Jak stworzyć udany związek? Sposoby na dobrą relację

Życzliwość to jeden z warunków udanego związku (Fot. iStock)
Życzliwość to jeden z warunków udanego związku (Fot. iStock)

Kiedy wchodzimy w relację, chcemy wierzyć, że uda nam się stworzyć idealny związek. Choć wielu z nas ma za sobą nieudane próby. Idealnych pomysłów na to, jak stworzyć szczęśliwy związek nie ma, ale może jest coś, co pozwoli zminimalizować ryzyko kolejnej porażki? O zwiększaniu prawdopodobieństwa, że związek przetrwa i będzie wartościowy oraz satysfakcjonujący, mówi psychoterapeuta Michał Modliński.

Każdy, kto był w związku, wie, że życie w bliskiej relacji z drugim człowiekiem to jak chodzenie po polu minowym. Czy jest jakiś sposób, by zminimalizować prawdopodobieństwo wybuchu?

Nie będę mówił o złotych receptach, jak stworzyć dobry związek, bo takich nie znam. Powiem o tym, co wynika z mojej pracy z ludźmi. Bo to nie jest tak, że mamy kompletnie związane ręce i możemy tylko czekać na końcowe rozstrzygnięcie: uda się, nie uda? Miłości można służyć, można jej też szkodzić. I ta praca zaczyna się zdecydowanie wcześniej, niż sądzimy – bo już na samym początku znajomości. Wtedy kiedy zwykle mamy chęć tylko do siebie wzdychać i patrzeć sobie głęboko w oczy. A ten czas warto wykorzystać na porządny research.

To nie brzmi romantycznie…
Nie brzmi, ale – proszę mi wierzyć – wspólne patrzenie na zachód słońca warto odłożyć na później… Związek, który zawieramy nie na żarty, czyli wykluczam tu chwilowe, przelotne relacje bez większego zaangażowania, to coś, co można spokojnie porównać z długoterminowym kontraktem. Kiedy podpisujemy jakiś kontrakt, czy to kontrakt o pracę, czy to umowę z firmą, która dostarczy nam energię bądź Internet, bardzo dbamy o treść takiego dokumentu. Czytamy wnikliwie, do czego się zobowiązujemy, do czego zobowiązuje się ta druga strona. Często, nauczeni wcześniejszymi doświadczeniami, czytamy także to, co na samym końcu i drobnym maczkiem.

>> Czytaj także: Partner naszym odbiciem – czy niepowodzenia w miłości to sygnał do zmiany siebie?

Zabezpieczamy się.
Tak. I słusznie. Tymczasem kiedy zawieramy swój najważniejszy kontrakt w życiu, czyli związek partnerski, bardzo nam trudno o podobną roztropność. Ale zanim przejdziemy do samej treści umowy, która, dla zwiększenia prawdopodobieństwa powodzenia związku, powinna powstać, są jeszcze dwie ważne kwestie, które powinny ją poprzedzić. I jest to praca u podstaw, praca indywidualna. Wczesna prewencja.

Co wchodzi w jej zakres?
Ludzie nie odpowiadają sobie samym na bardzo ważne pytania: Czego ja się spodziewam po związku? Jak stworzyć zdrowy związek? Czego chcę od relacji? Czemu ona ma w ogóle w moim życiu służyć? I to, że takie pytania do siebie samego nie padają zawczasu, jest już pierwszą pułapką. Drugą jest fakt, że zwykle mamy niewielką zdolność do wyobrażania sobie siebie w różnych sytuacjach.

To znaczy?
Nie potrafimy wyobrazić sobie, co może być dla nas problemem w bliskiej relacji z drugim człowiekiem. Trzeba pamiętać, że doświadczenie, z którym wchodzimy w związek, to doświadczenie oglądania, bliżej albo dalej, relacji naszych rodziców. To w zasadzie wszystko, co mamy, można powiedzieć, że to bardzo wybiórczy trening, który zawęża nam pole widzenia. No i kiedy do tego dochodzi jeszcze ten wspomniany brak odpowiedzi na pytanie, po co ja w ogóle chcę wchodzić w relację…

>> Czytaj także: Przepis na małżeństwo doskonałe – jak to zrobić w praktyce?

Już na starcie lądujemy na lodzie…
Z dużym prawdopodobieństwem, że nieźle się poobijamy. Dodatkowo nie służy nam obowiązująca dziś dość powszechnie modna odpowiedź na wspomniane pytanie – jak stworzyć udany związek. A brzmi ona tak: W związek wchodzi się po to, żeby być szczęśliwym! Fajnie, tylko to utopia w czystej postaci. W dodatku utopia, która wieje totalną nudą. Jest taka fantastyczna audycja radiowa na temat szczęścia właśnie. Prowadzi ją mężczyzna, który wybrał się, by zdobyć biegun południowy. Opowiedział w programie, zresztą ten moment jest nagrany i słychać, jak on rzeczywiście krzyczy z radości, o najszczęśliwszym momencie w swoim życiu. Kiedy szedł w stronę bieguna, zakopywał sobie prowiant, by nie dźwigać wszystkiego i by, wracając, móc się posilić. Kiedy już wracał, a był bardzo zmęczony i potwornie głodny, dwóch kryjówek z prowiantem nie mógł odnaleźć. I kiedy w końcu znalazł tę trzecią, to batonik w niej ukryty okazał się kwintesencją szczęścia. Mówił, że nie było w tym nic z przenośni, że to dosłownie był najszczęśliwszy moment w jego dotychczasowym życiu. Po co o tym mówię? Bo według mnie to doskonale obrazuje, jak śmieszne i kulawe jest to nasze wyobrażenie o szczęściu, więc także o tym, że łączymy się w pary po to, by znaleźć szczęście… A może dobrym celem jest to, żeby nie było tak nieszczęśliwie, żeby sobie razem jakoś zmniejszać w życiu ilość cierpienia? I jeśli mamy takie, zdecydowanie bardziej realistyczne, dojrzalsze, podejście do bycia w relacji, to już jest jakiś rodzaj prewencji, zabezpieczenia przed porażką. Kolejne pytanie, to z kim mi najlepiej będzie tę ilość cierpienia w życiu zmniejszać.

Rozumiem w tym sugestię, że by wiedzieć, z kim mi będzie najlepiej, muszę wiedzieć coś o sobie, czy tak?
Dokładnie, trzeba mieć jakiś wgląd w siebie. Ale jednocześnie też zgodę na to, że ten towarzysz będzie mi pokazywał to, czego ja sam w sobie zobaczyć nie mogę, bo ograniczają mnie moje doświadczenia z przeszłości, także te z wcześniejszych nieudanych związków, to jest to zawężone pole widzenia, o którym mówiliśmy. Bo po to też jest nam w życiu drugi człowiek, żeby nam opowiadał o nas to, czego sami w sobie nie potrafimy dostrzec. To bywa raniące, ale to pozwala na rozwój, na rozstanie się z niektórymi zakorzenionymi przekonaniami.

Przejdźmy do treści umowy, co powinno się w niej znaleźć?
Ta umowa to jest bardzo obszerny dokument, to jakiś rodzaj opowiedzenia sobie o swoich światach, z których się wywodzimy, o dzieciństwie, o doświadczeniach z poprzednich relacji, które się nie udały, bo to wszystko będzie odgrywało dużą rolę w tym nowym, wspólnym świecie, który mamy spróbować zbudować. Chodzi o to, by postarać się tak o sobie opowiedzieć, by ten drugi człowiek mógł potem rozumieć nasze zachowania. Ten moment zapoznawania się warto wykorzystać w taki sposób, by wiedza, którą posiądziemy na samym początku, zwiększała naszą szansę na rozwiązywanie problemów, które bez wątpienia się pojawią.

>> Czytaj także: Nie tylko libido. Najważniejsza w związku jest bliskość

Poproszę o przykład.
Jednym z trudnych obszarów między ludźmi jest na przykład sposób wychowywania dzieci. Tu toczą się czasem wielkie boje, które bardzo nadwyrężają związek. Jeden z partnerów mógł doświadczyć nadmiaru opieki, a ten drugi kompletnego jej braku. I ten ktoś niezaopiekowany może mieć tendencję do nadopiekuńczości, co tego pierwszego doprowadzać będzie do szału, bo dobrze zna smak takiego zamachu na wolność. Kiedy znamy źródło, kiedy wiemy, co kieruje drugim człowiekiem, łatwiej jest usiąść do negocjacji. I to dotyczy obu stron. Ta umowa jest rodzajem intercyzy, ale dotyczącej spraw emocjonalnych.

To słowo kojarzy nam się wyłącznie z finansami.
Słowo „intercyza”, pochodzące z łaciny, oznacza „rozstrzygnięcie”. Sądzę, że jest wiele spraw, które należy rozstrzygnąć, wchodząc w relację. I zawieranie akurat intercyzy finansowej dla mnie osobiście jest znakiem niepokojącym. Wiem, że to w jakimś stopniu odpowiedź na dzisiejsze czasy, na to, że ludzie się rozwodzą i toczą boje o pieniądze, ale to jest w pewnym sensie sytuacja, w której dwie strony przyznają się na starcie, że to „przedsięwzięcie” nie ma być tak do końca czymś wspólnym, że tu każdy ma swoje interesy. To według mnie może, nawet podświadomie, „programować” nasze myślenie o tej relacji. Tym bardziej że jest wiele ważniejszych spraw, na które zawczasu powinniśmy się umówić, które powinniśmy przegadać, jeżeli myślimy o tym, by związek się udał.

Wspomnieliśmy, że takim polem jest rodzicielstwo, wychowanie dzieci. Jakie są inne ważne obszary, których przegadanie na starcie pomoże stworzyć udany związek, który przetrwa?
Tych tematów jest dużo, to są sprawy związane z materialnym poczuciem odpowiedzialności za rodzinę, trudnym tematem bywa to, co dotyczy seksu, ale ja bym powiedział, że sam temat jest tu wtórny, źródłem jest wszystko, co stanowi o naszej tożsamości. I od tego się zaczyna, trzeba wiedzieć, kim jest ten drugi człowiek i o co mu w życiu chodzi. I najlepiej, kiedy ludziom chodzi o podobne rzeczy, to nie musi być dokładnie to samo, ale kwestie fundamentalne powinny nas łączyć. To też jakiś rodzaj zabezpieczenia dla związku.

>> Czytaj także: Czy można nie nadawać się do związku?

Ale żeby wiedzieć, czy nas łączą, musimy, teraz już rozumiem – zamiast patrzeć na zachód słońca, trzymając się za ręce – „wyspowiadać się” sobie wzajemnie.
I jak wiemy, że mamy jakiś wspólny zbiór, jak coś o sobie wzajemnie wiemy, to we dwoje naprawdę jest w życiu łatwiej. Bo bardzo cenna, unikalna wręcz jest ta perspektywa drugiego człowieka, który powie życzliwie: „Przesadzasz z opieką nad dzieckiem, uruchamia ci się twoja historia”. Tu się otwiera przestrzeń do negocjacji, do wspólnego szukania najlepszych rozwiązań. Bez znajomości źródła, bez wspólnego zbioru ta sama kwestia staje się polem walki i rywalizacji o racje. A to rozwala związek. Bardzo przydatnym i, niestety, niedocenianym narzędziem w związku jest życzliwość! To się wydaje banalne i śmieszne – bo życzliwym to można być wobec pani w sklepie. Nic podobnego, życzliwość między partnerami to coś, co pozwala związkowi dobrze trwać. Ona umożliwia wczucie się w perspektywę partnera, jednocześnie na moment odsuwając tę swoją. A to wielka sztuka. Ksiądz Józef Tischner powiedział kiedyś, że by dobrze zrozumieć jakiegoś filozofa, to trzeba najpierw dać mu się przekonać. To znaczy przeczytać pierwszy raz to, co on proponuje, w sposób na tyle życzliwy, by to przyjąć, a dopiero potem, przy „drugim czytaniu”, rozpocząć krytyczne myślenie – tu jest niespójność, tu jest dziura, tu można pomyśleć jakoś inaczej itd. Ten sam mechanizm świetnie sprawdza się w związku. Najpierw postarać się zrozumieć, to potem bardzo poszerza przestrzeń do negocjacji między partnerami. Bo ten kontrakt na miłość, o którym mówimy, jest odświeżany. Wspólna codzienność to dopisywanie aneksów do tej bazowej umowy. Bo życie będzie nas zaskakiwać, to pewne.

Wielu powie, że to wszystko, o czym mówimy, to utopia, no bo kto wykonuje tę całą pracę, wchodząc w relację…
To nie jest utopia. To się da, przy odrobinie chęci, samoświadomości i dojrzałości, zrobić. Utopią jest raczej wiara w to, że związek może się udać, być satysfakcjonujący i wartościowy dla obu stron, jeśli tego nie zrobimy. Jeśli nie wejdziemy w niego, używając głowy. Pójście na żywioł w tej dziedzinie życia rzadko kończy się sukcesem.

Michał Modliński, psychoterapeuta psychoanalityczny, członek Zespołu Pomocy Psychoterapeutycznej. Prowadzi terapię osób indywidualnych i par.