1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Zdrowie
  4. >
  5. Pigułka jak swatka

Pigułka jak swatka

123RF.com
123RF.com
Zobacz galerię 1 Zdjęcie
Mniej satysfakcji w łóżku, ale za to związek z partnerem bardziej stały – to cena stosowania pigułki hormonalnej.

Badania nad doborem płciowym u ludzi nabrały tempa w 1996 roku, gdy przeprowadzono tekst brudnego podkoszulka. Kobiety wybierały mężczyznę na podstawie zapachu niezmienianego przez dwa dni T-shirtu. Uczestniczki eksperymentu najczęściej wybierały tych panów, którzy mieli inny niż one zestaw genów układu zgodności tkankowej (MHC). Woń ciała, jak się okazało, zawiera bardzo dużo informacji kluczowych w ocenie partnera z punktu widzenia „jakości” przyszłego potomstwa. Odmienne geny MHC rodziców zapewniają dziecku długie i zdrowe życie. Taka reguła panuje wśród laboratoryjnych gryzoni i na jej podstawie można przypuszczać, że podobnie dzieje się u ludzi. Im większa zmienność genetyczna partnerów, tym większe szanse na udane dzieci.

Od tego czasu w wielu laboratoriach na świecie prowadzone są badania różnych czynników wpływających na to, kto komu rzuca się w ramiona. Wiadomo już, że kobiece preferencje zmieniają się w rytmie cyklu miesięcznego, sterowanego hormonami płciowymi. Gdy kobieta znajduje się w fazie płodnej, pociągają ją mężczyźni męscy, o wysokim poziomie testosteronu i ze skrajnie różnymi genami MHC. Natomiast pod koniec cyklu jest bardziej skłonna wybrać mężczyznę o genotypie podobnym do jej i niższym poziomie testosteronu. To dlatego, że w podczas owulacji kobieta podświadomie szuka najlepszego ojca z biologicznego punktu widzenia, a gdy płodne dni się kończą – zamiast macho woli typ opiekuńczego tatusia, który zapewni jej wsparcie i bezpieczeństwo (na wypadek, gdyby już była w ciąży).

Tę regułę zakłóca hormonalna pigułka antykoncepcyjna, która zaburza naturalny cykl miesięczny, utrzymując organizm w stanie pozorowanej ciąży. Konsekwencją jej stosowania będzie także zmiana kryteriów, którymi kobieta kieruje się w wyborze partnera.

Tyle tytułem wstępu, niezbędnego dla pełnego wyjaśnienia doświadczenia, które przeprowadził Craig Roberts ze . Badał, jaki wpływ na stałość związku ma pigułka antykoncepcyjna, przeprowadzając sondaż wśród 2519 kobiet ze Stanów Zjednoczonych, Czech, Wielkiej Brytanii i Kanady, które miały już co najmniej 1 dziecko.

Uczestniczki eksperymentu oceniały ogólną satysfakcję ze związku oraz intensywność seksualnych przeżyć, a także atrakcyjność partnera obecnego lub poprzedniego ( o ile były samotne). 1005 kobiet stosowało antykoncepcję hormonalną w momencie poznania swojego partnera, zaś 1514 zabezpieczało się przed ciążą w inny sposób. Okazało się, że te, które zażywały pigułkę były zwykle mniej usatysfakcjonowane seksualną stroną życia, ale wyżej oceniały pozostałe aspekty związku. Co ważne, ich związki trwały dłużej, średnio o dwa lata.

Jaki stąd wniosek? Odstawienie pigułki na kilka miesięcy przed ślubem pomoże wsłuchać się w to, co mówi ciało i mieć potem udany seks. Ale każdy kij ma dwa końce!

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Seks

Gdy w związku nie ma chemii…

Seksuolodzy odkryli, że techniki stosowane w terapii par, mające na celu poprawę komunikacji w związku, w dużym stopniu przyczyniają się do zaniku pożądania. Jak utrzymać jedno i drugie? (fot. iStock)
Seksuolodzy odkryli, że techniki stosowane w terapii par, mające na celu poprawę komunikacji w związku, w dużym stopniu przyczyniają się do zaniku pożądania. Jak utrzymać jedno i drugie? (fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Ogień w stałym związku czasami ledwo się tli, a niekiedy nawet przygasa. Jak go podsycić na nowo? Jak przywrócić wewnętrzny płomień i poczuć pożądanie?

Zakochałam się w instruktorze jogi – opowiada Marzena. – On jest taki... charyzmatyczny, silny i delikatny, a jednocześnie tajemniczy. Wiem, że biorąc pod uwagę mój wiek, to żenujące, ale kiedy on poprawia moją pozycję w trakcie ćwiczeń, w moim brzuchu budzi się ogień. W zeszłym tygodniu, kiedy kochałam się z mężem, wstyd przyznać, ale fantazjowałam o Marku. Co się ze mną dzieje?!

Ogień w dole brzucha, trzepocące motyle pod pępkiem, ciepło w okolicy serca – to energia seksualna, zwana pożądaniem. Potężna siła, paliwo nie tylko naszych cielesnych doznań, ale także pasji, kreatywności i sił witalnych. Zwykle budzi się tylko na chwilę, pod wpływem spojrzenia, tembru głosu, dotyku czy fantazji. I tak oto kobieta wpada w ramiona mężczyzny, który jest sprawcą i adresatem jej pożądania. Jest przekonana, że gwarantuje to namiętność w sypialni. Ale mijają lata, chemia znika, a ogień w brzuchu gaśnie jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Ona jest rozczarowana, być może obwinia partnera, że to on rozpalił jej ogień, a teraz go zgasił. A jeśli nie on, to kto? Szuka kolejnych winowajców: codzienne problemy, rutyna w sypialni, jej „oponka” na brzuchu albo jego nowa sekretarka.

Kiepska para

Seks potrzebuje namiętności, ekscytacji i przygody. Odległość, nowość, niebezpieczeństwo i władza to główni sprawcy zastrzyku dopaminy (hormonu ekscytacji) w ośrodku nagrody w mózgu. Dopóki jesteście w związku na odległość, a wasze intymne zbliżenia są prawdziwym świętem, namiętność i szaleństwo goszczą w waszej sypialni, ale... pewnego dnia pojawia się chęć bycia razem, zasypiania i budzenia się we wspólnym łóżku – i oto mamy pierwszego zabójcę pożądania.

Seksuolodzy odkryli, że techniki stosowane w terapii par, mające na celu poprawę komunikacji w związku, w dużym stopniu przyczyniają się do zaniku pożądania. Bezpieczeństwo, stałość, przewidywalność, regularność kontaktów i wygoda skutecznie zabijają namiętność. Jak sama nazwa wskazuje – bezpieczeństwo i ogień nie idą ze sobą w parze.

Monika zgłosiła się do psychologa, kiedy jej partner przestał inicjować seks. – On mnie już nie pragnie, a może ma inną? – zastanawiała się zrozpaczona. Okazało się, że najpierw to ona przestała chcieć, ale zgadzała się na seks „dla niego” i dla „dobra związku”. Niestety, mężczyźni często są świadomi prawdziwego zaangażowania kobiet w łóżku. Na początku partner próbował zadowolić Monikę, ale im bardziej się starał, tym bardziej ona traciła zainteresowanie, a on czuł się coraz bardziej odrzucony. Od miesiąca się nie kochali.

Wojtek i Iwona poznali się w pracy. Szef i sekretarka to klasyka biurowych romansów. I wiek nie odgrywa tu roli. Po prostu: on miał władzę, a ona go uwodziła. Ten namiętny romans miał swój finał przed ołtarzem, ale ich bajka nie skończyła się zdaniem: „I żyli długo i szczęśliwie”. Już miesiąc miodowy nie był tak namiętny jak seks na dyrektorskim biurku. A kiedy urodził się ich syn, miesiącami się nie kochali. I tu kłania się freudowskie tabu kazirodztwa. Jeśli para kocha się jako mąż i żona albo mama i tata – namiętność ucieka, gdzie pieprz rośnie. W seksie trzeba być mężczyzną i kobietą – kochankami, a nie przyjaciółmi, rodzicami czy małżonkami.

Dlatego jeśli w związku stawiacie przede wszystkim na stabilność, przyjaźń i zaangażowanie, zapominając o wzajemnej atrakcyjności seksualnej, chemia między wami zamieni się w ciepłe, domowe bambosze.

Ogniu płoń

Gdybym miała magiczną zapalniczkę do rozpalania ognia w sypialniach moich pacjentów, z przyjemnością bym ją podarowała tym wszystkim, którzy rozstają się z powodu braku seksu, żyją w tzw. białych związkach nie z wyboru, ale z konieczności, albo ranią się nawzajem, szukając spełnienia poza związkiem. Póki co polecam wszystkim, jako lekturę do poduszki, wiersze miłosne Pabla Nerudy, na przykład ten ze zbioru „Dwadzieścia wierszy o miłości i jedna pieśń rozpaczy”:

„Nie jesteś do nikogo podobna, od kiedy cię kocham. Pozwól, bym cię położył między wieńcami z żółtych kwiatów. Kto pisze twoje imię literami z dymu wśród gwiazd Południa? Ach, pozwól, bym cię wspominał, jaką byłaś wtedy, kiedy nie istniałaś jeszcze”.

Ten chilijski poeta erotyzował swoją żonę na wiele sposobów. Wychwalał pod niebiosa albo uprzedmiotawiał fizycznie (w poezji), a jednocześnie żarliwie kochał. Dzięki temu zapewniał sobie i swojej żonie bezpieczeństwo i namiętność w związku.

Przeciwnikom poezji polecam kilka innych rad, niby powszechnie znanych, ale rzadko stosowanych:

Weź odpowiedzialność za swoje pożądanie. To ty, a nie twój partner, trzymasz w rękach zapałkę do rozpalenia ognia w swoim brzuchu. Ty wiesz, co cię podnieca, jakie pieszczoty sprawiają ci przyjemność, a co na ciebie nie działa. Odkryj to, a potem podziel się tym z ukochanym. Mężczyzna lubi, kiedy kobieta wie, na co ma ochotę, i o to prosi. Świadomość własnych pragnień da ci siłę.

Pielęgnuj swój naturalny erotyzm. Zamiast koncentrować się na tym, aby być pożądaną, bądź atrakcyjna przede wszystkim dla samej siebie.

Pamiętaj, że satysfakcjonujący seks to o wiele więcej niż orgazm. To proces, zmysłowy taniec, dynamika między dwojgiem ludzi, magiczny rytuał zaczynający się na długo przed wejściem do sypialni. Uwodzicie się poza sypialnią? Jak zwykle zapraszacie się do łóżka? Może pora coś zmienić?

Nie zapominaj o tym, że każdy zmienia się w trakcie związku. Wiele par, które trafiają do mnie, zaczynało związek jako chłopiec i dziewczynka, albo jedno z nich było mniej dojrzałe od drugiego. Minęły lata, oboje dorośli, a ich seksualny rytuał nadal jest niezmienny. A tymczasem ona – dziś dojrzała kobieta, chce innego seksu. Albo on dość ma kochania się z dziewczynką. Choć na co dzień dobrze im razem, nie wierzą, że mogą od siebie dostać nawzajem to, czego potrzebują na obecnym etapie życia.

Dbaj o to, by wasz seks był urozmaicony. I nie chodzi tu jedynie o doskonalenie się w nowych technikach czy kupowanie erotycznych gadżetów. Inaczej chcesz być zapraszana do sypialni, kiedy miałaś zły dzień i potrzebujesz bliskości, a inaczej kiedy budzi się w tobie zwierzęcy instynkt i pragniesz ostrego seksu. Ale skąd twój partner ma o tym wiedzieć?

Przekształcanie lęku w fantazje erotyczne

Co czujesz w tej chwili na myśl o partnerze? Może boisz się, że go utracisz albo czujesz niechęć? Jakie reakcje w ciele dostrzegasz na myśl o tym? Na przykład ucisk w żołądku. Spróbuj to doznanie przekształcić w coś przyjemnego, np. wzmacniaj ucisk, aż poczujesz przyjemne ciepło rozlewające się w żołądku. Możesz dotknąć ręką tego miejsca, pomasować je, lekko ucisnąć. Teraz dodaj temu odczuciu odrobiny erotyzmu, np. wzmocnij doznanie ciepła, aż poczujesz ogień albo przyjemne dreszcze.

  1. Psychologia

Miłość po czterdziestce. Jak kochać dojrzale?

Między czterdziestką a pięćdziesiątką przestajemy stosować tyle mechanizmów obronnych co kiedyś, więc nasze przeżycia emocjonalne stają się głębsze i harmonijne. (Fot. iStock)
Między czterdziestką a pięćdziesiątką przestajemy stosować tyle mechanizmów obronnych co kiedyś, więc nasze przeżycia emocjonalne stają się głębsze i harmonijne. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 1 Zdjęcie
Niedojrzała miłość mówi: „Kocham cię, ponieważ cię potrzebuję”. A dojrzała „Potrzebuję cię, bo cię kocham”. I mimo, że to właśnie ta druga ma szansę głęboko uszczęśliwić, jest rzadsza. By mogła się narodzić, wymaga bagażu życiowych doświadczeń, odwagi  i siwego włosa. Przynajmniej jednego.

Niedojrzała miłość mówi: „Kocham cię, ponieważ cię potrzebuję”. A dojrzała „Potrzebuję cię, bo cię kocham”. I mimo, że to właśnie ta druga ma szansę głęboko uszczęśliwić, jest rzadsza. By mogła się narodzić, wymaga bagażu życiowych doświadczeń, odwagi  i siwego włosa. Przynajmniej jednego.

Można spotkać ich w miejskim parku. Zawsze zagadani na ławce. Trzymają się za ręce, uśmiechnięci, z błyskiem w oku. Beata ma 48 lat, dorosłe dzieci. Mąż? W 2000 roku wyszedł po papierosy i nie wrócił, więc ona nie musi już nikomu gotować. Rozwinęła skrzydła, intelektualnie, towarzysko. On – przeciętnej urody, elegancko ubrany. W małżeństwie wytrzymał trzy lata. Sparzył się. W związki wchodził na krótsze dystanse. Nieufnie. Wyjechał na placówkę, zarobił, postawił dom. Po pięćdziesiątce się zakochał. Nie w długonogiej studentce, ale w Beacie. Tych dwoje wie dobrze, jak smakuje dojrzała miłość. I szczęście. Ale nie wie tego 46-letnia Justyna. Ładna, zgrabna. Do parku przychodzi z wnukami. Odkąd sześć lat temu została babcią, świata poza nimi nie widzi. A nawet gdyby chciała zobaczyć, to „czy wdowie wypada?”. Wchodziła kiedyś na portale randkowe 40+ i oglądała kandydatów. Gdy w domu przy bitkach bąknęła, że może ułoży sobie życie, córce wypadł widelec z dłoni. Była zniesmaczona. Justyna dała spokój.

Nie brakuje współcześnie dojrzałych kobiet podobnych do Beaty – śmiało wchodzących w związki. Inne żyją jak Justyna. Nieliczne. Choć ćwierć wieku temu była ich większość. Obyczajowa zmiana?…

…Ba! Rewolucja

W nadziei na prawdziwą miłość według badań rozchodzi się dziś koło czterdziestki co trzecia para. A 30 lat temu rzadko która. W Internecie mnożą się przeznaczone specjalnie dla dojrzałych portale randkowe. Także dla poszukujących przelotnej znajomości, którzy wolą wieść wygodne życie singla. A i dla tych, co dopiero w średnim wieku dojrzewają do stałej relacji. W pojedynkę żyje dziś 26 proc. Polaków przed czterdziestką! Co potem? Wybierają różne opcje. Nawiązują erotyczne znajomości, wchodzą w stałe związki lub zawierają małżeństwa. To wszystko sprawia, że rynek randkowo-matrymonialny 40 i 50+ kwitnie dziś jak nigdy.

– Poszukująca czy zakochana osoba z wypiekami na twarzy i półwieczną metryką w kieszeni to dziś norma – twierdzi psycholog Monika Osakiewic. – Od czasów programu TV „Rolnik szuka żony” randkowanie w słusznym wieku zostało nawet upublicznione. Amory dojrzałych nikogo już nie dystansują.

A jeszcze 15 lat temu amerykańska doktor ekonomii Sylvia Ann Hewlett w artykule „...The Myth that Having It All” napisała: „Prawdopodobieństwo, że kobieta po czterdziestce znajdzie partnera na życie, jest takie, jak to, że zginie w zamachu terrorystycznym”. Przepowiadała, że pustka i samotność będą karą dla kobiet za ich emancypację. Dodatkowo szwajcarski socjolog Hans Hoffmann wieszczył, że 40-latki z Europy Środkowej, włączając tych z Polski, obarczeni będą w XXI w. skutkami ustrojowej transformacji. Wypaleniem, nałogami, niezdolnością do tworzenia więzi. Ale rzeczywistość okazała się inna. „Wielkimi krokami zmierzaliśmy w kierunku społeczeństwa singli żyjących w obdartym z ludzkich uczuć imperium wolności, a tu… zaskoczenie. Miłość wygrała” – pisze Hoffmann. Pokolenie 40-letnich Europejczyków zaczęło się bowiem zachwycać codziennością. Potwierdzają to także polskie sondaże. Nasza satysfakcja z życia skacze w górę tuż po przekroczeniu jego półmetka.

Skąd czar w dojrzałym związku?

Francuska aktorka Jeanne Moreau żartowała w wywiadach, że starość nie chroni przed miłością. Za to miłość potrafi ochronić przed starością. O tej ostatniej nie możemy dziś mówić w przypadku 40-latki. Jednak gdy Moreau była w takim wieku, uważano go za stateczny. W dobrym tonie było przyjmować role babć, mentorów, osób wspierających innych, poświęcających się idei. Dziś niekoniecznie stawiamy je na pierwszym miejscu.

Ewa, menedżer artystów, ma 52 lata. Nigdy jeszcze spotykanie się z mężczyznami nie sprawiało jej tyle frajdy. – Dawniej szukałam ojca dla dzieci, bo zegar biologiczny tykał. I to było kryterium nerwowych wyborów – opowiada. – Czy zapewni bezpieczeństwo, zarobi na gniazdo, poświęci czas dzieciom. Dziś mnie to nie obchodzi. Cenię w mężczyznach nutę szaleństwa, szerokie horyzonty, poczucie humoru, gust.

– W pewnym wieku perspektywa radykalnie się zmienia i randkujesz wyłącznie dla przyjemności. Bez obciążeń. Nie ścigasz się z czasem, nie gonią cię społeczne powinności. Jesteś na tyle dojrzała, by wiedzieć, gdzie znajdować szczęście – mówi 43-letnia Klaudia, specjalistka ds. logistyki. – 40-latki mają grubszą skórę, trudniej zrastają się w jedno z ukochaną osobą, dzięki czemu łatwiej im respektować jej granice. A uszanowanie suwerenności to warunek dobrego pożycia.

Psycholog wspomagania rozwoju Przemysław Staroń z Uniwersytetu SWPS w Sopocie potwierdza, że dopiero po czterdziestce mamy szansę stworzyć dojrzały związek. Uczonych utwierdziło w tym odkrycie fenomenu mądrości.

– Tkwiliśmy w przekonaniu, że umysł rozwija się do pewnego wieku. Potem funkcjonujemy na podobnym poziomie, by koło pięćdziesiątki zacząć tracić sprawność intelektu – mówi. – Współczesne badania wywróciły ten pogląd do góry nogami. Bo umysł rozwija się nieprzerwanie do późnej starości, wyposażając nas w zasoby, o jakich młodsi mogą pomarzyć.

Szwajcarska psycholog prof. Gisela Labouvie-Vief zaobserwowała w badaniach u osób po 45. roku życia osiem cech tzw. myślenia postformalnego, które przekłada się m.in. na większą zdolność do tworzenia szczęśliwych miłości. Potrafimy sprawnie godzić konflikty między potrzebami własnymi a drugiej osoby. Znika lęk przed wykraczaniem poza schematy, stajemy się więc bardziej elastyczni, ciekawsi innych i tolerancyjni. Tym bardziej że stosujemy różnorodne kryteria oceny, wynikające z doświadczenia i wiedzy. Nic nie jest jednoznaczne. Zachowujemy się autentycznie, czym wzbudzamy zaufanie partnera. Ma on szansę poczuć się przy nas bezpieczniej. Ale na tym nie koniec.

Między czterdziestką a pięćdziesiątką przestajemy stosować tyle mechanizmów obronnych co kiedyś, więc nasze przeżycia emocjonalne stają się głębsze i harmonijne. Nie przypisujemy innym tego, co tak naprawdę tkwi w nas, biorąc odpowiedzialność za własny stan ducha. Nie obarczamy nim partnera. Nasz język – bogatszy i żywszy – pozwala atrakcyjniej pokazać nasz wewnętrzny świat. Umiemy pogodzić pozorne przeciwieństwa. Nie mówimy już: „On nie zadzwonił, więc mnie nie kocha”. Jesteśmy w stanie uznać jednoczesne istnienie miłości i braku telefonu. Powiemy: „Kocha. Nie zadzwonił. Powodów może być wiele”. Smutek innych przestaje nas obciążać. Wykazujemy przy tym większe zrozumienie cudzych problemów. Czyż to nie wymarzony potencjał na wspólne życie?

A co z seksem?

O życiu erotycznym 40-latek krążą stereotypy, które na ogół wyprowadzają kobiety z równowagi. – Nie znoszę pytań, w jakim wieku jest mój partner. I czy dobił już do trzydziestki. To tak jakby czymś niezwyczajnym było pragnienie spotykania się z równolatkiem, który ma takie same zmarszczki, łóżkowe doświadczenie – wyznaje Beata. – Przecież kuguarzyce polujące na młode ciała to garstka. Kobiety 40+ pragną erotyki na poziomie zaawansowanym. Bo dopiero teraz mają seks wolny od oczekiwań, lęków, powinności. Seks jest rozrywką.

– W wieku 50 lat spotkałam swojego najlepszego kochanka. Lat 55. Zdziwiłam się, sięgając „Intymnie...” Izdebskiego i Wiśniewskiego. Przeczytałam, że przekwitające panie cierpią na suchość pochwy, radykalnie spada im libido, a wargi sromowe, delikatnie mówiąc, bo nie odważę się zacytować dosłownie, stają się nieładne – burzy się Ewa. – Uprawiam seks codziennie i nie dostrzegłam tych symptomów. Mam wrażenie, że wciąż pruderyjny świat próbuje wepchnąć dojrzałe kobiety w fałszywe schematy i kastrować je. Z kolei dzieci bulwersują się na wieść o namiętnościach rodziców, twierdząc, że im odbiło. Bo nie pomagamy przy wnukach. Bo powinnyśmy być poważne.

Na łamach pisma medycznego „Urology” opublikowano badania, z których wynika, że w krajach rozwiniętych seks kilka razy w tygodniu uprawia połowa mężczyzn w wieku 40–80 lat. A kobiety? Po czterdziestce odczuwamy zdecydowanie większe pożądanie. Mimo że zdarza się nam narzekać, że ciało już nie takie, to mniej się go wstydzimy niż 20-latki. Mamy też bardziej wybujałe fantazje.

– Nie skupiamy się na karierze, jesteśmy wypoczęte, a dzieci odchowane. Otwiera się przestrzeń – mówi specjalistka od edukacji seksualnej, psychoterapeutka Violetta Nowacka. – Seks podporządkowany jest wyłącznie przyjemności, co zwiększa naszą zdolność do rozkoszy. Co prawda mniej mamy kobiecych hormonów, ale do głosu dochodzi testosteron, podkręcając nasze żądze. Rozkwit doznań w okolicach pięćdziesiątki nie należy do wyjątków.

To dobrze, biorąc pod uwagę teorię niemieckiego lekarza Gerda Jansena. Jego zdaniem seks ma decydujący wpływ na zdrowie, spowalnia procesy starzenia i podnosi odporność. Po przekroczeniu życiowego półmetka bywa ważniejszy niż sport. – Jednak na tyle to wciąż wstydliwe, że lekarz w przychodni szybciej zapyta nas o częstość wydalania stolca niż uprawiania seksu – żali się Ewa. – Można się załamać.

Chęci większe niż efekt

Coraz więcej par w średnim wieku publicznie trzyma się za rękę, całuje, coraz większa jest też otwartość dojrzałych kobiet na miłość. Stajemy się proaktywne w poszukiwaniu partnera, o czym świadczą m.in. tysiące profili randkowych na portalach 40+, istniejących w polskim Internecie dopiero od kilku lat.

– Emocjonalno-intelektualne zasoby do stworzenia dobrego związku zwiększają się, rośnie też jego pragnienie. Nie zawsze jednak przekłada się to na skuteczność tworzenia więzi – uważa Monika Osakiewicz. – Nie chcemy odsuwać się od nurtu życia, pragniemy rozwinąć skrzydła. Ale decyzjami o łączeniu się w pary często rządzi lęk. Im bardziej konsumpcyjny styl życia, tym większa obawa przed samotnością. Uzależniamy się od komunikatorów, tracimy kompetencje duchowe. A im więcej lęku i mniej intuicji, kontaktu z własnym wnętrzem, tym mniejsza szansa na zbudowanie czegoś prawdziwego.

Jak sprawdzić swoją zdolność do miłości po czterdziestce? Zdaniem psycholożki związki mylą się nam z wzajemnym zaspokajaniem potrzeb. Wystarczy uczciwość wobec siebie. Warto zatrzymać się w ciszy i poczuć ciało. Posłuchać go. Lęk poczujesz w nim inaczej niż miłość. Zadaj sobie pytanie: Dlaczego chcę związku? I poczekaj, aż popłyną odpowiedzi. Jeśli chcesz dostać od drugiej strony coś, czego nie masz, rządzi tobą strach. Jeżeli posiadasz tak dużo, że chcesz się tym dzielić, jest duża szansa na szczęście we dwoje.

Jednak są tacy, jak np. psycholog prof. Augustyn Bańka z Uniwersytetu SWPS w Sopocie, którzy twierdzą, że po czterdziestce czy pięćdziesiątce…

…nie czas na namiętną miłość

Tak dużo się zmieniło, a zarazem nie zmieniło się nic. Bo z jednej strony wydłuża się nasze życie, a granice pomiędzy poszczególnymi jego fazami się zacierają. Nie potrafimy ich rozpoznawać. Z drugiej strony – wchodzenie w kolejne etapy życia jest nieuchronne.

– Współcześnie można być młodym, mając sześćdziesiątkę, a i starym po trzydziestce. Przynależność do grupy matek, randkujących podlotków czy statecznych mentorów nie zależy już od metryki. Dawniej społeczeństwo poddawało się kulturze, ale straciła ona moc porządkującą koleje losu. Jesteśmy zagubieni – twierdzi prof. Bańka. – Chcemy czasem przymknąć oko na prawa psychicznego rozwoju, jednak zawsze przyjdzie czas, w którym beztroskę wyprze odpowiedzialność. Czas, w którym opieka nad potomstwem czy poszukiwanie możliwości wyrażenia siebie wezmą górę nad pragnieniem spełnienia w miłości. I pojawi się moment, w którym szczęście odnajdziemy, odsuwając się od nurtu życia. W miejsce, którym rządzi refleksja, zaduma, obserwacja rzeczywistości i zachwyt nad nią. Inne wino wtedy smakuje, inne auta wpadają w oko. Oczywiście, można być pełnym wigoru, skończywszy 45 lat, i inwestować go w sferę miłosnych wrażeń. Ale po co?

Socjolog węgierskiego pochodzenia Frank Furedi nazwał współczesność cywilizacją infantylizmu, w której przez większość życia zaspokajamy własne ego. – I zamiast po osiągnięciu wieku średniego poczuć harmonię, popadamy w rozpacz – wyjaśnia profesor. – Naszymi pragnieniami często kieruje bowiem desperacja. A dojrzała miłość rządzi się całkiem innymi prawami.

Jakimi? Zakochana Klaudia uważa, że w pewnym wieku piękno nosimy już tylko w sobie. Ale ma szansę się uzewnętrznić, gdy poruszy je w nas miłość. – Dlatego jesteśmy do niej stworzeni. W każdym wieku i na wszelkich zasadach – twierdzi. W obronie związków 40+ staje też Ewa: – Relacje to rozwój, do którego mamy wieczne prawo.

Nawet sam słynny psycholog prof. David Buss stwierdził: „Po latach badań nad ewolucją miłości, która ma przedłużyć gatunek, przyznaję, zdarza się w każdym wieku. I ilu teorii byśmy o niej nie snuli, wymyka się wszelkim regułom”.

  1. Zdrowie

Tężyczka - choroba życia w biegu, napięcia i przerostu ambicji

Pacjentów z tężyczką przybywa, zwłaszcza w czasie pandemii - to efekt życia w stresie. 
(Fot. iStock)
Pacjentów z tężyczką przybywa, zwłaszcza w czasie pandemii - to efekt życia w stresie. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 1 Zdjęcie
Objawy są nieprzyjemne – skurcze mięśni. Bywa, na szczęście rzadko, niebezpieczna, może nawet zagrażać życiu. W dodatku trudno się ją diagnozuje. – Tężyczka jest trochę przez lekarzy pomijana. Część w nią wierzy, część nie do końca – mówi neurolog dr Katarzyna Toruńska, zajmująca się tą chorobą.

Kilka lat temu moja przyjaciółka, mieszkająca wtedy w Londynie, zaczęła odczuwać dziwne objawy. Najpierw mrowienie rąk. Potem nóg. Doszły do tego skurcze mięśni. Majka, przestraszona, poszła do lekarza. Ten zaczął przeprowadzać diagnostykę w kierunku stwardnienia rozsianego. Pamiętam, jak dzwoniła do mnie w panice. Na szczęście szybko okazało się, że to nie SM. Więc co? – Wyobraź sobie, mam tężyczkę – powiedziała.

Czym jest ta choroba?

– Właściwie to zespół objawów – mówi neurolog dr Katarzyna Toruńska. – Niecharakterystycznych, z różnych grup. Wynikają z nadpobudliwości błony nerwowo-mięśniowej, a to z kolei powodowane jest różnego rodzaju niedoborami tkankowymi. Głównie niedobory dotyczą magnezu i potasu a także witaminy D – jeżeli mówimy o tężyczce utajonej. Ten zespół objawów jest bardzo uciążliwy. Trzeba szukać, co jest jego źródłem w przypadku konkretnego pacjenta.

Czy łatwo tężyczkę zdiagnozować? – Bardzo trudno, niestety. Bo przyczyn może być dużo. Od psychicznych, psychogennych, poprzez gastrologiczne, endokrynologiczne diabetologiczne, przyjmowane leki, nieprawidłową dietę. Diagnoza nie jest prosta, ale staramy się mieć swoje schematy w diagnostyce, żeby pacjentowi pomóc, żeby znaleźć przyczynę tych dolegliwości – tłumaczy dr Toruńska. – Zwykle na początku rzeczywiście sprawdzamy, czy to nie stwardnienie rozsiane. Robimy rezonans mózgu, żeby je wykluczyć, choć w tej chorobie przebieg jest jednak inny. Tężyczka nie daje objawów konkretnego zespołu neurologicznego, trzeba wykonać podstawowe badania, żeby SM wykluczyć i dalej szukać przyczyny, źródła. Zwykle to źródło znajdujemy.

Mogą to być na przykład choroby tarczycy, nadczynność, niedoczynność, Hashimoto. Choroby przewodu pokarmowego, wszelkiego rodzaju nietolerancje pokarmowe, na gluten, na laktozę. Są pacjenci po zapaleniu błony śluzowej żołądka, tacy, którzy bardzo długo przyjmują inhibitory pompy protonowej (IPP), zaburzające wchłanianie pierwiastków i witamin. Bywa to też niewykryta insulinooporność albo monodiety, często wyniszczające organizm. Także niektóre leki oraz, oczywiście, wszelkie używki.

Zwykle tężyczka sama w sobie nie jest chorobą, a efektem innych chorób. Choć, jak tłumaczy dr Toruńska, jest taka jednostka jak hipomagnezemia rodzinna, gdzie tężyczka jest pierwotna, bo mamy tu jedną przyczynę – genetyczną. Ale to się zdarza niezwykle rzadko.

Tężyczka - do kogo po pomoc

Żeby jeszcze bardziej sprawę skomplikować, trzeba powiedzieć, że tężyczki są dwie: jawna i utajona. Endokrynolodzy zajmują się tężyczką jawną, czyli wapniową, pojawiającą się (oczywiście nie zawsze) po operacjach tarczycy, przytarczyc, przy chorobach tarczycy, kiedy są duże niedobory wapnia. Ta postać tężyczki jest bardziej niebezpieczna, czasami nawet zagrażająca życiu – występują tu bardzo silne skurcze, może – przy gwałtownych spadkach wapnia – dojść do skurczu głośni, utraty przytomności.

Neurolodzy leczą tężyczkę utajoną. Łagodniejszą w przebiegu, choć trudniejszą do wykrycia. Pojawiają się mocne samoistne skurcze mięśni, ale może je wywołać zewnętrzny bodziec. – Choćby hiperwentylacja – czyli szybkie, głębokie oddychanie. Zaburza się wtedy równowaga kwasowo-zasadowa i dochodzi do utraty pierwiastków, głównie magnezu, z tkanek. Każdy mówi: jak się boisz, to głęboko oddychaj. No właśnie nie. Wtedy się pogarsza, zamiast poprawiać – tłumaczy dr Toruńska.

Nieprawidłowe oddychanie może być pogłębiane przez stres. Na początku, kiedy jeszcze nie wiemy, co nam dolega, a objawy są niepokojące, można się porządnie przestraszyć. Czasem pojawiają się bóle w klatce piersiowej, czasem duszności, a razem z tym nakręca się spirala lęku.

Wydawałoby się, że skoro przyczyną tężyczki utajonej są niedobory magnezu, potasu i witamin, wystarczy zrobić badanie krwi, żeby wykryć chorobę.

– Nie jest to takie proste – mówi dr Toruńska. – Ja się zajmuję tężyczką utajoną, tu pacjenci mają zwykle prawidłowy poziom wapnia czy parahormonu, a z kolei niski magnezu czy potasu. Jednak na ogół w badaniu krwi te pierwiastki nie wychodzą nieprawidłowo, bo organizm dąży do homeostazy – krew więc wygląda dobrze, ale kosztem tkanek. Mamy już na szczęście możliwość wykonania badań na poziom magnezu w erytrocytach, to najbardziej wiarygodnie pokazuje, co dzieje się w tkankach, nadal jednak mamy trudności w oznaczeniu poziomu magnezu zjonizowanego, a to jest frakcja aktywna, więc nawet to badanie w erytrocytach jest badaniem tylko pośrednim.

Tymczasem pacjentów z tężyczką przybywa. Z czego to wynika? – Ze stylu życia. Z biegu, pędu, permanentnego braku czasu, braku możliwości czy chęci skomponowania odpowiedniej dla siebie diety – tłumaczy dr Toruńska. – Ludzie się nie badają, mówią, że źle się czują, że mrowienie, skurcze, w reklamach słyszą, że niedobór magnezu, więc łykają suplementy, które nie działają… I kolejny znak naszych czasów, czyli żywność wysokoprzetworzona, z dużą ilością fosforanów, które blokują wchłanialność magnezu. Jest też dużo produktów, które ten magnez wypłukują, a których na co dzień nadużywamy. Kawa, cola, mocna herbata, napoje energetyzujące, alkohol, używki, a nawet niektóre leki. A leki przecież ludzie przyjmują, bo muszą, wszystko to powoduje, że mamy ujemny bilans magnezu czy potasu w organizmie W tkankach.

Oczywiście byłoby idealnie, gdyby pacjenci razem z receptą na leki blokujące wchłanianie magnezu dostawali od lekarza informację, że powinni ten magnez uzupełniać. Jednak dr Katarzyna Toruńska mówi, że tak, niestety, dzieje się rzadko: – Tężyczka jest trochę przez lekarzy pomijana. Część w nią wierzy, część nie do końca. Twierdzą, że każdy, kto się zhiperwentyluje i zrobi próbę tężyczkową, ta wyjdzie dodatnia. Co jest nieprawdą. My 20 lat temu też nie wiedzieliśmy, że jak będziemy podawać inhibitory pompy protonowej, żeby pacjent nie krwawił z wrzodów żołądka, to za jakiś czas się okaże, że chory ma niedobory. Nigdzie nie mogliśmy o tym przeczytać, o pewnych lekach uczymy się dopiero na przestrzeni czasu.

Leczenie

To zależy, czy to tężyczka jawna, czy utajona. I jaka jest przyczyna. Oczywiście podstawa to suplementacja, zwykle magnezowo-potasowa. – Niekiedy, jeśli u pacjenta widzimy wysoki poziom lęku czy depresję, włącza się leki antydepresyjne. Jeśli są problemy z tarczycą, chory musi być pod opieką endokrynologa. Przy insulinooporności – diabetologa. Czyli leczenie często musi przebiegać na kilku poziomach. I bardzo ważna jest współpraca między lekarzem a pacjentem – tłumaczy dr Toruńska. – Lekarz nie da pigułek na wszystko. Nie zawsze jest to proste. Jeśli źródłem permanentnego stresu jest nasza praca, idealnie byłoby ją zmienić. Ale na ogół nie jest to możliwe. Na pewno można odstawić używki. I włączyć techniki relaksacyjne. Wyciszenie, joga. Wyłączyć za to nieustanne myślenie o obowiązkach, kłopotach, pracowanie 24 godziny na dobę – nawet jeśli nie siedzimy cały czas przy biurku, to głowa nie odpuszcza. – Mam takich pacjentów – mówi dr Toruńska. – To tylko zwiększa dolegliwości. Nie umiemy dziś radzić sobie ze stresem, odpoczywać, odpuścić sobie. Często nawet urlopu nie potrafimy wykorzystać, w wolnym czasie też nie dajemy sobie taryfy ulgowej. W dodatku pandemia nasiliła tężyczki. I więcej mamy tych świeżo rozpoznawanych, i ci pacjenci, którzy są po diagnozie i regularnie się suplementują, też odczuwają silniejsze dolegliwości.

Jest grupa osób szczególnie narażonych – to ludzie ambitni, trochę neurotycy, perfekcjoniści, osobowość typu A. Często też sportowcy – tu przyczyną jest duży wysiłek fizyczny bez mądrej suplementacji.

– Zawsze staram się szukać przyczyny, jak się nie da, zostaje styl życia. Tu zmiana zależy od nas. Choć nigdy – a szczególnie w  dobie pandemii – nie jest to łatwe. Ale daje efekty, można się pozbyć objawów. To długie leczenie, ale na ogół z sukcesem – mówi dr Katarzyna Toruńska.

  1. Zdrowie

Nagietek i jego lecznicze właściwości

Korony nagietków przez cały dzień zwracają się w stronę słońca, a po zachodzie zamykają. To dlatego w staropolskich zielnikach nazywane były „oblubienicą słoneczną”. Do zielników trafiły jednak nie dla swej urody, a ze względu na właściwości lecznicze. (Fot. iStock)
Korony nagietków przez cały dzień zwracają się w stronę słońca, a po zachodzie zamykają. To dlatego w staropolskich zielnikach nazywane były „oblubienicą słoneczną”. Do zielników trafiły jednak nie dla swej urody, a ze względu na właściwości lecznicze. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 1 Zdjęcie
Tak zadomowiony dziś w naszych ogródkach nagietek przywędrował do Polski z okolic Morza Śródziemnego. Znany przede wszystkim jako roślina ozdobna, ma także wiele właściwości prozdrowotnych. I to im zawdzięcza popularność w kosmetologii i ziołolecznictwie.

Od ostatnich dni maja aż do późnej jesieni rabaty mienią się pomarańczowymi i pomarańczowozłotymi płatkami nagietków. Te kwiaty są wielkimi amatorami słońca, korony nagietków przez cały dzień zwracają się w jego stronę, a po zachodzie zamykają aż do następnego poranka. To dlatego w staropolskich zielnikach nazywane były „oblubienicą słoneczną”. Do zielników trafiły jednak nie dla swej urody, a ze względu na właściwości lecznicze, opisywane choćby przez Hildegardę z Bingen, autorkę traktatu o leczniczym i szkodliwym działaniu roślin i minerałów z XII wieku.

Kolorowa apteka

Obserwując energetyzujące odcienie nagietków, nietrudno uwierzyć, że ich kwiaty zawierają naturalne barwniki z grupy karotenoidów (w kolorach: żółtym, pomarańczowym, różowym, czerwonym) – przede wszystkim luteinę. Organicznie luteina obecna jest także w plamce żółtej oka i soczewce, gdzie odpowiada m.in. za przeciwdziałanie zaćmie. Problem w tym, że ludzie nie syntetyzują karotenoidów, więc muszą dostarczać je organizmowi w pożywieniu lub preparatach aptecznych – wśród których nie brak i tych z luteiną pozyskiwaną z „oblubienicy słonecznej”.

Także karotenoidom nagietek zawdzięcza działanie gojące. A to dlatego, że przyspieszają one zabliźnianie się ran i wspomagają regenerację komórek. Nic więc dziwnego, że wyciąg z nagietka jest składnikiem maści gojących stosowanych w różnych uszkodzeniach skóry, a także kosmetycznie używanych kremów oraz maseczek.

W nagietku, oprócz karotenoidów, występują również flawonoidy, olejek lotny, związki żywicowe i śluz. Są to substancje aktywne o właściwościach przeciwzapalnych i antybiotycznych. Napar z kwiatów nagietka jest stosowany do przemywania skóry w przypadku trudno gojących się ran, oparzeń, w owrzodzeniach żylakowatych i zastrzale.

W kwiatowym chruśniaku

Nagietki zaczynają kwitnąć ok. 2 miesięcy po zasianiu, a że nie mają wygórowanych wymagań glebowych, samodzielnie się rosiewają i są lubiane przez pszczoły – mogą zdobić nasz ogród aż do pierwszych mrozów.

Wykorzystywane po ususzeniu do robienia leczniczych i kosmetycznych specyfików kwiaty nagietka najlepiej zbierać (bez łodyżek) w pełnym rozkwicie, w słoneczny dzień. W domowych warunkach koszyczki kwiatów można suszyć w temperaturze otoczenia, a po wysuszeniu – przechowywać je w suchych i przewiewnych miejscach, np. wsypując do płóciennych woreczków.

Sprawdzone receptury

Suszone kwiaty nagietka można wykorzystać do przygotowania maseczki do twarzy o działaniu przeciwzapalnym i kojącym czy olejku do masażu skóry suchej, podrażnionej oraz dotkniętej rozstępami. Olejek warto również wsmarować od czasu do czasu w zniszczone końcówki włosów lub skórę głowy.

Olejek nagietkowy – sposób przygotowania

  • wsyp garść suszonych płatków nagietka do słoika lub butelki, a następnie zalej dowolnym olejem roślinnym
  • wymieszaj lekko całą zawartość naczynia i odstaw w nasłonecznione, ciepłe miejsce
  • mieszaj delikatnie raz dziennie
  • po upływie dwóch tygodni przecedź olej przez gazę.
Maseczka nagietkowo-owsiana (polecana do cery trądzikowej) – sposób przygotowania
  • wymieszaj 4 łyżki płatków owsianych z 4 łyżkami suszonych kwiatów nagietka i zalej niewielką ilością ciepłego mleka
  • gdy płatki zmiękną, dodaj łyżkę oliwy lub innego oleju i pół łyżki miodu (pod warunkiem że skóra nie jest przesuszona)
  • nałóż maseczkę na twarz na ok. 10 min (potem możesz rozmasować ją jak peeling).

  1. Zdrowie

Kleszcze - jak się przed nimi uchronić?

Kleszczy w Polsce przybywa, a winą za to obarcza się głównie ocieplenie klimatu, krótsze i lżejsze zimy, a także większą liczbę dzikich zwierząt, które są pierwotnymi nosicielami i żywicielami tych pajęczaków. (Fot. iStock)
Kleszczy w Polsce przybywa, a winą za to obarcza się głównie ocieplenie klimatu, krótsze i lżejsze zimy, a także większą liczbę dzikich zwierząt, które są pierwotnymi nosicielami i żywicielami tych pajęczaków. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 1 Zdjęcie
Lasy, parki, a nawet wysokie trawy jawią się nam jako siedlisko kleszczy, które przenoszą groźną chorobę – boreliozę. A przecież nie sposób żyć bez kontaktu z naturą, zwłaszcza kiedy pogoda sprzyja. Jak pokonać strach przed wyjściem w plener, a zarazem zmniejszyć ryzyko zachorowania?

Kiedy kilkanaście lat temu zaczęło być głośno o nowej bakteryjnej chorobie przenoszonej przez kleszcze, do naszego beztroskiego myślenia o wakacjach na łonie natury wkradł się niepokój. Borelioza może bowiem nieść za sobą bardzo poważne konsekwencje, nie ma na nią szczepionki, a jej nosicieli można spotkać nie tylko w lasach, ale też na łąkach, w parkach, a nawet w przydomowych ogródkach. Lęk podsyca fakt, że łatwo nie zauważyć momentu ugryzienia kleszcza, bo to nie boli, możemy nawet nie wiedzieć, że zachorowaliśmy, ponieważ objawy boreliozy bywają bardzo różnorodne i łatwo je złożyć na karb innych problemów zdrowotnych. Wygląda na to, że latem najlepiej zaszyć się w domu. Ale przecież nikt z własnej woli nie ma ochoty zrezygnować z dobrodziejstw płynących z kontaktu z naturą. Trzeba więc znaleźć złoty środek.

Kleszcze - instrukcja obsługi

Kleszczy w Polsce przybywa, a winą za to obarcza się głównie ocieplenie klimatu, krótsze i lżejsze zimy, a także większą liczbę dzikich zwierząt, które są pierwotnymi nosicielami i żywicielami tych pajęczaków.

– Szacuje się, że w Polsce ten problem dotyczy kilkunastu procent kleszczy. To wygląda różnie w różnych regionach, a nawet na różnych łąkach. Na jednej zarażonych kleszczy może być nawet 30 procent, na drugiej, 300 m dalej, już tylko kilka procent, ale na pewno nie jest tak, jak czasem słyszę, że co drugi osobnik jest zarażony – mówi Krzysztof Dudek, zoolog z Instytutu Zoologii Uniwersytetu Przyrodniczego w Poznaniu, który martwi się tym, że odczuwamy coraz większy strach przed przyrodą. – Zaczęliśmy myśleć, że jeśli wejdziemy do lasu, zaraz ugryzie nas kleszcz, ten kleszcz będzie zarażony boreliozą i po chwili my też będziemy zarażeni. Ale tak na szczęście nie jest. Nawet jeśli na naszym ciele znajdzie się taki zarażony osobnik, to nie od razu się wkłuwa, najpierw wędruje, szukając dla siebie odpowiedniego miejsca. A kiedy już ugryzie, to też nie od razu jest w stanie nas zakazić.

Na znalezienie go i wyciągnięcie mamy dwie doby. Do tego czasu krętki boreliozy nie zdążą przenieść się z jelit kleszcza, gdzie się znajdują, do naszego organizmu, i nie zostaniemy zarażeni. Niepożądanego gościa najlepiej usunąć, chwytając go pęsetą przy samej skórze, a potem lekko przekręcić i mocno pociągnąć.

Borelioza - wielka niewiadoma

Niektórzy chorzy na boreliozę nie przypominają sobie jednak żadnego kontaktu z kleszczem. I właśnie ta nieświadomość jest najgorsza, bo jeśli zostaliśmy zarażeni i o tym nie wiemy, choroba może się swobodnie rozwijać. Pół biedy, jeśli zobaczymy tzw. rumień wędrujący, czyli najbardziej znany i charakterystyczny objaw tej choroby. Pojawia się najwcześniej po tygodniu od ukąszenia przez kleszcza i przypomina jednolitą okrągłą plamę, która potem się rozszerza i blednie w środku. Ten objaw jest zwykle uznawany za wystarczający do podjęcia leczenia. W początkowym stadium choroba czasem przypomina grypę, później mogą dołączyć objawy skórne, zapalenie stawów i problemy neurologiczne. Bywa, że dochodzi do zapalenia mięśnia sercowego czy mózgu. Jednak możliwych objawów jest tak wiele, że czasem, jak to było w przypadku 40-letniej Marty, mijają miesiące, zanim lekarze trafią na właściwy trop.

– Najbardziej bałam się, że mam stwardnienie rozsiane, bo moje objawy wskazywały na tę chorobę – wspomina Marta. – Kierowano mnie do kolejnych specjalistów. Byłam u internistów, chirurga szczękowego, laryngologa, stomatologa i ginekologa. Zlecano mi badania, które nic nie wyjaśniały, albo traktowano mnie jak hipochondryczkę. Najgorszy był neurolog, który na mój widok w gabinecie machał ręką: „To znów pani z tym stwardnieniem”. Odwiedzałam go kilkakrotnie, bo specjaliści, do których mnie wysyłał, odsyłali mnie z powrotem. Także psychiatra. W końcu jeden z lekarzy zlecił testy w kierunku boreliozy.

Kleszcze i borelioza - strategia obrony

Na forach internetowych i stronie Stowarzyszenia Chorych na Boreliozę można przeczytać historie podobne do tej opowiedzianej przez Martę. Pacjenci skarżą się na lekceważenie lekarzy oraz nieskuteczność tradycyjnego leczenia.

Warto wiedzieć, że zarówno jeśli chodzi o diagnozę, jak i leczenie, można spotkać się z dwoma podejściami: głównym nurtem, reprezentowanym m.in. przez WHO i większość towarzystw naukowych (w Polsce m.in. przez Polskie Towarzystwo Epidemiologów i Lekarzy Chorób Zakaźnych) oraz dużo rzadszym, propagowanym przez lekarzy i pacjentów skupionych wokół ILADS, czyli Międzynarodowego Towarzystwa ds. Boreliozy i Chorób z Nią Powiązanych. Strony nie zgadzają się ze sobą co do tego, jakich testów powinno się używać, by stwierdzić, czy pacjent jest chory na boreliozę, i jak długo powinno się go leczyć. Terapia zgodna z głównym nurtem obejmuje stosowanie jednej lub dwóch serii 4-tygodniowych kuracji antybiotykowych, a terapia ILADS zaleca wielomiesięczne, a nawet wieloletnie leczenie, i to kilkoma preparatami. Zrozumienie różnic jest jednak na tyle skomplikowane, że przeciętny pacjent może czuć się zagubiony.

– Najpierw byłam leczona standardowo, ale nie czułam poprawy – wspomina Marta. – Kiedy wyczytałam, że lek, który dostaję, często jest nieskuteczny, zdecydowałam się na lekarkę związaną z ILADS. Niedługo minie rok od chwili, gdy zaczęłam brać antybiotyki. Mam nadzieję, że wkrótce przestanę, chociaż obawiam się, że to może nie być takie łatwe. Kiedy czytam wypowiedzi osób leczonych tą metodą, mam wrażenie, że potem każdy problem zdrowotny traktuje się już jako objaw boreliozy. Cieszę się, że czuję się lepiej, ale czy wybrałam najlepszą drogę leczenia… Nie wiem.

Obowiązkowy przegląd

Chyba tylko co do jednego wszyscy są zgodni – boreliozy nie można lekceważyć. Zwłaszcza że liczba zakażonych wzrasta.  – Wyjściem nie jest zamknięcie się w domu i unikanie kontaktu z przyrodą – przekonuje Krzysztof Dudek. Zwraca uwagę, że to nie byłoby korzystne dla naszego zdrowia psychicznego i fizycznego. Co więc robić? Przed wyjściem z domu można spryskać się specjalnymi środkami przeciwko kleszczom, do tego założyć długie spodnie (nogawki wpuścić w wysokie buty) i koszulę czy bluzkę z długim rękawem.

– Niestety, preparaty odstraszające nie zapewniają pełnej ochrony, a w ciepły dzień trudno wciąż spacerować w kaloszach. Dlatego najlepszym sposobem ochrony przed kleszczami jest dokładne oglądanie się po każdym pobycie na łonie natury (np. wieczorem podczas kąpieli) i staranne wytrzepywanie ubrania – mówi Krzysztof Dudek. Radzi sprawdzać dokładanie całe ciało, zwłaszcza pachwiny, bo to miejsce kleszcze szczególnie sobie upodobały. Lubią też zgięcia łokciowe, miejsca pod kolanami i za uszami.

Wieczorne oględziny warto potraktować jak mycie zębów i zrobić z nich codzienny prozdrowotny rytuał. Przynajmniej dopóki naukowcy nie opracują szczepionki.