120 kg. Wyjaśniłem mu mechanizm powstawania cukrzycy, udzieliłem porady dietetycznej, która teraz sprowadza się u mnie do trzech wyrazów: chude mięso i warzywa. Jeśli masz je na talerzu – możesz jeść, ile chcesz. Porada jest prosta i skuteczna, wymaga jednak ograniczenia tego wszystkiego, co mączne i słodkie (bo węglowodany znacznie podnoszą stężenie glukozy), a to okazuje się dla pacjentów szczególnie trudne.

Mąka pszenna ma wysoki indeks glikemiczny, czyli po jej spożyciu znacznie wzrasta stężenie glukozy we krwi. Można za to jeść pieczywo pełnoziarniste i brązowe?

Rzadko kieruję pacjentów z cukrzycą typu 2 do dietetyków, bo zwykle otrzymują oni od nich skomplikowane jadłospisy. Pacjenci ich nie realizują i podjadają co popadnie. Im prościej, tym łatwiej zmiany wcielić, i to udało się wspomnianemu informatykowi. Po roku był chudszy o 30 kg, miał idealny cukier. Jak to zrobił? Na każdą wizytę przychodził z żoną, bo w Polsce kobiety zarządzają chorobami swoich mężczyzn. Mężczyźni często nawet nie wiedzą, jakie biorą leki. No, ale żona mojego pacjenta nie tylko pilnowała przyjmowania leków. Zmieniła sposób gotowania. Zamknęła rodzinny samochód w garażu na klucz. Zaczęła z mężem i z dziećmi jeździć na rowerach. Kupili sprzęt do ćwiczeń. Dokonała w tej rodzinie zmiany strukturalnej, a to warunek sukcesu. Jego motorem u nas zawsze są kobiety. No i powiedziała: „Mąż schudł: nowe ubrania, o dwa rozmiary mniejsze! Ja schudłam, synowie też!”. Oboje byli szczęśliwi, pełni energii, wyraźnie młodsi. Dziękowali mi, ale ja jestem tylko drogowskazem, wskazuję kierunek, którym należy podążyć. Ale czy pacjenci pójdą dobrą drogą, to już zależy od nich.

Mówi się, że mamy epidemię cukrzycy, trzy miliony chorych w Polsce, wzrost zachorowań wśród dzieci. Zwiększa się też liczba młodych chorych kobiet...

Młodych, ale z nadwagą. Szczupłe młode kobiety zapadają co najwyżej na cukrzycę uwarunkowaną genetycznie, ale zdarza się ona naprawdę rzadko i zazwyczaj przebiega dość łagodnie. Przekonanie, że każda cukrzyca ma kontekst genetyczny, to alibi dla przechodzących z pokolenia na pokolenie złych nawyków żywieniowych. No i dla zakorzenionego w naszej tradycji przekonania: jeśli kochasz, to karmisz!

Mamy cztery typy cukrzycy: typu 1 (autoimmunologiczna, w jej przebiegu niszczone są komórki produkujące insulinę), typu 2 (konsekwencja nadwagi, 90 proc. wszystkich przypadków cukrzycy). Tzw. cukrzyca wtórna (pojawia się w przebiegu innych chorób, jak przewlekłe zapaleniu trzustki, choroby tarczycy, mukowiscydoza). I cukrzyce u kobiet w ciąży – hormony łożyska utrudniają wydzielanie i działanie insuliny. Występuje u 6–10 proc. ciężarnych. Czynniki ryzyka to: wiek, masa ciała i liczba przebytych ciąż.

Pewna lekarka diabetolożka powiedziała mi: „Najgorsze jest to, że cukrzyca nie boli, na początku nie daje objawów, a już wtedy może uszkadzać wzrok, serce, nerki”. Czy to prawda?

Po 45. roku życia każdy powinien robić badania cukru, zwłaszcza gdy prowadzi siedzący tryb życia, ma nadwagę lub cukrzycę w rodzinie. Wzrost cukru w typie 2 jest bardzo powolny, wciąż też toczy się dyskusja, jaki poziom jest niepokojący. Kiedy zaczynałem pracę, w połowie lat 90., przekroczenie 140 mg/dl było niepokojące. Naukowcy jednak zbadali, że cukier uszkadza drobne naczynia krwionośne na dnie oka już w niższym stężeniu, co, jak mówiłem, może prowadzić do ślepoty. Dlatego teraz rozpoznajemy cukrzycę przy stężeniu glukozy powyżej 125 mg/dl na czczo. Tymczasem objawy, które pacjent może zauważyć, pojawiają się często, dopiero kiedy cukier przekracza 200 mg/dl. Wówczas już nie jest wychwytywany przez nerki i przenika do moczu, a to powoduje, że nerki chcą go rozcieńczyć i człowiek zaczyna częściej oddawać mocz. To go odwadnia, a więc więcej pije. Ma poczucie suchości w jamie ustnej i zaczyna widzieć niewyraźnie, jakby miał brudne okulary. Przy takim cukrze człowiek czuje się wciąż zmęczony, może odczuwać mrowienie lub drętwienie kończyn, może mieć nawracające zakażenia grzybicze. Kiedy więc ktoś powie: „Oddaję więcej moczu i więcej piję”, to warto mu poradzić: „Idź, zbadaj sobie cukier”.

Zmniejszenie masy ciała o 7 proc. chroni przed rozwojem cukrzycy lepiej niż farmakologia. Dlatego wczesne jej pozwala na leczenie bez leków. Wystarczy ruszać się i mniej jeść. (Fot. iStock Zmniejszenie masy ciała o 7 proc. chroni przed rozwojem cukrzycy lepiej niż farmakologia. Dlatego wczesne jej pozwala na leczenie bez leków. Wystarczy ruszać się i mniej jeść. (Fot. iStock

Kiedy już jesteśmy chorzy, to jak najlepiej się leczyć? Są różne mity na temat cukrzycy, jeden z nich mówi, że im później zacznę brać tabletki, tym później przejdę na insulinę.

Badania mówią co innego: im szybciej pacjent zacznie przyjmować tabletki, tym dłużej będą mu one pomagać. Tabletki nie mają określonego czasu, w którym działają leczniczo na organizm chorego, a potem pyk!, potrzebna jest insulina. Kiedy pacjent będzie musiał sięgnąć po insulinę, zależy także od tego, czy zmieni styl życia, jak długo jego organizm będzie insulinę produkował. W cukrzycy typu 2 rozwój choroby polega na tym, że organizm produkuje jej coraz mniej. Musimy więc dokładać kolejne tabletki. Zazwyczaj też po sześciu, siedmiu latach, kiedy organizm już w znacznym stopniu insuliny nie produkuje, chory wymaga leczenia insuliną. Zastrzyki są zwykle niebolesne. I chorzy często mówią: „Głupi byłem, że się wcześniej nie zdecydowałem na insulinę”.

Trzeba pamiętać, że kiedy zaczniemy farmakoterapię, to musimy brać tabletki stale. Możemy leki zmienić, ale nie odstawić. I to jest wyzwanie współczesnej medycyny, jak to zrobić, żeby pacjenci nie zapominali, nie robili sobie przerw.

Dlaczego takie ważne jest regularne zażywanie leków, niepomijanie żadnej dawki?

Cukrzyca typu 2 bierze się stąd, że komórki tłuszczowe – jak już mówiłem – są tak napełnione glukozą, że już jej nie chcą wchłaniać. Nie mówiłem jednak, że organizm odpowiada na to, produkując więcej insuliny po to, by przymusić komórki tłuszczowe do wchłaniania glukozy. Insulina łączy się z receptorami na błonie komórki i wysyła sygnał do jądra komórkowego, żeby wyprodukowało białka transportujące glukozę. I te białka z jądra komórkowego idą do błony komórkowej, rozglądają się, czy jest glukoza poza komórką, łapią i wciągają do komórki. Tak to działa. Cząsteczka insuliny żyje jednak tylko kilka, kilkanaście minut, a to dlatego, żeby regulować natężenie tego prądu zaraz po posiłku w sposób jak najbardziej precyzyjny.

Kiedy jemy za dużo, organizm musi częściej produkować insulinę. Przez jakiś czas trzustka daje radę nawet bardzo dużo jej produkować i wtedy mamy ludzi otyłych z cukrem w normie. Wchodzi do mojego gabinetu człowiek, który waży 180 kg, cukier ma dobry, ale poziom insuliny dziesięć razy większy niż osoba szczupła. Trzustka takiego pacjenta jest przeciążona, gdyż musi wyprodukować bardzo dużo insuliny, aby utrzymać stężenie glukozy we krwi w normie. Ale po kilku czy kilkunastu latach komórki ß trzustki ulegają wyczerpaniu i produkują coraz mniej insuliny. Stężenie glukozy we krwi zwiększa się, co prowadzi do cukrzycy typu 2.

Cukrzyca zaczyna się więc, kiedy insuliny jest zbyt mało, aby zmusić komórki do pochłaniania glukozy?

I musimy brać leki, aby nie doszło do hiperglikemii, niebezpiecznego wzrostu poziomu cukru. Tabletki na cukrzycę typu 2 działają dwukierunkowo: poprawiają działanie insuliny, którą jeszcze trzustka pacjenta produkuje, i zwiększają jej wydzielanie.

Mamy w leczeniu farmakologicznym jeszcze inny problem: nie wszystkie leki są dobrze tolerowane. Metformina, od której zazwyczaj zaczynamy terapię, u co szóstego pacjenta daje objawy z przewodu pokarmowego. A inne leki mogą powodować niebezpieczne niedocukrzenia, czyli spadki cukru. Łatwo o nie, bo granica między cukrem pożądanym a za niskim jest cienka. Chcemy, żeby chory miał cukier 90–100 mg/dl, ale już spadek poniżej 70 mg/dl traktujemy jako sygnał alarmowy. Poniżej 55 mg/dl to niedocukrzenie.

Nowe leki nie grożą niedocukrzeniem, ale czy pozwalają także uniknąć w przyszłości insuliny?

Pozwalają one odsunąć w czasie stosowanie insuliny. Mamy dwie nowe grupy leków: leki inkretynowe i flozyny. Leki inkretynowe pozwalają oszukać organizm, że się coś zjadło. Wykorzystują oś hormonalną jelitowo-trzustkową. Kiedy coś zjemy, to w jelicie cienkim wydzielają się hormony, które prowokują komórki trzustki do wydzielenia insuliny. Wysyłają też sygnał do mózgu, że był posiłek, i do żołądka, hamując jego opróżnianie, co też wzmaga uczucie sytości. Są już zarejestrowane jako leki na odchudzanie. Ale jest coś równie ważnego – po ich zażyciu insulina wydzieli się, jednak tylko wtedy, kiedy pojawi się taka potrzeba, czyli kiedy podniesie się poziom glukozy we krwi. Stare leki zwiększały wydzielanie insuliny automatycznie.

Inteligentne tabletki?

Tak, te leki hamują rozpad hormonu jelitowego GLP-1. Możemy ten hormon podawać w zastrzykach, mamy bowiem jego syntetyczny odpowiednik. Podawanie syntetycznego hormonu jelitowego GLP-1 podnosi pięć, sześć razy jego stężenie we krwi, co nie jest szkodliwe. Działa za to na mózg, wywołując uczucie sytości. Ludzie nie kończą posiłku, bo czują się najedzeni.

Chętnie bym te leki zapisywał pacjentom, ale nieczęsto to robię, bo leczenie kosztuje co najmniej 500 zł miesięcznie. Jesteśmy jedynym krajem w UE, który nie ma refundacji tych leków dla żadnej grupy pacjentów. Tymczasem w Europie w wielu krajach większość chorych stosuje doustne leki inkretynowe, a 5 do 15 proc. przyjmuje hormon jelitowy GLP-1 w zastrzykach – u nas tylko kilka tysięcy osób stosuje ten lek. Z kolei flozyny (inhibitory SGLT-2) obniżają cukier w ten sposób, że blokują w nerkach wychwyt zwrotny glukozy i w rezultacie człowiek pozbywa się cukru razem z moczem.

Na koniec optymistycznie: słyszałam, że prowadzi pan niezwykłe badania właśnie nad uniknięciem niedocukrzenia?

Walczymy z niedocukrzeniami, bo to poważny problem. Jak chory przeżyje niedocukrzenie, utraci przytomność, to potem boi się i zmniejsza dawki leków, co skutkuje wyższym cukrem, a ten uszkadza naczynia. No i kiedyś do mojej koleżanki, dr n. med. Elektry Szymańskiej-Garbacz, przyszedł mąż z żoną chorą na cukrzycę i powiedział: „Ja wiem, kiedy żona ma niedocukrzenie, bo zaczyna wtedy piszczeć”. Przy niedocukrzeniu nadnercza wyrzucają do krwi adrenalinę, a ta zmienia barwę głosu. Uruchomiliśmy więc we współpracy z Katedrą i Kliniką Otolaryngologii Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego, gdzie pracuje dr hab. Ewelina Sielska-Badurek (foniatra i śpiewaczka operowa), badanie „Czy w warunkach hipoglikemii zmieniają się parametry fizyczne głosu”. Okazało się, że się zmieniają zarówno w hiper-, jak i hipoglikemii. I pracujemy nad glukometrem na głos!

 

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Zdrowie

Zapalenie zatok - przyczyny, objawy i leczenie

Zapalenie zatok objawia się przeszywającym bólem głowy, kaszlem, chrząkaniem i osłabionym węchem. (Fot. iStock)
Zapalenie zatok objawia się przeszywającym bólem głowy, kaszlem, chrząkaniem i osłabionym węchem. (Fot. iStock)
Często objawiają się nietypowo – porannym kaszlem, chrząkaniem, osłabionym węchem. Zapalenia zatok „kochają” nasz klimat. 

Pierwsze skojarzenie z hasłem „zapalenie zatok”? Ból. Rzeczywiście, jest charakterystyczny. Przeszywający, pulsujący. Na początku doskwiera głównie rano i w ciągu dnia trochę ustępuje, nasilając się przy pochylaniu głowy lub nagłych zmianach temperatury. Uczucie rozpierania wokół oczu, potęgujące się przy kaszlu, może świadczyć o problemach z zatokami sitowymi, położonymi po obu stronach nosa. Uciśnij nasadę grzbietu nosa między brwiami. Jeśli ból się nasila, można podejrzewać zapalenie. Kiedy boli cię twarz w pobliżu skroni i policzków, dociśnij miejsce tuż nad górnym kłem. Jest gorzej? Zaatakowane mogą być zatoki szczękowe. W zapaleniu zatok czołowych boli środkowy odcinek górnej ściany oczodołu, tuż pod łukiem brwiowym.

Po kilku dniach ból może przybrać na sile. Pojawiają się też objawy dodatkowe: drapanie w uszach, ból zębów, chrapanie. Śluzowa wydzielina spływa po tylnej ścianie gardła, wywołując chrapanie, kaszel i chrząkanie. A wszystko z powodu… specyficznej budowy czaszki.

Przydatne przestrzenie

– Zatoki przynosowe to wypełnione powietrzem przestrzenie w kościach przedniej części czaszki – mówi dr Norbert Górski, otolaryngolog. Ich wnętrze wyścielone jest błoną śluzową, delikatną i pokrytą rzęskami. W ciągu doby potrafi ona wyprodukować niemal cztery szklanki śluzu! Kiedy wszystko działa normalnie, wydzielina miarowo i spokojnie spływa do jamy nosa, z którą zatoki są połączone kanalikami. – Tam oczyszcza i nawilża powietrze wciągane podczas wdechu – tłumaczy lekarz. To pierwsze zadanie zatok. Kolejne są równie ważne. Dzięki nim głowa jest lżejsza, co umożliwia nam chodzenie w postawie wyprostowanej, i jednocześnie odporna na uderzenia. Puste przestrzenie w twarzoczaszce działają jak amortyzatory, a układ beleczek kostnych ograniczający zatoki tworzy mocną konstrukcję.

Ostatnia funkcja zatok to wzmacnianie głosu. Tworzą one komory akustyczne, dzięki którym mowa staje się dźwięczna. Słychać to szczególnie podczas kataru. Powoduje on obrzęk błony śluzowej i zwężenie kanalików utrudniające odpływ śluzu. Wypełnione zatoki zmieniają akustykę mowy, a głos robi się przytłumiony. O ile ujścia są wąskie, ale drożne, pokichasz, poprychasz, a po kilku dniach sytuacja wróci do normy. Jeśli jednak zatoka się całkowicie zatka, a wydzielina nie będzie miała ujścia, pojawi się zapalenie. – Trwające ponad 12 tygodni nazywamy zapaleniem przewlekłym – dodaje lekarz.

Wirus czy pyłek?

Najczęściej przyczyną zapalenia jest infekcja. Ciepłe i wilgotne środowisko zatok sprzyja namnażaniu się wirusów, za którymi często podążają bakterie, i pojawia się nadkażenie. Zakażeniom sprzyjają jesień, ciepła zima i wczesna wiosna – czyli okresy, które charakteryzują się dużą zmiennością temperatury. Dlaczego u niektórych byle katar kończy się zawsze zapaleniem zatok, a u innych nigdy? Są przyczyny anatomiczne, ale są i środowiskowe. Kłania się smog, czyli wdychanie zanieczyszczonego powietrza, ale też palenie czy nurkowanie. Jednak coraz częściej przyczyną zapalenia są alergie. Klasyczny katar sienny także powoduje obrzęk błony śluzowej i zwężenie kanalików, co sprzyja zakażeniom wirusowym i bakteryjnym. I mamy błędne koło. Im silniejsza alergia i większy obrzęk, tym lepsze warunki dla infekcji. Według badania PBS ponad 25 procent osób cierpiących na katar sienny uskarża się na bóle zatok, a zatem nawet co czwarty alergik z takimi objawami może chorować na zapalenie zatok o podłożu alergicznym. Główną przyczyną takiego zapalenia zatok są sezonowe pyłki roślin, ale i całoroczne alergeny kurzu, pleśń oraz sierść zwierząt. Niekiedy pacjenci niewiedzący o uczuleniu miesiącami leczą się niepotrzebnie i nieskutecznie antybiotykami. Dlatego jeśli kuracja nie przynosi efektów, warto zasięgnąć opinii alergologa.

Sposób na zapalenie

Antybiotyki stłumią jedynie zakażenie bakteryjne. To alergiczne potrzebuje innego potraktowania. Przede wszystkim warto wyeliminować źródło uczulenia, podczas wiosny i latem unikać długich spacerów, okna otwierać wieczorem, brać kąpiel po powrocie do domu. Konieczne jest również stosowanie leków przeciwalergicznych i sterydów. Dlaczego się ich boimy? Kojarzą się nam ze sportowcami stosującymi doping. Niesłusznie, gdyż przyjmują oni zupełnie inne środki, tzw. sterydy anaboliczne. Te używane do leczenia alergii to glikokortykosteroidy. Czy utyjesz po nich lub spuchniesz? Nie po tych do nosa. Ich stężenie jest znacznie niższe niż leków w tabletkach czy zastrzykach. Poza tym podaje się je miejscowo i w niewielkich dawkach.

Nadużywamy z kolei leków obkurczających śluzówkę nosa, nie wiedząc, że mogą doprowadzić na przykład do… zwiększenia ciśnienia krwi. Po ich odstawieniu podwyższone ciśnienie może się zmniejszyć. Dlatego krople do nosa można stosować jedynie kilka dni przed zastosowaniem sterydu, by ułatwić mu dotarcie do zatok.

W każdym typie zapalenia polecane są irygacje, czyli płukanie nosa i zatok roztworem soli fizjologicznej. W aptekach dostępne są zestawy zawierające butelkę i sól do przygotowania roztworu z wodą. Wyjściem ostatnim jest ingerencja lekarza. Może on opróżnić zatoki z wydzieliny za pomocą nakłucia lub drenażu albo skierować na operację. Ważne, by metodę dopasować do źródła problemu.

  1. Zdrowie

Jak dbać o nerki i płuca?

Ilustracja: iStock
Ilustracja: iStock
Nerki lubią ciepło, a płuca dobre otoczenie. Co to dokładnie oznacza – wyjaśnia Alicja Kowalska-Dorscheid, specjalistka i praktyk Tradycyjnej Medycyny Chińskiej.

Nerki lubią ciepło

Szczególnie chrońmy dolną część pleców, bo właśnie tam znajduje się centrum naszej witalności. Najczęściej jednak zimno doprowadzamy do organizmu sami – jemy za dużo oziębiających i wprowadzających wilgoć produktów. Zatem starajmy się jeść regularnie, w spokoju, najlepiej trzy ciepłe posiłki dziennie. Urozmaicone, bo jednorodne diety i głodówki nie sprzyjają nerkom. Bardzo wskazane są długo gotowane zupy. Nerkom przypisany jest smak słony, zatem z soli nie rezygnujmy, ale pamiętajmy, że w nadmiarze oziębia.

Dieta dla nerek: mięso z kurczaka, wołowina, jagnięcina, baranina, dziczyzna; jęczmień, kukurydza, orkisz, owies, słodki ryż – najlepiej prażone, przyrządzane bez tłuszczu; cebula, dynia, fasola, groch, kapusty wszelkiego rodzaju, kasztany jadalne, por, soczewica, ziemniaki; z przypraw cynamon, owoce jałowca, kminek, koper, kolendra, oregano, wanilia; ostre przyprawy, takie jak czosnek (w niewielkich ilościach), goździki, imbir, pieprz, rozmaryn i tymianek (suszone); świeże przyprawy – pietruszka, szczypiorek, tymianek, szałwia; z ryb i owoców morza: okoń, pstrąg i kraby; niewielkie ilości sera owczego i koziego; suszone owoce – morele, rodzynki, orzechy włoskie, nasiona słonecznika, herbata z anyżu, imbiru, lukrecji; niewielka ilość czerwonego wina.

Czego unikać? Wszystkiego z zamrażarki; surowych oziębiających warzyw i owoców, takich jak ogórki, pomidory, sałaty, owoce cytrusowe; mleka i kwaśnych przetworów mlecznych, wprowadzających także niepotrzebną wilgoć do naszego organizmu; mocno solonych potraw i wędlin; alg; cukru; ostrych i gorących przypraw – pieprzu cayenne, chili, suszonego imbiru, pimentu, tabasco; energetycznie zimnych napojów, takich jak czarna i zielona herbata, woda mineralna, herbata miętowa.

Wybrane zioła wzmacniające Yang nerek: kłącze tataraku, ziele i ziarno owsa, kora cynamonowca cejlońskiego, ziele dziurawca, owoc jałowca, korzeń lubczyku, ziele rukwi wodnej, korzeń żeń-szenia, liść rozmarynu, ziele tymianku, nasiona kozieradki pospolitej, kłącze imbiru.

Płuca w dobrym otoczeniu

Gdy nasze Qi płuc jest osłabione, musimy zadbać o czystość. A gdy brakuje im energii Yang – o nawilżanie powietrza pomieszczeń, w których przebywamy. Rozpoznamy to po suchej skórze, wysuszonych śluzówkach, suchym kaszlu. Mogą nam w tym pomóc akwaria, rośliny, nawilżacze powietrza i inhalacje wodne, mokry ręcznik na kaloryferach. Przy alergiach zakłócających oddech pomocne są ćwiczenia oddechowe. Świadomy i pełny oddech wzmacnia nasze płuca, rozprowadza energię Qi po całym ciele. Odpręża, łagodząc tym samym napięcia, redukuje bóle. Należy też pamiętać, że płucom szkodzi długie siedzenie w pochylonej pozycji przy biurku – Qi oddechu może być w ten sposób zakłócone.

Dieta dla płuc: regularne, ciepłe posiłki; kukurydza, orkisz, owies, ryż; mięso z kurczaka, indyka i wołowina; karp, okoń, pstrąg; dynia, cebula (bardzo dobrze robi sok z cebuli); chrzan, czosnek, groch, imbir, wszystkie rodzaje kapusty, marchew, por, soczewica, ziemniaki; świeże zioła; cynamon, goździki, jałowiec, kminek, kolendra, kurkuma, gałka muszkatołowa, oregano, szafran, tymianek, rozmaryn, wanilia; migdały, orzechy włoskie, orzeszki ziemne, nasiona słonecznika, sezam; czereśnie, słodkie jabłka, winogrona; nieduże ilości alkoholu do gotowania; herbata z lukrecji, anyżu, kminku. Do płuc przynależy smak ostry, który w niewielkich ilościach działa korzystnie, w zbyt dużych – uszkadza energię płuc i jelita grubego.

Czego unikać? Zimnych energetycznie owoców cytrusowych, kiwi; także pomidorów, ogórków, sałat; produkujących śluz bananów, lodów i mrożonek; wszystkiego, co ma powiązania z cukrem; białej mąki; produktów mlecznych z wyjątkiem wzmacniającego płuca masła; produktów z soi; wieprzowiny; miętowej i zielonej herbaty, wody mineralnej.

Wybrane zioła wzmacniające Qi i Yang płuc: korzeń arcydzięgla, bylica estragonu, kłącze ostryżu długiego, ziele skrzypu, korzeń lukrecji, liść bluszczu, korzeń omanu wielkiego, korzeń lubczyku, ziele rukwi wodnej, korzeń żeń-szenia, liść rozmarynu, ziele tymianku, liść podbiału, kłącze imbiru, kwiat dziewanny.

Alicja Kowalska Dorscheid, specjalistka i praktyk Tradycyjnej Medycyny Chińskiej. Ukończyła Instytut für Phytotherapie oraz Heilpraktikerschule w Berlinie, gdzie zdobyła kompleksową wiedzę m.in. na temat ziołolecznictwa, diagnozy z tęczówki oka i homeopatii. Mieszka w Berlinie, prowadzi prywatną praktykę.

  1. Zdrowie

Oczyszczanie? Naturalnie!

Trzeba pić wodę, aby błonnik mógł pęcznieć i wędrować przez przewód pokarmowy. Każdy dzień powinniśmy zaczynać od napoczęcia półtoralitrowej butelki wody, którą późnym popołudniem napełnimy ponownie. (Fot. iStock)
Trzeba pić wodę, aby błonnik mógł pęcznieć i wędrować przez przewód pokarmowy. Każdy dzień powinniśmy zaczynać od napoczęcia półtoralitrowej butelki wody, którą późnym popołudniem napełnimy ponownie. (Fot. iStock)
Wiosną wszyscy chcemy się oczyszczać. Detoksykować. Rozważamy głodówki, niekiedy kuriozalne diety. Chcemy łyknąć pigułkę, ewentualnie wypić jakiś napar i mieć to oczyszczenie za sobą.

W duchu miłości do naszego ciała i wiary w moc organizmu oraz jedzenia zaproponuję jednak oczyszczanie spokojniejsze. Warto sobie przypomnieć, że nasze ciała są teoretycznie samowystarczalne. Wiadomo – czasem sami im szkodzimy aż nadto, pijąc alkohol, paląc, zjadając za dużo leków lub suplementów diety. Generalnie jednak ludzki organizm jest w stanie oczyścić się z większości szkodliwych substancji (chyba że przesadzimy z dawką). Ale ja dziś zajmę się normalnym życiem przeciętnego człowieka. Tych, którzy zjedli muchomora, odsyłam w trybie pilnym do lekarza.

Za oczyszczanie odpowiadają nerki oraz wątroba – choć i poprzez jelita pozbywamy się części niechcianych składników. Wątroba pełni w naszym organizmie kilka funkcji – tu zajmę się jedynie tematem filtrowania. 80 proc. krwi, która trafia do wątroby, dopływa żyłą wrotną (pozostałe 20 proc. pochodzi z tętnicy wątrobowej). To właśnie w żyle wrotnej są i składniki wchłonięte w przewodzie pokarmowym, i te „zebrane” z narządów. Co można, zostanie zneutralizowane, rozłożone i unieszkodliwione, po czym trafi ponownie do krwi, a z nią z kolei do nerek. One między innymi tworzą mocz. To nie tylko sposób na pozbycie się nadmiaru wody, tak również usuwane są z organizmu metabolity. Osocze krwi przepływającej przez naczynia włosowate kłębuszków nerkowych jest filtrowane, a co w organizmie niepotrzebne, trafia do ich środka (światła, jak to się fachowo nazywa) w związku z różnicą ciśnień. Część substancji transportowana jest jeszcze w mechanizmie pinocytozy (przenoszenie pojedynczych substancji). Dlatego tak zachęcam do picia wody oraz do radości wynikającej z siusiania. Im częściej, tym lepiej!

Ale to nie koniec. Błonnik w jelitach wiąże różne niepotrzebne nam substancje – załatwiając się, wydalamy je z organizmu. Dlatego należy pić wodę (tak, wiem, znowu to samo), aby błonnik mógł pęcznieć i wędrować przez przewód pokarmowy. Pamiętajmy o tym, że każdy dzień powinniśmy zaczynać od napoczęcia półtoralitrowej butelki wody, którą późnym popołudniem napełnimy ponownie! I jedzmy warzywa, pełnoziarniste produkty zbożowe i rośliny strączkowe. To powtarzane kolejny raz zalecenie, ale jakże ważne. One dostarczają nam antyoksydantów, które także chronią organizm przed szkodliwymi substancjami!

Dodam jeszcze do listy ruch. Dla detoksu, a i owszem! Jeżeli pobudzimy limfę w organizmie (uprawiając aktywność fizyczną, masując ciało czy chociażby szczotkując je), to również przyspieszy pozbycie się tego, co szkodliwe. Ruch pomaga w oczyszczaniu organizmu także poprzez zwiększenie wydzielania potu, wraz z którym wydalane będą niepożądane substancje.

A na koniec zasugeruję, że może warto zrobić sobie rachunek sumienia. I zastanowić się, z czego chcemy się oczyścić. Dobrze przeprowadzić analizę własnych poczynań i przyzwyczajeń. Ile z rzeczy, które jadamy, to produkty wysokoprzetworzone, w których składzie znajdują się barwniki, aromaty, konserwanty? To ich właśnie powinniśmy unikać – szczególnie w okresie detoksykacji.
Proszę, sprzątajmy nasze ciała, ale delikatnie, powoli, bez brutalnych działań. 

Katarzyna Błażejewska-Stuhr, dietetyczka kliniczna, psychodietetyczka. Autorka bloga kachblazejewska.pl, współautorka książki „Kobiety bez diety. Rozmowy bez retuszu”, Burda Media Polska.

  1. Zdrowie

Migrena – trzeba ją leczyć. Są na to sposoby

Ktoś ma jeden napad migreny w miesiącu. Mało. A co, jeśli ten ktoś jest aktorem i musi wyjść na scenę? Migrenę trzeba leczyć. (Fot. iStock)
Ktoś ma jeden napad migreny w miesiącu. Mało. A co, jeśli ten ktoś jest aktorem i musi wyjść na scenę? Migrenę trzeba leczyć. (Fot. iStock)
Tak wygląda mózg migrenika. Jedna sucha gałązka może wywołać wybuch płomieni. Trzeba dojść, co dla ciebie jest tą gałązką – mówi dr Anna Błażucka, neurolog zajmująca się leczeniem migren.

Czym właściwie jest migrena?
Migrena to cierpienie. Ciężka choroba. Jeden z częstszych i najsilniejszych bólów głowy, słabszy tylko od bólów klasterowych. Nasila się podczas zwykłych codziennych czynności. Chory w trakcie napadu myśli tylko o tym, by położyć się w cichym, ciemnym pomieszczeniu i żeby wszyscy dali mu spokój. Nie sposób otworzyć oczu, bo ból się nasila. Towarzyszą mu nudności, czasami wymioty, światłowstręt, nadwrażliwość na dźwięki i zapachy. Ból ma charakter pulsujący, rozdzierający, jakby ktoś walił nas po głowie 50-kilogramowym młotem. Najczęściej obejmuje połowę głowy, choć wraz z rozwojem napadu może się rozszerzać na całą. Napad może trwać kilka dni, nawet jeśli ból po lekach ustępuje; migrena ma cztery fazy, ból to tylko jedna z nich. Problemem jest to, że migrena nie jest postrzegana jako ciężka choroba przez osoby, które same nie chorują albo nie mają chorych w otoczeniu. Dużo złego zrobiły tu naleciałości kulturowe.

Choroba „histeryczek”...
Pamiętamy z „Nad Niemnem” Emilię Korczyńską z jej „globusem”. Każdego normalnego człowieka boli głowa, a migreny mają arystokraci – taka jest utrwalona kulturowo opinia. Migrena bywa traktowana jako ucieczka przed pracą, przed życiem. Każdego kiedyś bolała głowa i jeśli był to ból typu napięciowego, czyli o niewielkim natężeniu, na cudzy ból patrzymy przez pryzmat swojego. Myślimy: „Przesada, to się przecież da wytrzymać”.

A w rzeczywistości to choroba, która wyłącza z życia. Nie można nic zaplanować, urlop kończy się tym, że wszyscy chodzą na palcach, bo mama leży z migreną. Nie zawsze da się pojechać tam, gdzie chcemy, bo na przykład w górach osoby z migreną gorzej się czują. Zmiana stref czasowych to także ryzyko napadu. No i praca. Nie każdy pracodawca zrozumie, chory często bierze urlopy, bo trudno przy każdym napadzie migreny iść do lekarza. A nawet jeśli do pracy przyjdziemy, a czasem po prostu inaczej nie można, niewiele jesteśmy w stanie zrobić. Osoby chore częściej też zapadają na depresję. W dodatku rujnują sobie zdrowie, bo bez przerwy biorą leki przeciwbólowe. Błędne koło.

I życie w stresie…
Tak, w oczekiwaniu na kolejny napad.

Czy każdą migrenę poprzedza tak zwana aura?
Migrena przebiega w czterech fazach, ból głowy to trzecia z nich. Faza druga, poprzedzająca ból głowy, to aura, występuje u 30 proc. pacjentów. Najczęściej jest aura wzrokowa – migoczące mroczki, zniekształcenia obrazu, zmniejszenie albo powiększenie otaczających przedmiotów. Może być aura czuciowa – drętwienie zaczynające się od palców, obejmujące całą kończynę, twarz i język. Zdarzają się też niedowłady, zaburzenia mowy, co jest dla pacjentów przerażające – boją się, czy to nie udar. Aura trwa od pół godziny do godziny, potem zaczyna się ból. Czasami aura i ból dobę czy dwie wcześniej poprzedzone są objawami zwiastującymi. To pierwsza faza migreny: niepokój, rozdrażnienie, coś, co przypomina zespół napięcia przedmiesiączkowego. Natomiast po bólu głowy jest faza ponapadowa – pacjenci często wiążą ją z lekami i może tak być, ale to czwarta faza migreny: uczucie zmęczenia, słabości, senności.

Znamy przyczyny migreny?
Bóle głowy dzielimy na pierwotne i wtórne. Pierwotne to takie, których przyczyny nie znamy. Wtórne powstają w przebiegu innych chorób, internistycznych czy neurologicznych. Migrena i napięciowe bóle głowy zaliczamy do pierwotnych. Przyczyna oczywiście jest, ale my dostępnymi narzędziami nie potrafimy jej zbadać. Na dziś wiemy, że migrena to wielogenowa choroba genetyczna.

Przyczyn migreny nie znamy. Ale wiemy, co może ją wywołać?
Tak, są czynniki prowokujące. U osoby chorej na migrenę wywołają napad, u zdrowej nie spowodują żadnych zmian samopoczucia. Tych czynników znamy wiele i od razu podkreślę: chory nie jest podatny na wszystkie. Są czynniki niezależne od nas – takie jak pogoda. Migrena jest chorobą sezonową, nasila się wiosną i jesienią. Mówi się, że wywołuje ją halny w górach – ale tu nie o wiatr chodzi, lecz o gwałtowne zmiany ciśnienia. Są też czynniki, które zależą od nas, w tym od tego, co jemy. Do sztandarowych pokarmów wysokiego ryzyka należą: żółte sery, czerwone mięso, glutaminian sodu, orzechy, czekolada, alkohole – najczęściej czerwone wino. Ale u każdego może być co innego, także cokolwiek spoza tej grupy. A bywa i tak, że żaden pokarm napadu nie wywołuje. Są osoby chore na migrenę, które mogą pić czerwone wino, są i takie, które powąchają alkohol i mają napad. Problemem może być odwodnienie. Głodzenie – migrena go nie lubi. Stres, ale i odpoczynek po stresie. Zmiany rytmu dobowego, stref czasowych, zbyt krótki albo zbyt długi sen. Jest tak zwana migrena weekendowa związana ze zbyt długim spaniem właśnie. Nieodpowiedni, zbyt intensywny wysiłek fizyczny albo odpoczynek po wysiłku. U kobiet może też być cykl hormonalny, okres okołoowulacyjny albo okołomiesiączkowy.

Migrena to choroba nieuleczalna. Jednak możemy sobie pomóc. Jak?
Migreny nie zlikwidujemy, ale możemy skutecznie ją kontrolować. Leczenie ma na celu doprowadzić do tego, że napady ustąpią albo będzie ich mniej, albo będą słabsze, albo będą dobrze reagowały na leki przerywające ból.

Od czego pani zaczyna, kiedy przychodzi pacjent i mówi, że ma napady migreny?
Przede wszystkim muszę się dowiedzieć, czy to rzeczywiście migrena. Czyli: charakterystyka samego bólu głowy, jego lokalizacja i charakter, objawy towarzyszące. Czy migrena występuje coraz częściej, czy jest stabilna. Czyli czy napad jest jeden, czy dwa w ciągu miesiąca i od kilku lat tak samo, czy, powiedzmy, od pół roku więcej. A może zaczęła się gorsza reakcja na leki? Może napady coraz dłużej trwają?

Migreny dzielimy na epizodyczne i przewlekłe. Ważne, ile jest napadów w ciągu miesiąca, jak długo trwają, ile dni z bólem w ciągu miesiąca, czy występuje tylko jeden rodzaj bólów głowy. W jaki sposób napady bólu głowy są leczone, w jakich dawkach, czy leki przerywają napad, czy tylko zmniejszają natężenie bólu na kilka godzin. Jakie było leczenie w przeszłości. Często pacjent mówi: „Ja już byłem leczony wszystkim”. Ale kiedy się dopytuję, to okazuje się, że nie były to leki właściwe dla leczenia migreny. Albo stosowane w zbyt małych dawkach, takich, które nie mają prawa pomóc. W zależności od tych wszystkich danych zaczynamy rozmawiać o leczeniu.

Czy zaleca pani na przykład tomografię, żeby wyeliminować inne ewentualne przyczyny bólu, jak torbiele czy guzy?
W zaleceniach nie ma konieczności wykonywania tomografii ani rezonansu, migrena jest pierwotnym bólem głowy, więc my nic w tej głowie nie znajdziemy. Czasami w rezonansie opisane są drobne zmiany naczyniowe – ale u osób zdrowych też się takie zdarzają. Przyznam się jednak, że ja, jeśli pacjent badań obrazowych nie miał, na ogół je zlecam. Bo jeśli kogoś często i mocno boli głowa, to po prostu boi się, czy nie ma guza. I wynik badania go uspokoi.

Wywiad – i co dalej?
Wyjaśniam, jakie są możliwości i zasady leczenia. To ważne, bo inaczej leczymy, kiedy są jeden, dwa czy trzy napady w ciągu miesiąca, inaczej, jeśli jest ich więcej, a w dodatku takich, które nie ustępują pod wpływem leków. Dysponujemy leczeniem przerywającym napad migreny i leczeniem profilaktycznym. Przy małej liczbie napadów możemy zastosować tylko leczenie przerywające napad bólu – poszukać leków, pod których wpływem ból ustępuje w ciągu godziny, a najdalej trzech. Ważne też, by przyjąć leki od razu, kiedy tylko pojawia się ból. I w odpowiedniej dawce. Zazwyczaj w dolegliwościach bólowych zalecane jest dawkowanie dwa czy trzy razy dziennie po tabletce. W migrenie jest inaczej – na samym początku dwie, trzy tabletki, w zależności od preparatu. No i kwestia, jaki to powinien być lek. Ludzie często biorą leki z kodeiną. A ona nie jest wskazana – choć w danej chwili zadziała, prowokuje następne bóle głowy. Ułatwia też przejście migreny w przewlekłą oraz w powstanie polekowych bólów głowy.

Trudność zwiększa to, że pacjent poza migreną może mieć „zwykłe” bóle głowy, takie, które, jak mówi, „same przechodzą”. I wtedy na początku bólu nie wie, czy to migrena, czy nie. A czekanie, w jaki sposób ból się rozwinie, to już opóźnienie leczenia. To jedna pułapka. A druga – nadużywanie leków przeciwbólowych, które powoduje powstanie polekowych bólów głowy oraz transformację migreny w przewlekłą, czyli występującą przez co najmniej 15 dni w miesiącu, z czego osiem to migrena. Uważa się, że przy bólach głowy można przyjmować osiem do dziesięciu tabletek miesięcznie. Jeśli bierzemy leki z powodu bólu kolana, to nie wyindukujemy sobie polekowych bólów kolana. A u osób z migreną leki przeciwbólowe wywołują polekowe bóle głowy. Po jakimś czasie przychodzi pacjent i mówi, że głowa boli go codziennie i codziennie bierze kilka tabletek, a i tak jest coraz gorzej. Bierze, bo musi, inaczej nie jest w stanie funkcjonować. I koło się zamyka.

Chorzy na forach migrenowych piszą, że biorą dziennie opakowanie leków...
Kiedy człowiek jest młody, nie myśli, że w dłuższej perspektywie jest to niebezpieczne dla wątroby, nerek, serca, układu krwiotwórczego. Oczywiście organizm ma zdolności do regeneracji. Jednak gdy bierzemy leki miesiącami czy latami, to prędzej czy później doprowadzimy do jego uszkodzenia.

Leczenie migreny epizodycznej polega, jak pani powiedziała, na przerywaniu napadu. Ale jest i leczenie mające na celu niedopuszczanie do napadów. Co to takiego?
To leczenie profilaktyczne, które polega na codziennym przyjmowaniu leków. Pacjenci często się tego boją, bo to między innymi leki przeciwpadaczkowe i przeciwdepresyjne. W powszechnej opinii „ogłupiają, otępiają, uzależniają”. Oczywiście, każdy lek może wywołać objawy uboczne, ale to nie chemioterapia choroby nowotworowej, szukamy więc odpowiednich leków dla konkretnego pacjenta, skutecznych i dobrze tolerowanych. Mamy w czym wybierać, jeśli odpowiednio je dobierzemy, będą pozwalały normalnie żyć.

Trudność polega na tym, że efektów nie widać od razu. Trzeba dojść do odpowiedniej dawki, co trwa kilka tygodni, następnie odczekać co najmniej miesiąc, by ocenić, czy leczenie działa, czy trzeba szukać innych środków.
Leczenie profilaktyczne jest obowiązkowe w przypadku dużej liczby napadów i w migrenie przewlekłej. Najlepiej zaczynać je wcześnie, gdy w ciągu miesiąca występują trzy, cztery, pięć napadów migreny. Później – to kiepska wiadomość – będzie ono mniej skuteczne, bo już mamy migrenę rozwiniętą, oporną na leczenie.

Czasem decyzja o leczeniu profilaktycznym to indywidualna kwestia. Powiedzmy, że ktoś ma jeden napad migreny w miesiącu. Można z tym żyć. Ale ten ktoś jest, dajmy na to, sędzią albo aktorem teatralnym. I musi przyjść na rozprawę albo wyjść na scenę, czy boli, czy nie. To, moim zdaniem, może być wskazaniem do włączenia terapii.

A jeśli działa, to jak długo trwa kuracja?
Co najmniej rok. Później możemy próbować odstawiać albo zmniejszać dawkę. To leczenie jest bezpieczne. Z kolei lekami, które z definicji przeznaczone są do stosowania przewlekłego, jak padaczka czy depresja – tu często terapia trwa do końca życia. Nie zawsze jest tak, że napady ustaną, ale będą zdecydowanie rzadsze albo krótsze, albo leki przeciwbólowe będą skuteczniejsze. Bo jedno drugiego nie wyklucza – jeśli w trakcie leczenia profilaktycznego mamy napad, możemy stosować leki przeciwbólowe.

Ale poza tabletkami mamy też inne możliwości?
Tak. Leczenie botoksem. Toksyna botulinowa jest skuteczna nawet u 50 proc. osób po pierwszym podaniu. Pierwsze efekty obserwujemy po dwóch tygodniach do miesiąca. Szybciej niż przy farmakoterapii. Pierwsze trzy dawki podajemy co 12 tygodni, potem w zależności od potrzeb raz na rok, pół roku lub co trzy miesiące.

Toksyna jest stosowana w medycynie estetycznej. Jaki jest jej mechanizm działania w leczeniu migreny?
Nie ma to nic wspólnego ze zmniejszaniem napięcia mięśniowego, co wykorzystuje się w medycynie estetycznej i w neurologii, w leczeniu dystonii. Tam rozłącza się nerw od mięśnia, tu wykorzystuje się przeciwbólowe działanie toksyny. Znamy kaskadę zdarzeń napadu migreny: z ośrodka bólu w głębi mózgu propagacja na obwód, na opony mózgowe i naczynia. Rozszerzenie naczyń i tak zwane neurogenne zapalenie naczyń powoduje ból. Tak jakby w środku mózgu rozpalało się nam powoli ognisko. Napad migreny wynika z pobudzenia nerwu trójdzielnego unerwiającego całą głowę, to główny nerw czuciowy, jego zakończenia wychodzą na skórę. Toksynę podajemy w okolice zakończeń nerwu trójdzielnego, żeby transportem wstecznym wzdłuż nerwu wyłączyć „generatorek bólu” w środku mózgu.

Dla kogo jest taka kuracja?
Toksyna jest zarejestrowana do leczenia migreny przewlekłej, uważa się też, że może być skuteczna w migrenie epizodycznej z dużą częstotliwością napadów. Leczenie botoksem jest bezpieczne, ma mało ograniczeń. Substancja działa miejscowo, nie wchłania się, a po 12 godzinach od podania jest rozkładana. Problem to niewłaściwe leczenie toksyną stosowane w wielu gabinetach. Na rynku istnieją co najmniej trzy toksyny i to są trzy różne leki. Tylko jedna – toksyna botulinowa typu A – zarejestrowana jest w leczeniu migreny. Podawać ją trzeba w określony sposób. To schemat PREEMP, od 155 do 195 jednostek – od 1,5 do 2 ampułek. Niestety, lekarze robią to według uznania, na przykład podają według schematu stosowanego w medycynie estetycznej, w złej, czyli zbyt małej, dawce. Albo stosują inny preparat. To rzadko bywa skuteczne, ale chory nie jest w stanie tego zweryfikować. Efekt: nie pomogło. I w świat idzie informacja, że botoks nie działa. Warto pytać lekarza o rodzaj preparatu i dawkę oraz o certyfikat umiejętności podawania toksyny, każdy z nas taki otrzymał.

Są jeszcze jakieś metody leczenia?
Przeciwciała monoklonalne. I jest to na dziś najskuteczniejsze. U osób z migreną stwierdzono w mózgu wysokie stężenie białka CGRP, a w momencie napadu migreny następuje jeszcze wyrzut tego białka. Przeciwciała monoklonalne blokują ten nadmiar. Zastrzyk podaje się raz w miesiącu. Pierwsze efekty są po dwóch tygodniach do miesiąca. Problemem jest cena.

Leczenie nie jest refundowane?
Żadne leczenie migreny nie jest refundowane. Ministerstwo Zdrowia odrzuciło właśnie wnioski. Argument: nie wiemy, ilu jest chorych, bo nie ma spójnych badań epidemiologicznych, migrena to choroba, „której nie da się zmierzyć”, trudno też ocenić skuteczność leczenia. A koszty są wysokie. Toksyna to 2–2,5 tysiąca złotych co 12 tygodni, przeciwciała – 2–3,5 tysiąca złotych co miesiąc. To za dużo dla przeciętnego pacjenta. Tymczasem w migrenie przewlekłej, „uzłośliwionej”, tak naprawdę nie ma innej terapii, bo leki są mało skuteczne.

Jak możemy sobie pomóc trybem życia?
Mózg migrenika to mózg uporządkowany. Lubi regularny sen, pobudki o jednej porze, regularne posiłki, unikanie pokarmów prowokujących napady, pilnowanie nawadniania organizmu. To pomaga, ale nie gwarantuje, że napadów unikniemy. Na początku leczenia wskazane jest prowadzenie dzienniczka. Zapisywanie, co się zjadło, co się wypiło, czy bolała głowa, ile czasu, jakie braliśmy leki, co się wydarzyło poprzedniego dnia. Są specjalne aplikacje, nie musimy notować w zeszycie. Możemy w ten sposób znaleźć prawidłowość, z której nie zdawaliśmy sobie sprawy.

Mózg migrenika możemy porównać do żarzącego się ogniska. Napad migreny to wybuch płomieni. W leczeniu chodzi o to, żeby jak najsłabiej się żarzyło. Bo jeśli żar jest duży, to nawet jedna gałązka może sprawić, że płomienie skaczą do góry. Każdy musi sam dojść do tego, co u niego jest tą gałązką.

Czy każdy lek przeciwbólowy jest w migrenie skuteczny?
Na jednych działa paracetamol, na innych ketoprofen, kwas acetylosalicylowy, ibuprofen czy naproksen. U niektórych skuteczny będzie paracetamol z kofeiną, u innych kofeina nasili ból. Kodeina przerywa napad, ale na dłuższą metę nie jest wskazana. No i są tryptany – mamy ich pięć. I nie jest tak, że jeśli dla kogoś jeden lek z tej grupy będzie nieskuteczny, to żaden nie zadziała. Trzeba wypróbować wszystkie.

Migreników przybywa?
Na pewno zaczyna się coraz więcej mówić o migrenie, więc nie wiadomo, czy przybywa chorych, czy precyzyjniej ich diagnozujemy. Nowe sposoby leczenia znane są od niedawna. I ciągle jeszcze funkcjonuje przekonanie: „Taka już pani/pana uroda”. To błędne myślenie. Migrenę trzeba leczyć.

Dr n. med. Anna Błażucka, specjalista neurolog, kierownik Instytutu Diagnostyki i Leczenia Bólu w Warszawie, zajmuje się między innymi leczeniem bólów głowy, polineuropatii, fibromialgii, bólów kręgosłupa.

  1. Zdrowie

Jak spożywać pestki i nasiona, żeby przyswoić z nich to, co najcenniejsze?

Terapia pestkowa może pomóc uregulować gospodarkę hormonalną i poprawić regularność cyklu menstruacyjnego. (fot. iStock)
Terapia pestkowa może pomóc uregulować gospodarkę hormonalną i poprawić regularność cyklu menstruacyjnego. (fot. iStock)
Pestki dyni są znane ze swojego działania przeciwpasożytniczego oraz pozytywnego wpływu na gospodarkę hormonalną kobiet. Wszystkie pestki są źródłem antyoksydantów oraz witamin, które mogą być cennym wsparciem zdrowia. Warto jednak pamiętać, że małe pestki, takie jak chia czy siemię lniane, nie są trawione przez nasz układ pokarmowy i po prostu przez niego przelatują, a ich rolą jest po prostu oczyszczenie jelit. Można je również zmielić, by cieszyć się większą ilością składników odżywczych, natomiast nie do końca jest to zgodne z naturą człowieka – pisze Iwona Wierzbicka, autorka książki „Jak wzmocnić odporność”.

Moczenie pestek

Moczenie nasion i pestek zaleca się ze względu na zawartość w nich kwasu fitynowego. Jest to antyodżywcza substancja, która odpowiada za chelatację, czyli wiązanie minerałów, takich jak: żelazo, magnez, wapń i cynk, co znacznie utrudnia ich wchłanianie przez organizm. Ta informacja może okazać się cenna dla osób, których dieta obfituje w nasiona oraz pestki. Przed zjedzeniem należy je namoczyć przez minimum 12 godzin. Rekomenduje się moczenie nasion w samej wodzie, lecz można także dodać do niej sok z cytryny, ocet jabłkowy lub sól, by przyśpieszyć neutralizację kwasu fitynowego. Nie musimy moczyć nasion, jeżeli dziennie spożywamy ich niewiele (20–30 gramów), ponieważ taka ilość kwasu fitynowego nie będzie negatywnie wpływała na nasz organizm. Wręcz przeciwnie, kwas fitynowy spożywany w umiarkowanych ilościach wiąże metale ciężkie, które zatruwają organizm.

Stosunek omega-3 do omega-6

Przy spożywaniu nasion i pestek powinniśmy pamiętać o dążeniu do prawidłowego stosunku kwasów tłuszczowych omega-3 do omega-6, który powinien wynosić 1:2 (maksymalnie 1:4, przykład wspomnianego już orzecha włoskiego). Jeśli sięgasz po pestki dyni, nasiona słonecznika oraz sezamu, a także wybierasz mąkę dyniową i inne tego typu alternatywne produkty, to zwiększasz spożycie wielonienasyconych kwasów tłuszczowych omega-6 o działaniu prozapalnym, co z czasem staje się niebezpieczne, bo może nasilić stany zapalne. Jedz pestki z umiarem!

Jak piszą Małgorzata Białek i Jarosława Rutkowska (Znaczenie kwasu γ-linolenowego w profilaktyce i terapii, „Postępy Higieny i Medycyny Doświadczalnej” 2015):

„Wyniki badań epidemiologicznych wskazują na wzrost zachorowań na nowotwory w populacjach, w których zwiększyło się spożycie kwasów z rodziny omega-6, co spowodowało podwyższenie stosunku kwasów omega-6 do omega-3. Zbyt duży udział kwasów z grupy omega-6 w diecie sprzyja powstawaniu głównie nowotworów jelita grubego, piersi i stercza. Wyjątkiem w tej grupie związków jest GLA (kwas gamma-linolenowy, frakcja antyzapalna kwasu omega-6), który działa hamująco na proces karcinogenezy (nowotworzenia). Kwas GLA znajdziemy na przykład w oleju wiesiołka czy ogórecznika”.

Nie praż pestek!

Prażenie, na przykład pestek dyni lub nasion słonecznika, lub smażenie na oleju lnianym, a także wykorzystywanie mąki dyniowej do pieczenia prowadzi do stanów zapalnych, choroby miażdżycowej, chorób nowotworowych oraz autoimmunologicznych. Tego typu produkty spożywcze nie nadają się do obróbki termicznej i należy korzystać z nich na surowo. Warto także pamiętać o przechowywaniu olejów roślinnych obfitujących w kwasy tłuszczowe omega-3 (na przykład olej lniany) w ciemnej butelce oraz w lodówce, co zapobiega ich utlenianiu.

Najzdrowszymi tłuszczami roślinnymi są tłuszcze nierafinowane. Należy je zawsze przechowywać w lodówce (wyjątek oliwa i olej kokosowy, mogą stać poza lodówką) i zużyć przed upływem terminu ważności.

Terapia pestkowa dla kobiet

Terapia pestkowa może pomóc uregulować gospodarkę hormonalną i poprawić regularność cyklu menstruacyjnego. Warto jednak pamiętać, że zdrowa gospodarka hormonalna jest zależna od wielu różnych czynników…

Terapia pestkowa

  • Od 1. do 15. dnia cyklu spożywaj pestki dyni i siemię lniane (po dwie łyżki, możesz zmielić).
  • Od 16. do 28. dnia cyklu jedz sezam i pestki słonecznika (po dwie łyżki, możesz zmielić).

Tę terapię stosuje się również w chorobach autoimmunologicznych, aby wyrównać estrogen i progesteron. Jeśli cykl jest nieregularny lub brak miesiączki, można zacząć przyjmować w dowolnym momencie, zaczynając od etapu pierwszego. Po etapie pierwszym następuje drugi i tak regularnie od 3 do 6 miesięcy.

Pestki dyni przeciw pasożytom

Dzięki zawartej w nich kukurbitacynie stają się naturalnym sprzymierzeńcem w walce z niechcianymi mieszkańcami naszego organizmu. Kukurbitacyna ponadto wykazuje działanie przeciwbakteryjne oraz przeciwnowotworowe. W pestce dyni znajduje się tuż pod łupiną, to ta zielona otoczka pestki. Najwięcej tej dobroczynnej substancji jest w pestkach świeżo łuskanych.

Jak przeprowadzić kurację u dzieci i dorosłych?

  • Przez dwa tygodnie zjada się garść świeżo łuskanych pestek dyni (u dzieci około 10–15 pestek lub wielkość ich garści).
  • Do tego powinno być kilka suszonych fig lub śliwek (chodzi o przyśpieszenie perystaltyki jelit).
  • Zamiennikiem pestek może być olej z pestek dyni tłoczony na zimno, dodaje się go do sałatek (nie wolno podgrzewać).

Badania naukowe dowodzą ponadto, że kukurbitacyna ma działanie redukujące stany zapalne w organizmie, wspomaga leczenie nowotworów, bóli stawów i cukrzycy. Ponadto blokuje działanie enzymu 5-alfa reduktazy, dzięki czemu ma oddziaływanie antyandrogenne. Pestki dyni i olej z nich może mieć zatem spektakularne zastosowanie w łysieniu androgennym kobiet i mężczyzn, jak również w PCOS i insulinooporności.

Fragment książki Iwony Wierzbickiej „Jak wzmocnić odporność”.