1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Zwierciadło poleca
  4. >
  5. Książki motywacyjne - pozycje, które motywują do działania

Książki motywacyjne - pozycje, które motywują do działania

Samo chcenie nie ma mocy sprawczej. Potrzebny jest plan i motywacja. (Fot. iStock)
Samo chcenie nie ma mocy sprawczej. Potrzebny jest plan i motywacja. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 7 Zdjęć
Motywacja to nie impuls do działania, ale gotowość do wytrwania w działaniu. Warto regularnie ją zasilać inspirującymi lekturami. 

 

Coraz częściej pojawiają się głosy, że motywacja jest przereklamowana. A może nie przereklamowana, tylko źle rozumiana? Bo motywacja nie jest motywem, który skłoni cie do działania, ale siłą, która pozwoli wytrwać w działaniu. To narzędzie wsparcia dla długodystansowców i jak każdy długotrwały proces podlega falowaniu: raz wzrasta, raz maleje... I problem nie w samym falowaniu, ale w tym, by umieć nim zarządzać. Na szczęście może nas w tym wesprzeć wiele książek motywacyjnych. 

Oto kilka książek motywacyjnych, z których sama zaczerpnęłam pomysły na budowanie autentycznej życiowej motywacji.

"Sztuka tworzenia wspomnień", Meik Wiking, wyd. Insignis 2019

Autor dał się poznać jako promotor zjawiska „hygge”, które dla Duńczyków oznacza dobrostan związany z poczuciem bezpieczeństwa, komfortu i spokoju. Meik Wiking jest dyrektorem Instytutu Badań nad Szczęściem w Kopenhadze i jego praca polega na tym, by zrozumieć, dlaczego jedni ludzie są szczęśliwsi od innych. I jak wynika z badań prowadzonych w ośrodku, wiąże się to m.in. ze wspomnieniami, jakie przechowujemy w głowie.  A te – jak przekonuje Wiking – można stymulować. Nie chodzi jednak o manipulowanie pamięcią, a o budowanie bazy dobrych wspomnień na przyszłość. Jak się do tego zabrać? Na przykład raz w roku wybrać 100 zdjęć (w smartfonach mamy ich tysiące) związanych z najszczęśliwszymi chwilami i je wydrukować!

'Sztuka tworzenia wspomnień', Meik Wiking, wyd. Insignis 2019, 44,99 zł (Fot. materiały prasowe)  "Sztuka tworzenia wspomnień", Meik Wiking, wyd. Insignis 2019, 44,99 zł (Fot. materiały prasowe) 

"Inna Samotność", Michael Harris, wyd. Prószyński i S-ka 2019

Słowo jest jak kamień – pisał Bolesław Prus w „Faraonie”. Miał na myśli przede wszystkim to, że odbite może zranić tego, kto je rzuca, ja dołożę jeszcze aspekt ciężaru. Zmierzam do tego, że „samotność” jako słowo jest ciężkie, jakby niosło smutek, bezradność i ogólnie nieszczęście. Może Kanadyjczyk Michael Harris ma podobne skojarzenia, skoro zatytułował swoją książkę „Inna samotność”? Przez tę inność rozumie wartości, jakie płyną z przebywania w odosobnieniu. Bardzo boimy się zostać sami ze sobą, tymczasem Harris przekonuje, że to bardzo płodny stan: stymuluje kreatywność, pełni rolę terapeutyczną oraz ułatwia tworzenie więzi. Zdumiewająco brzmi zwłaszcza to ostatnie, jednak zdaniem autora, właśnie w samotności możemy prawdziwie ocenić wartość relacji i zadbać o nią. 

'Inna Samotność', Michael Harris, wyd. Prószyński i S-ka 2019, 42 zł (Fot. materiały prasowe) "Inna Samotność", Michael Harris, wyd. Prószyński i S-ka 2019, 42 zł (Fot. materiały prasowe)

"Woop skuteczna metoda osiągania celów", wyd. GWP 2018

Autorką metody tzw. kontrastowania mentalnego jest Gabriele Oettingen, profesor psychologii z Uniwersytetu Nowojorskiego. Jako punkt wyjścia psycholożka przyjmuje, że pozytywne myślenie rozleniwia, bo samo chcenie nie ma mocy sprawczej (choć oczywiście szczere pragnienia są najbardziej trwałą motywacją!). Oettingen  proponuje zatem, by, przygotowując plan, wyobrazić sobie wszystkie możliwe okoliczności, które mogłyby zakłócić osiągnięcie celu, i przygotować środki zaradcze. Podkreśla, że równie kreatywni, jak przy sypaniu pomysłami na nowe projekty i wizualizowaniu sukcesu – powinniśmy być przy szukaniu odpowiedzi na pytanie: a co jeśli? 

'Woop Skuteczna Metoda osiągania celów', wyd. GWP 2018, 39,90 zł (Fot. materiały prasowe) "Woop Skuteczna Metoda osiągania celów", wyd. GWP 2018, 39,90 zł (Fot. materiały prasowe)

"Porażka znaczy zwycięstwo", Charles Pepin, wyd. Muza 2019

W rozmowie z trenerką biznesu Sylwią Hull-Wosiek, którą przeprowadziłam dla SENSu, przyznałam, że trudno przechodzi mi przez usta stwierdzenie, że błąd jest samodzielną wartością, a nie tylko wypadkiem przy pracy, który, chcąc, nie chcąc (raczej to drugie) musimy zaakceptować. Mimo jej wyjaśnień, że właśnie tak jest, nadal nie jestem przekonana... A jednak nie tylko ten się nie myli, kto nic nie robi, ale jak podkreśla francuski filozof Charles Pepin: nie ma prawdziwego sukcesu bez wielu wcześniejszych porażek. W swojej książce motywacyjnej przywołuje m.in. Charles'a de Gaulle'a, J.K.Rowling i Tomasza Edisona. Ten ostatni, zanim wynalazł żarówkę, przeprowadził tak wiele daremnych eksperymentów, że aż jego współpracownik niepokoił się, jak można unieść tyle klęsk. „Nie poniosłem tysięcy klęsk, ale udało mi się podjąć tysiące prób” – usłyszał w odpowiedzi. Jednak Pepin nie jest mówcą motywacyjnym a filozofem, więc w istnieniu porażek dopatruje się jeszcze głębszego sensu. „Gdyby nie niepowodzenia i kłody rzucane pod nogi, nie wiedzielibyśmy, czym jest głębokie zadowolenie” – pisze. 

'Porażka znaczy zwycięstwo', Charles Pepin, wyd. Muza 2019, 34,90 zł (Fot. materiały prasowe) "Porażka znaczy zwycięstwo", Charles Pepin, wyd. Muza 2019, 34,90 zł (Fot. materiały prasowe)

"Z odwagą z nieznane", Brené Brown, wyd. Laurum 2018

Brené Brown zasłynęła jako badaczka zjawiska wrażliwości i odwróciła do góry nogami jej popularne postrzeganie jako czegoś, co wyraża słabość. Nic bardziej mylnego, bo bycie wrażliwym to dopiero wymaga odwagi! – twierdziła w książce motywacyjnej „Z wielką odwagą. Tym razem nawołuje z kolei do odwagi w byciu sobą, mimo że w dążeniu do zaspokojenia potrzeby przynależności (dość powszechnej – Abraham Maslow umieścił ją w swojej piramidzie tuż ponad potrzebą bezpieczeństwa) nieraz jesteśmy gotowi przystosowywać się do innych. Brown przestrzega, że to droga na manowce, bo udając kogoś innego  – nie sposób być szczęśliwym. Przywołuje również słowa swojej mentorki, nieżyjącej już poetki Mai Angelou: „Człowiek jest wolny tylko wtedy, gdy uświadomi sobie, że nigdzie nie przynależy, zupełnie nigdzie, ponieważ jego miejsce jest wszędzie”. Brzmią niepokojąco, ale kryją głęboką mądrość, no i wspierają podczas doświadczania samotności, do którego taka postawa musi nieuchronnie nieraz doprowadzić. 

'Z odwagą z nieznane', Brené Brown, wyd. Laurum 2018, 46,90 zł (Fot. materiały prasowe) "Z odwagą z nieznane", Brené Brown, wyd. Laurum 2018, 46,90 zł (Fot. materiały prasowe)

"Nie narzekaj!", Jon Gordon wyd. MT Biznes 2017

Jak twierdzi autor, negatywne nastawienie kosztuje gospodarkę Stanów Zjednoczonych co najmniej 250 mld dolarów rocznie. Nie sądzę, żeby ktoś zajął się podobnymi obliczeniami w Polsce, ale to i lepiej, bo skoro Amerykanie (z których przyklejonych uśmiechów i standardowej odpowiedzi „doskonale, dziękuję” na pytanie „jak się masz? ” – ochoczo się podśmiewamy) ponoszą tak wysokie koszty narzekania, to wolę nie myśleć o tym, jaki poziom osiągają one u nas, skoro na to samo pytanie zwykle odpowiadamy: stara bida... jakoś leci, bywało gorzej... czy coś równie podnoszącego na duchu. Nie o skłonnościach do jęczenia chcę jednak pisać, o tym, co Gordon wymyślił, żeby przekierować energię na naprawianie błędów, które koniec końców za tym narzekaniem stoją. Po pierwsze, proponuje przestać uskarżać się wszem wobec, a zwracać się bezpośrednio do tzw. osób decyzyjnych i przedstawiać im jakieś rozwiązanie. Trudniej niż rozsiewać frustrację wokół? Być może, ale na pewno zdrowiej i przede wszystkim efektywniej. Autor odnosi się przede wszystkim do sytuacji zawodowych, ale sama metoda doskonale sprawdzi się po godzinach: zamiast marudzić albo strzelać focha, pomyśl, jak usprawnić to, co ci przeszkadza, i porozmawiaj z tymi, których ta sytuacja dotyczy!

'Nie narzekaj!', Jon Gordon wyd. MT Biznes 2017, 34,90 zł (Fot. materiały prasowe) "Nie narzekaj!", Jon Gordon wyd. MT Biznes 2017, 34,90 zł (Fot. materiały prasowe)

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Materiał partnera

O drodze, która prowadzi do „Ósmego kontynentu“  

Mariusz Szeib - autor książki „Ósmy kontynent. Przez 7 kontynentów w głąb umysłu”, wyd. BookEdit (Fot. archiwum autora, materiały prasowe)
Mariusz Szeib - autor książki „Ósmy kontynent. Przez 7 kontynentów w głąb umysłu”, wyd. BookEdit (Fot. archiwum autora, materiały prasowe)
Dlaczego bieganie pomaga nam odkryć życiową misję i osiągnąć więcej niż założone cele? Książka „Ósmy kontynent. Przez 7 kontynentów w głąb umysłu. Historie prawdziwe” to pozycja dla każdego, kto biega, oraz wszystkich tych, którzy marzą by żyć pełnią życia.

“Każdy ma w swoich rękach latarkę z korbką, a w niej tyle światła, ile sam nakręci ” – to życiowe motto dr. Mariusza Szeib, biznesmena, filantropa i maratończyka. Jego przygoda z wielokilometrowymi biegami zaczęła się od szukania wyzwań w związku z 50. urodzinami. W swojej książce udowadnia, że – zgodnie z chińskim przysłowiem, które mówi, że podróż o długości 1000 mil zaczyna się od pierwszego kroku – bieganie zaczyna się od pierwszego pokonanego dystansu. W bieganiu chodzi jednak o coś więcej niż pokonywanie kolejnych kilometrów. Bieganie to nie tylko praca mięśni, to stan umysłu. „Poprzez nieustanne pokonywanie siebie nasz wysiłek zaczyna stopniowo przemieniać się w potężny oręż. Dzięki determinacji i spalaniu w sobie podczas biegu tego, co negatywne zaczynamy coraz lepiej radzić sobie z problemami. Rośnie w nas równocześnie chęć dzielenia się tą siłą z otoczeniem. Stopniowo rodzi się w nas „Ósmy kontynent” – mówi Mariusz Szeib.

Towarzysząc autorowi w biegach na siedmiu kontynentach, m.in. na Antarktydzie, Syberii, zamarzniętej tafli Bajkału, Murze Chińskim, Mount Evereście, Saharze czy Wyspach Wielkanocnych, przyglądając się mu, jak pokonuje trudy i czemu musi sprostać, możemy dowiedzieć się wiele o sobie. „To bite cztery godziny, podczas których można głęboko zajrzeć w głąb swojej duszy. Jest czas na przemyślenia i refleksje”.

Książka łączy w sobie emocje i dokumentaryzm charakterystyczny dla dobrego, wciągającego reportażu jak i refleksje i wskazówki, które znamy z podręczników liderów biznesu i działaczy społecznych. Atutem publikacji są zebrane w drugiej części książki relacje i doświadczenia nietuzinkowych postaci i autorytetów ze świata sportu i polityki, jak Jerzy Skarżyński, czy prof. Leszek Balcerowicz. Przedmowę do książki napisał Jacek Santorski.

Leszek Balcerowicz – O wyczynowym sporcie często mówi się, że kształtuje charakter. Myślę, że jest odwrotnie. To ludzie wytrwali, ambitni i systematyczni uprawiają sport wyczynowy. Michael Clinton – Pamiętaj, że najważniejsze jest właśnie żyć w zgodzie ze sobą. Lara Kruikskamp – Nie pozwól na to, by jakiekolwiek ograniczenia górowały nad twoimi ambicjami! Michał Walczewski – Prawdziwe szczęście osiąga się wtedy, gdy niewiele jest w stanie ci je odebrać. Nieukończony maraton nie może mnie unieszczęśliwić. Robert Celiński – Bieganie otworzyło mnie również na świat. Bez moich maratońskich celów pewnie nigdy nie przyszłoby mi do głowy, że postawię stopę na Antarktydzie, a tym bardziej, że wygram tam maraton. Joe Findaro – Parę dni po maratonie Boston wyglądał jak strefa wojenna. Pełno telewizyjnych furgonetek, dziennikarze na każdym rogu. Marek Śliwka – Biegać dzisiaj każdy może, trochę lepiej lub gorzej. Jerzy Skarżyński – Rachunek prawdopodobieństwa mówi jednoznacznie – łatwiej mi było wygrać samochód w walce, niż wylosować go w loterii na mecie. Ignacio Bravo – Nigdy nie wiesz, jak bardzo jesteś silny, dopóki nie masz innego wyjścia niż biec.  

„Ósmy kontynent” to książka dla każdego, kto biega, czy chciałby zacząć biegać, ale przede wszystkim dla tych, którzy marzą by żyć pełnią życia, tak w obszarze zawodowym, jak i osobistym. Ta książka nie dotyczy bowiem tylko biegania. Przed Czytelnikiem otwiera możliwości odkrycia Ósmego kontynentu – marzeń, celów, pasji i talentów. To być może najważniejszy i wciąż najmniej odkryty kontynent, który zdobyć może każdy z nas.

O autorze: dr Mariusz Szeib – Prezes Zarządu Texet Poland Sp. z o.o., inżynier automatyk, doktor nauk ekonomicznych. Ukończył MBA, British Institute of Management (Londyn, Glasgow). Twórca kilku firm działających w sektorze B2B i B2C. Członek największej organizacji humanitarnej na świecie Lions Clubs. W wieku 50 lat zaczął biegać. Przebiegł 24 maratony na 7 kontynentach. Twórca biegów charytatywnych Freedom Charity Run oraz organizator kilkunastu akcji charytatywnych w Polsce i na świecie. Prywatnie ojciec trzech córek i dziadek sześciorga wnucząt.

„Ósmy kontynent. Przez 7 kontynentów w głąb umysłu”, Mariusz Szeib, wydawca: BookEdit, ISBN 9788395918902, cena: 49,90 zł, oprawa miękka ze skrzydełkami, format: 145 x 210 mm, liczba stron: 354, data premiery: 13 stycznia 2021 r. „Ósmy kontynent. Przez 7 kontynentów w głąb umysłu”, Mariusz Szeib, wydawca: BookEdit, ISBN 9788395918902, cena: 49,90 zł, oprawa miękka ze skrzydełkami, format: 145 x 210 mm, liczba stron: 354, data premiery: 13 stycznia 2021 r.

Freedom Charity Run 2021: część pieniędzy ze sprzedaży książki zostanie przeznaczona na cel charytatywny Freedom Charity Run 2021 – w połowie na pomoc dla dzieci z porażeniem mózgowym z Ośrodka Ortopedyczno-Rehabilitacyjnego szpitala Klinicznego im. W. Degi w Poznaniu, Centrum Technologicznego Wspomagania Rehabilitacji.

  1. Kultura

Filmy, które inspirują do zmiany, pozytywnego myślenia i docenienia codzienności

Robert De Niro i Anne Hathaway w filmie
Robert De Niro i Anne Hathaway w filmie "Praktykant". (Fot. materiały prasowe Warner Bros)
Zobacz galerię 7 Zdjęć
Wielu z was spisało już pewnie listę noworocznych postanowień. Z ich realizacją często bywa różnie, jednak nie należy tracić nadziei. Na sylwestrowy wieczór polecamy wam filmy, które nie tylko inspirują i motywują do zmiany, ale też zachęcają do pozytywnego myślenia i docenienia codzienności. 

"Maiden"

Znakomity dokument "Maiden" powinny obejrzeć przede wszystkim kobiety, i to w każdym wieku. Gwarantujemy, że historia ta sprawi, że nabierzecie wiatru w żagle. W 1989 roku grupa odważnych dziewczyn stworzyła pierwszą w historii kobiecą załogę startującą w prestiżowych i ekstremalnie niebezpiecznych regatach Whitbread Round the World Race. Na morzu walczyły o szacunek, uznanie, a także należne kobietom miejsce w społeczeństwie. Przeciwnikiem był groźny żywioł, ale też lekceważenie i pogarda innych. Bohaterki filmu przetarły jednak szlak kolejnym pokoleniom buntowniczek i udowodniły, że w życiu da się pokonać wszelkie uprzedzenia i przesunąć każde granice. „Maiden” to film o temperaturze kina akcji i zarazem pasjonująca opowieść o kobiecej sile, determinacji, marzeniach i wolności. Trzyma w napięciu jak najlepsza sportowa rozgrywka. Wzrusza, inspiruje i motywuje.

Film dostępny na cineman.pl oraz vod.pl.

Kadr z filmu 'Maiden'. (Fot. materiały prasowe Gutek Film) Kadr z filmu "Maiden". (Fot. materiały prasowe Gutek Film)

"Praktykant"

Życie na emeryturze może być naprawdę fascynujące. Główny bohater filmu "Praktykant", 70-letni wdowiec Ben Whittaker, jest tego najlepszym przykładem. Wykorzystując nadarzającą się okazję, aby wrócić do aktywnego życia, mężczyzna zatrudnia się jako starszy stażysta w redakcji strony internetowej poświęconej modzie, założonej i prowadzonej przez Jules Ostin. Podczas nieuchronnego zderzenia pokoleń, obydwoje odkrywają wartość prawdziwej przyjaźni. "Praktykant". w reżyserii wielokrotnie nagradzanej Nancy Meyers zachwyci was wciągającą fabułą i znakomitym aktorstwem (w rolach głównych laureaci Oscara Robert De Niro oraz Anne Hathaway). To z pozoru nieco banalny, lecz jednocześnie niesamowicie ciepły film o sile przyjaźni, który zmusza widza do refleksji nad tym, co tak naprawdę jest ważne w życiu.

Film dostępny na platformie Netflix.

Kadr z filmu 'Praktykant'. (Fot. materiały prasowe Warner Bros) Kadr z filmu "Praktykant". (Fot. materiały prasowe Warner Bros)

"Pan od muzyki"

Skromny i zakompleksiony nauczyciel muzyki Clément Mathieu (w tej roli Gérard Jugnot) boryka się z brakiem pracy. W końcu przyjmuje posadę wychowawcy w szkole dla trudnej młodzieży, w której panuje żelazna dyscyplina. Relacje między uczniami a pedagogami są bardzo napięte. Oszołomiony nieprzyjazną atmosferą, a zwłaszcza nieudolnymi próbami zaprowadzenia żelaznej dyscypliny przez dyrektora, postanawia zmienić życie wychowanków. Mimo trudnych początków, Mathieu stopniowo zdobywa szacunek podopiecznych. Dzięki niekonwencjonalnym metodom nauczania udaje mu się także wprowadzić ich w czarodziejski świat muzyki. Film okazał się światowym sukcesem i zdobył wiele prestiżowych wyróżnień, w tym nominacje do Oscara i Złotego Globu. To piękny, inspirujący i wzruszający obraz, który pozostaje nie tylko w pamięci, ale też w sercu widza.

Film dostępny na platformie HBO GO.

Kadr z filmu 'Pan od muzyki'. (Fot. NG Collection/Interfoto/Forum) Kadr z filmu "Pan od muzyki". (Fot. NG Collection/Interfoto/Forum)

"Sekretne życie Waltera Mitty"

A teraz propozycja dla wszystkich marzycieli. Walter Mitty pracuje jako fotoedytor w tygodniku "LIFE", w którym publikowane są jedne z najciekawszych zdjęć na świecie. Pewnego dnia dowiaduje się, że gazeta ma przejść w format cyfrowy, a jemu samemu grozi utrata pracy. W ferworze przygotowań ostatniego papierowego wydania magazynu, ginie fotografia autorstwa Seana OʼConnella, która ma odegrać kluczową rolę w numerze. Walter wyrusza więc w świat w poszukiwaniu autora zdjęcia. Film jest ekranizacją opowiadania Jamesa Thurbera z 1939 roku, z Benem Stillerem po obu stronach kamery. W obsadzie znaleźli się też znani amerykańscy aktorzy, m.in. dwukrotny zdobywca Oscara Sean Penn, Kristen Wiig oraz Adam Scott. To historia, która z pewnością was zainspiruje i zmusi do działania.

Film dostępny na player.pl.

Kadr z filmu 'Sekretne życie Waltera Mitty'. (Fot. NG Collection/Interfoto/Forum) Kadr z filmu "Sekretne życie Waltera Mitty". (Fot. NG Collection/Interfoto/Forum)

"Dobry rok"

W ekranizacji powieści Petera Mayle'a "Dobry rok", Ridley Scott zaprasza nas do słonecznej Prowansji. Londyński bankier Max Skinner bardzo lubi swoją pracę i życie w mieście. Pewnego dnia dowiaduje się o spadku, który pozostawił mu zmarły wuj. Max dziedziczy piękną, ale podupadającą posiadłość w Prowansji, w której znajduje się działająca od 30 lat winnica. Mężczyzna jedzie więc na francuską wieś z zamiarem sprzedania majątku. W tym samym czasie okazuje się, że jego dalsza giełdowa kariera stoi pod znakiem zapytania. W sielskiej atmosferze, w otoczeniu winnic zaczyna wspominać swoje dzieciństwo, coraz bardziej przyzwyczaja się do prostego życia na wsi i odnawia kontakt ze swoją dawną miłością, właścicielką lokalnej kawiarni. To spokojny, refleksyjny film z pięknymi krajobrazami w tle i znakomitą obsadą (w rolach głównych Russell Crowe, Marion Cotillard oraz Albert Finney). Kieliszek wina do seansu - obowiązkowy!

Film obejrzeć można w piątek 1 stycznia o 17:40, sobotę 2 stycznia o 15:15 oraz poniedziałek 4 stycznia o 9:40 w Kino TV oraz w piątek 1 stycznia o 20:00 i niedzielę 3 stycznia o 15:45 w Stopklatce.

Kadr z filmu 'Dobry rok'. (Fot. Rights Managed/Mary Evans Picture Librar/Forum) Kadr z filmu "Dobry rok". (Fot. Rights Managed/Mary Evans Picture Librar/Forum)

  1. Psychologia

Współpraca nie wyklucza zdrowej rywalizacji. Jak przekazać to dzieciom?

Odkrycie talentów dziecka to dla rodziców trudne zadanie, bo muszą za nim podążać, dawać emocjonalne wsparcie. Najlepiej pomóc dziecku samemu odkryć swoje mocne strony. (fot. iStock)
Odkrycie talentów dziecka to dla rodziców trudne zadanie, bo muszą za nim podążać, dawać emocjonalne wsparcie. Najlepiej pomóc dziecku samemu odkryć swoje mocne strony. (fot. iStock)
Zachęcajmy dziecko do samopoznania, pomagajmy mu zrozumieć siebie oraz to, dlaczego powinno podążać w tym, a nie w innym kierunku – mówi pedagożka dr Marta Majorczyk.

Rodzice z jednej strony widzą, że współczesny świat nastawiony jest na konkurencję, szkoła na rywalizację, a z drugiej – coraz częściej słyszą, że powinni wychowywać do współpracy. To czego powinni uczyć?
Powinni przygotowywać dziecko na obydwie opcje. Przy czym warto rozróżnić rywalizację pozytywną od negatywnej. Pozytywna opiera się na zdolnościach, talentach, cechach, umiejętnościach, kompetencjach, wiedzy, czyli przymiotach, które mamy w sobie i z których korzystamy, chcąc osiągnąć sukces.

A rywalizacja negatywna?
Odwołuje się do elementów, których nie mamy w sobie, które znajdują się na zewnątrz. Na przykład do tego, że rodzice są majętni, więc dziecko ma najdroższe ubrania, gadżety, wyjazdy. Innym przykładem rywalizacji negatywnej są wybory miss czy mistera szkoły, gdzie ocenia się wygląd, czyli coś, na co dziecko nie ma wpływu. Zadanie rodziców powinno polegać nie na stymulowaniu takiej rywalizacji, ale na jej osłabianiu.

Czyli na czym konkretnie?
Na przykład na podkreślaniu: co z tego, że masz lepsze ubrania, skoro to nie zależy od ciebie, tylko od tego, że akurat mamy pieniądze. Warto uczyć skromności, a nie eksponowania dóbr materialnych, markowych ciuchów, większych możliwości, niż mają inne dzieci. Skutkiem negatywnej rywalizacji jest osłabienie poczucia wartości dziecka, które bierze udział w rywalizacji, bo jeżeli uważa, że jest brzydsze, źle ubrane, to czuje się gorsze. A ponieważ nie jest w stanie tego zmienić, to może w pewnym momencie przestać podejmować jakiekolwiek działania.

Jakie są skutki rywalizacji pozytywnej?
Bardzo ważną rolę odgrywają tu rodzice – powinni rozmawiać z dzieckiem i wyjaśniać mu, że rywalizacja nie przynosi tylko sukcesów, że na pewno kiedyś trzeba zmierzyć się z porażką. Ale to, że dziecko przegra, nie znaczy, że jest do niczego, tylko że powinno ćwiczyć dalej i pogodzić się z tym, że ktoś jest lepszy. Koniecznie trzeba budować w dziecku poczucie wartości.

Jak reagować, jeżeli to poczucie zmieni się w poczucie wyższości? Bo osiągając sukcesy, można wpaść w pułapkę wysokiego mniemania o sobie. Dziecko uzdolnione w jakiejś dziedzinie ma łatwiej niejako z definicji, niezdolne może łatwo się zniechęcić.
Poruszyła pani ważną kwestię. Weźmy taki przykład: dziewczynka bardzo chce tańczyć tak jak utalentowana w tej dziedzinie koleżanka. Natomiast ja, mama, widzę, że z poczuciem rytmu nie jest u córki za dobrze. Proponuję więc: świetnie radzisz sobie językowo, jesteś komunikatywna, masz bogaty zasób słownictwa, możesz pisać opowiadania, współpracować ze szkolnym radiem itp. Trzeba córkę umiejętnie pokierować w inną stronę. Odkrycie talentów dziecka to dla rodziców trudne zadanie, bo muszą za nim podążać, dawać emocjonalne wsparcie. Najlepiej pomóc dziecku samemu odkryć swoje mocne strony.

Jak to robić?
Można zadawać pytania coachingowe: „Co sprawia ci radość?”; „Jak sądzisz, czy wystarczy więcej popracować, czy może powinieneś szukać innej dziedziny, w której mógłbyś się spełniać?”. Zamiast podsycać rywalizację, lepiej zachęcać dziecko do samopoznania, pomagać mu zrozumieć siebie oraz to, dlaczego powinno podążać w tym, a nie innym kierunku.

I podkreślać, że każdy jest inny?
Tak. Badacz inteligencji wielorakiej Howard Gardner wykazał, że nie ma jednej inteligencji, tylko jest cały zespół inteligencji. Tłumaczmy dziecku, że niemożliwe, aby było świetne we wszystkim, natomiast na pewno jest w czymś dobre i musi to coś znaleźć. Zarówno rodzicom, jak i nauczycielom polecam książkę Aldony Kopik i Moniki Zatorskiej „Wielorakie podróże – edukacja dla dziecka”, która zawiera kwestionariusz do badania inteligencji wielorakiej. Pomaga na podstawie obserwacji dziecka wykreślić jego profil inteligencji.

Gdy już poznamy ten potencjał, łatwiej nam będzie zachęcać je do rywalizacji z samym sobą, a nie z innymi?
Oczywiście, dobrze motywować je do tego, żeby ćwiczyło, uczyło się, pracowało. Ale warto zwracać też uwagę, że skoro jest dobre na przykład w pisaniu, a koleżanka w mówieniu, to mogą, uzupełniając się, zrealizować wspólnie jakiś projekt na lekcję polskiego. Istnieje pojęcie nauczania kooperatywnego, które polega między innymi na tym, że nauczyciel dzieli materiał między uczniów w taki sposób, żeby każdy stał się specjalistą w innym obszarze wiedzy. Potem wszyscy nawzajem się od siebie uczą. Na przykład na lekcji biologii jeden uczeń zajmuje się budową komórki, drugi – jej procesami, trzeci – odżywianiem komórkowym, potem wymieniają się informacjami i w ten sposób poznają całość wiedzy na ten temat. Przy okazji dzieci przekonują się, że zrozumienie całości nie jest możliwe bez współpracy.

Jak jeszcze zachęcać do kooperacji?
Na początku wystarczy wykorzystywać naturalne potrzeby dziecka, czyli chęć zabawy, kontaktu z rówieśnikami. One ujawniają się już w wieku wczesno­szkolnym. Dzieci wtedy lgną do siebie, przy czym dziewczynki bardziej stawiają na zabawę, bliskość, a chłopcy na rywalizację, bo to chłopięcy sposób budowania relacji z kolegami.

Szkoła często zabija te naturalne odruchy.
Wszystko w rękach nauczyciela. Jego rolą jest poznanie dzieci, rozdzielenie zadań zgodnie z ich talentami, a potem zmotywowanie ich do wymiany. Na przykład Jaś to nasz klasowy Lewandowski, więc zachęcam go, żeby pokazał swoim kolegom, jak strzela gole. W ten sposób nauczyciel upiecze dwie pieczenie na jednym ogniu – zbuduje w Jasiu poczucie kompetencji, własnej wartości, wiary w siebie, a także uruchomi tutoring rówieśniczy, który polega na tym, że dziecko dobre w jakiejś dziedzinie może uczyć inne dzieci i dzięki temu przyczyniać się do budowania zgranej paczki.

W jaki sposób rodzice mogą zachęcać rodzeństwo do wspólnego działania?
Powinni pamiętać, żeby nie porównywać dzieci, nie krytykować jednego przy drugim, nie zawstydzać, ale chwalić za to, co każdy robi dobrze. I pokazywać, że wspólnie możemy więcej niż każdy osobno. Kiedy w sobotę trzeba posprzątać mieszkanie, a dzieci chcą iść do kina, zaproponujmy, że sprzątamy wspólnie – tata łazienkę, mama sypialnię, dzieci swoje pokoje. Potem razem gotujemy obiad i takim sposobem całe popołudnie mamy wolne, możemy iść nie tylko do kina, ale i na rowery. I tak oto mimochodem uczymy współpracy, która bardzo przyda się dzieciom w życiu dorosłym.

Jednak górą współpraca.
Nie należy całkowicie eliminować rywalizacji, to naturalna potrzeba. Człowiek od zawsze rywalizował z innymi. Trzeba tylko kształtować pozytywną wersję, a eliminować tę negatywną.

Co dobrego wynika z rywalizacji?
Rozwija talent (najbardziej widać to w sporcie, bo żeby wygrać, trzeba się starać, pracować, ćwiczyć). Uczy znosić porażki, a tym samym przygotowuje do adaptacji w różnych sytuacjach, bo w życiu też trzeba będzie przecież przegrywać.

Najskuteczniejsze ćwiczenie na pozytywną rywalizację?
Gry planszowe, tu rywalizacja jest niezbędna, bo każdy chce pierwszy dotrzeć do mety. Czasem wygrywam ja, czasem córka. Jeżeli przegrywam, to prezentuję swoją postawą, jak to znosić: „OK, przegrałam”, więc gratuluję córce zwycięstwa i chcę zmierzyć się z nią raz jeszcze. Ale rzucając kostką, mówię, że los czasem sprzyja mnie, a czasem jej, tak jak w życiu. Trzeba uczyć wyciągać wnioski z porażek: dostałam złą ocenę, bo się nie nauczyłam, przegrałam mecz, bo się nie zaangażowałam.

Można rywalizować i zarazem współpracować?
Tak, na przykład wtedy, gdy jako klasa walczymy o zwycięstwo w jakiejś dziedzinie z inną klasą. Wynik meczu czy konkursu zależy od tego, czy uczniowie potrafią się porozumiewać, kooperować. Takie formy rywalizacji bardzo sprawdzają się w grupach powyżej 12 lat.

Współdziałanie pozostaje w Polsce umiejętnością mocno zaniedbaną, zwłaszcza w szkołach. Nawet jeśli wypisuje się ją na sztandarach, to potem promuje się indywidualne osiągnięcia – jak w pewnym renomowanym warszawskim gimnazjum, szczycącym się społecznym profilem, w którym na zakończenie roku szkolnego nagradzano za indywidualne wyniki w olimpiadach i konkursach.
W organizowaniu wszelkiego typu konkursów nie ma nic złego, pod warunkiem że dzieci same decydują o udziale, bo to oznacza de facto, że biorą za nie odpowiedzialność. A poza tym – ich sukcesy mogą przynieść pożytek wszystkim, cieszyć się nimi może cała społeczność szkolna. Wszystko zależy od tego, jak te sukcesy „sprzeda” nauczyciel. Według mnie współpracy i rywalizacji nie trzeba rozdzielać, tylko umiejętnie łączyć. Najlepszym przykładem takiego połączenia są sporty zespołowe, które z jednej strony wzmacniają współpracę, a z drugiej – stawiają na zwycięstwo w rywalizacji. Większą satysfakcję sprawia jednak wspólne działanie. Pamiętam doskonale, jak podczas meczów siatkówki (należałam do szkolnej drużyny) wzajemnie się wspierałyśmy, co sprawiało nam większą radość niż wygrana.

Warto więc w szkole nastawionej na rywalizację zachęcać do gier zespołowych?
Na pewno. Ale w szkołach duży nacisk kładzie się też na współpracę. Już w nauczaniu początkowym obowiązuje kształcenie metodą projektu. Polega ono na tym, że cała klasa robi coś wspólnie, czyli nauczyciel dzieli zadania między uczniów, a oni dyskutują, pracują, a potem prezentują owoce wspólnego działania. I znowu – wszystko zależy od nauczyciela. Jeżeli zna i rozumie sens takich metod aktywizujących całą klasę, to przyjemność płynąca z nauki zdecydowanie staje się większa. Wiadomo, że najskuteczniej uczymy się poprzez doświadczanie, więc takie metody efektywnie pomagają w nauce, no a poza tym kształtują społeczne postawy.

Jak motywować do współpracy?
Istnieje wiele strategii motywacyjnych. W sukurs nauczycielom przychodzi neurodydaktyka – wiadomo, że dzieci chętniej uczą się poprzez zabawę, dlatego najlepiej aranżować ciekawe zadania w miłej atmosferze. Dobre efekty przynoszą pozytywne wzmocnienia, pochwały, bazowanie na mocnych stronach dziecka, natomiast nad słabymi stronami pracujemy, korzystając z tutoringu rówieśniczego, czyli poprzez tworzenie zespołów, w których lepsi uczniowie dzielą się swoją wiedzą ze słabszymi. Warto dążyć do wzbudzenia najskuteczniejszej formy motywacji – wewnętrznej, czyli takiej, kiedy dziecko samo chce pracować i samo siebie nagradza: „Udało mi się, będę działać dalej, bo mnie to ciekawi, bo chcę wiedzieć więcej”.

To trudne do osiągnięcia.
Niestety, taką motywację zabija rywalizacja negatywna. I tak oto zamknęliśmy się w błędnym kole. Trzeba jednak zaznaczyć, że nie wszystkie dzieci reagują jednakowo. Jedne rywalizacja pobudza do działania, inne odwrotnie – w obliczu konkurencji się wycofują. Jedne dzieci wolą pracować w grupie, inne bardziej sprawdzają się w pracy indywidualnej. Kłania się tu psychologia różnic indywidualnych. Nic zatem na siłę, wiele zależy od dziecka.

Rodzice na ogół nie mają wiedzy psychologicznej.
To prawda, dlatego mogą skorzystać z coachingu rodzicielskiego – metody pracy, której można się nauczyć podczas specjalnych warsztatów organizowanych przez coachów. Ale – uwaga – wyposażeni w te metody nie rozwiązujemy za dziecko problemów, tylko uczymy je, jak ma sobie samo z nimi radzić. Zadajemy pytania, ćwiczymy koncentrację, nazywanie emocji, uczuć. Coaching rodzicielski to sprawdzona metoda pracy z dzieckiem.

Wydaje mi się, że w Polsce nadal musimy bardziej uczyć współpracy niż rywalizacji, bo tę ostatnią mamy opanowaną.
Podobnie uważa profesor Janusz Czapiński. Powiedział, że przez lata dzięki rywalizacji dużo osiągnęliśmy: wysoki poziom życia, sukcesy zawodowe, natomiast teraz stoimy przed następnym wyzwaniem – jak ze sobą współpracować. Wystarczy rozejrzeć się dokoła siebie, żeby zobaczyć, że profesor ma rację – zazdrościmy sobie nawzajem, konkurujemy, rzadko skrzykujemy się, żeby zrobić coś wspólnie dla naszej ulicy. Samorządność nadal u nas kuleje, choć powoli to się zmienia.

Marta Majorczyk: doktor nauk humanistycznych, pedagożka, doradczyni rodzinna. Pracuje z Collegium Da Vinci w Poznaniu. Pracuje w poradni psychologiczno-pedagogicznej przy Uniwersytecie SWPS w Poznaniu. Mama Patrycji i Piotra.

  1. Psychologia

Jaką rolę społeczną odgrywasz na co dzień?

Role społeczne składają się z pewnych sugestii co do tego, jak należy się zachowywać w danej sytuacji. (Ilustracja: Getty Images)
Role społeczne składają się z pewnych sugestii co do tego, jak należy się zachowywać w danej sytuacji. (Ilustracja: Getty Images)
Być matką, ojcem, szefem znaczy dzisiaj kompletnie co innego niż kiedyś. Coraz częściej dzieci decydują, podwładni rządzą. Jak te zmiany tłumaczyć – wyjaśnia Jarosław Kulbat, psycholog społeczny z Uniwersytetu SWPS Wydziału Zamiejscowego we Wrocławiu.

Co to znaczy, że odgrywamy jakąś rolę?
To znaczy, że zachowujemy się tak, jak tego oczekują ludzie z naszego otoczenia, jak widzi nas społeczeństwo, jak stanowią obowiązujące w danej grupie czy w kulturze normy, które tę grupę czy kulturę konstytuują. Można powiedzieć, że role społeczne składają się z pewnych sugestii co do tego, jak należy się zachowywać w danej sytuacji.

Ale normy się rozluźniają, sugestie wykluczają. Można się pogubić.
To prawda. Bywa, że menedżer w stosunku do swoich podwładnych jest bardziej przyjacielem niż zwierzchnikiem. Budując zażyłe stosunki z pracownikami, traktuje bliskość interpersonalną jako szczególny rodzaj zarządzania – trudniej bowiem odmówić wykonania zadania znajomemu szefowi. Z kolei rodzice postrzegają relacje z dziećmi bardziej egalitarnie, to znaczy oddają im część wpływu i kontroli. Pytając małe dzieci o zdanie na jakiś temat, łamią w pewnym sensie dotychczasową konwencję, która bierze się z mądrości ludowej głoszącej, że dzieci i ryby głosu nie mają. Przypisaną sobie rolę przekraczają także ojcowie, angażując się w wychowanie dzieci. Nowoczesny ojciec, który nawiązuje czułą relację z dzieckiem, na pewno wypadł z dotychczasowej roli, która polegała przede wszystkim na dbałości o utrzymanie rodziny.

Jak te zmiany ról tłumaczyć?
To zjawisko mnie nie zaskakuje, jest odzwierciedleniem zmiany presji ze strony otoczenia społecznego, zmian cywilizacyjnych, a te są nieuchronne. Warto zwrócić uwagę na wzrost znaczenia nie tylko bezpośredniego otoczenia społecznego, ale także na siłę oddziaływania mediów społecznościowych, które lansują swoje wzorce, swój styl życia.

To zjawisko może niepokoić?
Nie widzę w nim szczególnego zagrożenia. Według mnie to naturalny proces, tak było, jest i prawdopodobnie będzie. Proszę zauważyć, że kiedy wchodzę w kontakt z osobą, której rola społeczna jest mi znana, to mogę przewidzieć, jak ta osoba będzie się zachowywała.

No właśnie, po to między innymi są role, żeby zapewnić nam przewidywalność, poczucie bezpieczeństwa.
Zgadza się. Jestem nauczycielem akademickim, więc wiem, czego spodziewać się po studentach, a studenci wiedzą, czego się spodziewać po mnie. To ważny aspekt roli. W rolach jest nam wygodnie. Natomiast kiedy przestaje nam być wygodnie, to podejmujemy decyzję, żeby się z roli wyłamać. Z różnych powodów: ideologicznych (bo moje poglądy są niezgodne z założeniami tej roli) albo pragmatycznych (bo to mi się bardziej opłaca), albo wizerunkowych (bo chcę zrobić na kimś wrażenie wyluzowanego). Wyjście z roli może wiązać się z sankcjami społecznymi, bo u podstaw roli społecznej leży mechanizm, który dość dobrze mamy przećwiczony, a mianowicie odrzucanie tych, którzy nie podporządkowują się normom. Wychodząc z roli, podejmujemy więc ryzyko.

Wydaje mi się, że dla dobra dziecka role rodzice – dzieci powinny być jasno określone, a często nie są.
Margaret Clark i Judson Mills prowadzili badania wzorców wymiany wśród ludzi pozostających w bliskiej zażyłości. Okazuje się, że charakterystyczne dla tych relacji jest między innymi to, że nie działa w nich reguła wzajemności, którą dobrze ilustruje polskie porzekadło: Jak Kuba Bogu, tak Bóg Kubie. Nie mogę powiedzieć dziecku: „Jak ty mnie, tak ja tobie”, bo w bliskich relacjach priorytetem jest zaspokajanie potrzeb drugiej osoby bezwarunkowo. Nie jest tak, że kocham cię, gdy jesteś grzeczny i miły – kocham cię zawsze. Samo wychowanie jest niezwykle złożone, co w praktyce oznacza, że rodzice mogą wychodzić w pewnym zakresie z roli. Pani mówi, że to źle działa na dzieci, a ja uważam, że nie da się jednoznacznie ocenić wielu aspektów tej zamiany ról. Weźmy na przykład dorosłe dzieci mieszkające z rodzicami, które nie weszły w rolę. Albo inne zjawisko (udokumentowane przez amerykańskiego badacza Larry’ego Rosena), które pokazuje, jak współczesne pokolenie nastolatków wypracowuje ze swoimi rodzicami szczególną bliskość: mogą im się zwierzać, liczyć na ich wsparcie. To tylko dwa przykłady złamania konwencji, zgodnie z którą dzieci stopniowo oddalają się od rodziców; tutaj rodzice i dzieci nadal pozostają w bliskości.

Upieram się, że odwracanie porządku, w którym to rodzice są przewodnikami, staje się dla dziecka niekorzystne.
Co do zasady tak. Ale można dyskutować nad tym, w jakim wieku dziecko powinno stać się pełnoprawnym udziałowcem podejmowania decyzji.

Matka rozwodzi się z mężem i pyta nastoletnią córkę: „Powiedz mi, co mam robić?”. Córka ma wiedzieć to, czego nie wie dorosły?
Konsekwencje tego rozstania poniesie córka, więc matka pyta o jej opinię. Co w tym zdrożnego? Kwestią dyskusyjną jest to, czy głos dziecka ma być rozstrzygający, natomiast samo doświadczenie, że ktoś bliski pyta mnie o ważne dla niego życiowe decyzje, ma charakter kształtujący wizję naszych relacji. Rozumiem pani wątpliwości dotyczące wyjścia rodziców z roli. W skrajnym przypadku mogą doprowadzić do kuriozalnych zachowań. Mam jednak poczucie, że to, iż dzieci stają się uczestnikami podejmowania decyzji przez dorosłych, nie jest złe. Bez wątpienia jesteśmy świadkami dużych zmian.

Niebezpieczeństwo polega na tym, że rodzice abdykują ze swojej roli
. Abdykacja jest skrajnym przypadkiem, to sytuacja patologiczna. Natomiast przekraczanie roli nie jest niczym złym. Myślę, że konsekwencje tych zmian będziemy mogli ocenić dopiero wtedy, kiedy współczesne dzieci wychowywane w ten sposób same staną się rodzicami. Pytanie, czy w ogóle zdecydują się na rodzicielstwo. Rezygnacja z bycia rodzicem to dzisiaj życiowy wybór. Ludzie wykazują naturalną tendencję do przekraczania granic, eksperymentowania, i to nie tylko w kontekście ról społecznych. A z eksperymentami jest tak, że niektóre kończą się porażką. W moim przekonaniu wychodzenie rodziców z roli to stosunkowo nowe eksperymenty, nie mamy podstaw, by oceniać ich długofalowe konsekwencje, czyli życie tych dzieci w dorosłości. Moim zdaniem bez wychodzenia z ról, testowania, sprawdzania siebie – niektórzy nazywają to wychodzeniem ze strefy komfortu – nie ma rozwoju, obiektywnego sukcesu, czyli tworzenia czegoś nowego.

Wydaje mi się, że w roli rodzica i dziecka aż tak daleko nie można się posunąć.

A gdzie znajduje się to za daleko?
Dziecko wymaga jednak przewidywalnego świata, a to znaczy, że rodzice powinni pozostać w swojej roli.

Ja tego nie kwestionuję, tylko zadaję pytania: Do którego momentu to poczucie bezpieczeństwa góruje nad ciekawością życia, która może manifestować się tym, że dziecko oczekuje, że będzie samo decydowało? Dlaczego sądzimy nastolatków za zbrodnie tak jak dorosłych, a z drugiej strony – w relacjach z rodzicami odmawiamy im prawa do podejmowania decyzji dotyczących ich żywotnych interesów czy choćby informowania o tym, jakie jest ich stanowisko w danej sprawie?

  1. Zdrowie

Na dobry początek weekendu – parkrun

Niezwykła energia i atmosferę, przyciąga na sobotnie biegi, truchtanie i marsze wielu uczestników parkrunów. (Fot. Getty Images)
Niezwykła energia i atmosferę, przyciąga na sobotnie biegi, truchtanie i marsze wielu uczestników parkrunów. (Fot. Getty Images)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
W każdą sobotę o 9 rano można wziąć udział w biegu na pięć kilometrów. Za darmo. Możesz sprawdzić swoje możliwości, możesz pobiec rekreacyjnie, dla czystej przyjemności. Zresztą – nie musisz biec, możesz truchtać albo maszerować. Te biegi znajdziesz niemal na całym świecie. To parkruny. Są tacy, którzy bez nich nie wyobrażają sobie weekendu. Podczas pandemii zawieszone – jest szansa, że niedługo ruszą znowu.

Kiedy zaczęłam trenować bieganie, po dwóch mniej więcej miesiącach trener Wojtek Staszewski stwierdził: musisz się sprawdzić. Pobiegnij w sobotę parkrun, zobaczymy, jak ci pójdzie.

Słucham? Co mam pobiec?

Teraz wydaje mi się dziwne, że nie miałam pojęcia, co to takiego. Jeśli i wy nie macie, zapraszam: poznajcie parkrun.

Co sobotę w ponad 1650 lokalizacjach w ponad 20 krajach na całym świecie o 9 rano (w RPA ze względu na temperatury jest to 8) startuje bieg. Pokonuje się trasę pięciu kilometrów. Bieg jest za darmo, dołączyć może każdy, wystarczy się zarejestrować w sieci, wydrukować swój kod i mieć go przy sobie. Już do końca świata z tym właśnie kodem możesz co sobotę biegać. I w kraju, gdzie się zarejestrowałeś, i w każdym, w którym odbywa się parkrun. Masz kod – masz wynik. Twój czas zostanie zmierzony i parę godzin po ukończeniu biegu znajdziesz go na stronie internetowej.

Napisałam: bieg. Bo tak to zostało pomyślane, większość uczestników rzeczywiście biegnie, ale można też truchtać albo maszerować z kijkami do Nordic Walking. Można wziąć psa (pod warunkiem, że biegnie on obok ciebie na smyczy i nie ulega nadmiernej ekscytacji na widok tłumu ścigających się ludzi). Można pchać wózek z dzieckiem.

Na trasie spotkasz dzieciaki, młodych ludzi, tych dorosłych i tych całkiem dorosłych. I nigdy nie będziesz ostatni.

Dlaczego?

Parkrun działa dzięki wolontariuszom. Mają oni określone zadania, o nich za chwilę, a jedną z funkcji jest Zamykający Stawkę. Choćby był najszybszym biegaczem z całej ekipy, ma za zadanie dotrzeć na metę na końcu. I czuwać – jeśli po drodze ktoś ma kłopoty, Zamykający zobaczy i pomoże.

Mój pierwszy parkrun był na warszawskim Żoliborzu. W pięknym parku nad kanałkiem, na Kępie Potockiej. Przyszłam sporo wcześniej, wolontariusze właśnie się przygotowywali, ustawiali flagę z parkrunowym logo, rozdzielali zadania. – Ty chyba pierwszy raz? Fajnie, że jesteś – uśmiechnął się do mnie jakiś chłopak. Od razu poczułam, że rzeczywiście fajnie.

Najpierw odbywa się odprawa dla debiutantów – zawsze tacy są. I zawsze dostają brawa. Kiedy jeden z wolontariuszy objaśni im już zasady, pada pytanie o gości z innych parkrunowych lokalizacji. Brawa. A może mamy jubileusze? Wtedy był chłopak, który uczestniczył w biegu po raz 30. Brawa. Na koniec zgłosił się 10-latek: Ja mam dziś urodziny, po biegu dla każdego są cukierki! Jeszcze wspólne zdjęcie i lecimy! Zawsze ktoś jest odpowiedzialny za serwis foto. Na trasie też robione są fotki, oczywiście znajdziecie je na stronie danego parkrunu i na Facebooku.

Na mecie trzeba jeszcze tylko zeskanować swój kod (zajmuje się tym, rzecz prosta, kolejny wolontariusz) i można iść. Chyba że – tak jak na Kępie – chcesz się napić herbaty (wolontariusze mają termosy). Albo, jak na Polu Mokotowskim, wybierzesz się z innymi parkrunnerami na wspólne śniadanie do pobliskiej knajpki (na hasło parkrun zniżka).

Tak czy inaczej – to świetny, energetyczny początek dnia.

Beata, moja koleżanka z biegowego klubu, jeśli jest gdzieś na świecie, w weekend szuka parkrunu. Ostatnio (oczywiście przed pandemią) biegła w Liverpoolu. I w Dreźnie – tam chwilę wcześniej parkrun debiutował, wolontariuszy było mniej więcej tylu, ilu biegaczy.

A wszystko zaczęło się dokładnie 16 lat temu – 16 października 2004 roku w londyńskim parku Bushy. Do założyciela i pomysłodawcy parkrunu Paula Sinton-Hewitta dołączyło pięciu wolontariuszy i 13 biegaczy. Dziś w Bushy biega w każdą sobotę średnio 1000 osób. Kolejnych 11 lokalizacji powstało w Anglii, aż w końcu idea przeniosła się za granicę – w maju 2009 roku ruszył sobotni bieg w Kopenhadze. Trzy lata później przyszła kolej na Australię i, kilka miesięcy później, na Gdynię.

14 marca 2020. Parkrun w Northwich, w Wielkiej Brytanii. (Fot. Jason Cairnduff/Reuters /Forum) 14 marca 2020. Parkrun w Northwich, w Wielkiej Brytanii. (Fot. Jason Cairnduff/Reuters /Forum)

Najwięcej osób biega co sobotę w Delta Parkrun w Republice Południowej Afryki – podczas wakacji to nawet ponad dwa tysiące uczestników. I bywa tam naprawdę gorąco! Za to zimno – i to jak! – jest zimą w Moskwie, to tam biegacze przebiegli w którąś sobotę swoje pięć kilometrów przy -40 stopniach Celsjusza.

Parkruny odbywają się m.in. w Malezji, Suazi, Nowej Zelandii, Singapurze, Namibii. A jako najmłodsza dołączyła do parkrunowej rodziny holenderska Lejda – po pięknej trasie wokół otoczonego kanałami pola golfowego na obrzeżach miasta uczestnicy mieli szansę biec tylko dwa razy, zanim pandemia zamknęła wszystkie sportowe imprezy w kraju.

Nie tylko zresztą w Holandii – parkruny wszędzie na świecie zostały zawieszone. Kiedy wrócą, sprawdźcie koniecznie, gdzie jest najbliższy. Sobota, 9 rano. Przez cały rok. Przy każdej pogodzie. I jeszcze jedno: organizatorzy proszą, żeby na miejsce dotrzeć, o ile to możliwe, bez samochodu. Przyjdźcie, przyjedźcie na rowerze, na hulajnodze czy komunikacją miejską. A jeśli naprawdę musicie wziąć samochód, skrzyknijcie znajomych i jedźcie razem. Bo parkrun dba o planetę. No i w końcu to wszystko dla zdrowia.