1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Zwierciadło poleca
  4. >
  5. XVIII Aukcja Charytatywna „ziarno SZTUKI – ogród NADZIEI”

XVIII Aukcja Charytatywna „ziarno SZTUKI – ogród NADZIEI”

XVIII Aukcja Charytatywna „ziarno SZTUKI – ogród NADZIEI” odbędzie się 22 kwietnia. (Autorem plakatu jest Andrzej Pągowski)
XVIII Aukcja Charytatywna „ziarno SZTUKI – ogród NADZIEI” odbędzie się 22 kwietnia. (Autorem plakatu jest Andrzej Pągowski)
XVIII Aukcja Charytatywna „ziarno SZTUKI – ogród NADZIEI” osiągnęła pełnoletniość. Po raz 18-sty zapraszamy na licytację prac artystów, którzy hojnie obdarowali Fundację. Przed nami wyjątkowe, coroczne spotkanie ze sztuką. 

Obecny czas sprawia, że bardziej niż kiedykolwiek doceniamy wartość relacji międzyludzkich i rolę wzajemnej pomocy. Mając na uwadze dotkliwe ograniczenia i potrzeby osób chorych onkologicznie, liczymy na wsparcie tego wyjątkowego przedsięwzięcia.

Dzięki hojności darczyńców i licytujących możemy wspomagać podopiecznych Fundacji w radzeniu sobie z doświadczeniem choroby, docieraniu do źródeł wewnętrznej mocy, powrocie do zdrowia i poprawie jakości życia. To dla nas niezwykle cenny dar, będący wyrazem zarówno empatii i zrozumienia dla drugiego człowieka, jak i uznania dla artystów ofiarowujących swoje dzieła z potrzeby serca. Kiedy łączymy się we wspólnej idei płynącej z ponadczasowych, ogólnoludzkich wartości, wnosimy bezcenny wkład do świata, stając się zmianą, jaką chcemy w nim widzieć i możemy ją razem współtworzyć - podsumowała Prezes Fundacji, Monika A. Popowicz.

Aukcje charytatywne „ziarno SZTUKI – ogród NADZIEI” mają długą tradycję i są organizowane od 2007 roku. Do tej pory wydarzenie wsparło około trzystu znanych, jak również początkujących artystów, w gronie wspierających znaleźli się: Stanisław Baj, Wojciech Ćwiertniewicz, Ryszard Grzyb, Rafał Olbiński, Urszula Wilk, Olga Wolniak oraz wielu innych.

Tegoroczne wydarzenie zaplanowano na 22 kwietnia, o godz. 19.00. Z uwagi na panujące obostrzenia aukcja odbędzie się bez udziału publiczności. Środki zgromadzone podczas wydarzenia zostaną, jak co roku, przeznaczone na terapię osób zmagających się z chorobami nowotworowymi.

Prace można oglądać po wcześniejszym skontaktowaniu się pod numerem tel. 500 777 240. Bieżące informacje o aukcji, Kunstmatrix – wystawa wirtualna oraz katalog aukcyjny będą dostępne na Facebooku i stronie internetowej Fundacji Ogród Nadziei. W aukcji natomiast można wziąć udział telefonicznie (zlecenia przyjmowane są pod tel. 500 777 240), mailowo (zgloszenia.aukcja@wp.pl) lub za pomocą serwisu OneBid.pl.

Plakat aukcji został zaprojektowany przez Andrzeja Pągowskiego, przyjaciela Fundacji, który od lat wspiera aukcje „ziarno SZTUKI – ogród NADZIEI” i Fundację. Plakat aukcji został zaprojektowany przez Andrzeja Pągowskiego, przyjaciela Fundacji, który od lat wspiera aukcje „ziarno SZTUKI – ogród NADZIEI” i Fundację.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Kultura

Niewidzialna rzeźba włoskiego artysty została sprzedana za 15 tys. euro

Salvatore Garau. (Fot. Instagram @salvatore_garau)
Salvatore Garau. (Fot. Instagram @salvatore_garau)
Dzieło sztuki, które istnieje tylko w wyobraźni włoskiego artysty. Niematerialna i niewidzialna rzeźba stworzona przez Salvatore Garau została sprzedana na aukcji za 15 tys. euro.

"Io sono" (po włosku „Jestem”) – tak Salvatore Garau nazwał swoje wyjątkowe dzieło. Wyjątkowe, bo... niewidzialne. Rzeźba to tak naprawdę próżnia, która według włoskiego artysty jest „niczym innym jak przestrzenią pełną energii”. „Nawet jeśli ją opróżnimy i nic nie zostanie, to zgodnie z zasadą nieoznaczoności Heisenberga, nic nie ma wagi. Dlatego ma energię, która jest skondensowana i przekształcona w cząsteczki, czyli w nas" – tłumaczył Garau hiszpańskiemu serwisowi informacyjnemu Diario AS.

(Screen: art-rite.it)(Screen: art-rite.it)

Rzeźba została wystawiona na sprzedaż w maju we włoskim domu aukcyjnym Art-Rite. Szacowano, że osiągnie cenę pomiędzy 6-9 tys. euro. Ostatecznie rzeźba „Io sono” została sprzedana za 15 tys. euro, a szczęśliwy nabywca jako fizyczny dowód otrzymał jedynie certyfikat autentyczności, podpisany przez samego Garau, oraz wytyczne, według których dzieło musi zostać wystawione w prywatnym domu, na wolnej przestrzeni o wymiarach około pięć na pięć stóp (1,5 x 1,5 metra).

Nie jest to pierwsze tego typu dzieło w dorobku Garau. W lutym tego roku na Piazza Della Scala w Mediolanie artysta wystawił „Budda im contemplation”, podobnie niewidoczną rzeźbę, której granice wyznaczał kwadrat taśmy na brukowanym chodniku. Z kolei przed nowojorską giełdą zainstalował „Afrodite cries”, o którym świadczył pusty biały okrąg - projekt wsparł Włoski Instytut Kultury.

  1. Kuchnia

Madina Mazaliewa – wojowniczka gotuje

Madina Mazaliewa z Czeczenii w Polsce znalazła dom i przyjaciół, a także pracę, którą kocha. (Fot. Marta Rybicka)
Madina Mazaliewa z Czeczenii w Polsce znalazła dom i przyjaciół, a także pracę, którą kocha. (Fot. Marta Rybicka)
Przeżyła dwie wojny czeczeńskie i jedną domową. Tę ostatnią wygrała. ocaliła rodzinę. W Polsce znalazła dom i przyjaciół. A także zawód, który jest jednocześnie jej pasją. Gotuje czeczeńskie potrawy w tradycyjnej i nowoczesnej odsłonie, gra w teatrze. Jest wspaniałą matką i silną kobietą. Poznajcie Madinę Mazaliewą i jej kuchnię.

Madina robi bułeczki. – To bułeczki wegetariańskie. Ciasto składa się z mąki i wody z dodatkiem kefiru i odrobiny sody oczyszczonej. Mają nadzienie z duszonej kapusty, duszonej krótko, musi być al dente. Rzucam te placuszki na gorący olej, dosłownie na chwilkę. Przygotowuje się je tuż przed podaniem na stół. Trzeba je jeść od razu po zdjęciu z patelni, złociste i chrupiące – opowiada.

Kamil, reżyser filmu o Madinie (o tym za chwilę), który dokumentuje całe to gotowanie, próbuje bułeczkę. – Wspaniała – recenzuje.

Co Madina przyrządza na co dzień? – Czeczeńskie potrawy. Dzieci lubią je najbardziej – uśmiecha się. – Na przykład żiżik gałnysz: malutkie kluseczki, gałuszki, a do tego mięso. Może być jagnięcina, wołowina, kurczak. Bulion wlewa się do miseczki, dodaje czosnek, w tym macza się gałuszki i je z mięsem. Albo płow. Wschodnia potrawa, trochę jak pilaw, taki robił jej tata Ałhazur. Bo Madina ma własne przepisy. Rodzinne. Barszcz wegański robi według receptury Mamy Zabu. I choć to już siedem lat, jak mama nie żyje, Madina zawsze, kiedy stawia na stół barszcz, czuje jej obecność.

Co prawda zawsze ma wrażenie, że takiego barszczu jak ona jednak zrobić nie potrafi... Według jej przepisu Madina piecze też tort miodowy. Właśnie skończyła. Wygląda wspaniale. Madina, krojąc go, śpiewa modlitwę – w imię Allaha miłościwego i miłosiernego.

Kolejnym daniem będą manty. Pierożki z grzybowym nadzieniem i cieniutkim ciastem. Gotowane są na parze, w naczyniu zwanym mantowarką. Przyjechało w ślad za Madiną z Czeczenii. Z Czeczenii, z której uciekła, by ratować dzieci. Oprócz dwóch wojen czeczeńskich miała 12 lat wojny domowej.

Wojna Madiny

Pierwsza była, kiedy Madina miała pójść do piątej klasy. Nie poszła. Jej ojciec stwierdził, że woli mieć córkę niewykształconą, ale żywą. Rosyjscy żołnierze wkładali do zabawek materiały wybuchowe. Dziecko brało misia – a ten wybuchał mu w rękach. Ale była też wojna w domu. Mąż Madiny, sadysta i nałogowiec, pił, ćpał. Zabierał Madinie dzieci, nie po to, żeby z nimi być, ale żeby ich matce dokuczyć. Wyjechał kiedyś do Saratowa i zamknął pięcioletniego Edelbieka samego w domu. Madinę zaalarmowali sąsiedzi, przyjechała ze swoim ojcem. Chłopiec był przerażony. I tak wygłodzony, że pochłonął całą kurę.

Prawem Kaukazu jest, że dzieci należą do ojca i jego rodziny. On decyduje o wszystkim. O życiu i śmierci. Madina nie wiedziała, co robić. Postanowiła spróbować podstępu. Ubłagała męża, żeby wyjechali razem. Może w Europie znajdzie siłę na pozbycie się nałogów? Może jest jeszcze dla nich szansa?

Marina Hulia, działaczka społeczna, poznała Madinę na dworcu w Brześciu. Tam koczowała rodzina Mazaliewych, czekając na zgodę na wjazd do Polski. Spali na twardych dworcowych ławkach. Czasem rodzice kilka dni nie jedli, żeby starczyło dla dzieci. Ale byli razem. I, paradoksalnie, Madina wspomina ten czas dobrze. Bo byli wtedy rodziną. On nie ćpał. A dzieci chodziły do cudownej szkoły stworzonej przez Marinę na dworcu w Brześciu. Za 16. próbą udało im się wjechać do Polski. Zamieszkali w ośrodku w Dębaku. Ale wtedy było już tylko gorzej i gorzej. Mąż Madiny znalazł sobie koleżków do picia i ćpania. Wyprowadzili się z rodziną z ośrodka, trwała procedura starania się o status uchodźcy, przysługiwał im ekwiwalent – 2100 złotych na pięć osób. Opłacali tym mieszkanie. – Pojechaliśmy z Mariną na Dni Radości do Krakowa – opowiada Madina. – Cudowna wycieczka w rozśpiewanym autobusie, odwiedziliśmy park dinozaurów, Energylandię, wracaliśmy szczęśliwi. I okazało się, że pieniądze nie przyszły. Wybrałam się do urzędu sprawdzić, co się stało. Podczas naszej nieobecności mąż odebrał całą sumę i ją przepił. Zostaliśmy bez grosza. Z nieopłaconym mieszkaniem.

Stało się wtedy jasne, że Madina ma siłę, której sama u siebie nie podejrzewała. Wezwała policję, opowiedziała, co się stało. Policjantka szepnęła jej, że niewiele mogą zrobić, ale wyprowadzą go i nastraszą. – Rozumiem panią, ja też jestem matką… Męża Madiny w końcu deportowano, a rodzina dostała ochronę ze względów humanitarnych.

Międzynarodowy parter

Przyszedł jeszcze jeden trudny moment. Właścicielka mieszkania, które Madina wynajmowała w Brwinowie, postanowiła je sprzedać. Wtedy Kasia i Maciek Stuhrowie zrobili rodzinną naradę. Stwierdzili, że ich dom jest na tyle duży, że znajdzie się w nim miejsce dla Madiny i dzieci. Maciek śmieje się, że górę mają polską, dół czeczeński, a parter międzynarodowy. Mieszkają razem już osiem miesięcy. Na parterze spotykają się też dwie różne kuchnie. Maciek uwielbia Madiny pierogi z ziemniakami, wszyscy zajadają się też jej tortem miodowym.

Znali się już od jakiegoś czasu. Też dzięki Marinie Hulii. Na organizowaną przez nią wigilię dla osób, które pomagają uchodźcom, przyszła Kasia Błażejewska-Stuhr. Długo rozmawiały, Kasia chciała włączyć się w akcję „Weekendowe dziecko”. Polskie rodziny brały na weekend czeczeńskie dzieci. I tak Edelbiek trafił do domu Kasi i Maćka. Zaczął bywać tam częściej, a kiedy cała jego rodzina potrzebowała wsparcia, właśnie u Stuhrów je znalazła.

Madina rozwinęła tu swój talent kulinarny. Gotuje, współpracuje z kooperatywą grochowską, zamówienia płyną rzeką. Została też bohaterką książki Mariny Hulii i Moniki Głuskiej-Durenkamp „Dzieci z dworca Brześć”. I spektaklu teatralnego „Popytka” w reżyserii Weroniki Fibich. Grały tam cztery kobiety: Madina, Heda, Milana i Marina. Przedstawienie pokazywane było między innymi na festiwalu Malta w Poznaniu. Akurat zadzwoniła do Madiny jej ciotka z Czeczenii. – Co porabiasz? – zapytała. – Pracuję. – A gdzie? Madina na to: – W teatrze. – Jako sprzątaczka? – pyta ciotka. – Nie, jako aktorka!

Madina napisała też na konkurs piękną bajkę. O czeczeńskiej dziewczynce, której mama była biedna i nie miała ładnej sukienki. Dziewczynka poszła do dziadka w góry. Dziadek obiecał jej, że jeśli pomoże mu zbierać miód, będzie mogła go sprzedać i kupić mamie sukienkę. Dziewczynka zrobiła to, choć bardzo bała się pszczół. A na targu pan, który usłyszał całą historię, kupił od razu cały miód. Bajka trochę o Mamie Zabu, trochę o samej Madinie, trochę o Czeczenii, gdzie szczyty zaśnieżonych gór sięgają nieba.

Przygotowywany jest film o Madinie – „Wszyscy wszystko zjedli” w reżyserii Kamila Witkowskiego („Zwierciadło” i „Sens” są patronami medialnymi tego dokumentu). Niedługo ukaże się książka „Kuchnia Madiny”. Będą tam nie tylko przepisy kulinarne, lecz także historia życia tej silnej kobiety, wspaniałej matki, znakomitej kucharki. Która gra w teatrze, gotuje, układa bajki, a przede wszystkim ma duszę wojowniczki.

  1. Zdrowie

Selen – wzmacnia odporność, wspomaga pracę tarczycy, ma właściwości antynowotworowe

Głównym źródłem selenu jest żywność: ryby morskie, wołowa lub cielęca wątroba, nieoczyszczone produkty zbożowe, mąka z pełnego przemiału, jarzyny, a zwłaszcza brokuły. (Fot. iStock)
Głównym źródłem selenu jest żywność: ryby morskie, wołowa lub cielęca wątroba, nieoczyszczone produkty zbożowe, mąka z pełnego przemiału, jarzyny, a zwłaszcza brokuły. (Fot. iStock)
Selen usuwa z naszego organizmu toksyny i pomaga zachować młody wygląd. Znajdziesz go w brokułach!

Niektórzy nazywają go pierwiastkiem młodości, bo spowalnia proces starzenia się tkanek i zapobiega utracie ich elastyczności. Szczury, którym podawano selen, dożyły sędziwego – jak na swój gatunek – wieku czterech lat. Choć selenu niewiele w naszym organizmie, to jest niezbędny do życia. Słynie z właściwości antyoksydacyjnych, a jego działanie jest wręcz zbawienne w dzisiejszej, mocno zanieczyszczonej cywilizacji, ponieważ neutralizuje wiele toksycznych metali ciężkich, takich jak ołów czy rtęć. Jego stosowanie zaleca się między innymi kobietom w okresie menopauzy, bo łagodzi występujące dolegliwości. U mężczyzn gromadzi się w jądrach i jest łatwo wydalany ze spermą, dlatego i oni powinni wzbogacić nim swoją codzienną dietę. Selen neutralizuje wolne rodniki, dodaje się go także do kosmetyków, np. szamponów przeciwłupieżowych.

Życie w ciągłym pędzie, w coraz bardziej zanieczyszczonym środowisku naturalnym zwiększa zużycie tego cennego pierwiastka. Gdy mamy go w organizmie za mało, czujemy się osłabieni i często się przeziębiamy, jesteśmy też bardziej podatni na zakażenia. Zmiany reumatoidalne, łamliwe paznokcie, bladość skóry i oznaki starzenia to najłatwiej zauważalne objawy.

Jedzmy brokuły

Głównym źródłem selenu jest żywność: ryby morskie, wołowa lub cielęca wątroba, nieoczyszczone produkty zbożowe, mąka z pełnego przemiału, jarzyny, a zwłaszcza brokuły. Te ostatnie zaczęły nawet uchodzić za najbardziej zalecane do spożycia, najzdrowsze warzywo. Oczywiście, jeśli wyrosły na bogatej w minerały glebie. Niedawno japońscy naukowcy wyhodowali brokuły na wzbogaconej w selen glebie, a następnie poddali laboratoryjnym badaniom ich wpływ na tkanki nowotworowe pobrane z prostaty. Okazało się, że znacząco zmniejszyły rozwój raka w porównaniu z pędami pochodzącymi z przeciętnej jakości gleby. Czy selen chroni zatem przed rakiem?

Co mówią badania

Naprawdę głośno zrobiło się o nim kilkadziesiąt lat temu, kiedy po raz pierwszy podjęto próbę udowodnienia jego wpływu na zmniejszenie ryzyka zachorowalności na raka. Badanie przeprowadzone w latach 1985−1991 w chińskiej prowincji Linxian wykazało kilkuprocentowy spadek umieralności na nowotwory złośliwe u osób, którym podawano suplementy witaminowe z dodatkiem selenu, witaminę E oraz beta-karoten. Pacjenci zostali zbadani ponownie w roku 2001 i wyniki się potwierdziły.

Nadzieję budziły także badania przeprowadzone w Stanach Zjednoczonych, powtórzone w prawie 20 innych krajach, które wykazały wyraźną zbieżność między zawartością selenu w glebie a występowaniem chorób nowotworowych. Niektórzy wiążą niską zapadalność na raka piersi u Japonek właśnie z bogactwem tamtejszych gleb w selen. Znamienne jest, że Japonki, które wyemigrowały do Stanów, o wiele częściej zapadały na tę chorobę.

Bardziej sceptyczni naukowcy studzą jednak te nadzieje, a w europejskim kodeksie walki z nowotworami złośliwymi z roku 2003 czytamy, że obecnie dostępne są jedynie słabe dowody wskazujące na znaczenie suplementacji selenem.

Jedno jest pewne – to pierwiastek niezbędny dla prawidłowego funkcjonowania organizmu, a w oczekiwaniu na przeprowadzenie kolejnych badań naukowych nie zaszkodzi zjadać codziennie dużą porcję świeżych warzyw hodowanych na zdrowym, bogatym w selen, gruncie, tym bardziej, że są pyszne!

Warto przeczytać: Alfreda Walkowska, „Powrót do harmonii”, wydanie drugie, wydawnictwo Polskie Centrum św. Hildegardy, 2008.

  1. Kultura

Katarzyna Gintowt: "Bez sztuki byłabym wrakiem człowieka"

Katarzyna Gintowt, absolwentka warszawskiej ASP. Projektowania graficznego uczyła się w pracowni plakatu u profesora M. Urbańca, malarstwa w pracowni profesorki T. Pągowskiej. Ukończyła także Studium Scenografii u profesora J. Szajny. Była dyrektorem artystycznym i autorem makiet m.in. magazynów „Cosmopolitan” i „She”. (Fot. archiwum prywatne)
Katarzyna Gintowt, absolwentka warszawskiej ASP. Projektowania graficznego uczyła się w pracowni plakatu u profesora M. Urbańca, malarstwa w pracowni profesorki T. Pągowskiej. Ukończyła także Studium Scenografii u profesora J. Szajny. Była dyrektorem artystycznym i autorem makiet m.in. magazynów „Cosmopolitan” i „She”. (Fot. archiwum prywatne)
Bez sztuki byłabym dziś wrakiem człowieka − mówi malarka Katarzyna Gintowt. Kiedyś malarstwem i rysunkiem zajmowała się „przy okazji”, po wyprowadzce na Suwalszczyznę poświęca się im w pełni. Powstałe w tym czasie obrazy pokaże wkrótce w Galerii Leonarda w warszawskim centrum Koneser.

Czy sztuka jest dla ciebie formą rozwoju osobistego?
Sztuka jest dla mnie nie tylko formą rozwoju, ale także rodzajem terapii. W domu na suwalskiej wsi mogę zamknąć się w pracowni i potraktować ten czas jako medytację. Mam w głowie zanotowane jakieś obrazy i wrażenia, i jestem na tym skoncentrowana. I powiem ci, że już bym bez tego nie mogła żyć. W czasach pracy w luksusowych magazynach, malarstwo i rysunek były tylko „przy okazji”, teraz mogę wreszcie pokazać obrazy, które wtedy powstały, ponieważ dałam im całą moją uwagę, energię i talent.

W większości są to abstrakcyjne plenery...
Tak, ale nie malowałam ich w naturze. Nasycam się krajobrazami, porami roku, pogodą, nastrojem i potem w pracowni wyrzucam na płótno lub papier to, czego doświadczyłam, przetworzone już przeze mnie. Obrazów nie traktuję w sposób komercyjny, bo wyrywam je ze swoich wnętrzności. Nie wiem, czy to na nich widać, ale tak właśnie jest. Żeby wyjaśnić, czym są dla mnie, opowiem ci o moim dniu. A więc wstaję, biorę psa i ruszam na spacer po okolicy, czyli Wigierskim Parku Narodowym. Jest tu naprawdę pięknie. Mamy dwa jeziora, plażę, wieżę widokową, las… No a ja idę z psem i obserwuję. Co roku na przykład przyjeżdża tu, jak mogę już powiedzieć, nasza znajoma, rozbija namiot niedaleko wieży widokowej i tak sobie żyje kilka miesięcy z całą rodziną. Jeden z obrazów powstał tak, że po ich przyjeździe wróciłam do domu i z pamięci namalowałam ten moment, kiedy oni się już kąpali, odpoczywali po podróży.

- Obrazów nie traktuję w sposób komercyjny, bo wyrywam je ze swoich wnętrzności. Nie wiem, czy to na nich widać, ale tak właśnie jest - mówi Katarzyna Gintowt.- Obrazów nie traktuję w sposób komercyjny, bo wyrywam je ze swoich wnętrzności. Nie wiem, czy to na nich widać, ale tak właśnie jest - mówi Katarzyna Gintowt.

Pamiątką z wakacji jednak bym go nie nazwała. Mnie niepokoi.
No właśnie, to, co robię, to tylko pogranicze sztuki przedstawiającej i abstrakcyjnej. Niektóre obrazy są bardziej abstrakcyjne, inne mniej. Ale wszystkie są naładowane tym, co przeżyłam, co widzę, co czuję. Na przykład idę z psem na spacer, patrzę na rytmy brzóz, na rytmy innych drzew, a potem przenoszę je na płótno. Podobnie znajduję inspiracje w zaoranej ziemi. To nowy etap mojego malarstwa, który narodził się tutaj, na Suwalszczyźnie, i zapewne nigdzie indziej by się nie narodził w takiej formie.

Pejzaże i emocje – malarstwo, które leczy duszę?
Kiedy się zabieram do malowania, muszę być wewnętrznie naładowana. Muszę też mieć ochotę malować. Profesorowie mówią, że w malarstwie trzeba unikać anegdoty, ale dla mnie jest ona ważna. Aby ją jednak dobrze pokazać, muszę skupić się na świetle, zastanowić nad kolorami, kompozycją – zwłaszcza że mnie kompozycja bardzo kręci.

Kompozycje na twoich obrazach, w moim odczuciu, po mistrzowsku oddają postrzeganie świata, kiedy przeżywamy trudne emocje.
Dla mnie najbardziej przerażający moment to ten, kiedy staję przed czystym płótnem. Zazwyczaj wtedy mam jednak już w głowie, co zrobię że na przykład: „na tym płótnie opowiem o zimie”, i zaczynam. A wtedy jak podczas medytacji kompletnie odcinam się od zewnętrznego świata. Zaczynam tworzyć na płótnie świat, który wychodzi ode mnie, a nie jest tylko odwzorowaniem tego wokół mnie. W swoim świecie czuję się bezpieczna. Ten zewnętrzny budził zawsze we mnie różne lęki, na przykład boję się ludzi, jestem introwertyczką. Malarstwo mnie koi, a doświadczenie życia na wsi zmieniło także moje obrazy. Mniej zainteresowania człowiekiem, a więcej – naturą.

- Wszystkie moje obrazy są naładowane tym, co przeżyłam, co czuję. Idę z psem na spacer, patrzę na rytm drzew, a potem przenoszę je na płótno - mówi Katarzyna Gintowt.- Wszystkie moje obrazy są naładowane tym, co przeżyłam, co czuję. Idę z psem na spacer, patrzę na rytm drzew, a potem przenoszę je na płótno - mówi Katarzyna Gintowt.

Jak jeszcze zmieniłaś się przez te trzy lata?
Przestałam się spieszyć. Mam swój stały rytm, ale jest to rytm narzucony przez naturę. Nie chcę, żeby to brzmiało w sposób egzaltowany, ale to prawda. Wstaję razem ze słońcem, bo to jest dla mnie magiczny moment. Lubię się wtedy napatrzeć na świat, lubię się ładować tym specyficznym światłem wschodzącego słońca, tymi kolorami. Żyję też porami roku. Zima jest bardzo trudna. Ale potem jest nagroda – wiosna i lato. Pojawiają się kwiaty i ptaki. Magicznym momentem jest na przykład ten, na który czekam i którego staram się nie przegapić, a jest nim przylot żurawi. Zawsze zjawiają się trzy. Śmieję się, że to albo trójkąt, albo małżeństwo z dzieckiem, które – jak to teraz u ludzi bywa – nie chce się wyprowadzić.

Udało ci się tej wiosny złapać ten moment, kiedy przylatują?
Do tej pory zawsze mi się udawało. A wtedy dostaję takiego speedu, że chce mi się żyć jak nigdy! Bo tu jest życie. Przychodzą jelenie, a ja codziennie kupuję w sklepie pięć kilogramów kartofli i pięć kilogramów marchwi, i im wysypuję. Mój rytm życia reguluje też prowadzenie ogrodu na zasadach permakultury, a więc nie stosuję pestycydów, a uprawy dobieram tak, aby nawzajem się chroniły przed szkodnikami. Nauczyłam się tych zasad, i to się sprawdza. Wszystko samo rośnie, a ja nie mam problemu z kretami czy ze ślimakami. Nie zaburzam ekologicznej równowagi, nie tępię żadnych zwierząt i dlatego do mojego ogrodu przylatują ptaki, które te ślimaki zjadają. Sąsiadka, która prowadzi ogród tradycyjny, wciąż na nie narzeka…

Permakultura zakłada troszczenie się o ziemię, ale także o innych ludzi i sprawiedliwy podział dóbr…
Tutaj postanowiłam kultywować wszystko, co jest zgodne z naturą i co jest dobre. Oraz ograniczyć konsumpcję. Kiedy mam wybrać: czy wydam pieniądze na buty czy na farby albo filtr do aparatu, bo robię dużo zdjęć, to nigdy nie wybiorę butów.

Samo niespieszenie się może wiele zmienić…
Dokładnie tak, gdybym się spieszyła, nie miałabym czasu na permakulturę, na czekanie na żurawie, karmienie jeleni. Nauczyłam się tu kochać ziemię, kochać naturę, a to naprawdę wszystko zmienia. Ale też z tego powodu zaczynam świrować, bo tu są myśliwi, którzy zabijają zwierzęta. Są rolnicy, którzy zatruwają pola, a ja mam ule i szkoda mi pszczół. Nie chcę, żeby umierały załatwione chemią. A na przykład jutro jadę do wsi Szwajcaria pod Suwałkami walczyć o to, aby nie wycinali drzew.

Zamiast rozgrywek w redakcji, które często przypominały to, co znamy z „Diabeł ubiera się u Prady”, robisz coś bardzo sensownego.
Kiedyś sensem mojego życia było latte na soi. Tak, mam poczucie zmarnowanego czasu. No ale każdy z nas ma taki czas, kiedy „musi”, bo ma rodzinę, kredyt, ma dzieci. Na szczęście ja już nic nie muszę. Tu czuję się częścią natury, a to daje poczucie wewnętrznej równowagi…

Twoje malarstwo i rysunki tego nie pokazują. Mimo sielankowych miejsc i sytuacji jest w nich dużo trudnych emocji, depresyjnych, może nawet traumatycznych?
Zdecydowanie tak, choć wolałabym o tym nie mówić, wolę malować. Chciałabym, aby każdy mógł samodzielnie te moje prace odczytać. Powiem ci jednak, że moje życie i twórczość to była do niedawna ciągła walka z tym, co trudne, ciemne, chaotyczne. Teraz zaczynam odnosić w niej zwycięstwo, które polega na odzyskiwaniu wewnętrznej równowagi. Jestem pewna, że to zasługa czasu, jaki ofiarowałam mojemu malarstwu. Ale i miejsca, w którym żyję. Wróciłam do natury i to mnie leczy.

Miejskie życie nie służy spokojowi, wciąż o coś zabiegamy, rywalizujemy…
Jak mówi moja przyjaciółka, Hania Samson, w mieście trzeba wciąż: „kupywać, kupować, kupywać!”. Ale kiedy stajesz się częścią natury, wszystko wraca do normy, bo natura jest bardzo mądra.

Żyjesz ze sztuki?
Nie, ale mało o to dbam. Mam, jak wspominałam, taki problem, że ciężko mi się rozstawać z obrazami. Kontrakty, jakie dostają koleżanki artystki: powstaje hotel i w każdym pokoju powinien być obraz, a więc właściciel kupi płótna hurtem – mnie nie interesują. Z jednej strony to fajne, taka stała wystawa w hotelu, ale z drugiej – moje obrazy są zbyt intymne. Ja bym chciała, żeby kupowali je ci, którym one się naprawdę podobają. Jak ktoś powie: „o rany, jakie fajne, ja chcę to mieć” – to jest dla mnie największa zapłata!

„O rany, jaki fajny jest ten obraz z kilkoma psami, chciałabym go mieć!”. No właśnie, czy psy na obrazach to także zysk z zamieszkania na wsi?
Psy były ze mną już w Warszawie. Kocham te zwierzaki i zawsze je miałam. Dlatego zazwyczaj na każdym moim obrazie znajdzie się jakiś piesek. Kiedy boisz się ludzi, to bywa, że pies jest twoim jedynym przyjacielem…

Ale tu, na wsi, malując, pokonałaś swoje lęki?
Bez sztuki byłabym dziś wrakiem człowieka, tyle ci powiem…

Katarzyna Gintowt, absolwentka warszawskiej ASP. Projektowania graficznego uczyła się w pracowni plakatu u profesora M. Urbańca, malarstwa w pracowni profesorki T. Pągowskiej. Ukończyła także Studium Scenografii u profesora J. Szajny. Była dyrektorem artystycznym i autorem makiet m.in. magazynów „Cosmopolitan”, „She”.

  1. Styl Życia

Plecionkarstwo: rzemiosło na odpuszczenie –  rozmowa z Łucją Cieślar

Warsztaty wyplatania z rogożyny Serfenta Cieszyn (Fot. Bartek Tabak materiały prasowe Serfenty)
Warsztaty wyplatania z rogożyny Serfenta Cieszyn (Fot. Bartek Tabak materiały prasowe Serfenty)
„Wartość pracy ludzkich rąk to niedoceniany temat” – mówi Łucja Cieślar, która razem z Pauliną Adamską i Anną Krężelok współtworzy Stowarzyszenie Serfenta. Od ponad trzynastu lat dziewczyny badają i poznają społeczność polskich plecionkarzy, opowiadają o pięknym, zakorzenionym w wiejskim krajobrazie rzemiośle.  Wspólnie z mistrzyniami plecionkarstwa uczą, jak wyplatać kuferki z rogożyny czy wiklinowe kosze.

Trzynaście lat temu Stowarzyszanie Serfenta ruszyło w Polskę w poszukiwaniu…no właśnie kogo i co zamierzaliście odnaleźć na zaplanowanym wzdłuż Wisły szlaku. Co was zaskoczyło w tej podróży i czy jest coś, czego odnaleźć już się po prostu nie da?
Tak, trzynaście lat temu Serfenta wyruszyła w podróż, która w pewien sposób trwa do dziś. Rozum i serce, w których to wszystko się zaczęło, należą do Pauliny Adamskiej. Paulina to etnolożka, która z paczką przyjaciół i nauczycielem Zdzisławem Kwaskiem z Uniwersytetu Ludowego Rzemiosła Artystycznego ruszyła na szlak pełen przygód, jadąc wzdłuż rzeki Wisły - materiały plecionkarskie lubią wodę. Chcieli znaleźć tradycyjnych plecionkarzy i plecionkarki, którzy rzemiosło w rodzinach mają od pokoleń i mają swoje rodzinne albo regionalne sposoby na wyplatanie. To się doskonale udało – z częścią z tych osób, współpracujemy do dziś. Przede wszystkim odnaleźli wtedy niesamowitych ludzi, a w dalszej kolejności niesamowite kosze i materiały, z których wyplata się w Polsce.

(Fot. materiały prasowe Serfenty)(Fot. materiały prasowe Serfenty)

Zwieńczeniem podróży, która była kluczowa dla całej waszej edukacyjnej działalności, jest wydana w tym roku, w nowej szacie graficznej książka „Kosze. Opowieści o podróży plecionkarskim szlakiem Wisły”. Co znajdziemy w tej publikacji i dlaczego zdecydowałyście się na wydanie przekładu w języku japońskim?
Opisaliśmy to wszystko w książce - jest ona trochę podróżnicza, trochę detektywistyczna, a trochę etnograficzna. Aby dać mały posmak tego, o czym to jest – proszę sobie wyobrazić taką sytuację, jedziesz samochodem i widzisz gdzieś koszyk przy domu więc zatrzymujesz samochód lub zatrzymujesz się gdzieś po prostu i pytasz ludzi – nie wyplata tu ktoś koszyków? Albo bardziej swojsko i przyjaźnie – nie plecie tu ktoś? Robota prawdziwie detektywistyczna! Wzruszamy się, kiedy wspominamy te początki. Kiedyś naprawdę nie myślałyśmy, że nasze działania, warsztaty, kosze i opowieści zawędrują tak daleko, jak ma to miejsce dziś, trzynaście lat później.

Już od kilku lat współpracujemy z Japonią i sprzedajemy kosze z Polski do Tokio – jesteśmy z tego ogromnie dumne. W Serfencie pracujemy w trójkę i to, że dzięki naszej codziennej prace kosze mistrzów przeszły drogę z małych miejscowości i wsi, aż do Japonii – to jest nasza ogromna duma i radość. Dlaczego akurat do Japonii? To kraj, który docenia rzemiosło i rzemieślników, a także naturalne materiały i precyzję wykonania. Taki właśnie mamy plecionkarski skarb w Polsce! To tak naprawdę kilka lat naszej pracy, które swój mocny punkt miały w grudniu zeszłego roku – razem z naszym partnerami w Tokio przygotowywałyśmy festiwal „Kosze z Polski w Tokio” – i tutaj kryje się sekret tłumaczenia podsumowania naszej książki na Japoński. To była ogromna przygoda i wyzwanie! Osobiście Japonia bardzo nas fascynuje i pociąga. Byłyśmy już w Japonii, prowadziłyśmy tam także warsztaty polskiego rzemiosła i planujemy więcej podróży – niestety pandemia bardzo to ogranicza, na przykład w tej chwili Japonia jest całkowicie zamknięta dla podróżujących. Opowiem jeszcze ciekawostkę – w Japonii jest taki narodowy program „żywy skarb kultury”, w którym opieką obejmuje się samych rzemieślników i wspiera ich pracę. Chciałabym, żebyśmy w Polce też taki mieli, to jest piękne, możemy się od siebie dużo nauczyć.

Zespół Serfenty: Anna Krężelok, Paulina Adamska, Łucja Cieślar. (Fot. Kateryna Ziulkovska/materiały prasowe Serfenty)Zespół Serfenty: Anna Krężelok, Paulina Adamska, Łucja Cieślar. (Fot. Kateryna Ziulkovska/materiały prasowe Serfenty)

Na stronie serfenta.pl zamieściłyście trzypunktowy manifest, który wytycza trzy najważniejsze obszary działalności stowarzyszenia. Chciałabym, żebyśmy pokrótce przeszły przez każdy z tych punktów, ponieważ zawierają się w nich najważniejsze elementy waszej misji. Punkt pierwszy to ochrona dziedzictwa narodowego. Czy możesz opowiedzieć o Lucimi oraz koszu „kabłącoku”?
Kosz kabłącok to naprawdę wyjątkowy kosz. Choć tak właściwie każdy z koszy u nas ma w sobie coś unikatowego, czasem jest to materiał – jak np. torba z rogożyny, czasem splot. Kosz kabłącok wyplatany ze świeżej wikliny, to kosz specjalny ze względu na swoją konstrukcję – kiedy dobrze się przyjrzeć, stoją za nim całe pokolenia myśli technicznej jego twórców. Ludzie od zawsze chcą sobie usprawnić pracę, dlatego ten kosz przeznaczony tradycyjnie na zbiory, ma płaską tylną ścianę – można go wygodnie oprzeć na biodrze, nawet jeśli jest ciężki. Ma wygodny „kabłąk” czyli rączkę, za którą można do chwycić albo powiesić na ścianie (dziś ludzie chętnie używają go na kwiaty doniczkowe). Ma nóżki, które izolują go od podłoża, ma pękaty „brzuch” i budowane nieregularnie dno. Umiejętność wyplatania tego kosza wpisaliśmy na listę niematerialnego dziedzictwa kultury – to unikatowa umiejętność, a kosz prezentujemy teraz na całym świecie – od Skandynawii po Japonię. Co ważne – zrobiliśmy to razem ze społecznością wsi Lucimia, w której się kabłącoki wyplata. Zaangażowałyśmy we wpis lokalne władze, społeczność plecionkarzy w różnych pokoleniach – i udało się! Wielka w tym była pomoc naszej przyjaciółki i plecionkarki, Todzi Sowińskiej. Była wspaniałą osobą, którą również poznaliśmy podczas naszych badań 13 lat temu i przez wszystkie te lata ogromnie się przyjaźniłyśmy. Zorganizowałyśmy w Lucimi warsztaty wyplatania kosza kabłącoka dla różnych grup – nawet dla grupy plecionkarek z Norwegii! To była egzotyczna przygoda dla wszystkich. Wielu z naszych mistrzów i mistrzyń to wspaniałe osoby z niezwykłymi umiejętnościami, ale też z ogromnym sercem dla wszystkich, którzy się interesują ich pracą. Wspomnę też dwie plecionkarki, mistrzynie wyplatania z rogożyny – Helenę i Stefanię, z którymi spotkanie to zawsze ogromna przyjemność i co tu kryć – zabawa, bo energii mają one więcej od nas, dużo młodszych kobiet! Chciałabym też być taka aktywna jak będę miała 80 lat.

Drugi punkt to pomaganie plecionkarzom w sprzedaży ich wyrobów. Jesteście łączniczkami między plecionkarkami i plecionkarzami a resztą świata. Nie tylko odkrywacie artystów, którzy kultywują to rzemiosło, ale co równie istotne, wprowadzacie do sprzedaży wytwarzane przez nich własnoręcznie produkty. Kiedy rozmawiałam z Magdą Bojarowską, etnografką, która razem z tatą i bratem prowadzi w Warszawie Dom Sztuki Ludowej, usłyszałam że sami twórcy bardzo często zbyt nisko wyceniają swoje wyroby, ponieważ nie traktują ich w kategoriach sztuki. Z kolei klienci, przyzwyczajeni do niskich cen w sieciówkach, nie rozumieją dlaczego, „taki sam” kuferek z rogożyny czy słomiany kosz rozrostowy do pieczenia chleba, kosztuje u was kilkakrotnie więcej. Jak przekonywać, zarówno rzemieślników, jak i odbiorców, że plecionkarstwo nie może być tanie.
To jest bardzo ważna część naszej pracy, widzimy dużą potrzebę rozmawiania o tym – z klientami ale też z plecionkarzami i plecionkarkami, którzy z nami współpracują. Jest tu kilka istotnych punktów, o których czuję, że muszę powiedzieć. Każdy kosz jaki widzimy – obojętnie czy w sieciowym sklepie, na targu czy w fancy butiku – został wypleciony ręcznie przez konkretną osobę. Być może jest to rzemieślnik w Azji, który wyplata z trawy morskiej albo liści palmy - nie ma maszyny, która wyplata – za koszem, torbą, kapeluszem zawsze stoi człowiek. Wartość pracy ludzkich rąk to niedoceniany i wciąż nie dyskutowany głośno temat, choć pojawiają się takie akcje jak np. „wartość szycia”.

Często ktoś mnie pyta – a ile godzin wyplata się taki kosz? Wtedy czuję przestrzeń do rozmowy i zaczynam od początku – od ręcznego ścinania materiału, na przykład sierpem/kosą ścina się słomę, a żeby ściąć rogożynę czyli pałkę wodną, trzeba wejść do stawu i spędzić tam całe godziny. To jest tak zwana „niezapłacona praca”, bo klienci od lat przyzwyczaili się, że koszyk można kupić nawet w dyskontach, za np. 20 zł. Skutkiem tego rzemieślnicy obniżają też swoje ceny, żeby w ogóle być konkurencyjni na rynku – a tak być nie może. Dużo mówimy o trwaniu rzemiosła i przekazywaniu go następnym pokoleniom – kto będzie chciał kontynuować pracę, gdzie za godziny zbierania, czyszczenia materiału i wyplatania dostanie 20-30 zł? To jest po prostu niemożliwe. Rozmawiamy też o tym z rzemieślnikami i same też dbamy o to, żeby ceny były dla nich zadowalające. Oczywiście balansujemy pomiędzy możliwościami klienta a faktyczną wartością pracy, szukamy złotych środków. Jeszcze jeden ważny aspekt jest taki, że z ogromnym smutkiem i przykrością mówię – to jest rzemiosło, które odchodzi, większość rzemieślników, z którymi współpracujemy to seniorki i seniorzy. Teraz jeszcze jesteśmy przyzwyczajeni, że wiklinowych koszy jest bardzo dużo, ale za 10 lat ta sytuacja bardzo się zmieni. Już teraz mamy w swoich zbiorach kosze, które są ostatnimi istniejącymi egzemplarzami – i uważamy, że również dlatego plecionkarstwo powinno być towarem ekskluzywnym. Obserwujemy ten proces też w innych krajach, często dopiero utrata czegoś uświadamia nam, jak to jest ważne. My chcemy to uprzedzić, być o krok wcześniej, mówić o tym już teraz. Na koniec wszystkich zapraszam na warsztaty – kiedy samemu wyplecie się kosz albo choć tacę z rogożyny – w ciągu kilku godzin - docenia się te produkty i patrzy na każdy kosz zupełnie inaczej! To bardzo rozwijające doświadczenie!

Punkt trzeci to dzielenie się wiedzą i umiejętnościami. Staracie się edukować klientów dzięki merytorycznym postom na Instagramie oraz przejrzystym opisom każdego produktu w waszym sklepie, dzięki którym można się dowiedzieć, w jaki sposób każda rzecz trafiła do waszej oferty, jak i przez kogo została zrobiona. Czy możecie opowiedzieć nieco więcej o warsztatach, które organizujecie oraz innych formach dzielenia się z innymi waszą wiedzą i doświadczeniem z zakresu plecionkarstwa?
Z przyjemnością, bo każde warsztaty to dla nas wielka przyjemność dzielenia się zgromadzoną wiedzą i pasją. Przez tych 13 lat zorganizowałyśmy już ich mnóstwo – kiedyś próbowałam to policzyć, ale nie udało mi się (śmiech). Dzielenie się wiedzą o plecionkarstwie polskim i światowym to nasza misja i też nasza codzienna praca – warsztaty, wykłady, prelekcje online, webinary, pokazy i wszystkie inne możliwe formy przekazu wiedzy. Warsztaty prowadzimy dla grup ale też indywidualne – można z nami nauczyć się wyplatać z bardzo nieoczywistych materiałów – z ręcznie ścinanej słomy, z unikatowej rogożyny (czyli pałki wodnej) ale też z bardziej popularnej wikliny. Czasami mamy też warsztaty wyjątkowe – np. wyplatanie z korzenia świerka. Przez lata same szkoliłyśmy swoje umiejętności i teraz już prowadzimy warsztaty kompleksowo. Co to znaczy? Po pierwsze - mamy gotowe do wyplatania materiały, takie jak pałka wodna, słoma czy wiklina, których pozyskanie wcale nie jest proste. Ścinka pałki wodnej czyli tzw. „rogożynowe żniwa” to ogromne przedsięwzięcie i pierwszy raz zrealizowałyśmy ją w 2019 roku! To daje nam dostęp do materiału ścinanego ręcznie, dobrej jakości – uczestnicy nie muszą szukać go w stawie, jest już przez nas przygotowany. Warto też wspomnieć, że słomę żytnią do wyplatania wcale nie tak łatwo zdobyć, trzeba ją też ściąć ręcznie i przygotować, ale też i rolników uprawiających żyto jest coraz mniej. Poddałyśmy też procesowi projektowania narzędzia naszych mistrzów – zwykle przygotowywali je sobie sami, swoimi siłami – i mamy specjalne igły do wyplatania ze słomy i z rogożyny, drewniane formy. Dlatego teraz już możemy zapraszać na warsztaty, gdzie wszystko mamy dostępne, materiały, narzędzia, opowieści, kosze, naukę techniki i przyjemną atmosferę. Zapraszamy wszystkich, którzy chcą odpocząć przy wyplatania i spróbować tego rzemiosła do Cieszyna, gdzie mamy piękną salę warsztatową. Ale też działamy w całej Polsce (i nie tylko), mamy grupę instruktorów i instruktorek i dojeżdżamy do każdego miejsca, które zamówi warsztaty dla grupy. Czasem prowadzimy warsztaty grupowe mistrzowskie z mistrzynią lub mistrzem, wtedy stajemy się dodatkowo łącznikiem i przekaźnikiem – mistrzowie są świetnymi plecionkarzami, ale nie wszyscy są też nauczycielami. Pilnujemy wtedy każdego etapu pracy, pomagamy jako prawa i lewa ręka, czasem też tłumaczymy dla osób z innych krajów, którzy przyjeżdżają do naszych mistrzów. Jak to wszystko opowiadam po kolei to uświadamiam sobie po raz kolejny jaka to była długa i złożona droga do takich warsztatów, jakie teraz możemy proponować, cieszymy się więc za każdym razem, kiedy ktoś chce tę wiedzę zdobyć!

Choć na samym początku plecionkarstwo pełniło ściśle utylitarną funkcję, a z wikliny konstruowano sieci samołowne, więcierze do łowienia ryb, ule, łubianki oraz oczywiście kosze, to plecionkarze dbali także o ich walory estetyczne, szczególnie w wyplatanych ze słomy obrzędowych niedźwiedziach czy „dziadach śmiguśnych”. W latach 60. XX w. Władysław Wołkowski, projektował niezwykłe i wielokrotnie nagradzane za granicą, meble z wikliny, a w Polsce popularne były słomiane maty wieszane nad łóżkiem. W waszym sklepie również pojawiają się bardziej osadzone we współczesnym wzornictwie projekty, jak chociażby słomokulka. Czy myślicie o tym, żeby rozszerzyć waszą ofertę właśnie o takie produkty? Bardziej dekoracyjne, a mniej praktyczne.
Uwielbiamy Wołkowskiego i zawsze polecamy jego muzeum w Olkuszu! Tak, myślimy o tym dużo, zwłaszcza podczas warsztatów, które prowadzimy dla Akademii Sztuk Pięknych – współpracowałyśmy już m.in. z Wydziałem Form Przemysłowych w Krakowie, a teraz mamy współpracę z ASP w Katowicach. Kiedy widzimy pomysły studentów i studentek bardzo mamy chęć na nowoczesne produkty – widzimy też w takich nowych drogach trwanie rzemiosła. Po współpracy z dr. hab. Anną Szwają, z którą razem przygotowałyśmy cykl warsztatów dla studentów w Krakowie, prezentowałyśmy efekty na wystawie „Sploty na fali” oraz na innych wystawach – można było je zobaczyć na festiwalach designu jak Łódź Design Festiwal czy Gdynia Design Days. Widzimy podczas takich wydarzeń jak plecionkarstwo wzbudza zainteresowanie, jak jest potrzebne i widzimy w tym również jego przyszłość, współpracujemy też z grupą Nów. Nowe Rzemiosło.

Warsztaty wyplatania z rogożyny Serfenta Cieszyn (Fot. Bartek Tabak/materiały prasowe Serfenty)Warsztaty wyplatania z rogożyny Serfenta Cieszyn (Fot. Bartek Tabak/materiały prasowe Serfenty)

Z jednej strony szukamy zupełnie nowych dróg dla tradycyjnych form – na przykład wspomniana słomokulka to kosz przeprojektowany przez nas. Z tradycyjnego kształtu zmieniłyśmy go w wygodną osłonkę dla domowych roślin zielonych – słoma w zestawieniu z nimi pięknie wygląda. Ostatnio zaczęłyśmy też współpracę z firmą Wave Wood dla której projektujemy i zmieniamy tradycyjny produkt - rogożynowe klasyczne kapelusze przeprojektowuję w nowoczesne i modne daszki do plażowania i surfowania. To jest bardzo ciekawa droga dla rzemiosła, chcemy nią iść. Zwracamy też uwagę na produkty ponadczasowe – np. najbardziej klasyczna torba shopper z rogożyny wygląda absolutnie nowocześnie i stylowo we współczesnych, modnych aranżacjach, pomimo że jest koszem tradycyjnym. Takie „mixy” też lubimy!

W książce Doroty Borodaj „Ręcznie zrobione” znalazłam takie zdanie, które powiedziałaś. „Plecionkarstwo jest bardzo sensualne. Każdy materiał ma swój charakterystyczny zapach i specyficzną fakturę. Nawet jeśli dobrze go już poznasz, to potrafi zaskoczyć, jakby czuł, czy jesteś zrelaksowana, czy siadasz do pracy napięta i zaczynasz się siłować”. Czego, oprócz samego rzemiosła, nauczyło cię plecionkarstwo?
Ciekawe pytanie! Uważam, że wyplatanie pobudza wszystkie zmysły. Faktury, dźwięki, zapachy, dotykanie przez wiele godzin naturalnego materiału – to wszystko ma wpływ na osobę wyplatającą. Plecionkarstwo nauczyło mnie, że głowa może odpocząć, kiedy ręce pracują – w tych szybkich i napiętych czasach, a także w czasie pandemii i wzmożonego kontaktu online, to jest naprawdę bardzo potrzebne, odprężające i dające spokój. Kiedy prowadzę warsztaty wsysa mnie w inną czasoprzestrzeń i nie zauważam, kiedy mijają godziny. Przypominam często uczestniczkom i uczestnikom, żeby coś pili, bo jak się wkręcą, to zapominają pic i jeść! Po pierwszych chwilach, kiedy ma się wrażenie „nie umiem” nagle pyk! i ręce łapią rytm. To jest wspaniały i przyjemny moment. Co ciekawe prowadzenie warsztatów i obserwacje uczestniczek i uczestników dały mi taką refleksję – wyplatanie jest też trochę terapią. Może to zabrzmi śmiesznie, ale przychodzimy na warsztaty z różnymi oczekiwaniami – względem siebie. Chcemy, żeby wyszło od razu idealnie, tak jak mistrzyni, która wyplata od 40 lat. No i wtedy się spinamy, mocujemy z materiałem – a to nie jest rzemiosło siłowe. To jest rzemiosło na… odpuszczenie i wyczucie. Trzeba sobie odpuścić perfekcyjność i pozwolić sobie na błędy i eksperymenty, a na koniec siebie pochwalić – zrobiłaś, zrobiłeś swój pierwszy w życiu kosz! Świetnie Ci poszło, jest najpiękniejszy! Tego mnie nauczyło plecionkarstwo – nic na siłę. Zapraszam na warsztaty, chciałabym się tym doświadczeniem podzielić z jak największą grupą ludzi i pokazać im, jak przez pracę rąk docieramy do spokoju serca.