fbpx

Gadżet dobrego wrażenia

Prawo do wielkości zdefiniowane w „Prawniczych prawach Murphy’ego” brzmi: „Kiedy wybitny prawnik, którego wielbisz i szanujesz, wydaje się pogrążony w głębokiej zadumie, najpewniej rozmyśla nad lunchem”. Sam dałem się złapać w taką pułapkę.

Broniłem wspólnie z ojcem. Wpatrzony w mistrza chłonąłem każdy jego gest i słowo. Słuchaliśmy świadka pomawiającego naszego klienta. Ojciec wpatrywał się w niego z miną jastrzębia przed atakiem. Byłem przekonany, że za chwilę w krzyżowym ogniu pytań rozerwie ofiarę na strzępy. Nie chcąc wychodzić przed orkiestrę, czekałem, aż zacznie. Kiedy sytuacja na sali stawała się coraz groźniejsza, nie wytrzymałem i spytałem, czy nie czas przejąć inicjatywę.

– No to bierz się do roboty – polecił ojciec. Na szczęście udało się zneutralizować zeznania świadka.

– Dlaczego ty go nie przepytałeś? – spytałem w trakcie przerwy.

– Zapomniałem aparatu słuchowego i nic nie słyszałem – odparł. – Ale skoro ty też broniłeś, nie musiałem się martwić.

Żyjemy w epoce dobrego pierwszego wrażenia. Tysiące specjalistów stara się nauczyć nas, jak zrobić piorunujące wrażenie za pomocą garnituru, zegarka czy innych gadżetów. Żaden z zalecanych przepisów na dobre wrażenie nie odwołuje się do naszej wiedzy. Fachowcy wolą uczyć, jak wyglądać profesjonalnie, niż jak być profesjonalistą. Z blichtrem walczy adwokatura. Stąd tradycja noszenia togi. Gdy wchodzimy na salę sądową, jesteśmy równi. Tym, co zwraca uwagę publiczności na adwokata, jest jego wiedza i przenikliwość. Lecz i tutaj pozory mylą.

Jako młody chłopak snułem się po sądzie, słuchając przemówień słynnych adwokatów. Trafiłem na prawdziwy rarytas. W ławach obrończych w jednej sprawie siedziała cała czołówka palestry. Przez wiele godzin słuchałem wspaniałych przemówień. Pod argumentami obrońców akt oskarżenia z każdym słowem zamieniał się w zburzoną fortyfikację. Chłonąłem każde słowo.

Przyszedł czas na ostatniego obrońcę. Słusznej postawy, o szlachetnych rysach i włosach przyprószonych siwizną przypominał rzymskiego senatora. Sprawiał wrażenie najgodniejszego pomiędzy równymi. Wyglądał jak zabójcza broń, która zada ostateczny cios. Wstał i majestatycznym głosem zaczął opowiadać androny wywołujące nawet na kamiennej twarzy sędziego grymas zdziwienia.

Przemówienie minuta po minucie niweczyło całą pracę zespołu obrońców. Gdy skończył, jego klient był siny. Gdyby wtedy swego obrońcę zabił, każdy sąd uznałby to za zbrodnię pod wpływem silnego wzburzenia w pełni usprawiedliwioną okolicznościami. Od tego czasu przestałem wierzyć w pierwsze wrażenie. Często zupełnie bezsensowne zachowania mogą być poczytywane jako niezmiernie istotne czynności.

W trakcie tzw. wojny futbolowej kurator próbował zawładnąć siedzibą PZPN. Miałem zaszczyt reprezentować Związek w trakcie negocjacji. Rozmowy nie należały do najciekawszych, facet siedział w sali konferencyjnej, twierdząc, że chce przejąć władzę. Tłumaczyłem mu, że do tego potrzebne jest postanowienie sądu, którym nie dysponował. Rozmowa nie kleiła się. Siedzieliśmy, wpatrując się w siebie przez kilka godzin, zaś na korytarzu czekali dziennikarze spragnieni informacji z linii frontu.

Gość był nałogowym palaczem, uznałem zatem, że tylko odcięcie go od nikotyny może zakończyć nieproszoną wizytę. Gdy chciał palić, przypominałem mu, że to zakazane, i groziłem policją. Pech chciał, że sam wtedy byłem w szponach nałogu i co jakiś czas wymykałem się do gabinetu prezesa na papierosa. Po kilku godzinach facet spasował.

Żądni informacji dziennikarze zadawali pytania. Szczególnie zainteresowały ich moje wizyty w gabinecie prezesa. Głupio było powiedzieć, że szedłem tylko zapalić. Ale wychodząc, musiałem robić naprawdę dobre wrażenie, skoro stało się to główną atrakcją konferencji prasowej.