fbpx

Pytanie o agencję

Córka moich znajomych ma 12 lat. Poznałem ją, gdy miała lat 11, wtedy nic nie zapowiadało, że w ciągu roku zmieni się w śliczną… no właśnie, jak ją nazwać… osobę płci żeńskiej. Trochę jednak nadal jest dziewczynką, ale bardziej już dziewczyną, a nawet kobietą, która zaczyna być świadoma – mało chcąc, a trochę nie chcąc – że zaczyna wabić.

To są wiek i stan, które wprawiają w konsternację ją samą, ale też wszystkich uczciwych i normalnych mężczyzn, których nie opuścił testosteron. I oni, trochę chcąc, a może nawet bardziej nie chcąc, myślą czasami o kobietach jako o erotycznych obiektach. Im zaś są starsi, tym bardziej fascynują ich te młode, młodziutkie, jak owoce zakazane rosnące w ogrodzie, który już nie dla nich.

Mówię znajomym: pilnujcie jej, bo porwie ją jakiś Nabokow. I oto ona, właścicielka trzech różnych światów, nagle staje się dzieckiem, gdy reagując na naszą rozmowę, pyta: „A co to jest agencja towarzyska?”. Mała konsternacja. Czuję się w obowiązku wyjaśnić, gdyż to ja wysłowiłem owo pojęcie, ale plączą mi się słowa, nie wiem, co mogę, czego nie, więc milknę.

„Och, nie ma problemu – wzrusza ramionami nieco urażona. – W domu wpiszę sobie to w Google”.

Teraz matka wpada w panikę: „Lepiej już nie wpisuj, powiem ci: agencja towarzyska to miejsce, gdzie seks dostaje się za pieniądze”. Kiwa głową ze zrozumieniem. Czuję się w obowiązku uzupełnić w duchu umiarkowanego feminizmu: „Chadzają tam jednak głównie panowie, panie zwykle nie mają takich potrzeb, albo udają, że nie mają”.

Potwierdza, że rozumie. A ja myślę, oto żyjemy w czasach, gdy każda niewiadoma ma swoją odpowiedź w Google. Jak znam życie, dziewczynka potem i tak wpisała agencję, trudno przecież do końca ufać w takich sprawach dorosłym. Ja zresztą potem też sobie wpisuję, ale inne, trudne pytanie: Jak żyć? Wyszukiwarka serwuje mi bigos odpowiedzi, ale z frontu są słowa: „życie nie trwa wiecznie”. To chyba bardzo dobra odpowiedź, w takich zasadniczych sprawach najlepsze są te nie wprost.

A pytanie o agencję wcale mnie nie zdziwiło. Wstyd się przyznać, ale sam zadałem takie, dawno niedawno, na początku lat 90. policjantowi podczas przesłuchania. Tu przydałoby się dłuższe wyjaśnienie, na które nie ma miejsca. W skrócie: byłem wtedy dyplomatą, pierwszym wysłannikiem już wolnej Polski w Skandynawii, a mój poprzednik był kapitanem Służby Bezpieczeństwa. Nie gniewał się, że go wykolegowałem, wiedział, że to nieuniknione, wściekł się, gdy szwedzka prasa napisała, że znakiem wielkich zmian na Wschodzie jest, że w polskiej dyplomacji poeta zastąpił kapitana tajnej policji.

Potem w stanie upojenia alkoholowego wykonywał do mnie brzydkie i ochrypłe telefony, więc to być może on już w kraju zadzwonił do mej ówczesnej żony, że mąż jest w agencji, a za kilka dni ktoś jej zrobi krzywdę. W moim warszawskim domu rezydowali wtedy antyterroryści, a ja składałem zeznania. Policjant po moim pytaniu spojrzał jednak nieufnie. Odpowiedziałem spojrzeniem jasnym i czystym, jak Szwejk w czasie przesłuchań. Muszę przyznać, że rozmawiał wtedy ze mną jak dyplomata z dyplomatą, nie powiedział, co zapewne pomyślał: „Panie, nie udawaj pan głupka, agencja to burdel”.

Tu, by się usprawiedliwić, przypomnę, że agencje rozkwitły po przełomie ’89 roku, podobnie jak to określenie, a ja już wtedy mieszkałem w Sztokholmie, jak widać – bardzo niewinny.

Jaki morał z tej opowieści? Jeśli przedszkole, szkoła i my, rodzice, nie będziemy rozmawiać szczerze i mocno ze swoimi dziećmi nawet o tym, co trudne, to one wpiszą sobie pytania w Google. A to czasami pan bezecny i dyktator, ale tylko dla tych, którzy nie mają możliwości, by uzyskać wiedzę z innych, bardziej jednoznacznych źródeł.