fbpx

Burzliwe niebo w sypialni

Jesteśmy w trójkę na Gali Gwiazd w Międzyzdrojach, mam zaszczyt być gościem imprezy, chociaż występuję tam zapewne tylko jako gwiezdny pyłek. Oderwany od narodu nie oglądam żadnych seriali – serial życia mi wystarczy – więc nie znam twarzy ani jednej gwiazdy. A te gwiazdy błyszczą we fleszach aparatów oraz w oczach kuracjuszy tłoczących się po autografy.

Pewnego dnia posadzono mnie przy stole, przy którym gwiazdy miały rozdawać autografy. Tłum taki, że porządku musieli pilnować ochroniarze. Był upał, więc po godzinie zapytano, czy gwiazdy mają dość. Miały – niezaspokojony tłum musiał odejść z niczym. Czułem wstyd podwójny – jako gwiazda fałszywa i dlatego że odtrącono nieszczęsnych, głodnych podpisu…
 
Czy nie jest niepokojące, że mój synek najpierw poznał Ocean Atlantycki, a dopiero potem liżą go fale Bałtyku? Nie widział jeszcze gwiazd na niebie, a już zna te przyziemne. Niewielkie odchylenie, takie niby nic, a bywa, że ma potem dla dziecka poważne konsekwencje. Zachodziłem długo w głowę, czemu Antoś, taki skłonny do czułości, wstyd się przyznać… od jakiegoś czasu nas bije. Robi to fachowo i z rozmachem. Nagle odkryłem – sami go tego nauczyliśmy. Gdy zaczął przekonywać się, że świat jest czasami twardy, mama nauczyła go, by bił przedmioty, które sprawiły mu ból. Szczególnie ten okropny stół ze złośliwymi rogami zasługiwał na baty. Wydawało się, że to dobry pomysł. Nabijając sobie guzy, rzadko płakał, za to walił łapką stół, a robił to z taką pasją, że czasami łapka bolała. Któregoś dnia zapewne przez analogię odkrył, że można bić też nas, gdy zdaje mu się, że sprawiamy mu ból. Bije nawet wtedy, gdy jest ograniczany albo czuje dyskomfort, którego nie potrafi wysłowić. Wie już, że ponosimy za niego pełną odpowiedzialność, a jak pełna, to pełna.

Antoś na razie odkrywa pobliskie małe wyspy, ale ciągnie go już, by odkryć Amerykę. Jeszcze niedawno nigdy się nie oddalał, krążył na niewidocznej smyczy. Tej smyczy już nie ma, rusza, nie oglądając się za siebie, łokcie w biegu pracują mu zamaszyście, jak u chodziarza. Wystarczy chwila nieuwagi – nie ma go! Widać tylko mały kołyszący się wykrzyknik, gdzieś daleko.

Dziecko łączy i ociepla małżeństwo, niemniej zaczyna je również dzielić. Te dwie sprzeczne tendencje zwykle narastają równocześnie i szczęśliwie się niwelują. Nie zawsze. Sytuacja jest trudna – tam, gdzie było tylko ich dwoje, gdzie kwitło uczucie i namiętność, nagle pojawił się ten trzeci, nieustannie głodny uczuć i czułości. Miłość wymaga wyłączności. Jest tu jakby o jeden obiekt miłości za wiele.

Po najtrudniejszym okresie ona i on mogą znowu się do siebie zbliżyć, ale też mogą zacząć się oddalać, wtedy bywa, że już na amen. Seks pierwszy pada ofiarą zamętu w nowej sytuacji. Seks nie lubi pełnej stabilności, nie toleruje monotonii, lubi za to spontaniczność, ryzyko, utratę kontroli, a właśnie tego nie toleruje małe dziecko. Seks nie lubi też kup, przewijania, płaczu jak syrena alarmowa. Gdy dziecko nawet śpi, to i tak burzowe chmury groźby przebudzenia i płaczu cały czas wiszą pod niebem sypialni. Malec to cud i wielki dar, ale też nieustanna katastrofa i niepokój. Dostaliśmy się do niewoli, jesteśmy zakładnikami, szantażowani na sto sposobów.
 
Matka żyje w gęstej mgle zmysłów: zapach, dotyk, ssanie piersi. Ale jest też niewyspanie, znużenie i poczucie bycia wyeksploatowaną do dna. A tu nagle mąż zaczyna się dobierać. O nie! Tego za wiele! On czegoś jeszcze ode mnie chce, a przecież dałam już z siebie wszystko! Dostaje więc po łapach. Nic dziwnego, że czuje się głęboko zraniony. Kocha dziecko, ale to właśnie ten cholerny maluch zabrał mu żonę. Na małego trudno się gniewać, to tylko powiększa rozgoryczenie i żal do żony. Czy ona nie rozumie, że w ramach walki o szczęście dziecka trzeba też walczyć o szczęście męża, harmonię i zadowolenie całej rodziny?

Dlatego zawsze trzeba mieć czas na rozmowę. Większość demonów wykluwa się w milczeniu.