fbpx

Oddech wystarczy

Tak to jest, że najpierw piszę piosenki, a dopiero potem rozumiem, dlaczego je śpiewam. Ich treść wnosi coś do mojego życia, gdy one, utwory, ożywają.

W „Lion Girl” śpiewam o tym, że czasem wystarczy tylko oddychać, że zewnętrzny świat i ci słynni „oni”, jak często nazywamy wszystkich wokoło, nie oczekują i nie mogą od nas oczekiwać więcej, niż jesteśmy w stanie zrobić. Czyż to nie cudowne uwalniające uczucie? Że w tych wszystkich trudnych momentach nie musimy kontrolować, walczyć, bo kontrolą zajmuje się ktoś lub coś ponad? Wystarczy być, dojrzewać w słońcu lub w cieniu, wedle uznania. Sytuacje same się rozwiązują, a chmurzyska odpływają sprzed naszych oczu za sprawą wiatru, którym oddycha niebo.

Wierzę, że największą moc mają marzenia i pasja. Ja wiedziałam bardzo jasno, że chcę zostać mamą. Teraz jestem szczęśliwą kobietą w ciąży, choć jest ona też dla mnie ogromną lekcją pokory. Kiedy wróciłam z Indii, byłam w szczytowej formie fizycznej. Mogłam robić asany, w których nie bardzo wiadomo, gdzie człowiek ma przód, a gdzie tył, i przychodziło mi to z małpią łatwością. „One can as well join the circus” – mówił na takich jak ja nasz nauczyciel, podkreślając, że to nie asany są najważniejsze w jodze. Kiwaliśmy twierdząco głowami, a po zajęciach próbowaliśmy kolejnych bardzo trudnych pozycji na granicy absurdu. Teraz, kiedy nie mam właściwie kontroli nad ciałem, zaczynam rozumieć, że chodzi o coś więcej. Zaczynam też rozumieć ludzi, którzy mają pewne zdrowotne ograniczenia. Kolejny raz otwieram się na innych. Szukam nowego tempa i skupienia.

Zamiast brzucha wciągniętego, wklęsłego niczym talia charta – w asanie uddiyana bandha – mam coraz bardziej wypukłe tao i zaczynam kultywować głębokie oddychanie do brzucha, jak podczas snu. Odkąd się tego nauczyłam, po raz pierwszy w życiu widzę, że mam brzuszek, a to bardzo fajne doświadczenie przypominające mi o Muminkach i beztrosce dzieciństwa…

Miałam też przejściowy moment poszukiwań menedżera. Całymi dniami myślałam, martwiłam się, co to będzie. Wykonywałam masę telefonów, umawiałam spotkania, jeździłam nawet do innych miast. Mój nauczyciel śpiewu, widząc mnie w tym pędzie, powiedział: „Natalia, ty masz już menedżera – u siebie w brzuchu. Słuchaj, co on ci mówi, on tobą zarządza! On mówi, że masz albo śpiewać, albo siedzieć na tyłku i oddychać”. Więc usiadłam, zaczęłam oddychać i za chwilę zadzwonił znajomy z dwiema propozycjami. Naprawdę odczułam wtedy moc poddania się.

Moja siostra Paulina mówi: „W ciąży, nawet jeśli nic nie robisz i lenisz się do granic możliwości, wciąż jesteś ważną osobą na ważnym stanowisku, która wykonuje ogromną pracę dla tego świata”. Mogę zatem być egoistką, a jeśli komuś się to nie podoba, podobno mogę na niego nasłać myszy, cokolwiek to znaczy.

Spędzam więc długie minuty w statycznych pozycjach rozciągających, tak by się nie męczyć, ale zyskiwać energię. Zajmuję się grą na fortepianie i wiolonczeli – aby ten cudowny czas wydłużać w dążeniu do nieosiągalnej perfekcji. Żeby akceptować swoją niedoskonałość, uczyć się w pokorze nowych trudnych technicznie i muzycznie taktów Debussy’ego. Gotuję nowe potrawy dla siebie, dziecka i przyszłego taty. Zamieniam się w dobrą Babę Jagę pośród ziół i przypraw, korzystając z wyostrzonych zmysłów smaku i węchu. I to jest teraz również moja joga. Kiedy śpiewam na scenie, czuję, że nie mogę jednocześnie tańczyć i skakać, bo tracę oddech, łapię zadyszkę. Jeśli zaś zamieniam się w górę, mój głos brzmi jak nigdy dotąd. Ciąża daje mi podparcie, jakiego nigdy nie miałam, a dolne rejestry mojego śpiewu są dzięki niemu mocne i nasycone. Jestem pod wrażeniem swojego brzmienia, ale muszę pamiętać, że teraz nie śpiewam całkiem sama.