1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Zdrowie
  4. >
  5. Słuchaj ciała, nie zachcianek

Słuchaj ciała, nie zachcianek

Karmmy się, dbajmy o siebie i o to, co jemy. (Fot. iStock)
Karmmy się, dbajmy o siebie i o to, co jemy. (Fot. iStock)
Pomysłów na to, jak zadbać o siebie, jest wiele. Kosmetyki redukujące to, czego za dużo, powiększające to, czego za mało. Ubrania wyszczuplające, bezszwowe i bezmateriałowe, które rozmasują ciało i ukryją niedoskonałości. siłownie z cudownym sprzętem… Można tak bez końca. Natomiast ja, skromna dietetyczka, powiem inaczej. Zadbaj o siebie dietą. Nie o partnera, nie o dzieci, nie o babcię. O siebie.

Pomysłów na to, jak zadbać o siebie, jest wiele. Kosmetyki redukujące to, czego za dużo, powiększające to, czego za mało. Ubrania wyszczuplające, bezszwowe i bezmateriałowe, które rozmasują ciało i ukryją niedoskonałości. siłownie z cudownym sprzętem…

Można tak bez końca. Natomiast ja, skromna dietetyczka, powiem inaczej. Zadbaj o siebie dietą. Nie o partnera, nie o dzieci, nie o babcię. O siebie. Ciało różne rzeczy nam komunikuje, o różne prosi. Być może uciszane latami szepce teraz nieśmiało, ale, zachęcone, otworzy się i chętniej coś wskaże. Na początku warto filtrować te zachcianki przez sito wiedzy. Jeżeli po każdym spacerze jest szczęśliwe, ale leżąc do południa w weekend, mówi ci: „Aaaj, takie jestem zmęczone, nie ma co wychodzić na pluchę” – a ty wiesz, że zawsze tak kokietuje, a potem dziękuje ci za wyjście i aktywność – nałóż na to sito. Gdy jednak mówi: „Wiem, że seler jest zdrowy, ale zawsze po nim swędzi mnie gardło, niedobrze mi na samą myśl” – to uwierz w to, bo nie ma czego tu negocjować.

Często również wiemy, co jest dla nas dobre, czego nam trzeba, ale domownicy tego nie jadają. Trudno. Zadbaj o siebie. Wiem, że dla większości to ogromne wyzwanie i coś, co budzi poczucie winy, ale ja będę nad twoim uchem szeptać: „Zrób to”. Jeżeli nikt w twoim domu nie lubi zup, a ty je uwielbiasz, to pozwól sobie na ten wstrętny egoizm i ugotuj ją, a następnie jedz z uśmiechem a nawet delikatnym mlaśnięciem. Kto wie, może z czasem ktoś jeszcze przekona się do tej porcji warzyw na ciepło? Ileż to razy pacjentka pytana o to, jakie pieczywo jada, odpowiadała, że dzieci tylko białe, pszenne. A pani? Ja dojadam po nich. Jedzenie ma moc, ono nas buduje, leczy, ale i truje… Karmmy się, dbajmy o siebie i o to, co jemy. Wskazówką jest dla nas piramida żywienia: warzywa, warzywa, warzywa, owoce, pełne ziarna zbóż, rośliny strączkowe, trochę nabiału, ryby, odrobina mięsa, oleje i orzechy. Proszę o przygotowanie wielu karteczek – samoprzylepnych, kolorowych, notesików i kajetów. Nie dlatego, że zarzuciłam ideały ekologiczne lub pracuję dla firmy papierniczej. Uważam, że zapisanie pomaga. Zapisz więc sobie, że codziennie powinnaś wypić 6–8 szklanek wody. Może być gazowana, niegazowana, z cytryną, z imbirem, z miętą albo przegotowana z ziołami. I odhaczaj, gdy wypijesz. Lub zrywaj karteczkę ze ściany z każdą wypitą porcją. Miej karteczki przypominające o konieczności picia przyklejone na lustrze w łazience, na monitorze i w każdym miejscu, w którym bywasz częściej. W podobny sposób zaznaczaj zjedzone porcje warzyw. Ale by je mieć, trzeba się w nie zaopatrzyć. Znajdź więc kilka interesujących przepisów, wynotuj wszystkie składniki i idź z tą listą na targ. Zaplanuj warzywne posiłki, bo gdy dopadnie cię głód, możesz zapomnieć o tym, co dla ciebie dobre, i wybrać to, co najłatwiejsze lub do czego jesteś przyzwyczajona. Pij koktajle i wyciskaj soki – to świetny sposób na dodanie warzyw do jadłospisu. Pamiętaj też o dwóch porcjach owoców. Może do owsianki? Albo do koktajlu? Twarde jabłko w aucie, które poratuje w chwili głodu? Wersja dowolna. To nie tak, że owoce są tylko dla dzieci. Wybieraj pełnoziarniste pieczywo, pytaj w piekarni o skład chleba. Miej w domu kasze, brązowy ryż, pełnoziarnisty makaron, orzechy, pestki, kiszonki, mrożonki warzywne – wzbogacaj nimi dietę. A jeżeli nadal uważasz, że twoje ciało nie zasługuje wystarczająco na taką troskę, zrób to dla bliskich – silniejsza ty lepiej ich będziesz wspierać.

Katarzyna Błażejewska-Stuhr, dietetyczka kliniczna, psychodietetyczka. Autorka bloga kachblazejewska.pl, współautorka książki „Kobiety bez diety. Rozmowy bez retuszu”, Burda Media Polska.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Jak zaopiekować się sobą? – 10 sposobów na okazanie sobie ciepłych uczuć

Brak miłości własnej jest źródłem niesatysfakcjonującego życia (fot. iStock)
Brak miłości własnej jest źródłem niesatysfakcjonującego życia (fot. iStock)
Zwłaszcza kobiety mają tendencje do tego, żeby opiekować się dzieckiem, kotem, mężczyzną, koleżanką, czy sąsiadką. Ale nie sobą. Lato to dobry czas, żeby wreszcie to zmienić.

Dr Sherrie Campbell jest psychologiem klinicznym z 30-letnim doświadczeniem prowadzenia psychoterapii. Uważa ona, że właśnie brak opiekowania się sobą leży u przyczyn naszych kłopotów psychologicznych. Ktoś, kto nie zajmuje się sobą, nie ma ze sobą kontaktu i ciepłych uczuć wobec siebie. Brak miłości własnej jest źródłem niesatysfakcjonującego życia. Tymczasem są proste sposoby, żeby zacząć dbać o siebie. Jakie? Sherrie Campbell wymienia 10 z nich.

1. Ćwicz, spaceruj, chodź na basen, biegaj po parku. Cokolwiek, byle w samotności i na świeżym powietrzu. To właśnie czas dla siebie i bliskość natury sprawiają, że inaczej patrzymy się na świat, stajemy się spokojniejsi i przede wszystkim nawiązujemy kontakt ze sobą. Na świeżym powietrzu i ze sobą nie czujemy już tej presji obowiązków i wymagań innych ludzi. To już powiew wolności.

2. Przez 30 minut dziennie kontempluj. Obserwuj każdą swoją myśl oraz uczucie. Poświęć sobie uwagę całkowicie i do końca. Niech te półgodziny będzie dla ciebie święte. Od tego zacznij, potem staniesz się uważna na siebie przez 24 godziny na dobę.

3. Twórz. Odwołaj się do swojej kreatywności, ona powoduje, że życie staje się soczyste i pełne pasji. Pisz, tańcz, piecz tarty, haftuj, maluj czy naprawiaj samochody. Byle sprawiało ci to radość i nie było twoją pracą.

4. Odpowiednio dobieraj towarzystwo. To ważne, żeby dbać o swoją energię psychiczną. Jesteśmy stworzeniami społecznymi i potrzebujemy kontaktu z innymi ludźmi. Jednak jesteśmy również emocjonalni i łączymy się z uczuciami innych. Dlatego tak ważne jest, żeby świadomie wybierać towarzystwo. Unikaj ludzi agresywnych, złośliwych, zazdrosnych i źle ci życzących. Zwróć się ku radosnym, optymistycznym i dobrym. Naprawdę możesz wybrać.

5. 20 minutowa drzemka w ciągu dnia. Prosta rzecz i przyjemna a odprężająca nasze emocje oraz ciało. Dostępna dla każdego.

6. Nagrody. Każda okazja jest dobra, żeby się nagradzać. Przeżyłaś pracowity dzień, zrobiłaś kolejny mały krok w kierunku swojego celu, wybierz się na masaż, kup sobie inspirującą lekturę, usiądź z ulubionymi lodami na ławce w parku.

7. Żyj duchowo. Medytuj, żeby poczuć jedność ze wszystkim, co cię otacza. Szukaj ludzi, którzy żyją w ten sposób, dbaj o to, żeby energia, którą wibrujesz, była coraz wyższa i czystsza.

8. Dotyk. Jest jak uzdrowienie, bo zmniejsza skutki stresu i pozwala poczuć miłość do siebie. Dlatego dbaj o to, żeby dotykać się z bliskimi tobie ludźmi.

9. Zdrowe jedzenie. Tak, to krok w kierunku miłości własnej. To znak, że o siebie dbasz, bo masz kontrolę nad negatywnymi kompulsjami.

10. Mniej elektroniki w życiu. Sprzęty elektroniczne, którymi się otaczamy, sprawiają że nasz mózg nie emituje wystarczającej dla zrelaksowania się ilości fal alfa. Niech jakaś część dnia będzie dla ciebie wolna od telewizora, telefonu, laptopa. Jeśli się na to zdecydujesz, będziesz dla siebie dobra. A o to przecież chodzi w nauce opiekowania się sobą.

  1. Psychologia

Egoizm, ale ten zdrowy!

Bycie zdrowym egoistą nie kłóci się z ideą dawania. Chodzi raczej o to, żeby unikać ciągłego poświęcania się. (Fot. iStock)
Bycie zdrowym egoistą nie kłóci się z ideą dawania. Chodzi raczej o to, żeby unikać ciągłego poświęcania się. (Fot. iStock)
W zdrowym egoizmie chodzi o to, by przyznać sobie prawo do własnych potrzeb oraz do dbania o ich zaspokojenie bez poczucia winy! Jak się tego nauczyć?

„Odkąd pamiętam mama powtarzała: Nie bądź egoistkę, nie myśl o sobie, bo nie jesteś pępkiem świata.”, mówi Anna. „Wyrastałam więc w przekonaniu, że egoizm to czyste zło, że jest wręcz niemoralny”.

Rzeczywiście wielu z nas słyszało podobne komunikaty, dlatego egoizm kojarzy nam się negatywnie. Zresztą jego definicja też nie brzmi przekonująco… w Wikipedii przeczytamy, że egoizm to „nadmierna albo wyłączna miłość do siebie. Egoista kieruje się przeważnie własnym dobrem i interesem, nie zwracając zbytniej uwagi na potrzeby i oczekiwania innych. Odnosi wszystko do siebie, patrzy na świat poprzez pryzmat „ja”, nie uznaje wewnętrznie systemu wartości społecznie akceptowanych.”. Wniosek? Nikt nie chce być egoistą, bo nikt nie chce być wytykany palcem, odrzucany, i nie akceptowany.

„Moja matka zawsze próbowała zaopiekować się potrzebami wszystkich dookoła”, wspomina Anna. „My z bratem mieliśmy być wykształceni, ojciec miał móc odpocząć po pracy, a jej siostra mogła godzinami się jej żalić, bo jej mąż był „trudny”. Te przykłady mogę wymieniać bez końca – generalnie – mama była cała dla innych. Obserwowałam ją, podziwiałam, sądziłam, że tak właśnie trzeba. Stałam się taka sama. Najpierw obsługiwałam cały świat, a dopiero potem byłam ja sama. Do momentu aż coś we mnie pękło. Obudziłam się sfrustrowana i rozgoryczona, że przez ponad 25 lat swojego dorosłego życia poświęcałam się dla innych, i że jestem zwyczajnie nieszczęśliwa – ludzie nie doceniają mojego oddania a już z pewnością nie odwdzięczają mi się tym samym. Poczułam, że wszystko działa tylko w jedną stronę.”, opowiada Anna. Dopiero po roku psychoterapii odkryła, że niezbędne jest coś takiego jak równowaga w dawaniu i braniu oraz że trzeba „umieć brać”. A ona tego nie potrafiła. Odkryła też, z pomocą psychoterapeuty, że jest coś takiego jak „zdrowy egoizm”…

Gdzie są moje granice?

Pojęcie „zdrowego egoizmu” spopularyzował w swoich książkach Josef Kirschner, austriacki dziennikarz i wykładowca Uniwersytetu Wiedeńskiego. Mówiąc najbardziej obrazowo w zdrowym egoizmie chodzi o to, by przyznać sobie prawo do własnych potrzeb oraz do dbania o ich zaspokojenie bez poczucia winy! Zdrowy egoizm ściśle łączy się asertywnością. Tyle tylko, że tę ostatnią także często niewłaściwie rozumiemy. Kiedy zapytać o to, co ona właściwie znaczy większość z nas powie, że to umiejętność mówienia „nie”. „Sprowadzenie asertywności do umiejętności powiedzenia „nie” to jakieś wielkie nieporozumienie.”, tłumaczy psycholog, Joanna Heidtman. „Jeżeli mówimy o granicach, powinniśmy mówić przede wszystkim o absolutnie fundamentalnej dla naszego funkcjonowania wiedzy na temat samego siebie. Wiedzy o tym, kim jesteśmy, co nam służy, a co szkodzi. Ale także, gdzie kończę się „ja” a zaczynają się „oni”, czyli inni ludzie oraz ich strefa komfortu.”, mówi psycholog.

Anna powieliła sposób zachowania swojej matki, a z obserwacji wynika, że to problem, który dotyczy wielu kobiet. Czy rzeczywiście to ta płeć ma większy niż mężczyźni problem z realizowaniem zdrowego egoizmu i byciem asertywnym? „Nie lubię uogólnień, ale zdecydowanie coś jest na rzeczy”, tłumaczy Joanna Heidtman. „Myślę, że dzieje się tak z dwóch powodów. Jednym z nich jest właśnie element wychowania. W tym tradycyjnym modelu przekaz o ważności bycia grzecznym kierowany jest zdecydowanie częściej do dziewczynek niż do chłopców. Więc, jak tu się buntować skoro to oznacza odrzucenie przez rodzica? A potem – jak wyznaczać granice, skoro nigdy wcześniej nie zostały one ustalone w procesie rozwojowym? Drugi powód który sprawia, że kobietom częściej zdarza się wchodzić w rolę poświęcającej się jest taki, że kobiety podczas autorefleksji zdecydowanie szybciej niż mężczyźni dochodzą do poczucia winy. Czyli, jeżeli coś trudnego zdarza się w ich życiu, doświadczają jakiejś porażki, to mają większą skłonność, pisze o tym Martin Seligman, psycholog nurtu humanistycznego, do tzw. przeżuwania niepowodzeń. Czyli, pytania co ze mną jest nie tak, że coś nie wyszło? To kobiety mają też większą skłonność do ruminacji, czyli takiego ciągłego powracania do porażki, wątpliwości, co do jakości swoich poczynań, zamiast iść dalej i działać. Więc, jak złożyć te dwa elementy razem, powstaje nam dość solidny grunt pod brak asertywności, nieumiejętność wyznaczania i obrony swoich granic”, mówi Heidtman.

Bez poczucia winy

Asertywności bezapelacyjnie trzeba się nauczyć! Bo to umiejętność, dzięki której ludzie są w stanie otwarcie wyrażać swoje myśli, potrzeby, uczucia, i – co bardzo ważne – dzieje się to bez odczuwania wewnętrznego dyskomfortu i poczucia winy.

Warto zacząć od poznania siebie, od rozpoznania swoich potrzeb, kiedy odkryjemy jakie one są, kolejnym etapem będzie danie sobie prawa, by dbać o ich zaspokojenie. I to wcale nie oznacza, że teraz, nagle, zamiast dawać, mamy zacząć tylko brać. Nic podobnego! Bycie zdrowym egoistą nie kłóci się z ideą dawania. Chodzi raczej o to, żeby unikać ciągłego poświęcania się, uwzględniać potrzeby i swoje i innych ludzi. Być dla innych wtedy, kiedy płynie to z wewnętrznej potrzeby a nie z przymusu czy strachu przed odrzuceniem. Zdrowy egoizm pod każdym względem wzbogaca relacje międzyludzkie. Ponadto pozwala poczuć swoją wartość! A kiedy ją czujemy wysyłamy innym klarowny komunikat – „jestem ważna”. Otoczenie, szybciej niż sądzimy, go przyjmie…

  1. Kuchnia

Hawaje na talerzu – kulinarne inspiracje, pełne egzotycznych smaków

Wybrane przepisy na zdrowe, smaczne i egzotyczne posiłki. Na zdjęciu saimin (fot. z książki
Wybrane przepisy na zdrowe, smaczne i egzotyczne posiłki. Na zdjęciu saimin (fot. z książki "Jedz i pracuj nad własnym zdrowiem" Karoliny i Macieja Szaciłło)
Dzień hawajski w kuchni, w dodatku w wersji wegetariańskiej? – Hawajskie „aloha” to słowo, które kojarzyło mi się z surfingiem i powitaniem. Stosunkowo niedawno dowiedziałem się również, że „aloha” jest piątą zasadą huny - filozofii współistnienia z naturą, opartej na dawnych wierzeniach hawajskich – pisze Maciej Szaciłło w książce „Jedz i pracuj nad własnym zdrowiem”.

Aloha to życie w chwili obecnej, tu i teraz, w zgodzie ze sobą i w miłości. Dzielenie się tą wypełniającą nas radością z innymi. „Maciek, wiesz, że nasza kuchnia, nasz sposób myślenia o jedzeniu jest właśnie »aloha«” - zauważyła Karola... Coś w tym jest. „Najdłuższą podróżą, jaką odbywamy w życiu, jest ta z głowy do serca” - przeczytałem gdzieś, kiedyś. Zapamiętałem dobrze to zdanie. To właśnie w kuchni, odkąd pamiętam, pokonuję najdłuższe fragmenty owej podróży...

Hawajska owsianka na śniadanie

Dr Max Bircher-Brenner, specjalista z zakresu zdrowego odżywiania, wpadł na pomysł zalania płatków owsianych wodą (a nie gotowania) już na początku XX w. Tak przygotowany owies zachowuje wszystkie swoje właściwości zdrowotne, jednocześnie nie tracąc „rozgrzewającej mocy". Dodatek soku ananasowego, mleka i uprażonych wiórków kokosowych sprawia, że ta hawajska owsianka nadaje się zarówno na deser, jak i na śniadanie.

Fot. Karolina i Maciej SzaciłłoFot. Karolina i Maciej Szaciłło

Składniki:

  • 200 g płatków owsianych (można użyć oczyszczonych bez glutenu)
  • 400 ml soku ananasowego (bez dodatku cukru)
  • 1-2 garści niesiarkowanych rodzynek
  • 1 garstka poszatkowanych migdałów
  • 2 łyżki uprażonych na suchej patelni na złoty kolor wiórków kokosowych
  • ok. 100 ml mleka roślinnego dobrej jakości (np. sojowego, owsianego czy ryżowego)

Grillowany ananas (opcjonalnie):

  • 1/4 dojrzałego ananasa pokrojonego w plasterki
  • olej kokosowy do posmarowania

Płatki zalewamy sokiem ananasowym i odstawiamy na noc do namoczenia. Rano wszystkie składniki owsianki mieszamy. Możemy podać ze zgrillowanym ananasem: posmarowanego olejem kokosowym ananasa grillujemy z dwóch stron na patelni (ok. 2 minut z jednej strony).

Na obiad: hawajskie szaszłyki i dressing z mango

Rozgrzewający ananas chyba wszystkim kojarzy się z Hawajami. Te szaszłyki swoją wyjątkowość zawdzięczają właśnie jemu i marynacie łączącej sok ananasowy z sosem sojowym. Do tego prosta sałata z dressingiem z mango, cebuli i octu jabłkowego.

Fot. Karolina i Maciej SzaciłłoFot. Karolina i Maciej Szaciłło

Podstawą są marynowane warzywa i dodatki, które trzeba przygotować dzień wcześniej:

Marynata:

  • 1/2 szklanki sosu sojowego dobrej jakości (bez glutaminianu sodu)
  • 1/4 szklanki oliwy z pierwszego tłoczenia
  • 1 łyżka wybranej substancji słodzącej (np. melasy, słodu czy syropu)
  • 1 łyżeczka musztardy
  • 1 łyżeczka suszonego imbiru
  • 1 łyżeczka czosnku w proszku
  • 1/2 łyżeczki ostrej papryczki chilli w proszku (opcjonalnie)
  • 800 g warzyw i dodatków: czerwona papryka pokrojona w kostkę, ananas pokrojony w kostkę, cebula pokrojona w ćwiartki, cukinia pokrojona w jednocentymetrowe półplasterki, tofu (ok. 200 g) pokrojone w kostkę

Przygotowujemy marynatę: wszystkie składniki marynaty mieszamy. Marynatę przelewamy najlepiej do plastikowej, zamykanej torebki (lub do plastikowego, zamykanego pojemnika). Następnie wkładamy do niej wszystkie warzywa, tofu i ananasa oraz dokładnie obtaczamy je w marynacie. Całość wkładamy na noc do lodówki.

Sałata z dressingiem z mango:

  • ok. 100 g roszponki lub liści „baby” sałaty rzymskiej
  • 1/2 ogórka pokrojonego w plasterki
  • kilkanaście pomidorków koktajlowych

Dressing z mango:

  • ½ dojrzałego mango pokrojonego w kostkę
  • ½ szatkowanej cebuli
  • 3-4 łyżki octu jabłkowego
  • 3 łyżki oliwy z pierwszego tłoczenia
  • 1 łyżka zimnotłoczonego oleju (lnianego, z lnianki lub rzepakowego)
  • nierafinowana sól do smaku

Ponadto ok. 200 g ryżu jaśminowego lub krótkoziarnistego do sushi ugotowanego zgodnie z instrukcją na opakowaniu

Przygotowujemy szaszłyki: warzywa, tofu i ananasa nabijamy na szpikulce. Układamy na blasze wyłożonej papierem do pieczenia. Wkładamy do piekarnika rozgrzanego do 230°C (najlepiej z funk­cją grillowania od góry i termoobiegiem). Szaszłyki pieczemy ok. 20-25 minut. W trakcie pieczenia kilkakrotnie przewracamy szaszłyki i smarujemy marynatą (najlepiej przy użyciu pędzelka). Szaszłyki podajemy z sałatą z ogórkiem, pomidorkami koktajlowy­mi z dressingiem z mango oraz ryżem. Przygotowujemy sałatkę: wszystkie składniki łączymy i polewamy dressingiem z mango. Przygotowujemy dressing z mango: wszystkie składniki miksuje­my ręcznym blenderem do uzyskania jednolitej emulsji. Na zakoń­czenie dodajemy sól do smaku.

Deser z mango pod kokosową kruszonką

„Kruszonka ze skórkę cytrynową? Nie brzmi dobrze” - zauważyłam, kiedy Maciek powiedział mi o swoim pomyśle. Nie ugiął się jednak pod naporem moich argumentów. Uparcie podążał za głosem swojej intuicji kulinarnej. Tym razem miał rację. Może kruszonka ze skórką cytrynową i mango nie brzmi dobrze, ale smakuje wybornie.

Fot. Karolina i Maciej SzaciłłoFot. Karolina i Maciej Szaciłło

Kokosowa kruszonka:

  • 50 g płatków owsianych (można użyć certyfikowanych, oczyszczonych z glutenu)
  • 2 łyżki wiórków kokosowych
  • 2 łyżki oleju kokosowego (może być rafinowany)
  • 2 łyżki wybranej substancji słodzącej (np. słodu, syropu lub melasy)
  • szczypta nierafinowanej soli
  • sok z 1/2 cytryny
  • skórka otarta z 1/4 cytryny
  • 1 dojrzałe mango pokrojone w kostkę
  • listki mięty do przybrania
  • mleko kokosowe dobrej jakości do podania (opcjonalnie; bez konserwantów, minimum 75% miąższu kokosowego)

Przygotowujemy ciasto na kruszonkę: wszystkie składniki mie­szamy (bez mięty i mleka kokosowego). Mango układamy w pła­skim żaroodpornym naczyniu wysmarowanym olejem kokoso­wym. Na mango wykładamy równomiernie kruszonkę. Wkładamy do piekarnika rozgrzanego do 170°C z termoobiegiem. Pieczemy, aż kruszonka będzie przyrumieniona (ok. 20-25 minut). Możemy podać przybrane listkami mięty i z mlekiem kokosowym. Uwaga: jeśli kruszonka zacznie się przypalać, trzeba zmniejszyć temperaturę.

Saimin na kolację

Zainspirowana japońskim ramenem, chińskim mein i filipińskim pancit. Jest trochę ostra, słodka i słona. Łączy w sobie różne wpływy i tradycje. Reprezentuje podstawowe założenia huny - życia w zgodzie z naturą oraz współistnienia kultur i religii. Na Hawajach koegzystują one w smacznej symbiozie. „Sercem” saiminu jest wywar. Dodatki mogą być przeróżne. My wybraliśmy pieczarki, tofu i kapustę.

Fot. Karolina i Maciej SzaciłłoFot. Karolina i Maciej Szaciłło

Składniki:

  • 2 łyżki oleju roślinnego (najlepiej ryżowego)
  • ½ drobno poszatkowanej cebuli
  • 2 drobno poszatkowane ząbki czosnku
  • obrany i drobno poszatkowany kawałek imbiru wielkości kciuka
  • ok. 1 drobno poszatkowanej czerwonej papryczki chilli (opcjonalnie; z pestkami lub bez)
  • 2 pokrojone na cienkie paseczki wędzone śliwki
  • 1 l wywaru warzywnego lub 2 ekologiczne kostki rosołowe, warzywne dobrej jakości (bez polepszaczy smaku) rozpuszczone w 1 l wrzątku
  • świeżo mielony pieprz do smaku
  • dobrej jakości sos sojowy do smaku (bez glutaminianu sodu)
  • ok. 200 g makaronu ryżowego lub sojowego przygotowanego zgodnie z instrukcją na opakowaniu

Dodatki:

  • 3 łyżki oleju roślinnego (najlepiej ryżowego)
  • ok. 150 g grubo poszatkowanej kapusty pekińskiej lub pak choi
  • ½ szklanki wody
  • 100 g tofu pokrojonego w plasterki
  • 3 łyżki sosu sojowego dobrej jakości (bez glutaminianu sodu)
  • ok. 150 g pieczarek pokrojonych na pół
  • drobno poszatkowana dymka do podania

W garnku na oleju podsmażamy cebulę, czosnek, imbir, chilli i śliwki, aż będą szkliste. Uważamy, aby ich nie przypalić. Wywar wlewamy do podsmażonych cebuli, czosnku, imbiru, chilli i śliwki. Całość gotujemy na małym ogniu. Pod koniec gotowania dodaje- my sos sojowy do smaku (zupa powinna być dość słona, aby zrównoważyć słodycz warzyw). W tym czasie na oleju (2 łyżki) podsmażamy z dwóch stron tofu (ok. 2 minut z każdej strony). Na koniec podlewamy 2 łyżkami sosu sojowego. Analogicznie postępujemy z pieczarkami (1 łyżka oleju i 1 sosu sojowego). Na końcu pod przykryciem dusimy kapustę z wodą. W misce układamy porcję makaronu, tofu, pieczarek i kapusty. Wlewamy ciepłą zupę i podajemy posypane dymką.

Przepisy z książki Karoliny i Macieja Szaciłło „Jedz i pracuj nad własnym zdrowiem” – 2 część bestsellera.

  1. Zdrowie

Dzienniczek zdrowia na nadgarstku. Na czym polega idea life-trackingu?

Oczarowała nas idea life-trackingu (nazywanego tez self-trackingiem lub quantified self), czyli monitorowania siebie i swojego życia za pomocą nowych technologii. Dzięki temu możemy lepiej ocenić stan własnego organizmu, zapobiec chorobom i poprawić zdrowie. (Fot. iStock)
Oczarowała nas idea life-trackingu (nazywanego tez self-trackingiem lub quantified self), czyli monitorowania siebie i swojego życia za pomocą nowych technologii. Dzięki temu możemy lepiej ocenić stan własnego organizmu, zapobiec chorobom i poprawić zdrowie. (Fot. iStock)
Zamiłowanie do nowoczesnych gadżetów (np. zegarków lub telefonów z funkcją pomiaru aktywności) okazuje się przydatne w diagnozowaniu chorób i motywowaniu się do regularnego dbania o siebie. Na czym polega idea life-trackingu i jakie parametry organizmu warto monitorować, sprawdza dziennikarka Ewa Pągowska.

Trudno dziś znaleźć kogoś, kto przynajmniej nie sprawdził, jak działa aplikacja do analizy snu, zapisywania przyjmowanych kalorii, śledzenia aktywności fizycznej czy cyklu miesiączkowego. Miłośnicy gadżetów sięgają po wagi, które poza masą ciała pokazują jego skład, a nawet prędkość fali tętna (pozwala ocenić stan naczyń krwionośnych) czy elektryczne szczoteczki do zębów monitorujące czas i sposób szczotkowania. Specjalne aplikacje odbierają informacje od urządzeń pomiarowych, przedstawiają je w atrakcyjny sposób i przechowują dane. Coraz więcej osób kupuje też urządzenia, które można nosić na sobie, jak specjalne opaski na rękę czy smartwatche, mierzące tętno i liczące kroki.

Oczarowała nas idea life-trackingu (nazywanego tez self-trackingiem lub quantified self), czyli monitorowania siebie i swojego życia za pomocą nowych technologii. Dzięki temu możemy lepiej ocenić stan własnego organizmu, zapobiec chorobom i poprawić zdrowie. W rzeczywistości jednak rzadko wykorzystujemy te możliwości. Pora to zmienić i wycisnąć z nowych gadżetów jak najwięcej korzyści.

Eksperci od własnego ciała

Kiedy amerykańska matematyczka i statystyczka dr Talithia Williams była w ciąży z trzecim dzieckiem, nie zgodziła się na wywołanie porodu, mimo że jego termin już minął. Chciała urodzić naturalnie i na własną prośbę opuściła szpital. Była przekonana, że data narodzin dziecka została źle wyznaczona. „Terminy porodu są obliczane na podstawie standardowego 28-dniowego cyklu, a moje cykle są różnej długości – czasem trwają 27, a czasem nawet 38 dni i mam dane, które to potwierdzają” – tłumaczyła lekarzowi. Wiedziała, że ma rację, bo wcześniej przez 6 lat obserwowała swoje cykle i mierzyła temperaturę, a wyniki pomiarów skrupulatnie zapisywała.

Williams przytacza tę historię podczas wykładu na konferencji TED, by przekonać słuchaczy, że dzięki codziennym pomiarom parametrów mogą stać się ekspertami od swojego ciała. Zaznacza jednak, że nie chodzi jej o lekceważenie lekarzy, tylko o współpracę z nimi – połączenie wiedzy na swój temat z wiedzą na temat całej populacji, którą dysponuje lekarz, bo taki mariaż pozwala podjąć najlepszą dla zdrowia decyzję.

Zgadza się z tym kardiolog dr n. med. Łukasz Kołtowski, który jest zafascynowany zastosowaniem nowych technologii w medycynie i prowadzi na ten temat bloga. – Podczas rozmowy i badania lekarz może jedynie uzyskać coś w rodzaju fotografii naszego obecnego życia. Wprawdzie zadaje pytania o to, co było wcześniej, ale ze względu na ograniczony czas wizyty nie jest w stanie zbudować sobie pełnego obrazu – mówi. Wyjaśnia, że kiedy np. 30-letnia pacjentka ze smartwatchem na ręce skarży się na zawroty głowy i niepokój, prosi ją o pokazanie zapisów tętna z zegarka. – Oczywiście nie traktuję ich jak twardych danych medycznych, ale dzięki nim mogę zbliżyć się do diagnozy, np. nabrać podejrzenia, że kobieta ma tachykardię (przyspieszenie akcji serca), bo badania kliniczne pokazały, że smartwatche są dość dobre w jej wykrywaniu.

Co warto sprawdzać?

Co konkretnie warto mierzyć i zapisywać, żeby nie popaść w przesadę i hipochondrię? Kobiety z pewnością powinny monitorować swój cykl. Większość wizyt u ginekologa zaczyna się przecież od pytań o datę pierwszego dnia ostatniej miesiączki, jej intensywność, długość i regularność cykli. Rzetelne informacje na ten temat pozwalają lekarzowi wyciągnąć pierwsze wnioski.

Według kardiologa dobrze jest też sprawdzać, ile kroków stawiamy w ciągu dnia. Dla naszego zdrowia o wiele lepsze jest bycie cały dzień w ruchu niż wykonywanie intensywnych ćwiczeń przez pół godziny i spędzanie reszty doby w pozycji siedzącej czy leżącej. Lekarze m.in. namawiają do przechodzenia 10 tysięcy kroków dziennie – żeby wyrobić tę normę, zwykle trzeba być w ruchu przez dużą część dnia. Badania pokazały, że taka aktywność pozwala obniżyć ryzyko wystąpienia chorób sercowo-naczyniowych. – Zalecam też monitorowanie snu – mówi dr n. med. Łukasz Kołtowski. – Chodzi o to, by dowiedzieć się, ile dokładnie śpimy, bo chociaż różne aplikacje wiele nam obiecują – np. wykrycie fazy REM czy NREM – to jednak ciągle jeszcze są mniej wiarygodne niż badania snu przeprowadzane w warunkach szpitalnych. Może kontrolowanie liczby przespanych godzin wydaje się mało atrakcyjną funkcją aplikacji, ale namawiam do jej przetestowania.

Dodaje, że wiele osób nie zdaje sobie sprawy, jak często zarywa noce i jaki to ma wpływ na ich funkcjonowanie. Jeśli zestawią sen z innymi parametrami, np. poziomem nastroju czy aktywności fizycznej, mogą być naprawdę zaskoczone.

Śledzenie snu i liczby kroków można polecić każdemu, ale już kontrola innych parametrów powinna być dopasowana do konkretnej osoby, jej stanu zdrowia i celów.

Monitoring organizmu

Z monitorowania większej liczby parametrów najbardziej skorzystają ci, którzy chcą „wziąć się za siebie” i wyrobić zdrowe nawyki, oraz ci, którzy mają różne niepokojące objawy, ale nie znają ich przyczyny. Przyda się też pacjentom, którzy cierpią na choroby przewlekłe lub są nimi zagrożeni. W przypadku dwóch ostatnich grup odpowiedź na pytanie „co mierzyć?” jest stosunkowo prosta – często wystarczy śledzić to, o co pyta lekarz, np. tętno, ciśnienie, temperaturę czy masę ciała. Do tego celu dobrze jest wybrać specjalistyczne produkty, np. aplikacje przygotowane z myślą o konkretnej grupie pacjentów.

– Jest na przykład aplikacja dla cukrzyków, w której można wpisać, ile planujemy zjeść, ile insuliny przyjęliśmy i jakie potem było stężenie glukozy we krwi. Co ciekawe, ta aplikacja uczy się organizmu pacjenta i zaczyna mu podpowiadać, ile insuliny powinien sobie podać. Badania kliniczne pokazały, że potrafi dobrać dawkę lepiej niż chory – mówi dr n. med. Łukasz Kołtowski.

Osoby, które często czują się przygnębione, mogą skorzystać z tzw. trackerów nastroju. Co wieczór opisywać swoje samopoczucie i to, co robiły w ciągu dnia. Po pewnym czasie są w stanie zobaczyć, że np. w te dni, kiedy spacerowały, miały o wiele lepszy nastrój niż wtedy, gdy były na imprezie, że najgorszy humor miały zawsze w sobotę, a prawdziwy dół po poniedziałkowym zebraniu. Wypełnianie dzienniczka nastroju jest jedną z metod, które wspierają leczenie osób z depresją. Zapiski pozwalają zobaczyć chorym, co wpływa na ich samopoczucie, ale także to, że ich stan się poprawia – a to działa terapeutycznie.

Ci, którzy nie wiedzą, co jest przyczyną ich różnych dolegliwości, np. bólu głowy, stanów podgorączkowych czy osłabienia, mogą zacząć monitorować niepokojące ich objawy, by móc później podzielić się informacjami z lekarzem.

– Takie zapisy często dostarczają bardziej obiektywnych informacji niż słowa i opinie pacjenta, bo przecież my wszyscy bardzo często podświadomie wypieramy różne informacje o sobie. To, co nam się wydaje na nasz temat, i to, co naprawdę się z nami dzieje, często bardzo się od siebie różni – mówi dr n. med. Łukasz Kołtowski i podpowiada, że dobrym pomysłem może być nie tylko monitorowanie częstotliwości występowania objawu, np. bólu głowy, ale także tego, co bywa jego przyczyną. Czasem dzięki temu udaje się wyeliminować problem, jeszcze zanim dotrzemy z nim do lekarza.

– Jeśli wiemy, że powodem bólu głowy jest zbyt mała ilość wypijanych płynów – możemy zacząć notować, ile w ciągu dnia pijemy. Miałem nawet pacjenta, który kupił specjalną butelkę, która pokazywała, ile już wypił – mówi ekspert.

Jeśli nie uda ci się znaleźć konkretnej aplikacji, bo masz dość oryginalne potrzeby i chcesz np. zobaczyć zależność między czasem spędzanym na rozmowach z szefem a liczbą przespanych godzin albo między kłótniami z córką i napadowym objadaniem się – możesz skorzystać z aplikacji-szablonów jak np. Nomie, które wypełnia się dowolnymi parametrami.

Motywacja i świadomość

Jak widać, life-tracking może ułatwić diagnozę i być jak system wczesnego ostrzegania dla osób chorych, ale najciekawszy i chyba najmniej oczywisty jest jego motywacyjny charakter. Odpowiedni program czy urządzenie śledzące pomaga bowiem osiągnąć różne, także zdrowotne, cele. I robi to na kilka sposobów.

Po pierwsze może być impulsem do działania, np. rzucenia palenia. Niby wszyscy wiemy, że papierosy źle wpływają na zdrowie, a jednak niektórzy łudzą się, że negatywne konsekwencje nie dotyczą ich tak bardzo jak reszty palaczy. Jeśli jednak zestawią liczbę wypalanych papierosów z aktywnością w ciągu dnia czy poziomem ciśnienia tętniczego – mają szansę zobaczyć czarno na białym, że nałóg ich także nie oszczędza. Dla niektórych bywa to wystraczająco silny impuls do zmiany.

Jeśli jesteśmy już zmotywowani, by wprowadzić w życie program naprawczy – sięgnijmy po trackery, by dowiedzieć się, skąd właściwie startujemy. Jak pisze Robert E. Franken w „Psychologii motywacji”: „zanim zmienimy jakiś sposób postępowania, musimy go sobie uświadomić. Wymaga to monitorowania własnego zachowania. (…) Jeśli analizujemy nasze działania, to łatwiej nam wyznaczać cele, które prowadzą do stopniowej poprawy”.

Świadomość tego, gdzie była nasza linia startu, pomaga też dostrzec postęp. Osoby, które zaczynają ćwiczyć i dołączają do jakiejś grupy treningowej, często po krótkim czasie zaczynają się porównywać z innymi i frustrować tym, że są gorsze. Tymczasem powinny raczej porównywać swoje obecne wyniki z wcześniejszymi. Dzięki temu ich samoocena będzie wzrastać. Zamiast myśleć: „Jestem leniwy i bez kondycji”, zaczną widzieć siebie jako wytrwałych i aktywnych, bo będą mieć na to dowody. Psycholodzy nie mają wątpliwości, że wzrost wiary w siebie znacznie zwiększa szanse wytrwania w postanowieniach. Motywująca może być nawet sama świadomość, że informacje o tym, co robimy, za chwilę będziemy musieli gdzieś zapisać. Badacze z University of Pittsburgh dowiedli, że notowanie w aplikacji tego, co się zjadło, jest skuteczną strategią odchudzania, a po zaprzestaniu diety pomaga utrzymać prawidłową wagę.

Warto więc poświęcić trochę czasu, by znaleźć aplikację, która pozwala na śledzenie dokładnie tego, co chcesz, i osiąganie tego, na czym najbardziej ci zależy.

  1. Zdrowie

Woda zdrowia doda

Tylko odpowiednia zawartość wody w organizmie gwarantuje utrzymanie stałej temperatury ciała. Bez niej nie możemy dobrze trawić, wchłaniać składników odżywczych czy wydalać produktów metabolizmu oraz toksyn. (Fot. iStock)
Tylko odpowiednia zawartość wody w organizmie gwarantuje utrzymanie stałej temperatury ciała. Bez niej nie możemy dobrze trawić, wchłaniać składników odżywczych czy wydalać produktów metabolizmu oraz toksyn. (Fot. iStock)
Pij wodę, pij wodę, pij wodę. Powtarzam te słowa, ponieważ wypowiadam je codziennie wiele razy. Mówię to każdemu pacjentowi. Podsumowuję tym zaleceniem swoje wykłady, a i nie raz na łamach „Zwierciadła” o tym pisałam. To może jeszcze raz…

Gdy sąsiadka mówi, że mało pije, stawiam przed nią szklankę z wodą. Gdy pacjentka podczas sesji powiedziała ostatnio, że nie wie, ile pije – odesłałam ją, aby przyniosła sobie butelkę i piła w trakcie konsultacji. Czy wodą można zdziałać cuda? Nie… Ale bez niej możemy umrzeć!

Trochę fizjologii. Woda wchodzi w skład wszystkich komórek, jest też w płynach ustrojowych (mózgowo-rdzeniowym czy w osoczu). Wypełnia chrząstki – gdy mamy jej w ciele mało, one niczym wyschnięte gąbeczki pozwalają kościom na ocieranie się o siebie, co powoduje zniszczenie i ból. Mózg powinien składać się w 75 proc. z wody – jeżeli nie wypijemy jej odpowiednio dużo, to lekko nam zwiędnie. Tylko odpowiednia zawartość wody w organizmie gwarantuje utrzymanie stałej temperatury ciała. Bez niej nie możemy dobrze trawić, wchłaniać składników odżywczych czy wydalać produktów metabolizmu oraz toksyn. O ileż mniej czasu antenowego zajmowałyby reklamy środków na przeczyszczenie, gdybyśmy pili wodę! Jest ona też niezbędna do regulacji gospodarki wodno-elektrolitowej i kwasowo-zasadowej. Często słyszę pytania o odkwaszanie organizmu. A nasze ciało powinno sobie z tym radzić – jeżeli będziemy pić!

Ile? Dorosła kobieta zgodnie z normami Instytutu Żywności i Żywienia powinna wypijać dwa litry wody dziennie, mężczyzna o pół litra więcej. Ale… im więcej jemy (zwłaszcza słodyczy i białek), tym więcej płynów musimy przyjmować. O upale, aktywności fizycznej, klimatyzowanych i podgrzewanych pomieszczeniach nie wspomnę.

Czy tylko woda? Oczywiście, że nie. Owoce i warzywa mają w sobie dużo wody. Ponad 90 proc. wody jest na przykład w: ogórku, cukinii, pomidorze i kapuście pekińskiej, rabarbarze, rzodkiewce, szparagach, szpinaku, bakłażanie, papryce i kalarepce oraz truskawkach i arbuzie. Jeżeli jednak wyciśniemy z nich sok, to pozbawimy je błonnika. Szybko wchłoną się składniki pokarmowe, w tym cukry. Dlatego soki nie powinny stanowić źródła płynów. 200–300 mililitrów dziennie, nie więcej.

Czy kawa pozbawia nas wody? Nie do końca. Wprawdzie tuż po jej wypiciu nerki pracują szybciej, ale proces ten nie wpływa na wydalanie moczu przez cały dzień. Pijmy herbatki i napary ziołowe, wodę z miętą, cytryną, maliną i cokolwiek nam jeszcze wpadnie do głowy (lub do wody). Nalewajmy sobie ją do butelki i odmierzajmy, czy zbliżamy się do dziennego celu. Możemy postawić szklanki w każdym kątku i przechodząc, popijać. Lepiej po łyczku niż całą szklankę duszkiem. Dlaczego? Natychmiastowe wypicie płynu powoduje podniesienie ciśnienia krwi, „pogania” nerki i wydalanie moczu. Płyn przepłynie przez nas, zamiast powoli się przesączyć. Gdy ktoś proponuje ci coś do picia, zawsze poproś o wodę (zamiast mówić: „dziękuję, ja na minutkę”). Można zainstalować sobie aplikację, która o wodzie będzie przypominała.

Z gazem czy bez? To bez znaczenia (chyba że macie chory żołądek, wtedy dwutlenek węgla może go bardziej podrażniać). W fantastycznej książce Filipa Zawady „Zbyt wiele zim minęło, żeby była wiosna” jest zdanie: „Miłość do drugiego człowieka to dziwne uczucie. Jeżeli przyjrzeć się wnikliwie, kochamy w sześćdziesięciu procentach wodę, która jest głównym składnikiem ludzkiego ciała”. Niestety, większość moich pacjentów jest odwodniona (przeciętnie mają w sobie 35–45 proc. wody). Życzę wam więc więcej wody do kochania!